Kiedyś cię znajdę
fot. sara cervera / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 votes
Wyczyść

Właściciele serwisów matrymonialnych prześcigają się w podsuwaniu nam specjalnych narzędzi, które mają zoptymalizować poszukiwanie drugiej połówki (albo towarzysza lub towarzyszki przygód) i uchronić nas przed totalnymi rozczarowaniami

W dobrym guście są w naszych czasach różnego rodzaju „coming outy”, nie brak dziś fanów intymnych historii z życia i pożycia wziętych, a i zwolennicy emocjonalnego ekshibicjonizmu także mają wiele powodów do radości. Sprowokowana przewodnim tematem wrześniowego numeru „W drodze” postanowiłam chwilowo wpisać się w ten trend, popłynąć niniejszym tekstem z popkulturowym prądem, a nie pod prąd, i tym razem opowiedzieć nieco o sobie. Otóż, Drogi Czytelniku, byłam swego czasu wierną i oddaną użytkowniczką portali randkowych. (Dla wielu przyznanie się do tego rodzaju „działalności” to obciach, co nie znaczy, że i oni z takich serwisów nie korzystają – według badań w zeszłym roku robił to co siódmy polski internauta, a w 2011 roku – co czwarty).

Popchnęło mnie do tego dość rozpaczliwego kroku niełatwe wtedy życie – rodzina daleko, nowe miejsce pracy, a praca dość zachłanna, znajomych niewielu, poczucie samotności dojmujące. Zdecydowałam się wziąć sprawy w swoje ręce (powiedzieć, że cierpliwość nie jest moją mocną stroną, to nic nie powiedzieć) i zagospodarować jakoś tę pustkę, bo myśl o życiu w pojedynkę była dla mnie w tamtym momencie straszna, a wartość miłości mężczyzny – absolutna. Nie kręciło mnie, jak mawia dziś młodzież, chodzenie po klubach – wolałam bardziej subtelną i mniej bezpośrednią formę polowania na partnera. Dobrodziejstwo techniki miało stać się dla mnie wybawieniem i światłem w nocy smutnej samotności.

Wydam wszystko na ukochanego

Ale technika ma też swoje prawa i zanim człowiek dotrze do tego tłumu wspaniałych i chętnych do nawiązania relacji mężczyzn, pośród których – jakże to prawdopodobne! – znajduje się ten jeden jedyny, musi przedrzeć się przez gąszcz regulaminów, zasad korzystania z danego serwisu randkowego oraz dokonać stosownej opłaty. Zasada „nie kupuje się kota w worku” na nic się tu nie przydaje, bo żeby w pełni korzystać z możliwości kontaktu z innymi użytkownikami za pośrednictwem portalu – trzeba zapłacić. Pół biedy, jeśli tylko za miesiąc (choć oczywiście najkorzystniej, jak przekonują właściciele serwisów, wykupić dostęp na cały rok albo w ogóle na zawsze).

Ulubiony portal randkowy chrześcijan, który chce „łączyć ludzi z wartościami”, zna także swoją wartość – tam najniższy abonament wynosi 99 zł (choć to gwarantuje 12 miesięcy użytkowania). No ale jak tu nie zapłacić, skoro w grę wchodzi sprawa tak fundamentalna, jak miłość? „Wydam wszystko na ukochanego” – dźwięczą mi w głowie, nie wiedzieć czemu, słowa ze znanej telewizyjnej reklamy.

Słup reklamowy

Kolejną inwestycją, którą należało poczynić, było stworzenie atrakcyjnego profilu. Na początku wydawało mi się, że wszystko pójdzie gładko i romantycznie – to znaczy ja wpiszę tylko kilka zdawkowych informacji (bo przecież nie będę o sobie opowiadać obcym ludziom) i oczywiście nie umieszczę swojego zdjęcia (by nie przyćmić mego niewątpliwego piękna wewnętrznego), a tłumy kandydatów na partnera i tak natychmiast odkryją, z jaką fajną kobietą mają do czynienia (no bo jestem fajna) i nie będę wręcz mogła opędzić się od tych wiadomości, odwiedzin profilu, przesyłanych wirtualnie kwiatków, uśmiechów czy zaczepek.

