Ksiądz w hali odlotów
fot. constantin / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Drugi List do Koryntian

0 votes
Wyczyść

Port lotniczy ma swój język. Nie ma punktu odprawy. Jest check-in. Nie ma wejścia na pokład. Jest boarding. Nie ma portu lotniczego. Jest airport. Nie ma kaplicy. Jest chapel.

Czy to ważne, jak się nazywa kaplica na lotnisku? Naukowcy z Uniwersytetu w Manchesterze przez cztery lata badali kaplice w portach lotniczych na całym świecie. Ich uwagę przykuły nazwy lotniskowych „miejsc skupienia”.

Chaplain’s office można przetłumaczyć jako kaplicę.

Quiet room. Pokój ciszy. Totalna neutralność nazwy sprawia, że w pokoju ciszy może się modlić nawet ateista.

Silent lounge. Dosłownie to „milcząca sala”.

Christian chapel. Wiadomo. Chrześcijańska kaplica.

Men’s prayer room. Męski pokój, czyli miejsce modlitwy muzułmanów.

Prayer room. W wolnym tłumaczeniu – pokój do modlitwy.

Często się zdarza, że tabliczka kierująca do „miejsca skupienia” wisi pod drogowskazem do „coffee lounge”. Jakby kawiarnia miała coś wspólnego z miejscem szukania Boga.

Wniosek z badań brytyjskich naukowców? Po pierwsze – ile lotnisk, tyle nazw „miejsc skupienia”. Pod drugie – najwięcej jest kaplic uniwersalnych, wielowyznaniowych, multikulturowych. Ważne, by kaplica nie kojarzyła się z konkretnym wyznaniem. Znak naszych czasów?

Szukam „chapel” na Ławicy

Przeciskam się przez tłum znudzonych czekaniem na lot do Hurgady. Krótkie spodenki i luźne koszulki świadczą o przekonaniu turystów, że plaża zaczyna się już na pokładzie Airbusa A300.

– Wie pani, jak dojdę do kaplicy? – zagaduję kobietę po pięćdziesiątce.
– To chyba musi pan pojechać do miasta – odpowiada z grymasem na twarzy.
– Czego pan szuka? – wtrąca się mąż. Chyba mąż albo obcy facet.
– Szukam kaplicy na Ławicy. Nawet mi się zrymowało.

Żartem próbuję rozładować niezręczną sytuację. Gapią się na mnie jak na podstarzałego kleryka.

„Chapel” na poznańskim lotnisku znajduje się tuż obok służbowego wejścia „customs”. Celnicy w sąsiedztwie kaplicy. Ciekawe…

Drzwi do „chapel” nie różnią się od innych drzwi do pomieszczeń i biur portu lotniczego. Kaplica znajduje się pod numerem 518.

Jest niedziela. Czternasta pięć. Od pięciu minut trwa msza. Cichutko otwieram drzwi 518. Maleńkie klimatyzowane pomieszczenie bez okien. To znaczy jest jedno w suficie nad tabernakulum. Badania Uniwersytetu w Manchesterze wskazują, że większość lotniskowych kaplic to wąskie pomieszczenia bez okien z meblami z Ikea. Idealne miejsce na magazyn.

Oto jak wyglądają niektóre europejskie kaplice:

Room of Silence. Port lotniczy w Norymberdze. Pusta sala. Biała błyszcząca posadzka z płytek. Żadnego znaku religijnego. Żadnego przedmiotu. Oczywiście żadnego okna. Może to czyściec? Purgatory room?

Kaplica w Manchester Airport. Wąska kiszka. Niebieska wykładzina. Krzesełka, a na ścianie coś, co przypomina kontynenty lub chmury. Trudno to opisać.

Heathrow Airport – St George’s Chapel. Plastikowe krzesła, współczesny witraż. W rogu ministół ofiarny. Znów brak znaków religijnych, a przecież to kaplica świętego Grzegorza.

Druga kaplica na Heathrow ma charakter wielowyznaniowy. Na ścianie wisi wielka elektroniczna tablica odlotów. Złożone krzesła, szafka, biurko. Pomieszczenie przypomina składzik z krzesłami. Kłuje i dusi brak okien.

Międzynarodowy Port we Frankfurcie ma piękny mały meczet. Na ścianie zegar z Ikei.

Kopenhaga. Pokój ciszy wpisuje się w estetykę całego portu. Skandynawska biel. Pod ścianą sztuczne kwiaty. Miejsce religijnie neutralne. Kopenhaski Quiet Room mógłby być równie dobrze salą do udzielania pierwszej pomocy albo przewijania dzieci.

Wracamy na Ławicę.

W porównaniu z europejskimi kaplicami ta na Ławicy do istna katedra. Nowoczesne, ale estetyczne ławki z białego drewna z okleiną. Człowiek tonie w nich jak w fotelach klasy biznes podczas lotu do Nowego Jorku. Matka Boska, Jezus, droga krzyżowa, mały konfesjonał. Normalny kościół.

Jest nas w kaplicy jedenaścioro. Pierwszy raz w życiu słyszę, co mówi ksiądz, biorąc chleb i wlewając wino do kielicha. Mam wrażenie, że wszyscy przyszliśmy tu na serio, a nie by się przespać w tłumie, załatwiając obowiązek uczestnictwa w niedzielnej mszy świętej. Jakbyśmy spotkali się po kryjomu, ukradkiem. Jest bardzo intymnie. Za mną dwóch ochroniarzy, celnicy, dwie panie z obsługi lotniska z identyfikatorami przypiętymi do koszul. – Nie ma tu szarych, niezauważalnych ludzi. Każdy jest osobą – mówi po mszy ojciec Błażej Mielcarek, Oblat Maryi Niepokalanej. Młody ojciec Błażej zastępuje dziś kapelana lotniska ojca Stanisława Grzybka.

Szukamy kapelana

Ojciec Grzybek był właśnie we Francji, gdy pewnego dnia zadzwonił do niego przełożony. – Na lotnisku Ławica potrzebny jest kapelan – powiedział. Ojciec Stanisław długo się nie zastanawiał: w niedzielę 7 października 2007 roku odprawił tam pierwszą mszę świętą.

Na drzwiach kaplicy powiesił kartkę z numerem swojego telefonu. Najczęściej dzwonią księża, którzy opiekują się grupami pielgrzymów. Zdarzało się, że kapelan jeździł na Ławicę w nocy spowiadać przerażonych lotem albo tych, których ruszyło sumienie.

– Prezes Ławicy dał mi zielone światło. Mogłem kupić do kaplicy, co chciałem – mówi ojciec Stanisław. – To miał być pokój modlitewny, kaplica wielowyznaniowa, ale uparłem się i kupiliśmy również tabernakulum. Były dyskusje, dlaczego ta kaplica – formalnie „pokój modlitwy” – jest katolicka. A jaka ma być? Jednemu mądrali z Warszawy powiedziałem: Jedź do Abu Dhabi i zobacz, jak wygląda ich dom modlitwy. Wejdziesz, to cię wykopią – złości się ojciec Grzybek. Złości się wbrew zaleceniom lekarzy. W rozruszniku serca lekarz kilka dni temu wymienił baterię.

Powstało pytanie, czy Pan Jezus będzie bezpieczny w otwartym całą dobę pomieszczeniu. Ale kto może zagrażać Panu Jezusowi w sąsiedztwie celników, funkcjonariuszy Służby Ochrony Lotniska i Straży Granicznej?

– Dla mnie jest oczywiste, że w kaplicy mieszka Pan Jezus i jest wieczne światło – opowiada ojciec Stanisław.

Kaplica na lotnisku służy przede wszystkim pracownikom. Po mszy próbowałem zagadnąć rosłego, łysego celnika, ale warknął, że urwał się ze służby i musi wracać. Panie w służbowych uniformach też spieszyły się do pracy. Jedynie staruszek znalazł chwilę.

– Mieszam na pobliskim Osiedlu Kwiatowym. Gdy jest gorąco, to podjeżdżam tu samochodem. Parking kosztuje 6 zł za pół godziny, ale jest tu klimatyzacja i mam czym oddychać. Poza tym popatrzę sobie na wielki świat – mówi starszy mężczyzna.
– A czuł pan tę intymność? – pytam staruszka.
– No jest coś dziwnego w takiej mszy. Trzeba znać wszystkie słowa, bo ksiądz się patrzy i wszystko słyszy.

Ksiądz nie tylko patrzy, słyszy, ale również pyta. Tuż przed kazaniem zapytał: „Macie dużo czasu?”. Wszyscy pokiwali przecząco głowami. Wiadomo. Trzeba wracać na służbę. Kazanie było więc krótkie.

– Ktoś, kto jest pierwszy raz na takiej mszy, nie zapomni jej długo. Mogę zapytać ludzi, czy coś przeżyłeś, czy coś cię poruszyło. Każdy jest zauważony. Nawiązuje się dialog – mówi ojciec Błażej Mielcarek. – W życiu parafialnym można przewidzieć, ilu ludzi przyjdzie do kościoła. Tu jest pełna spontaniczność. Z jednej strony powstaje relacja z człowiekiem, z drugiej strony mogę tego człowieka już nigdy nie zobaczyć – dodaje oblat.

Niespodziewanie do kaplicy wraca pani ze Straży Granicznej, która w czasie mszy świętej siedziała po mojej lewej stronie w drugim rzędzie z koleżanką również ze Straży Granicznej. Od razu zastrzega, że nic nie powie, bo jest w pracy. Szuka telefonu. Może wypadł w kaplicy?

– Szanuję to, że nie chce pani rozmawiać, ale jednym słowem, jakby pani nazwała tę kaplicę?
– Jednym słowem się nie da – odpowiada kobieta. – Kiedy pracuję w niedzielę, to przychodzę na mszę. Nie mam czasu iść do parafii. Robię to w przerwie w pracy.
– A niech pani spojrzy na tych ludzi na dole. Jak się śpieszą, denerwują… Inny świat.
– Ludzie czasem się denerwują, a czasem się modlą. Różnie to bywa. Ludzie nie są ani biali, ani czarni. Ale za dużo panu powiedziałam. Muszę biec. Do widzenia.

Lotniskowi grzesznicy

Najwięcej pracy kapelan Stanisław Grzybek miał tuż po katastrofie smoleńskiej. Wielu podróżnych spowiadało się przed lotem. Poza sezonem wakacyjnym w niedzielę na Ławicy jest pustawo. Ojciec Stanisław mówi, że w porcie można jeździć rowerem. Stąd i frekwencja na mszy niewielka. W tygodniu kaplicę odwiedzają głównie pracownicy. Ci, którzy lecą, są znerwicowani. Chcą jak najszybciej przejść kontrolę bagażu i dokumentów. Czasem tknie coś młodego emigranta.

Kapelan Ławicy jest świadkiem dramatów lecących za pracą. Jak brzmi „lotniskowy wyrzut sumienia” w języku portów lotniczych? Może „air remorse”?

– Tu rodzina, a tam kobieta albo nowy partner. Są trójkąty, a nawet czworokąty. Nie mówi się o tym głośno, ale Irlandia i Anglia rozbijają rodziny – mówi ojciec Stanisław. – Młodzi przychodzą do mnie, bo chcą się wyżalić. Po co jest ksiądz? Żeby przytulił jak ojciec i poklepał po plecach. A co ja mogę zrobić? Porozmawiam, żeby mu lżej było lecieć. To są rozmowy duchowe, ale nie zahaczają o spowiedź. Wielu chciałoby się wyspowiadać, ale niestety. Najpierw trzeba do żony wrócić. Wyprostować życie. Nie pouczam, nie oskarżam. Nikogo na siłę na lotnisku nie nawrócę. Nie ma tu mowy o nachalnej ewangelizacji. Nie stanę na bramce i nie powiem: „Chodźcie najpierw do kaplicy, bo samolotowi urwą się skrzydła”. Ludzie wiedzą, gdzie jest kaplica. Jak będą chcieli, to przyjdą.

Ojciec Błażej Mielcarek – młody zmiennik kapelana – mówi, że na lotnisku łatwiej się wyspowiadać, zostawić brud swojego życia. Ludzie przychodzą do kaplicy na chwilę i być może nigdy już nie wrócą. Taka perspektywa sprzyja wyznaniu grzechów.

Podobne doświadczenia ze spowiedzią ma kapelan lotniska Okęcie ksiądz Zbigniew Stefaniak. Kaplica na warszawskim lotnisku jest większa niż ta w Poznaniu, ale w bardzo podobnej stylistyce. Białe drewno sprawia, że jest tam jasno. Wielki Jezus na krzyżu patrzy na podróżnych.

– W tygodniu jestem tu od siódmej do piętnastej. Wtedy jest najwięcej pracowników. To głównie oni regularnie przychodzą do kapelanii – mówi ksiądz Stefaniak. Kapelan jest energiczny, zdecydowany i otwarty. – Jestem też, gdy przychodzą grupy pielgrzymkowe. – No i w niedzielę – dodaje.

Posługa dla pracowników to również udzielanie sakramentów. Ordynariusz zgodził się, aby śluby i chrzty zapisywać w parafii, w której rezyduje ksiądz Zbigniew. Kapelania nie jest parafią. Nie prowadzi ksiąg.

Przedsionek nieba

Zdarzało się, że ksiądz kapelan był w konfesjonale świadkiem wielkich nawróceń. Bycie w podróży wyrywa z bezpiecznej codzienności. Pakujemy się, śpieszymy, stoimy w tłumie, zapinamy się pasami. Podróżnego dopada chwila egzystencjalnego załamania.

– Czujemy, że życie jest kruche. I nie chodzi tu o lęk przed lataniem. Lot w nieznane, za pracą, podróż służbowa, podróż na pogrzeb bliskiej osoby to momenty, w których czujemy kruchość naszego wewnętrznego świata. W tej kruchości możemy znaleźć Pana Boga – tłumaczy ksiądz Stefaniak.

Kaplica na lotnisku jest jak latarnia na morzu. Jak krzyż przy drodze.

Zadaję księdzu z Okęcia prowokacyjne pytanie.

– Czy latanie samolotem to nie pycha? Przekraczamy granice. Toniemy w nowoczesności. Staliśmy się stworzycielami maszyn. Panujemy nad przestrzenią.
– Bzdury pan opowiada – mówi kapelan. – Czyńcie sobie ziemię poddaną.
– Czyli grzechu nie ma? – drążę temat.

Ksiądz Zbyszek się śmieje i odsyła z „takimi” pytaniami do jezuitów. Twierdzi, że mam „amiszowskie” podejście.            

Na Okęciu pracuje również przemiła siostra Lucyna Lejba, która zajmuje się sprawami administracyjnymi i utrzymuje kaplicę – jak sama mówi – „w ładzie”. Siostra zapewnia, że bardzo lubi latać i widziała niejedną lotniskową kaplicę. Najczęściej kaplice są zamknięte na klucz. Szukanie księdza, który go ma, albo pracownika portu skutecznie zniechęca wiernych do korzystania z „miejsca skupienia”. Kaplica na Okęciu jest otwarta od świtu do nocy.

– Ludzi uderza cisza w naszej kaplicy. To jest wejście w inny świat. Tam szum, tu zatrzymanie – mówi siostra Lucyna. – Wtedy możemy chwilę porozmawiać. To są bardzo ciekawe spotkania w przedsionku nieba.
– A czy Pan Bóg jest w niebie?
– A co to jest niebo?
– Dla pasażera samolotu to jest to niebieskie nad głową.
– To trzeba pasażerowi wyjaśnić, że TO NIEBO to nie jest to niebo.

Ciekawe jakby zareagowali pasażerowie na komunikat: „Ladies and Gentlemen, for a moment you touch the gates of heaven”.

Funty psują ludzi

Wróciłem na Ławicę w kolejną niedzielę. Znów przepytuję turystów. Tym razem lecą na Fuerteventurę.

– Przepraszam. Wie pan może, gdzie jest kaplica? – pytam młodego mężczyznę. Kiwa głową przecząco. Opalenizna świadczy, że był już gdzieś na wakacjach. Kolejny miłośnik „all-inclusive” również nie wie. Zapytany, czy lot ma w sobie coś transcendentnego, bezradnie rozkłada ręce.

Przed kaplicą stoi kobieta po pięćdziesiątce. Msza za pół godziny. Najpierw się pomodli, a potem odbierze córkę, która przyleci tym o 15.25 z Londynu Stansted. Kobieta sama zaczyna opowiadać. Córka odeszła od męża. Związała się z jakimś Polakiem, który pracuje w angielskim hipermarkecie. Dziecko jest z dziadkami. Kasia jest przeziębiona. Czeka na mamę z dziadkiem w domu. Narysowała wielki obrazek i powiesiła balony na drzwiach łazienki. Tatuś wyparował. Nie ma z nim kontaktu. – Wszystko stoi na głowie – wzdycha moja rozmówczyni.

Kobieta mówi, że nie lubi chodzić do swojej parafii na Ratajach. Sąsiadki się gapią. – Obgadują, a później biegną do komunii. Jak przyjedzie po córkę, to wejdzie do kaplicy i się modli, a potem w samochodzie słucha kolejnej obietnicy, że „w przyszłym miesiącu zabieram Kasię do siebie”. Na szczęście są tanie linie i mama regularnie odwiedza córeczkę.

– A jak pani ma na imię?
– A pan to napisze?
– Chciałbym.
– To nieważne. Ale niech pan napisze, że funty psują ludzi.

Więc piszę. Dla równowagi trzeba też dopisać, że funty pozwalają spełniać marzenia i godnie żyć ludziom bez pracy.

Czy emigracja nie ma czegoś wspólnego z Ewangelią? – Pan Jezus nie był statyczny – podkreśla ojciec Błażej Mielcarek.

Z głośników słyszę wezwanie podróżnych do odprawy celnej. W języku portów lotniczych – customs clearance.

Wchodzę do kaplicy. W trzeciej ławce piękna młoda dziewczyna. W konfesjonale chłopak. Cichutko gra muzyka. Nikt nie usłyszy rozmowy grzesznika z księdzem.

– Za dwa tygodnie bierzemy ślub – mówi chłopak po spowiedzi. Pracuje na lotnisku w Straży Granicznej. – Karteczki mamy podpisane i jesteśmy bardzo szczęśliwi. Narzeczona? Jest spoza branży, ale na randki przychodziliśmy tutaj, na Ławicę. Pokazywałem jej startujące samoloty.

Strażnik narzeczony lubi księdza Grzybka i jego kaplicę.

– To jest inny kościół. Rodzinny, spokojny i msza trwa 30 minut. Ksiądz nie poucza i mówi jak człowiek, a nie jak ksiądz. Czasem są podróżni, a czasem jesteśmy w gronie pracowników.

Paweł – bo tak ma na imię narzeczony – lubi pomyśleć w pracy, że kilka metrów dalej jest miejsce, w którym może odnaleźć siebie. To mu pomaga w czasie służby.

Suplement od księdza z Warszawy

Dzwoni ksiądz Zbigniew Stefaniak z Okęcia poruszony moim „amiszowskim” pytaniem o grzech pychy w lotnictwie cywilnym. Jego suplement co prawda nie odnosi się do pytania, ale to ważne słowa.

– Ludzie potrzebują ducha. Tak było i jest. Świetnie to widać w kaplicy w porcie lotniczym. Przychodzą się modlić ludzie na topie, ludzie sukcesu, elita tego świata. Stać ich na bilet. Potrzebują jeszcze czegoś. Kaplica na lotnisku może im to dać. Kaplica jest wysuniętą placówką ewangelizacyjną – kończy kapelan Okęcia.

Ciekawe, czy mała Kasia poleci z mamą do Londynu. Ciekawe, czy pani ze Straży Granicznej znalazła telefon. Czy Paweł z narzeczoną będą przychodzić do kaplicy ze swoimi dziećmi? Czy starszy pan z Osiedla Kwiatowego przestanie się stresować znajomością słów liturgii? Dotąd lotnisko było dla mnie masą anonimowych ludzi – szczęśliwców, którzy mają świat u swoich stóp. Od teraz jest zupełnie czymś innym.

Ksiądz w hali odlotów
Piotr Świątkowski

urodzony w 1980 r. – autor słuchowisk i audycji historycznych w Radiu Poznań, dziennikarz Polskiego Radia w Poznaniu, współpracownik dominikańskiego miesięcznika „W drodze”, autor reportaży historycznych. W 2017 roku w Dom...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze