Pół kroku za
fot. content pixie / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Kierownik duchowy nie może żyć życiem drugiego człowieka, nie może za niego rozstrzygać – musi zostawić swemu penitentowi pełną wolność, pozwolić mu samodzielnie istnieć.

Katarzyna Kolska: Czy dbając o nasze życie duchowe, powinniśmy znaleźć sobie kierownika duchowego?

Paweł Kozacki OP: Nikt z nas nie jest sędzią we własnej sprawie, dlatego dobrze, gdy człowiek jest blisko kogoś, komu o duchowych sprawach może powiedzieć i kogo może o ważne sprawy zapytać. Kierownik duchowy nie jest niezbędny, ale jest pożyteczny. Ważne, by był autorytetem dla przychodzącego do niego człowieka.

Czy możemy postawić znak równości między kierownikiem duchowym a stałym spowiednikiem?

Spowiednikiem może być jedynie ksiądz, który wysłuchuje wyznania grzechów, a następnie udziela rozgrzeszenia. Życie duchowe jest jednak bogatsze niż grzech. Jest dążeniem do świętości, do doskonałości, do miłości. Jest rozeznawaniem swojego powołania, swoich talentów, darów łaski, które Bóg daje w danym czasie. Kierownik duchowy jest kimś, kto nam w tej drodze do świętości będzie towarzyszył. I wcale nie musi być to kapłan. Choć oczywiście często się zdarza, że to właśnie stały spowiednik jest kierownikiem duchowym. Ale znam też zakonnice i kilka osób świeckich, które pełnią posługę kierownictwa duchowego wobec innych ludzi.

Czym powinniśmy się kierować, szukając dla siebie kierownika duchowego? Jakich doszukiwać się w nim przymiotów?

Jeśli jest się na początku drogi duchowej, ważne jest, by znaleźć takiego kierownika, który jest doświadczony w życiu duchowym i w modlitwie bardziej niż my sami. Im ten ktoś jest bardziej święty i bardziej rozmiłowany w Bogu, tym lepiej.

Żeby to sprawdzić, trzeba by zajrzeć do cudzego wnętrza. Niewykonalne. Jak się więc o tym przekonać?

Człowieka można poznać również po owocach jego działania. Warto więc rozglądać się, słuchać, podpytywać innych. Jeśli chcemy, by naszym kierownikiem czy ojcem duchowym był ksiądz, wówczas warto posłuchać jego kazań, zobaczyć, jak wyglądają jego relacje z ludźmi, jakim jest człowiekiem w posłudze, którą spełnia. Można się z nim spotkać, porozmawiać. Taka rozmowa jest okazją do sprawdzenia, czy ten konkretny kierownik duchowy potrafi nas wysłuchać, czy się wzajemnie rozumiemy.

Dojrzałość w wierze i modlitwie, o której wspominasz, sugeruje, że kierownikiem duchowym nie powinna być osoba zbyt młoda.

Dojrzały kierownik duchowy zna swoje miejsce, zna swoje ograniczenia. Jeśli dostrzeże, że osoba, która do niego przychodzi, jest bardziej dojrzała duchowo niż on sam, powinien jej o tym uczciwie powiedzieć.

Ale jedno trzeba tu wyraźnie podkreślić: kierownik duchowy to nie jest ktoś, kto wszystko wie, kto przeszedł już każdą drogę. To nie jest ktoś, kto ma kierować naszym życiem. On raczej wsłuchuje się w drugiego człowieka i przez relację z nim, sensowne zadawanie pytań, przez rozmowę pomaga mu wydobyć z siebie konkretne decyzje, dokonać osądu sytuacji.

Mistrz duchowy będzie pokazywał konsekwencje poszczególnych wyborów, czasem coś wyjaśni, ale to nie jest ktoś, do kogo się przychodzi i pyta: „Proszę mi powiedzieć, co jest moim powołaniem: czy mam wstąpić do zakonu, czy nie?”, „Czy mam wyjść za mąż, czy nie?”, „Czy mam studiować taki kierunek, czy inny?”. Kierownik duchowy nie jest od tego.

On nie może żyć życiem drugiego człowieka, nie może za niego rozstrzygać – musi zostawić swemu penitentowi czy podopiecznemu pełną wolność, pozwolić mu samodzielnie istnieć. I nawet jeśli coś podpowiada, sugeruje, to tylko na zasadzie: „Dobrze by było, żebyś…”.

Wspomniałeś o pełnej wolności. Ale przecież współpraca z ojcem duchowym zakłada też posłuszeństwo…

Posłuszeństwo należy się Bogu i Jego woli. Ojciec duchowy pomaga je rozeznać, ale człowiek nie ma obowiązku słuchania człowieka mistrza. Poza zupełnie wyjątkowymi sytuacjami nikt nie ślubuje posłuszeństwa ojcu duchowemu. Jeśli podporządkowuje się jego radom czy sugestiom, to dokonuje się to na zasadzie wolnego uznania jego autorytetu, dobrowolnego zaufania jego mądrości i rozeznaniu.

Jeden człowiek powierza się drugiemu człowiekowi. Jeden drugiemu ma towarzyszyć. A w Ewangelii czytamy: Czy może niewidomy prowadzić niewidomego? Czy obaj nie wpadną w dół?

Kierownik duchowy musi wiedzieć, że jest tylko narzędziem, że ma pomóc drugiemu człowiekowi dotrzeć do Boga. Gdyby w swojej pysze próbował stawiać się w miejscu Pana Boga czy swoją osobą Go zasłaniać, narzucając swoje zdanie czy podporządkowując sobie drugiego człowieka, to rościłby sobie pretensje do takich przestrzeni w życiu duchowym człowieka, do których nie ma prawa.

A czy kierownik duchowy może być ślepy? Nikt nie jest doskonały, każdy ma prawo popełnić błąd. Zakładamy tu jednak, że kierownictwo duchowe najpełniej wyraża się w relacji mistrz – uczeń.

I że przez mistrza przemawia Duch Święty?

Możemy mieć nadzieję, że Duch Święty posługuje się kierownikami duchowymi, ale nie mamy takiej gwarancji. Nie można całkowicie wykluczyć, że ktoś sam się zagubił i od Boga odszedł, a pretenduje do pouczania innych. Dlatego tak ważna jest osobista świętość i dojrzałość kierowników duchowych, krytyczne spojrzenie na samego siebie i świadomość, że nie jest się nieomylnym. Ojciec duchowy, przekonany o swojej nieomylności, w żadnym wypadku nie powinien podejmować się posługi kierownictwa – posługi wymagającej pokory i wielkiej odpowiedzialności za drugiego człowieka.

Ojciec duchowy pełni inną posługę niż kapłan jako szafarz sakramentów. Kiedy grzeszny ksiądz na mocy udzielonego mu sakramentu święceń udziela rozgrzeszenia, to jest ono ważne, ponieważ w sakramencie działa Bóg, rozgrzesza Bóg.

Inaczej jest z ojcem duchowym, którego posługa wypływa z charyzmatu, a nie z mocy sakramentu. Dlatego kierownictwo duchowe pojmuję jako wspólne podążanie drogą duchową. To człowiek podąża tą drogą, a kierownik duchowy idzie pół kroku za człowiekiem, któremu towarzyszy. Kierownik nie może powiedzieć: „Pójdź za mną”. To wezwanie kieruje do człowieka Jezus. A kierownik jedynie pokazuje drogę, która jest przed tym człowiekiem, objaśnia, podpowiada, co może go spotkać po skręceniu w taką, a nie inną ścieżkę. Wyboru jednak dokonuje sam człowiek.

Tak po ludzku patrząc, trąci to trochę niedojrzałością – sam nie jestem w stanie kierować własnym życiem, dlatego szukam doradcy…

Niedojrzałością może być wyruszenie w nieznany teren bez rozeznania, bez zapytania o radę tych, którzy go znają lepiej. Znałem chojraków, którzy poszli zimą w Tatry, bo po pierwszych doświadczeniach górskich wędrówek byli pewni swoich sił i umiejętności. Uznali, że już wszystko sami potrafią, że już nie muszą się nikogo radzić. Cud, że nie zginęli.

Dojrzałość nie polega na absolutnej samodzielności, ale na racjonalnym myśleniu, rozeznawaniu potrzeb i umiejętności oceniania swoich mocnych i słabych stron. Dojrzały człowiek wie, kiedy poradzi sobie sam, a kiedy powinien prosić o pomoc, kiedy może być samodzielny, a kiedy nie może ufać swoim siłom. Przekonanie o własnej doskonałości prowadzi najczęściej na manowce.

Czy nie ma takiej obawy, że wsparcie kierownika duchowego wpędzi nas w lenistwo duchowe? On za mnie pomyśli, on mi podpowie, wskaże, a ja będę wagonikiem podczepionym do lokomotywy.

Niektórzy taką właśnie rolę chcą przypisać swojemu kierownikowi duchowemu. Nie pragną dojrzałości; nie szukają osoby, która im pomoże w drodze, ale potrzebują kogoś, kto tę drogę przejdzie za nich, kto im wszystko powie, kto za nich podejmie decyzję. To jest bardzo wygodna postawa: zrzucam całą odpowiedzialność na ojca duchowego, a jak coś mi nie wyjdzie, to jego obarczę winą za własną nieudolność. Wyrzucę mu, że jest marnym kierownikiem duchowym, bo miał ze mnie uczynić świętego, a ja nadal jestem grzesznikiem.

Klasyczna postawa ucieczki od wolności, od odpowiedzialności polega na zakryciu swojego lenistwa duchowego płaszczykiem pokory. Podporządkowanie się woli, mądrości kierownika duchowego jest w istocie uwieszeniem się na nim. Kierownik duchowy powinien to szybko dostrzec i zareagować: wyrwać człowieka z takiej postawy; a jeśli to jest niewykonalne – powiedzieć szczerze: „Ty nie szukasz drogi Bożej, tylko wygody”. Czasami muszą paść ostre słowa: „Odejdź, bo nasza wspólna droga nie ma sensu”.

Ale przecież kierownik duchowy, decydując się na towarzyszenie komuś, w jakiś sposób przyjmuje na siebie odpowiedzialność za tego człowieka. Ktoś ma prawo poczuć się odtrącony.

Powiedzenie komuś „nie” może być oczywiście wyrazem egoizmu czy wygodnictwa kierownika duchowego, ale może też wynikać z poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka. Czasami jest to jedyny sposób, żeby go przebudzić, usamodzielnić. Dreptanie w miejscu jest jałowe, nie przynosi żadnych owoców. Ojciec duchowy powinien też umieć rozpoznać moment, gdy czas jego posługi się skończył; gdy dobro człowieka wymaga, by znalazł pomoc u kogoś innego. Bywają też inne powody, dla których trzeba się rozstać.

Czy posiadanie kierownika duchowego jest kolejnym szczeblem, na który się wspinamy po drabinie dojrzałości duchowej?

Nie myślałbym o tym w ten sposób. Spotykam czasami ludzi pięknych duchowo, rozmodlonych, bliskich Panu Bogu, doświadczających Jego obecności i posłusznych Jego natchnieniom, którzy nigdy nie słyszeli o kierownictwie duchowym. A są i tacy, którzy przeczytali gdzieś czy usłyszeli, że dobrą rzeczą jest kierownictwo duchowe, i od razu szukają ojca duchowego.

Ma to sens?

Może mieć sens, jeśli relacja między ojcem a dzieckiem duchowym rozwinie się w dojrzałe towarzyszenie duchowe. Początki mogą być zupełnie nieformalne. Dla młodego człowieka zaangażowanego w oazę, duszpasterstwo czy wspólnotę, takim nieformalnym kierownikiem duchowym może być ksiądz, który rozmawia z młodzieżą na tematy duchowe, organizuje im spotkania, wspólnie się z nimi modli. Uczeń szkoły średniej czy student nie powie od razu, że rozmawiał z kierownikiem duchowym, tylko powie, że był u swojego duszpasterza, nawet jeśli te kontakty będą coraz częstsze, a rozmowy coraz bardziej dojrzałe i głębokie.

Niezadekretowaną formą kierownictwa duchowego może być też stałe spowiednictwo.

Czy kierownika duchowego powinno się co jakiś czas zmieniać?

Nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Czasem warto zmienić, czasem warto kontynuować współpracę duchową, która trwa długie lata. Wpływ na taką decyzję ma wiele czynników. Obawiałbym się jednak częstych zmian ojca duchowego, bo zwykle świadczą to tym, że człowiek szuka kierownika idealnego albo coraz to nowych przeżyć i wrażeń, a nie drogi do Pana Boga. Jest w tym jakaś kompulsywna pogoń za nowością: byłem u dominikanina, jezuity i karmelity, ale jeszcze zobaczę, co ma mi do zaproponowania benedyktyn czy kameduła.

Ale może być i tak, że ktoś był dla drugiej osoby kierownikiem duchowym przez kilka czy nawet kilkanaście lat i stopniowo obie strony dochodzą do wniosku, że ich wspólny czas się skończył. Ojciec duchowy może powiedzieć: „Człowieku, potrzebujesz nowego impulsu, innego kierownika”. Podobny sygnał może wyjść ze strony penitenta.

Czy zza kratek konfesjonału widać, że jesteśmy w kryzysie duchowym?

Niestety widać. Wartości zdewaluowały się i zrelatywizowały. Jesteśmy podatni na zniechęcenie i niewiarę. Spowiadamy się rutynowo i mechanicznie. Poddajemy się duchowi tego świata. Pozwalamy, aby wypłukiwano z nas duchowość. To, co proponuje i narzuca świat: tempo, powierzchowność życia, brak relacji, brak odpowiedzialności – niszczy to, co w człowieku najcenniejsze. Duch szuka gleby, na której mógłby się zakorzenić, i jej nie znajduje.

Masz swoją diagnozę, z czego to wynika?

Postrzegam to jako sprzężenie zwrotne: im mniej duchowości w świecie, tym świat jest mniej stabilny; a im bardziej świat wariuje, tym mniej w nim duchowości. Patrzę na ten proces z perspektywy dwudziestu kilku lat, od czasu kiedy jestem księdzem. Trudno mi ocenić, jak to się ma do tego, co było dawniej. Może wtedy duchowni też łapali się za głowę i mówili, że duchowość umiera? Nawet jeśli tak było, to warto o tę duchowość człowieka powalczyć.

A może ta agonia duchowa wynika z tego, że nie mamy się komu powierzyć. Benedyktyn ojciec Piotr Rostworowski mówił do swoich współbraci, że powierzchowność i miernota ludzi świadczy o kapłanach, zakonnikach. Sami są w kiepskiej kondycji duchowej, więc nie mają wiernych czym nakarmić.

Kryzys duchowości dotyka nie tylko ludzi świeckich, ale i konsekrowanych: mnichów, księży, zakonnice. To syndrom naszych czasów. Nie jest tak, że świeccy żyją w świecie, a księża i zakonnice przy kościele i z tego powodu są bardziej uduchowieni i pobożni. Jeśli ksiądz częściej adoruje telewizor niż Pana Jezusa, to prawdopodobnie jego duchowość będzie mizerna. I taki ksiądz nie będzie zainteresowany wchodzeniem w rolę kierownika duchowego, zajmowaniem się cudzymi problemami, czy rozeznawaniem woli Bożej. Spowiadając w konfesjonale, będzie raczej oczekiwał od penitenta szybkiego wyznania grzechów.

Tymczasem kierownictwo duchowe jest zajęciem czasochłonnym. Rzadko się zdarza, aby ktoś mógł się temu całkowicie poświęcić. Wyobraźmy sobie sytuację, że kierownikiem duchowym jest kapłan, który jednocześnie katechizuje, głosi rekolekcje, obsługuje biuro parafialne, buduje kościół… Skąd on ma brać siłę i czas na wysłuchiwanie ludzi? Kierownictwo duchowe to dziesiątki godzin rozmów, z których czasami, patrząc po ludzku, nic specjalnego nie wynika. Trzeba wiary, że Pan Bóg działa, że pomoc ludziom w odnajdywaniu dróg do Niego ma sens.

Mówisz, że kierownictwo duchowe to tracenie czasu dla siebie. Ile tego czasu musimy mieć?

Na różnych etapach życia różnie to wygląda. Bywa, że ktoś na początku drogi duchowej, kto niedawno przeżył spektakularne nawrócenie, potrzebuje rozmowy bardzo często, niemal na zawołanie. Wszystko jest dla niego nowe, nieznane, jest ciekawy sfery ducha i głodny Bożego Słowa. Rodzą się w nim wtedy dziesiątki pytań, na które chciałby natychmiast poznać odpowiedź. Miałem pod opieką takich neofitów. Teraz mieszkamy w innych miastach, więc spotykamy się raz na pół roku, raz na rok albo wtedy, gdy w ich życiu dzieje się coś ważnego. Oni są wtedy gotowi przejechać przez pół Polski, żeby godzinkę czy dwie porozmawiać.

Warto też przypomnieć świętą siostrę Faustynę. Kiedy jej spowiednicy ks. Michał Sopoćko i ks. Józef Andrasz byli blisko, często korzystała z ich posługi; a gdy nie miała takiej możliwości, pisała do nich listy.

Co może być dla nas witaminą na te wyprane z duchowości czasy?

Pan Jezus i Jego Ewangelia. Wiara nie jest tożsama z etyką, tradycją, higieną życia, zestawem cnót moralnych czy poczuciem więzi społecznej. Istotą wiary jest spotkanie osób, wejście w relację, osobista przyjaźń między mną a Panem Bogiem.

I w nawiązaniu tej więzi może nam pomóc kierownictwo duchowe?

Jeśli człowiek szuka kierownika duchowego, oznacza to, że już go Pan Bóg dotknął; że więź już jest zadzierzgnięta. Potrzebuje ona jednak wsparcia, aby się rozwinąć.

Pół kroku za
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”, w latach 2014-2022 prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego. Obecnie mieszka w Dom...

Pół kroku za
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze