Położna śmierci
fot. ben kolde / UNSPLASH.COM

Położna śmierci

Chory doskonale czuje, że jego czas się kończy, i kiedy widzi, że najbliżsi nie są z tym pogodzeni, rodzi to dodatkowy ból. Bywamy w swojej miłości za bardzo skupieni na sobie, na swoich przeżyciach i potrzebach.

Tomasz Jędraszczak: Zaczęło się od…?

Barbara: Miałam 44 lata, z dnia na dzień zostałam wdową z dwójką dorastających dzieci. Mąż zmarł nagle w karetce pogotowia. To był dla mnie szok.

Jestem wierząca, ale to, co się wydarzyło, było tak mocnym ciosem, że wyrzucałam Bogu, że zabrał mi męża i nie pozwolił mi być przy nim, kiedy umierał!

Z tym kompletnie nie mogłam sobie poradzić.

Któregoś dnia zadzwonił do mnie ksiądz, który prowadził w Poznaniu Hospicjum Domowe imienia św. Jana Kantego. Znał mojego męża. Zaproponował rozmowę, a następnie pracę. Długo się zastanawiałam.

Poszłam nawet w tej intencji na pielgrzymkę na Jasną Górę. W drodze usłyszałam fragment historii Hioba: „Pan dał i Pan zabrał. Niech imię Pańskie będzie błogosławione”. Pomyślałam, że to znak i odpowiedź na moje wątpliwości. Że może tak jest, że dopóki sama tych słów nie wypowiem, to nie domknę tego rozdziału w życiu i nie pójdę dalej.

I?

Jakieś pół roku później znalazłam się w hospicjum. Najpierw w ramach przygotowań, słuchając uwag lekarzy i pielęgniarek. Co jest najtrudniejsze, na co trzeba zwracać uwagę. Co mówić chorym i jak ich traktować.

Po miesiącu zostałam przydzielona do pomocy pierwszej osobie.

Dziś z perspektywy czasu, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, mogę powiedzieć, że towarzyszenie osobom ciężko chorym i umierającym uleczyło mój ból po stracie męża. Traktuję to jako dar od Boga dający mi ogromną siłę do zmagania się z własnymi słabościami.

Ktoś, kto nigdy nie był w hospicjum, kojarzy je z miejscem, w którym pomaga się ludziom terminalnie chorym.

Zaskoczę pana, ale w hospicjum, nie kwestionując opieki lekarskiej, głównie chodzi o pomoc duchową.

Nie rozumiem…

Przez całe życie dbamy o nasze ciała. Dobrze się odżywiamy, ubieramy, trenujemy, stosujemy różne diety i tym podobne metody. I to nas tak pochłania, że zapominamy o naszym duchu. Zostawiamy go na „kiedyś” i „potem”. W momencie kiedy dowiadujemy się o chorobie i końcu życia, nie umiemy sobie z tym poradzić, bo to, w co tak inwestowaliśmy, zawiodło, a my nie znajdujemy w sobie innego oparcia.

Co w związku z tym?

Stara prawda, którą przypomina hospicjum, jest taka, że człowiek jest duchowo-cielesny. I dopóki nie ma w nim jedności, nie ma prawdziwego szczęścia. Jest nieustanna walka.

To może trwać bardzo długo. Czasem do s

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się