Pieśni nabożne
fot. roberto nickson / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 54,90 PLN
Wyczyść

W śpiewie, oprócz tego że ma charakter sakralny i odwołuje się do tego, co boskie, istotny jest także element społeczny. Śpiewanie znanych pieśni buduje wspólnotę.

Pani, jak tu kiedyś było, jak obraz chodził. Cały dom ludzi. Wszyscy śpiewali do późnej nocy – pani Zofia, ponadosiemdziesięcioletnia mieszkanka podkarpackiej wsi z entuzjazmem wspomina dawne lata. – A jak był Wielki Post, po sumie zostawało się i to nabożeństwo, fontannę, się śpiewało. Ale teraz ksiądz tego nie chce. Możemy sobie różaniec zmówić i do domu. Teraz to każdy do siebie, siądzie przed telewizorem i tyle, a kiedyś tu kobiety przychodziły do mnie i śpiewałyśmy sobie te pieśni – mówi ze smutkiem pani Zofia.

To nie jedyna historia, z której dowiadujemy się, że lokalna praktyka śpiewania pieśni nabożnych i nabożeństw zostaje ukrócona przez miejscowego księdza, który – czy to z lenistwa, czy z poczucia, że reprezentuje wyższą niż ciemny lud kulturę, niszczy istotny kawałek tradycji.

Zaledwie 20 kilometrów dalej, w małej wiosce wciśniętej w dolinę, msze odbywają się w byłej cerkwi greckokatolickiej. Mieszkańcy przybyli tu, kiedy wysiedlono Łemków, są więc wciąż jeszcze trochę nietutejsi, jakby na chwilę, tymczasowo. Migracja nie sprzyjała zachowaniu tradycji. Ani obrzędy, ani zwyczaje nie mają już w sobie lokalnej specyfiki. Dominuje muzyka biesiadna, a kiedy spytać o weselne pieśni, usłyszeć można fragmenty discopolowych piosenek. Jedyne, co ocalało, to melodia Gorzkich żali, a w zasadzie jej specyficzny wariant. Kształtował się pierwotnie w miejscowości, skąd przybyła większość mieszkańców, odrobinę przypomina melodie z okolicznych wsi, a jednak miał swoje charakterystyczne zdobienia i rytmizacje. Niestety, dwa lata temu miejscowy proboszcz zakazał śpiewania Gorzkich żali na lokalną nutę. Na pytanie: dlaczego, odpowiedział, że stare Gorzkie żale są za długie, a on przyjeżdża jedynie odprawić mszę i spieszy się z powrotem. Decyzję podjął sam, na głosy sprzeciwu zareagował bardzo nerwowo. Jasne jest, że jako osoba niezwiązana osobiście z tą konkretną wsią i jej tradycją nie był w stanie zrozumieć, jaką wartość ma dla tej małej społeczności jedyny ocalały kawałek kultury tradycyjnej. Zresztą i część mieszkańców przyklasnęła krótszej wersji – wiadomo, sprawniej pójdzie i szybciej będzie można się zająć niedzielnym obiadem.

Trudno powiedzieć, kto lub co zawiniło. Może gdyby podczas formacji młodzi księża uczulani byli na wartość tradycji kultywowanej przez społeczności, do których zostaną posłani, gdyby wiedzieli cokolwiek o religijności ludowej poza frazesami o zabobonie, średniowieczu i ciemnocie ludu, byliby bardziej wrażliwi na ginące piękno pieśni nabożnych. Kontakt z żywą religijnością ludową może być niezwykłym doświadczeniem, ważnym duchowo spotkaniem z żywą wiarą, która przenika całe życie, pobrzmiewa w pieśniach, emanuje ze świętych obrazów, obecna jest w gestach, słowach, wrażliwości i wyobraźni. Obszar duchowości tradycyjnej, wiejskiej nie jest obcy papieżowi Franciszkowi. Z jego słów i szacunku do tradycji, z której się wywodzi, widać głębokie zrozumienie dla tego fenomenu. W Polsce miejscem, gdzie tradycja pozostaje żywa, jest wieś, choć może powinniśmy powiedzieć: była, bowiem czas teraźniejszy kultury tradycyjnej nazbyt szybko zamienia się w przeszły.

Wspólnota pieśni

Globalna wioska, tak Marshall McLuhan, kanadyjski teoretyk komunikacji, wiele lat temu określił współczesny, homogeniczny świat. Niszczycielskie działania przedstawicieli Kościoła, odbierające miejscowym społecznościom ich odrębność na rzecz miałkich muzycznie i literacko zastępników, to woda na McLuhanowski młyn. Kościół oczywiście jest powszechny, łączy ludzi z różnych stron świata, różnych kultur i tradycji, ale to nie znaczy, że może niszczyć lokalne dziedzictwo, zaorać miejscową kulturę i na tym gruncie krzewić nowe. Zresztą, jaka miałaby być ta nowa, lepsza kultura? Chrześcijaństwo zachodnie, mające swoje kulturowe korzenie w judaizmie, kształtowało się w środowisku rzymskim. Starano się jednak budować na lokalnej tradycji, przemianowywać święta, traktować poważnie miejsca święte. Dzięki temu powszechny duch przenika lokalną specyfikę, chrześcijaństwo jest wielobarwne, niejednorodne i – co istotne – przemawia do konkretnych ludzi ich językiem, odpowiada ich wrażliwości.

Polityka równania z ziemią lokalnej kultury przypomina do złudzenia czasy podboju i chrystianizacji Ameryki Południowej, katastrofalną wręcz nonszalancję wobec Indian i ich kulturowego środowiska. Wszędzie tam, gdzie przejawia się kolonialne myślenie, nie ma mowy o personalizmie, szacunku dla drugiego człowieka i jego kultury. Tymczasem dokumenty Kościoła przypominają o wartości lokalnych tradycji, w tym o miejscowych wariantach pieśni, i zachęcają do ich praktykowania. W śpiewie bowiem, oprócz tego że ma charakter sakralny i odwołuje się do tego, co boskie, istotny jest także element społeczny. Śpiewanie znanych sobie pieśni buduje wspólnotę. Ludzi łączy szczególna więź wypływająca z uczestnictwa w tej samej tradycji, w ciągłości pewnego przekazu, wrażliwości i duchowości, którą ten przekaz buduje. – Ta nowa melodia to już nie to samo, nie ta modlitwa – mówi jeden z mieszkańców wsi, w której wyrugowano lokalny wariant Gorzkich żali – tamta była poważna, można było pomodlić się i zastanowić, a ta nie.

To niepokojąca wypowiedź. Konsekwencje zmiany to nie tylko nowa estetyka. Odmienna pieśń porusza inne struny, jest „nienasza”, obca tak, jakby odwoływała się do innej rzeczywistości niż stara, tradycyjna praktyka. Wydaje się, że w pewnych obszarach rewolucja kulturalna może wywołać trudne do odwrócenia procesy nie tyle estetycznej, ile duchowej natury.

Bartosz Gałązka, badacz i znawca śpiewu tradycyjnego południowo-wschodniej Polski, twierdzi, że w ostatnich latach rośnie liczba organistów, księży i wiernych – uczestników ludowej kultury religijnej, którzy są świadomi wartości tradycyjnego śpiewu w jego regionalnych i lokalnych formach. Przykładów jest wiele. W niewielkiej wsi na Rzeszowszczyźnie nowy organista – następca starego – grał Gorzkie żale na melodię śpiewnikową tylko przez kilka tygodni – bardzo szybko dostrzegł, że to, co ma do zaproponowania miejscowa społeczność, jest pod każdym względem, zarówno historycznym, jak i muzycznym, niezwykle wartościowe, i już w czwartą niedzielę Wielkiego Postu kościół aż huczał od śpiewu dawnej wersji. To, że organiście pomogła postawa mieszkańców wsi, zdecydowanie domagających się swojej melodii, nie zmienia pozytywnego wydźwięku tej historii: tam Gorzkie żale ocalono! W innej parafii nowy proboszcz, zaskoczony odmiennością melodii, porozmawiał na jej temat z organistą – a że ten dokładnie wiedział, z czego owa odmienność wynika, i umiał znaleźć argumenty przemawiające za jej podtrzymaniem, światły ksiądz w ciągu kilku tygodni nauczył się melodii od ludu i niebawem śpiewał razem z nim… I takich przykładów można by wymieniać wiele! Oby ich przybywało!

Tradycja i dewastacja

W wioskach drobnoszlacheckich i włościańskich północno-wschodniej Polski, niemalże do wczoraj, w sposób szczególny praktykowano nabożne śpiewy. Po pierwsze – śpiewała cała społeczność, po drugie – w repertuarze barokowym, który przetrwał tam w tradycji ustnej – nie było koedukacji. Prowadzili panowie, a panie robiły tzw. powtór (w zależności od budowy wiersza ostatnich dwóch lub jednego wersu). Przybierało to postać pobożnej rywalizacji: jeszcze nie wybrzmiała ostatnia nuta śpiewana przez mężczyzn, a już zaczynały kobiety – i odwrotnie. Śpiewaków i śpiewaczki dzielono na dwie grupy: zdobiących i tych mniej, powiedzmy, wyrafinowanych. Ci drudzy dawali pierwszym podstawę, na której zdobiący mogli oddawać się swojej wokalnej maestrii. Ach, cóż to była za muzyka! W czasach świetności pieśni nabożne rozbrzmiewały wszędzie: w domu, gospodarstwie, w kościele, jego okolicy i na cmentarzu.

W połowie lat sześćdziesiątych XX wieku nadeszły czasy teologicznej rewolty, której ofiarą padł także śpiew kościelny. To, co Kościół w Polsce gromadził z górą tysiąc lat, reformatorzy zdewastowali w zaledwie czterdzieści. Brak kontekstu liturgicznego, w jakim owe zabytki naszej kultury duchowej, muzycznej i literackiej funkcjonowały, oraz reforma kalendarza liturgicznego (a nawet hagiografii!) spowodowały, że śpiewacy poczuli się niepewnie w tym, co od pokoleń praktykowano w ich stronach. Na sytuację wewnątrzkościelną nałożyła się (a może z niej wynikała) rewolucja obyczajowa czy też mentalna, w wyniku której coraz częściej brakuje następców w muzycznej sztafecie pokoleń. Pierwszym objawem rozpadu jest przejęcie śpiewów wyłącznie przez kobiety, drugim – zaniechanie śpiewu na rzecz modlitw recytowanych.

Jak Pan Jezus ze świętym Piotrem po ziemi chodzili

Częstym zarzutem wobec religijności ludowej jest zabobon. Cóż to takiego? Oczywiście na polskiej wsi przetrwały elementy magii, wiara w uroki, zamawianie chorób za pomocą specjalnych formuł przypominających modlitwy. Obecne są także opowieści o świętych albo o wędrówkach Pana Jezusa czy Maryi po świecie. Jest to zbiór apokryficznych historii, które – jak mity – wyjaśniają fragmenty rzeczywistości ważne, trudne i budzące lęk. Podobnie jak mity, opowieści te przywołują sytuację, w której in illo tempore sam Bóg, jego Matka czy święty, doświadczał tego, co my, pokonał strach, chorobę. Odwołując się do tej sytuacji, reaktualizując ją, wzywamy nieludzkiej siły, zapraszamy sacrum do naszej codzienności. Na tym właśnie opiera się ludowa religijność. Całe życie tradycyjnie myślących ludzi przenika sacrum. Nie ma tak charakterystycznego dla współczesnych zlaicyzowanych społeczności rozdźwięku między wiarą a resztą życia. Cóż złego jest w apokryfach? Wszak prywatne objawienia mają podobny, nieobowiązkowy dla chrześcijan charakter, służą wzmacnianiu wiary, pobudzają naszą religijną wyobraźnię. Warto zrozumieć, że siłą kultury ludowej jest właśnie jej spójność i totalna religijność przenikająca całe ludzkie życie. Nie da się wyrzucić z niej tego, co nam nie pasuje, pozostawiając jedynie słodkie wizerunki maryjne, pobożność i religijną konsekwencję. Pieśni, modlitwy, drobne gesty, zazwyczaj w każdej wsi nieco inne, wszystko to łączy się z wizją świata, wynika z niej i ją wzmacnia. Ile razy do tej odchodzącej w niebyt rzeczywistości wiary, do świata przenikniętego sacrum, odwołują się księża podczas kazań? Wszyscy za tym tęsknimy, my, niezabobonni racjonaliści, zeświecczeni i na zawsze pozbawieni pewności, że żyjemy w obecności Boga.

Zabytki literatury

Jest jeszcze kwestia obiektywna, dla której tradycyjnej kulturze należy się szacunek i ochrona. Otóż przechowuje ona zabytki, prawdziwe perełki pochodzące z okresu baroku, a zdarza się także, że geneza tekstów sięga średniowiecza. Mamy więc do czynienia z fragmentem literatury, poezji sakralnej na bardzo wysokim poziomie stylistycznym, pełnym niezwykłej ornamentyki, metafor i ducha. Muzycznie, nabożne pieśni tradycyjne oparte są na chorale lub na lokalnej muzyce świeckiej. Stąd w kościelnych utworach melodie poloneza, chodzonego, a nawet mazurka.

Pośród nabożnych pieśni dominują wiersze najwybitniejszych polskich poetów wszystkich epok literackich. Tematy religijne podejmowano bowiem niezależnie od własnej moralnej kondycji, a niejako w konwencji i z obowiązku. W śpiewnikach kościelnych znajdziemy więc utwory Kochanowskiego, Wujka, Żabczyca, Bolesławiusza, Naborowskiego, Krasickiego, wreszcie Karpińskiego i Antoniewicza.

Dekonstrukcja

W jednej ze swych książek Claude Lévi-Strauss opisał pewną indiańską wioskę, do której przybyli hiszpańscy kolonizatorzy i stwierdzili, że trzeba ją przebudować, bo tubylcy zorganizowali przestrzeń bardzo nierozsądnie. Kiedy zmieniono układ uliczek i ustawienie domów na takie, jakie przybysze znali z Europy i które wydawało im się w sposób oczywisty lepsze, bardziej racjonalne, stało się coś nieprzewidzianego. Lokalną społeczność dopadła entropia. Okazuje się bowiem, że w społecznościach tradycyjnych wszystko, każdy, zdawałoby się nieistotny, element ma sens. Jego źródło tkwi zwykle w mitologii, w przeszłości, sankcjonującej porządek świata. W układzie ulic i domów zapisana była więc wizja świata, który nagle dramatycznie się rozpadł.

Jeśli śpiew większych grup czy wspólnot ludzkich jest wyrazem ich żywotności, to trudno nie popaść w przygnębienie. Polacy zarzucili dawne praktyki muzyczne na rzecz pseudomuzycznego nie wiadomo czego. Muzykalność polska nie może też liczyć na wsparcie Kościoła, z którego w dużej mierze wyrosła. Muzyka polska narodziła się bowiem z ochrzczonej słowiańskiej muzykalności. Tym wszystkim, którzy doświadczyli, czym jest polska pieśń nabożna w jej oryginalnym wyrazie, polecić można jedynie trwanie przy wiejskich śpiewakach. Będzie to dla nich istotna informacja: wasza religijność i muzykalność są naszym skarbem, spoiwem minionych, obecnych i przyszłych pokoleń.

Pieśni nabożne
Joanna Sarnecka

urodzona w 1975 r. – absolwentka Katedry Etnologii i Antropologii UW, animatorka, inicjatorka m.in. projektu Ulica Żydowska, obecnie członek stowarzyszenia Sztetl Dukla. Pracuje z dziećmi i młodzieżą w Beskidzie Niskim, dz...

Pieśni nabożne
Adam Strug

urodzony 25 października 1970 w Piszu – teolog, śpiewak i instrumentalista, autor piosenek, poeta, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej, scenarzysta filmów dokumentalnych, producent i kurator muzyczny, etnomuzykolog, popularyzator muzyki tradycyjnej....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze