Roboty po pachy
fot. meritt thomas / UNSPLASH.COM

Niedawno prowadziłam spotkanie z nowymi pracownikami. Mówiłam im, że najważniejszą rzeczą w naszej pracy, obok profesjonalizmu, jest entuzjazm i wiara w to, że można zrobić rzeczy, które czasami wydają się nam niemożliwe.

Katarzyna Kolska: Kiedy wyjeżdżaliście?

Janina Ochojska: 26 grudnia 1992 roku.

Pamiętasz dobrze ten dzień?

No pewnie. Nigdy nie zapomnę uczucia, które mi towarzyszyło, kiedy siedziałam w moim malutkim czerwonym renault clio, mając za sobą dwanaście ciężarówek i autokar z dziennikarzami. Jechaliśmy do Sarajewa.

Skąd ty się tam wzięłaś?

Dwa miesiące wcześniej byłam w Sarajewie, gdzie od kilku miesięcy trwała wojna. Pojechałam tam z francuską organizacją EquiLibre, zajmującą się pomocą humanitarną. Zobaczyłam ludzi, którzy stracili swoje domy, bliskich, cały dobytek. Nie mieli nic. Mieszkali stłoczeni w jakichś pomieszczeniach, które ocalały, biurach, szkołach, ściśnięci, pozbawieni jakiejkolwiek intymności, zdani całkowicie na innych.

No i wtedy postanowiłam, że trzeba im jakoś pomóc. Powiedziałam moim francuskim kolegom: Wiecie co, wrócę do Polski i zorganizuję konwój do Sarajewa. Co oni myśleli na ten temat, tego wolę nie wiedzieć, ale popatrzyli na mnie ze zdziwieniem. A z jeszcze większym zdziwieniem i niedowierzaniem patrzyli na mnie moi znajomi w Polsce, kiedy po powrocie powiedziałam o swoim pomyśle. Zapytali mnie: Janka, skąd ty weźmiesz ciężarówki, pieniądze, paliwo, dary, kierowców? Nie wiedziałam skąd, ale wiedziałam, że muszę to zrobić.

Janina Ochojska, nikomu nieznana kobieta, poruszająca się o kulach, wpada na pomysł, że zorganizuje konwój?

To był 1992 rok. Nie byliśmy bogaci, ale mieliśmy już czym się dzielić. Byliśmy trzy lata po wolnych wyborach. Pomyślałam sobie, że skoro mój kraj doświadczył tyle pomocy, to nie możemy siedzieć z założonymi rękami. Musimy coś zrobić. Przecież ta wojna toczyła się w Europie, 1500 kilometrów od Krakowa!

Od czego zaczęłaś?

Z doświadczenia francuskiego wiedziałam, że trzeba to nagłośnić w mediach, więc skontaktowałam się z Kostkiem Gebertem, który w „Gazecie Wyborczej” pisał o wojnie w byłej Jugosławii. On z kolei umówił mnie z Tomkiem Kowalczewskim – dziennikarzem radiowej Trójki, który również jeździł do Sarajewa. Poszłam na spotkanie z zamiarem, że wspólnie zastanowimy się, co możemy zrobić. Tymczasem on, gdy tylko mnie zobaczył, powiedział: Wiesz co, mam właśnie wolną antenę, chodź do studia. Byłam przerażona, to był mój pierwszy występ w mediach. Usiadłam przed mikrofonem, a on powiedział: Byłaś w Sarajewie, co widziałaś? Wtedy się rozkręciłam. W pewnym momencie on mówi: Słyszałem, że chcesz zorganizować konwój do Sarajewa. Czego potrzeba? Odpowiedziałam, że potrzeba wszystkiego – pieniędzy, paliwa, kierowców, ciężarówek, darów. Tomek zapytał o numer telefonu, pod który można dzwonić. Podałam numer stacjonarny znajomej Kostka, starszej pani, uczestniczki Powstania Warszawskiego, która po spotkaniu u niego powiedziała mi: Przyjdź do mnie, to się zastanowimy, co zrobić. Ja mam dużo znajomych, więc pomyślimy wspólnie, jak to zorganizować. Dzwonię do niej po programie i nie mogę się dodzwonić. Tomek Kowalczewski wyczuł moment i mówi: Wiesz co, to ja z tobą do niej pojadę.

Pojechaliście?

No tak. Z duszą na ramieniu dzwoniłam do drzwi. Spodziewałam się ochrzanu, a Magda otwiera i mówi: Janka, dzwonią, dzwonią! Jej mąż Krzysztof siedział ze słuchawką w ręku i zapisywał coś na kartce. To było niesamowite. Bardzo szybko zgłosili się wolontariusze i zacz

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się