Guzik prawda. Szybko się okazało, że przyjęta przeze mnie strategia przynosi marne efekty, by nie powiedzieć, że nie przynosi żadnych. Należało wstawić zdjęcie („Profile ze zdjęciami są aż osiem razy częściej odwiedzane przez zarejestrowanych w serwisie niż pozostałe!” – przeczytałam w poradach, od których się roi na każdym randkowym portalu), a opis na moim koncie trzeba było „podrasować”. Tylko w jakim pójść kierunku? Czy powinno być tam więcej słodyczy, czy raczej chłodu; należy udawać, że właściwie to wcale a wcale nie zależy mi na poznaniu ciekawego mężczyzny, czy jednak przyznać się, że mam w sobie pełną gotowość do natychmiastowego wskoczenia w poważny i trwały związek?

Po długich debatach z samą sobą doszłam do wniosku, że nie będę upubliczniać moich tęsknot i pragnień, a przede wszystkim spróbuję znaleźć trochę wewnętrznego dystansu do tych internetowych poszukiwań, bo w przeciwnym razie zwariuję. Konieczność wcielenia się jednocześnie w słup reklamowy i autosprzedawcę – bo do tego właściwie sprowadza się konstruowanie swojego profilu w serwisie randkowym – może być doświadczeniem i przykrym, i upokarzającym, bo kimże ja jestem i co to za świat wokół mnie, skoro człowiek musi się do czegoś takiego posuwać…?

Zrób to profesjonalnie

Proszę sobie tylko nie myśleć, że takie tworzenie własnej wizytówki na portalu to działanie wyłącznie autorskie, gdzie pierwsze skrzypce grają polot, wyobraźnia i zdolności autokreacji przejawiane przez użytkownika. Co to, to nie! Właściciele serwisów matrymonialnych prześcigają się w podsuwaniu nam specjalnych narzędzi, które mają zoptymalizować poszukiwanie drugiej połówki (albo towarzysza lub towarzyszki przygód) i uchronić nas przed totalnymi rozczarowaniami.

Portal MyDwoje.pl proponuje Test Doboru Partnerskiego – „Wypełnij go, a my sprawdzimy, kto do Ciebie najlepiej pasuje!”, natomiast eDarling („dla singli z aspiracjami”) usilnie namawia nas do zrobienia testu osobowości, bo dzięki niemu „Wybór partnera oparty jest na naukowych badaniach dotyczących związków międzyludzkich”, a „Ryzyko spotkania osoby widzącej świat całkowicie inaczej niż my i posiadającej zupełnie inne wartości, jest znikome”. Kiedy na eDarling ktoś chce się z nami skontaktować, automatycznie w pakiecie dostajemy informację, w ilu procentach – według tegoż testu – dana osoba spełnia nasze potrzeby i oczekiwania. Jakie to proste! Prawda?

Portal Przeznaczeni.pl, konsekwentnie realizując swoją linię programową „łączenia ludzi z wartościami”, już w informacjach podstawowych każe nam złożyć deklarację dotyczącą dzieci: czy je mamy albo chcemy mieć, a jeśli tak, to kiedy. Jeżeli nie zaznaczysz żadnej odpowiedzi, nie możesz dalej uzupełniać swojego profilu. W rubryce „Twój światopogląd” musimy natomiast wyspowiadać się z naszego stosunku do antykoncepcji, seksu przedmałżeńskiego oraz rozwodów. Najbardziej neutralną opcją do zaznaczenia jest tu zdanie: „Nie chcę odpowiadać na to pytanie”. Klikasz tę właśnie odpowiedź, człowieku, ponieważ w głowie ci się nie mieści zaczynanie znajomości od takich intymnych zwierzeń, a potem drżysz, bo na pewno niejeden sobie pomyśli: a to rozpustnica jedna, co się zaraz po ślubie będzie chciała rozwodzić!

Niezły towar

Wszystkie te mechanizmy plus kryteria wyszukiwania potencjalnych partnerów (wiek, wzrost, wykształcenie, stan cywilny etc.) mają sprawić, że błyskawicznie i bezboleśnie odnajdziemy miłość życia czy kogo tam będziemy chcieli (bo nie czarujmy się, nie wszyscy korzystający z serwisów randkowych noszą się ze szlachetnym zamiarem poznania tu przyszłej żony bądź męża). Zaglądamy w końcu na czyjś profil, rzucamy okiem na zdjęcie, szybko przelatujemy po informacjach tam zawartych (pamiętacie, w jakim bólu te wpisy się rodzą!?) i podejmujemy decyzję, czy dany delikwent przechodzi do kolejnego etapu castingu. Cała ta zabawa staje się mniej zabawna, jeśli człowiek uświadomi sobie, że przypada mu w niej rola nie tylko eliminującego, ale także eliminowanego.

Sama nie napisałabym tego lepiej, więc oddaję teraz głos kobiecie, która przeżyła przygodę z dwoma portalami randkowymi: „To, o co oskarżam internet jako sposób na zawieranie znajomości to, o ironio!, łatwość nawiązywania relacji. Poznajemy ludzi nie w pojedynczych egzemplarzach, a w zestawach, dostępność jest nieograniczona, wybór przeogromny, znajomości są łatwe jak promocje supermarketowe. W tym natłoku propozycji szukamy swojego ideału, nie godząc się na kompromisy. Dla jednych takim ideałem będzie chętna, młoda, wolna i bogata – dziecko to już poważny „defekt”, bo po co sięgać po wybrakowany pakiet, kiedy sklep obok oferuje dokładnie to, czego nam trzeba?”.

Jednym słowem, bardzo łatwo w świecie portali randkowych sprowadzić człowieka do roli towaru. Pamiętacie? Kilkanaście lat temu (teraz wśród młodzieży to już jest pewnie passé) niegrzeczni chłopcy, widząc atrakcyjną dziewczynę, gwizdali pod nosem: „Niezły towar!”. Użytkownikom serwisów kojarzących ludzi zdarza się to nagminnie, choć może nawet nie zdają sobie z tego sprawy.

Z życia wzięte

No dobrze, idźmy dalej, bo zrobiło się bardzo poważnie, smutno i nieco dramatycznie, a przecież serwisy matrymonialne mogą dać człowiekowi także sporo radości – zwłaszcza kiedy przychodzi czas na weryfikację internetowej znajomości w tzw. realu i kiedy upłynie już trochę czasu. Oto kilka historii, nic a nic nie zmyślonych, samo życie po prostu.

On już nie pamięta, kto kogo pierwszy zaczepił, ale internetowa korespondencja rozhulała im się na dobre. Dziewczyna wydawała się miła, nie zdradzała symptomów braku równowagi psychicznej, więc w końcu zaproponował jej kawę. Nie ma pojęcia, jak się to stało, ale zupełnie nie wziął pod uwagę szczegółowego opisu wyglądu poznanej na portalu koleżanki – może go nie umieściła? W każdym razie, po przybyciu na umówione miejsce okazało się, że dziewczyna jest od niego o głowę wyższa, co w tym przypadku – bo są też przypadki inne – dla każdego z nich było bardzo krępujące. Trudno zakończyć spotkanie zaraz po jego rozpoczęciu, więc grzecznie pokonwersowali godzinę, po czym rozstali się życzliwie i z przekonaniem, że nigdy więcej się nie umówią.

Kolejny on profilowi oraz zdjęciu zaproszonej na randkę koleżanki poprzyglądał się wcześniej bardzo uważnie, ale i to nic nie pomogło. Siedząca naprzeciw niego kobieta miała kilka lat i kilkanaście kilogramów więcej niż postać wyeksponowana na portalu randkowym. Próbowała mu wprawdzie wytłumaczyć, że to kwestia nagłych i drastycznych zmian w organizmie, ale jemu jakoś trudno było uwierzyć w tę wersję. Po półgodzinnej męczarni – i tu otwieramy wielki cudzysłów – miał pilny telefon od kolegi z pracy i musiał natychmiast jechać, by wyjaśnić pewną sprawę.

I jeszcze jedna historia, z dwoma Marcinami w roli głównej. M. nr 1 regularnie przesyłał do niej maile i „łapał” ją na czacie. Ona wprawdzie odpisywała, ale o wiele bardziej była zainteresowana M. nr 2, którego próbowała jakoś skłonić do nawiązania kontaktu. Po kilku dniach różnorodnych zabiegów starania te zostały zwieńczone sukcesem i M. nr 2 zaprosił ją w końcu na kawę. Co za radość! Kolega po fachu! Będzie o czym gadać! To musi być niezwykle ciekawy facet! Spotykają się w umówionym miejscu, przełamują pierwsze lody, ona stosuje metodę: jeśli nie wiesz, o czym rozmawiać z mężczyzną, zapytaj go o jego pracę. On zaczyna mówić, a jej coraz więcej rzeczy przestaje się zgadzać. I im dłużej on opowiada, tym bardziej wszystko się nie zgadza. Okazało się, że na randkę nie przyszedł M. nr 2, lecz M. nr 1, bo ona pomyliła korespondencję od obu panów.

Iskra

Ach, gdyby w tych wszystkich wyżej opisanych przypadkach – mimo początkowej wpadki – coś jednak zaiskrzyło! Jakież by to były piękne historie! – w sam raz dla przyszłych wnuków. Ale okazuje się, że z tą iskrą to wcale nie taka prosta sprawa i nie wystarczy odpowiednio wypełniony na portalu randkowym test czy dobrze ustawione kryteria wyszukiwania potencjalnych partnerów. Musi – w realu! – zaistnieć owo tajemnicze „coś więcej”.

Posłuchajcie tego: „Piękna dziewczyna o ciemnych włosach, zazwyczaj w sweterku i owinięta kolorową chustą (gdy jest trochę chłodniej), z niebieskim/fioletowym plecakiem u jej stóp, siedzi najczęściej w dziale literatury romańskiej – między półkami, tuż obok dzieł Umberto Eco – i uczy się ostatnio prawa handlowego. Chciałem jej powiedzieć, że czuję do niej coś wyjątkowego i dzień bez obiadu z nią w Hulakuli jest dniem pustki, smutku i niesamowitej tęsknoty. Zmieniłaś moje życie i chciałbym, byś zmieniała je dalej, bo gdy Cię widzę, to zaczynam wierzyć, że wszystko jest możliwe”.

I jeszcze tego: „Ugniatałabym z Tobą kapustę w beczkach bosymi stopami, ujeżdżała rozjuszone byki na rodeo na tle zachodzącego słońca, zwężała i rozszerzała kratki w krzyżówkach, by nasze hasła się zmieściły czy dokarmiała żubry w Białowieskim, gdybyś tylko zostawił tę fizykę i na mnie spojrzał”.

Tak uroczych lektur dostarczają nam strony internetowe typu „spotted” – z angielskiego: zaobserwowane, zauważone (powyższe wpisy pochodzą ze Spotted: BUW). To najnowszy krzyk mody, który do Polski dotarł zaledwie kilka miesięcy temu. Różnica między takimi właśnie stronami a serwisami matrymonialnymi polega na tym, że w przypadku tych pierwszych najpierw coś zaiskrzy, a dopiero potem rozpoczynają się poszukiwania za pomocą internetu osoby, która zrobiła na nas wrażenie. Na portalach randkowych działa to odwrotnie – najpierw się szuka, a potem (niekiedy rozpaczliwie) wygląda się iskry.

Która się pojawia albo i nie. Osobiście znam wielu ludzi korzystających z większym lub mniejszym rozmachem z serwisów matrymonialnych, ale tylko jedno szczęśliwie dzięki nim zawarte małżeństwo (czyli jednak – powiedzmy uczciwie – historia zna takie przypadki). Ja Lubego spotkałam w realu, w okolicznościach absolutnie nieromantycznych i niespodziewanych, ale za to w takim momencie, kiedy samotność przestała mi się jawić jako coś strasznego, życie w pojedynkę nabrało właściwej, należnej mu wartości, a konta na portalach randkowych od wielu tygodni były nieaktywne.

Kiedyś cię znajdę
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze