Nawróceni na slow life
fot. daniel von appen / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

List do Rzymian

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 54,90 PLN
Wyczyść

Dużo ważniejsza od środków finansowych jest świadomość, że są wokół mnie ludzie, których w razie czego mogłabym poprosić o pomoc. Gdybym zaniedbała relacje z bliskimi, wtedy naprawdę byłabym człowiekiem biednym.

Znajdźcie mi kogoś, kto nie marzy o spokojnym życiu i harmonii między różnymi jego dziedzinami. Nawet miłośnicy zawrotnego tempa i adrenaliny miewają chwile słabości i chcieliby – chociaż na moment – odetchnąć od wszystkich wrażeń czy bodźców. Kiedy jednak dobijają się do nas takie myśli, szybko ganimy siebie, oczywiście z należytą osobom dorosłym powagą, bo przecież do życia trzeba podchodzić odpowiedzialnie, rachunków nikt za nas nie zapłaci, a jeśli chce się coś mieć i coś osiągnąć, to trzeba sobie na to (nierzadko w pocie czoła) zapracować.

Pogoń za spokojem

W II wieku rzymski pisarz Plaut (w każdym razie jemu przypisuje się te słowa) lamentował:

Niechaj bogowie przeklną męża, co jako pierwszy pojął
Jak odmierzać czas – i niechaj przeklną także tego,
Co wzniósł tutaj zegar słoneczny,
By tak koszmarnie ciąć i rąbać moje dni
Na drobne kawałeczki!

Życie Marzeny Laren, autorki bloga „Slow Life by Marzena”, do pewnego momentu było w zasadzie przerąbane na dwie części. Pierwsza z nich to praca w dużej firmie w dziale sprzedaży, w którym obowiązywały procedury i standardy, gdzie dążyło się nie tylko do realizacji wytyczonych celów, ale frajdą (i – powiedzmy szczerze – także obowiązkiem) było tych celów ciągłe przekraczanie. W nagrodę dostawało się naprawdę niezłe jak na polskie warunki pieniądze. Normalny człowiek musiał być z takiej pracy (nieprzerwanie) bardzo zadowolony.

Kłopot jednak w tym, że Marzena koło trzydziestki zaczęła poważnie chorować. Ale w pracy, jak wiadomo, się pracuje, a nie cierpi, więc swój ból próbowała skrzętnie ukrywać pod uśmiechem. Maskę zdejmowała dopiero w domu stanowiącym tę drugą część jej życia. Jednak dom w tym przypadku nie oznaczał oazy – chociaż czekał tam dobry i wyrozumiały mąż – ale przestrzeń, w której skrywana w ciągu dnia choroba mogła wreszcie dojść do głosu. Marzena zaczęła odnosić wrażenie, że od jakiegoś czasu nie tyle żyje, ile wegetuje. – Współczes- ny świat narzuca nam ciągły pęd – mówi – a mnie nadążanie za nim kosztowało coraz więcej.

Czara goryczy przelała się pięć lat temu, kiedy mierzyła się już nie tylko z własnymi kłopotami zdrowotnymi, ale także z odchodzeniem babci. – Ona mnie właściwie wychowywała, byłam z nią bardzo związana, ale nie spotkało się to nawet z cieniem zrozumienia ze strony mojego ówczesnego pracodawcy. Nie mogłam wyrwać się z firmy do hospicjum, musiałam za to być wiecznie uśmiechnięta. Umierałam wewnętrznie. To było potworne. Wtedy sobie powiedziałam: Nigdy więcej!

W tamtym okresie Marzena nie tylko spotkała człowieka, który uzmysłowił jej, że jeśli nie zmieni swoich nawyków żywieniowych, to – biorąc pod uwagę jej zdrowie – po prostu sama się wykończy (bo na zestawie kawa – papieros – drożdżówka nie można długo pociągnąć), ale natknęła się także na filozofię slow life (powolnego życia).

W zasadzie związek jednego z drugim jest bardzo ścisły, bo ruch slow life rozpoczął się właśnie od buntu na podłożu kulinarnym. Kiedy w 1986 roku ekspansja sieci McDonald’s dotarła do samego serca Rzymu i w pobliżu Schodów Hiszpańskich miała zostać otwarta jej kolejna restauracja, Carla Petriniego, mówiąc kolokwialnie, trafił szlag. Fast food z tekturowymi hamburgerami w miejscu uświęconym historią Włoch, słynących z wyśmienitego jedzenia, to była prawdziwa profanacja. Petrini powołał więc organizację Slow Food (powolne jedzenie) i zaczął głośno wzywać do „ochrony prawa do smaku” i docenienia tego, co regionalne i wytwarzane tradycyjnymi metodami. Włoski bunt zaowocował powstaniem całego ruchu powolnościowego, w który wpisuje się filozofia slow life, ale też m.in. slow design, slow fashion, slow travel czy nawet slow sex.

Wróćmy jednak do Marzeny. Jej bunt, choć nie miał międzynarodowego zasięgu, poskutkował prawdziwą życiową rewolucją. Czas zmian rozpoczęła od radykalnej decyzji o porzuceniu pracy – nie chciała więcej tak gnać i pełnić funkcji jedynie trybiku w większej maszynie. – Mój mąż mnie wspierał, ale przez niektóre osoby byłam bardzo krytykowana. Słyszałam: Czyś ty oszalała?! Taka dobra praca, w tych czasach, na etat. Co ty wyprawiasz?!

Mniej więcej po dwóch latach układania siebie na nowo, które polegało na rozrysowywaniu dziesiątków schematów, pozwalających jej zrozumieć, kim jest, czego naprawdę pragnie i jakie chce sobie wytyczyć cele; po wielu godzinach spędzonych na studiowaniu poradników uczących organizacji czasu i asertywności Marzena złapała wreszcie rytm slow („bo odpuszczanie sobie to proces”) i poczuła, że znalazła się nareszcie na właściwej drodze. Dowód? Wewnętrzny spokój, za którym przez lata tęskniła, a który wcześniej był dla niej stanem nieosiągalnym. Kiedyś ciągle i z tęsknotą wyglądała lepszego jutra (znacie to, prawda?). Lepszego, czyli spokojniejszego, harmonijnego, w którym obok pracy będzie czas na miłość i gotowanie, i salsę, i nicnierobienie. – Już nie czekam na lepsze jutro – mówi Marzena. – Mam teraz drugie, dobre życie. I choć to zdanie mogłoby trącić patosem, w jej ustach, zapewniam, brzmi to naturalnie i z lekkością.

Czy Jezus żył slow?

– Ze slow life jest trochę tak, jak z nawróceniem według Platona: nie chodzi o to, żeby wszczepić człowiekowi oczy, bo te już ma. Chodzi o nową perspektywę patrzenia – opowiada Paweł Koza – coach, tutor, nauczyciel akademicki, a także praktyk powolnego i uważnego życia. Jego smak i wartość Paweł odkrył na drodze poszukiwań w dziedzinie filozofii i duchowości. – Jeden z najważniejszych elementów stylu slow zobaczyłem dzięki lekturze etycznych dzieł Kanta. Odkryłem, że jest we mnie „święta” przestrzeń niepodlegająca względności. To godność, której nikt nie może mnie pozbawić i która nie ma żadnej ceny. W chrześcijaństwie tę godność wiążemy z byciem dzieckiem Boga, który jest Osobą, Miłością. Kiedy człowiek do głębi uświadomi sobie tę prawdę, to dojdzie do wniosku, że już niczego więcej w życiu nie musi osiągać, gdyż to, co najcenniejsze, dostał od Boga na starcie. To odkrycie wywarło na mnie niesamowite wrażenie, bo okazało się, że ja na nic nie muszę zasługiwać. A to właśnie pragnienie zasłużenia na uznanie pcha nas do powiększania majątku czy podwyższania statusu społecznego – tłumaczy Paweł.

Pytam go o Jezusa. Czy można stwierdzić, że On też żył slow? Paweł najpierw zaczyna się śmiać, jednak po chwili namysłu odpowiada: – Tak. Ujawnia się to choćby w Jego oporze przed strukturami społecznymi. Jezus im się nie poddał ani nie próbował wywalczyć sobie w nich jakiejś pozycji. Poza tym – dzięki miłości Ojca, której doświadczał, której był pewien – spojrzał na wszystko właśnie z zupełnie innej perspektywy, inaczej opisał nam świat i dlatego my możemy dziś inaczej żyć.

Pytam Pawła o codzienność, o te nieszczęsne rachunki. – Z mojego doświadczenia wynika, że gdy człowiek zdecyduje się na spokojną egzystencję, wolną od konsumpcyjnego szaleństwa, to jego prawdziwe potrzeby będa zaspokojone. Można to nazwać opatrznością. Oprócz tych rzeczy niezbędnych w wymiarze fizycznym, potrzebuję jeszcze wolności i dobra. Dbanie o bycie wolnym bardzo zwiększa satysfakcję i radość z życia, a dobro jest takim horyzontem, który wszystkiemu nadaje sens, pokazuje sprawy w innym świetle. Za wolność i dobro nie muszę płacić – zauważa Paweł i dodaje: – Zresztą kiedy pomyślelibyśmy nad tym, czego najbardziej pragniemy, to te rzeczy mamy zupełnie za darmo, ale o tym nie usłyszymy w przekazie kulturowym, bo to by radykalnie obniżyło nasze PKB – kończy ze śmiechem.

Kapitał ludzki

– Wszystkie dobra materialne są kwestią ulotną – mówi Anna Mularczyk-Meyer, tłumaczka, która w porównaniu do obecnie obowiązujących trendów żyje slow, choć sama twierdzi, że żyje po prostu w tempie uznawanym kiedyś za normalne. – Zapobiegliwość, oszczędzanie, inwestycje – te wszystkie rzeczy nigdy nie zagwarantują człowiekowi absolutnego bezpieczeństwa ani tego, że faktycznie niczego mu nie zabraknie, bo mogą się przecież zdarzyć różne sytuacje. Dużo ważniejsza od środków finansowych jest dla mnie świadomość, że są wokół mnie ludzie, których w razie czego mogłabym poprosić o pomoc. Gdybym zaniedbała relacje z bliskimi, wtedy naprawdę byłabym człowiekiem biednym – mówi.

Droga Anny do powolniejszego i bardziej świadomego bycia rozpoczęła się cztery lata temu od odkrycia uroku minimalizmu i prostego życia. Najpierw te idee wydawały jej się równie pociągające, co abstrakcyjne, bo bardzo lubiła rzeczy, wrażenia i nowości. Postanowiła jednak spróbować i pomału, stopniowo zaczęła pozbywać się zbędnych przedmiotów, „nagromadzonego nadmiaru”, jak mówi, czego świadkiem stał się jej „Prosty blog”, który można znaleźć w sieci.

– Nasz dom wygląda zupełnie normalnie – uspokaja Anna – choć rzeczywiście jest bardziej pusty niż parę lat temu. Nie brakuje w nim mebli (gospodarze pozbyli się tylko niektórych), nie brakuje też miejsca na piękne rzeczy. Nie znajdziecie tam natomiast mnóstwa bibelotów porozstawianych na półkach, blatach czy po kątach. – Dawniej gromadziłam wszystko, co wydawało mi się fajne – opowiada Anna. – Teraz, żeby jakaś rzecz u nas została, musi wnosić w nasze życie naprawdę coś ważnego.

Najpierw koncentrowała się na porządkowaniu przestrzeni fizycznej, ale w pewnym momencie zobaczyła, że chciałaby też mieć większą wolność zarządzania czasem. – Dojazd do pracy zajmował mi go sporo, a po powrocie nadrabiałam domowe zaległości. Brakowało mi bliższych kontaktów z mężem, rodzicami, siostrą, z przyjaciółmi, bo te spotkania zawsze wpychałam między obowiązki. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie pamiętam wielu zdarzeń, że nie cieszyłam się wystarczająco chwilami spędzonymi z osobami, których już nie ma w moim życiu– ponieważ myślami byłam gdzie indziej.

Anna, podobnie jak Marzena, postawiła wszystko na jedną kartę i, nie bez lęku, zrezygnowała trzy lata temu z dobrej i stabilnej posady na etacie. – Dalej pracuję sporo, niekiedy nawet bardzo dużo, ale teraz mam poczucie, że jestem panią czasu i sama go organizuję – mówi. Dzięki temu mogą kultywować z mężem staromodny zwyczaj wspólnego jedzenia śniadań i obiadów – prostych, przygotowywanych z dostępnych właśnie produktów, bo wierzy, że człowiek staje się tym, co je. Wieczór zaś to przestrzeń na rozwijanie pasji – pisanie bloga, robótki ręczne albo na zwyczajne relaksacyjne oglądanie telewizji (choć niektórzy uważają, że posiadanie telewizora nie przystoi wyznawcom filozofii slow life). Teraz Anna regularnie wyjeżdża na wieś, żeby odwiedzić mieszkających tam rodziców i siostrę. Przyznaje, zarabia momentami mniej niż kiedyś, ale nie to jest dla niej najistotniejsze. Co w takim razie? – Spokojne życie moje i mojej rodziny i to, że mamy dla siebie czas.

Trwaj, chwilo

Pewnej soboty Marzena wstała rano, zjadła śniadanie, przeszła do dużego pokoju, otuliła się kocem i… znowu się położyła. Wchodzi jej mąż i pyta:

– Co robisz?

Chilluję [ang. chill – wyluzować].

– Czyli po staropolsku: leniuchujesz.

Śmiech Marzeny. Kurtyna.

Robienie niczego, czyste skupienie na danej chwili to nie lada sztuka, ale za to bardzo pożądana w stylu slow. – Ciało i umysł po prostu to kochają – przekonuje Marzena. – Ja sobie wyobrażam, że wchodzę w taką bańkę, dzięki czemu różne sprawy, tematy nie mają do mnie w tym momencie dojścia, mówię im: nie teraz. I to jest luksus dostępny dla każdego. Nawet kiedy w pracy mam duży natłok różnych rzeczy, staję na kilka minut przed oknem i zupełnie się wyłączam. Ważne jest dla mnie to, że nie usłyszę wtedy od szefa: Co ty wyprawiasz!?

Anna na gonitwę myśli znalazła inny sposób. – Nauczyłam się włączać wewnętrzny alarm i kiedy widzę, że nie ma mnie tu, gdzie rzeczywiście przebywam, przywołuję siebie do porządku. Bardzo pomaga w tym, jak i w wielu innych sytuacjach, przyglądanie się sobie z zewnątrz: co robię? dlaczego? po co?

W filozofii slow life takie podejście nazywa się uważnością. – Ten termin robi teraz niesamowitą karierę – mówi Paweł. – Dla mnie uważność jest przede wszystkim ciekawością. Kiedy robię zakupy w supermarkecie, nie muszę tylko gonić za produktami i porównywać ceny, ale mogę też przyglądać się ludziom, zobaczyć, jak oni się zachowują, jak reagują. Z taką samą ciekawością warto przyglądać się też swojemu wnętrzu i temu, co się w nim dzieje. To nie znaczy, że natychmiast muszę coś zrobić z daną myślą czy uczuciem. Nie, ja mogę po prostu – z ciekawością – tego doświadczać: po prostu być w miłości, złości, zazdrości czy czułości. To nas bardzo rozwija.

– Poza tym – dodaje Paweł – oglądanie swoich myśli z dystansu, jak chmur na niebie, pozwala nam zobaczyć ich względność. Samo oznaczenie czegoś takim mentalnym przypisem: „to jest myśl” od razu nas uspokaja.

Korek? Super!

W różnych opracowaniach na temat slow life, zaczynając odkultowej dla tego ruchu Pochwały powolności Carla Honoré, nie brak zachęt do medytacji (np. transcendentalnej), która miałaby być skutecznym narzędziem porządkowania myśli. Nie ma się co dziwić, jeśli chrześcijanie poczują przed tą propozycją opór, bo dla nich medytacja jest formą modlitwy, a skoro tak, to uwagę skupiamy w niej nie tyle na sobie, ile na Osobie Boga; uspokojenie, którego doświadcza medytujący, to w zasadzie skutek uboczny, a nie cel sam w sobie. – Medytacja, o której mowa w kontekście slow life, to często tak naprawdę relaksacja – tłumaczy Paweł – więc równie dobrze mogę pomedytować, co pobiegać czy pójść na basen.

Sam jednak głosi pochwałę kontaktu z własnym ciałem, co nie musi się wcale wiązać z jakimiś wyszukanymi ćwiczeniami. – Kiedy stoję, mogę doświadczyć tego, że moje stopy w pewny sposób opierają się na podłożu. Ale po co? – Bo zatrzymanie się oznacza rozwój – odpowiada Paweł. – Ono powoduje, że widzimy więcej realnych możliwości, które umykają nam wtedy, kiedy poruszamy się jedynie w mechanizmie przyczyna-skutek i w ciągłym przymusie robienia czegoś. Gdy się wycofujemy i patrzymy na świat z innej perspektywy, dostrzegamy nowe – i co ważne – dostępne dla nas horyzonty. To jedna z zalet uważnego i powolnego życia.

Jest jeszcze inna.

– Zawsze byłam osoba pogodną – mówi Anna – jednak teraz jestem o wiele bardziej spokojna. Widzę to sama, ale zauważają to także osoby z mojego otoczenia, bo ten spokój promieniuje na zewnątrz. A co najważniejsze, do niczego już się nie zmuszam. To oczywiście nie oznacza życia samymi przyjemnościami. Po prostu robię rzeczy, które chcę robić, a nie te, które muszę.

Choć zalet slow life można w tym tekście znaleźć naprawdę wiele, pozwólcie na wskazanie jeszcze jednej, niezwykle – jak sami się za chwilę przekonacie – praktycznej.

Marzena utknęła w korku. – O, super! – cieszy się. – Mogę się na chwilę wyłączyć. 

Nawróceni na slow life
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze