Smutni nie chcą śpiewać
fot. daryan shamkhali / UNSPLASH.COM

Smutni nie chcą śpiewać

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 votes
Wyczyść

Śpiew w kościele to nie karaoke. Nie śpiewamy dlatego, że pieśń nam się podoba lub nie. Mamy śpiewać, bo to przede wszystkim modlitwa.

Mija mija mija mija mijaaaa…

– Troszkę wyżej – dyrygent wciska klawisz przenośnych organów.
– Mija mija mija mija mijaaa – śpiewam, zaczynając od podanego dźwięku.
– I jeszcze trochę wyżej.
– Mija mija mi… – dość! Bo się uduszę. Poddaję się. Dociągnęłam ledwo do E, wyżej są F, G, A… Najlepsze chórzystki swobodnie wyciągną A dwukreślne, chociaż – by czysto śpiewać w sopranach – spokojnie wystarczy G.

Chóry kościelne zrzeszają się w Federacji Caecilianum. Federacja ma cztery oddziały. Region warszawski liczy 106 chórów, poznański – 29, bydgoski – 14, krakowski – 22. Razem: 171. Liczby chórów niezrzeszonych nikt nie zna. Można jednak założyć, że jest ich zdecydowanie więcej.

Chóry występują na festiwalach psalmów, przeglądach pieśni pokutnej, pasyjnej, dają okolicznościowe koncerty kolęd. Spotykają się na imprezach międzynarodowych, na przykład na praskim Advent Choral Meeting. Nawiązują kontakty, zapraszają się nawzajem: chórzyści z Polski jadą wtedy za granicę, mieszkają u zagranicznych kolegów, ćwiczą wspólnie religijne utwory. Najlepsze chóry z federacji można usłyszeć co roku na przeglądzie.

Przede wszystkim jednak chóry kościelne śpiewają we własnych parafiach.

Chórzyści z chóru Nova im. Stanisława Moniuszki ćwiczą w sali centrum duszpasterskiego przy poznańskim kościele świętego Rocha. Przychodzą ubrani jak na wizytę. Panie w ładnych sweterkach, panowie w krawatach. Starsi, młodsi, średnia wieku około pięćdziesiątki. Sięgają po nuty, siadają w grupkach, podzieleni na głosy. Tu soprany, tam alty, tenory, barytony i basy. Wyprostowani na krzesłach, żeby nie uciskać przepony.

– To może „Mizerna cicha” – ordynuje dyrygent. – Ścigamy się z hipermarketami – komentuje, a po sali przebiega szmer śmiechu. Jest początek listopada, w sklepach znicze nie zdążyły jeszcze ustąpić miejsca ozdobom świątecznym, a zespół już przygotowuje się do noworocznego koncertu kolęd. Przed godzinnym występem odbędzie 14 prób.

Dostaliśmy specjalną zgodę

– Moja ulubiona kolęda? „Bracia patrzcie jeno”. W repertuarze mamy też kolędy niemieckie i norweskie. Ale tym polskim, tradycyjnym nie dorównują – mówi Rafał Kiełczewski. Rzeczowy, konkretny, w koszuli o stalowej barwie i granatowym krawacie, jest prezesem chóru Nova. Zwolnił się z części próby, by mi o nim opowiedzieć.

Zespół stworzyła w 1920 roku grupa reemigrantów z Nadrenii i Westfalii. Trzy lata temu, z okazji 90. rocznicy swego istnienia chór Nova zaśpiewał „Mszę koronacyjną” Mozarta. Kiedyś był wielki, liczył dobre sto osób. Dziś zostało 25 chórzystów. Skurczył się po kryzysie w 1989 roku. Ówczesny dyrygent chciał, by zespół działał komercyjnie, nie amatorsko. Odszedł z częścią chórzystów. Chyba im się nie powiodło, Kiełczewski już później o nim nie słyszał. Choć zespołu nie udało się w pełni odbudować, Nova śpiewa nieprzerwanie. Raz w miesiącu chórzystów można posłuchać w kościele, a poza tym na okolicznościowych występach, głównie w Wielkim Poście i na Nowy Rok.

Ważne jednak, bym napisała o pewnym koncercie, który każdy chórzysta Novej ma w pamięci.

Poznaniacy prowadzą wymianę z chórem Volkssing Akademie z Hanoweru. Swego czasu razem z poznańskim chórem Polihymnia przygotowali oratorium „Samson” G.F. Haendla. Połączone głosy zaśpiewały w Niemczech, potem miały wystąpić w Poznaniu, w auli Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, najbardziej prestiżowym miejscu do śpiewania, jakie w tym mieście może sobie wyobrazić chórzysta. I zaśpiewali, ale nie wszystko. – Wie pani dlaczego? Był 2 kwietnia 2005 roku, w Watykanie konał Ojciec Święty. Chorował od jakiegoś czasu, nie spodziewaliśmy się jednak, że śmierć nadejdzie tak szybko. Wraz z hanowerczykami byliśmy przygotowani do zaśpiewania całości. Prezydent miasta Ryszard Grobelny wydał specjalną zgodę na koncert, widownia była pełna. Zaśpiewaliśmy utwór z pominięciem radosnych części. Publiczność opuszczała aulę w milczeniu, nie było oklasków. Krótko po naszym występie Jan Paweł II umarł – wspomina Rafał Kiełczewski.

Grzybobranie, choć grzybów nie było

Prezes chóru obchodzi w tym roku jubileusz – śpiewa w zespole już 35 lat.

Siódmy z ósemki rodzeństwa, chodził do podstawówki, w której starszy brat prowadził chór. Wrócił do śpiewania wiele lat później: kolega wciągnął go do zespołu. Żona Rafała Kiełczewskiego też śpiewa. Opierała się, bała się, że nie da sobie rady. Namówili ją przyjaciele. Śpiewanie przeszło na córkę, dojeżdża na próby z innej parafii. – Córka ma nawet męża z chóru, poznali się podczas prób – mówi Rafał Kiełczewski i widać, że przepełnia go duma. Jego zięć Tomasz Dzięcioł był poprzednim dyrygentem chóru Nova. Odszedł, by przejąć po swoim ojcu prowadzenie poznańskiego chóru Polihymnia. Jeszcze zanim się oświadczył.

Śpiewają rodzinnie w domu, w okresie bożonarodzeniowym. Rafał jest tenorem, jego żona sopranem, córka altem, a zięć basem. Na pianinie akompaniuje teść, baryton prof. Janusz Dzięcioł.

„Alleluja” Haendla Rafał zaśpiewa, choćby wyrwany ze snu w środku nocy.

Śpiewanie jest jak modlitwa. – Nawet bardziej. Trzeba się skupić, by każdy dźwięk dobrze wybrzmiał. Koncentracja wymusza modlitwę – podkreśla Rafał Kiełczewski.

Próby chóru odbywają się dwa razy w tygodniu, wieczorami. Trwają po dwie godziny. Do tego trzeba doliczyć czas na dojazdy, bo nie wszyscy są parafianami z Rocha. – To spore poświęcenie, ale ludzie potrzebują chóru. Gdyby człowiek zajmował się tylko pracą, to by zwariował, od rana do wieczora jedno i to samo. Trzeba mieć jakąś odskocznię, wytchnienie. Znaczki, szachy, strzelanie. Albo chór – twierdzi prezes.

Chór ma tę zaletę, że jest hobby zespołowym. Ludzie są ze sobą zżyci, chcą się spotykać – nie tylko na próbach. Niedawno pojechali do Puszczy Nadnoteckiej na dwa dni, wynajęli pokoje w ośrodku. Pogoda była piękna, początek września. Oficjalnie to się nazywało grzybobranie, ale grzybów za bardzo nie było. Pospacerowali po lesie. I co się naśpiewali! Wieczorami podczas takich wyjazdów wyśpiewują całą biesiadną klasykę. „Szła dzieweczka”, „Hej sokoły…”.

Kto śpiewa, jakby się dwa razy uczył

– Gdy chór śpiewa, to aż serce dygoce. Żyję od czwartku do czwartku, żeby wreszcie pójść śpiewać – mówi Jadwiga Dudzik z chorzowskiego chóru działającego przy dwóch parafiach: świętego Antoniego i świętej Barbary.

Choć tak naprawdę śpiewa cały czas. W domu przy sprzątaniu, przy gotowaniu, wtóruje radiu, dośpiewuje partie wokalne do muzyki grającej z płyt. Do Mozarta, do Bacha, do ulubionych ostatnio koncertów skrzypcowych w wykonaniu holenderskiego skrzypka André Rieu.

W kościele Jadwiga Dudzik śpiewa podczas codziennej mszy. Głos ma mocny. Gdy otworzy usta, to czasem aż się ludzie obejrzą. – Już jako dziecko biegałam na wszystkie śpiewane nabożeństwa, nieszpory, litanie, kolędy. Chodziłam do ogniska muzycznego. Pyta pani, czy żałuję, że nie zdobyłam wykształcenia muzycznego? Szczerze powiem: żałuję. Nie dostałam się do klasy fortepianu, mogłam się uczyć gry na harfie. Wtedy jednak myślałam: 13-latka z harfą? Nie podobał mi się ten instrument – przyznaje. Po liceum zdała na farmację. Koleżanka z pokoju w akademiku proponowała: – Może do książki zajrzyj, zamiast ciągle śpiewać?

A Jadwiga tak się po prostu uczyła. Tekst przeczytany brzmi monotonnie, wyśpiewany wzór na długo zostaje w głowie. Działa ta sama zasada, co przy modlitwie: kto śpiewa, to jakby się dwa razy modlił. Kiedy Jadwiga wychodziła za mąż, ojciec się martwił: kto nam będzie teraz śpiewał, gdy nasz słowiczek odfruwa?

Syn Jadwigi Dudzik poszedł do szkoły muzycznej, w domu stanął keyboard. Mama lubiła usiąść przy klawiszach, poplumkać trochę, ot tak, niezobowiązująco, bez nut, z pamięci. Na świat przyszły wnuki. – Babciu, jak to robisz, że grasz po ciemku? – pytały.

Pani Jadwiga pracowała w aptece, w systemie zmianowym, więc regularne próby chóru nie wchodziły w rachubę. Dopiero 12 lat temu, gdy przeszła na emeryturę, mogła zrealizować marzenia. Syn się wyprowadził, zabrał keyboard. Trochę brak instrumentu. Nieważne. Za parę dni znowu czwartek.

Jakby z więzienia wyszły!

Najlepszą koleżanką Jadwigi z chóru jest Janina Mierzwa, emerytowana nauczycielka geografii i wychowania do życia w rodzinie. Zawsze na próbie siedzą obok siebie. Dwa alty. I po próbie też razem, w wianuszku koleżanek. – Stoją i stoją, nie mogą się nagadać. Jakby z więzienia wyszły – komentuje autoironicznie pani Janina.

Rodzice i starsze rodzeństwo Janiny Mierzwy przeprowadziło się z Bieszczad na podwrocławską wieś tuż przed jej urodzinami, krótko po wojnie. Czy trzeba mówić, że śpiewa od zawsze? Nawet z koleżankami umawiała się na śpiewanie ludowych piosenek, a śpiewały zawsze na głosy. Mała Janina podziwiała u mamy umiejętność odśpiewania godzinek z pamięci. Teraz też już potrafi.

Na chór długo nie mogła znaleźć czasu. Bo zawsze albo dzieci małe, albo zebranie w szkole, albo dyskoteka, albo sprawdziany trzeba poprawić. Aż któregoś dnia, odkurzając mieszkanie, spojrzała na zegarek. Wpół do siódmej, za pół godziny próba chóru. – Teraz albo nigdy – zdecydowała. Ubrała się i wyszła, odkurzacz został pośrodku pokoju. I tak już śpiewa 15 lat.

Dla wielu chór jest lekarstwem na samotność, pretekstem, by ubrać się ładnie, poprawić włosy, wyjść do ludzi. Takim małym świętem w środku tygodnia. Skrępowani, troszkę z boku, czasem nie mają odwagi podejść do rozgadanych grup. Trzeba ich zaprosić, przygarnąć: chodźcie z nami.

Janina ma dużo koleżanek, w chórze poznała kolejne. Widują się co rano w kościele, po mszy zapraszają nawzajem na śniadanie. Syn się ożenił, mąż ma imieniny – każda okazja jest dobra, by się spotkać i porozmawiać.

Nie trzeba żyć jak ćma

Tadeusz Jakubowski zapisał się do chóru w prezencie imieninowym dla dyrygenta Tadeusza Koszarka. Dwaj Tadeuszowie znają się od lat. Koszarek grał na weselu Jakubowskiego, a Jakubowski na weselu Koszarka.

Aby prezent był pełen, Jakubowski zabrał ze sobą syna Michała, wówczas 25-letniego. Bo Michał to prawdziwy talent, jako dziecko śpiewał w poznańskim chórze katedralnym. Jako 10-latek poszedł na próbę prosto z przesłuchania, nie musiał nawet przechodzić obowiązkowego dla innych śpiewaków przeszkolenia. Najpierw był altem, potem tenorem, a podczas mutacji falsetem. – Do teraz potrafi falsetem zaśpiewać – podkreśla ojciec.

Skąd talent? Zapewne po dziadkach. Rodzice Tadeusza Jakubowskiego śpiewali w chórach. On sam nauczył się grać na akordeonie. Ale o kształceniu muzycznym nie było mowy: rodzice chcieli, by zdobył konkretny zawód. Poszedł do zawodówki i wykształcił się na elektryka samochodowego.

Tadeuszowi nie starczyło pieniędzy na muzyczne wykształcenie czwórki własnych dzieci. Michał poszedł do technikum samochodowego. Pewnie chętnie by porozmawiał, opowiedział o chórze, ale jest zajęty w warsztacie, naprawia chevroleta camaro.

Życie muzyka nie jest łatwe. – Trzeba być bardzo dobrym, by osiąg- nąć sukces. Nierzadko pracować po nocach, żyć jak ćma. A przy tym rozpić się można, małżeństwo może się rozpaść. Więcej szkody niż pożytku – macha ręką Tadeusz Jakubowski. Sam popróbował życia muzyka. Założył zespół grający na weselach. I choć nic nie pił, to po całej nocy z trudem dawał radę dźwignąć akordeon. Może więc dobrze, że los tak się ułożył. Michał naprawia te samochody i jeszcze sobie podśpiewuje.

Staremu odbiło?

Chór, w którym dziś śpiewają ojciec z synem, działa przy poznańskim kościele świętego Łukasza i nazywa się Familia Cantans, czyli „Rodzina śpiewa”. Adekwatnie. Michał przed próbą zawsze trochę burczy, że nie ma czasu, że musi pracować, ale w końcu daje się przekonać. – Syn jest solistą w naszym chórze, śpiewa też pieśni na mszach ślubnych. Pięknie potrafi zaśpiewać „Ave Maria” – chlubi się ojciec.

Sam woli śpiewać drugim głosem, robić tło dla niosących melodię sopranów i tenorów. Podczas tych mszy, na których chór nie występuje, Tadeusz akompaniuje swoim barytonem organiście tenorowi. – Ciekawe, co ludzie myślą – zastanawia się. – Pewnie w duszy mówią: „Staremu odbiło i się wydziera” – śmieje się sam z siebie. Bo zwykle jest jedyną osobą, która ma odwagę śpiewać.

Dziś śpiewania wszędzie jest mniej. Śpiewają tylko talenty w telewizji, zwykli ludzie zamilkli. Poprzedni proboszcz przed mszą ćwiczył z wiernymi „Bogurodzicę”, kto chciał, mógł się włączyć. Dziś ludzie znają najstarszą polską pieśń religijną tylko z radia.

Na przekór czasom Tadeusz Jakubowski założył kolejny zespół. Z grającym na gitarze sąsiadem, wielbicielem Erica Claptona, i z jeszcze jednym panem, grającym na klarnecie i na saksofonie. Używają roboczej nazwy: „Sągorsi”.

Raz w tygodniu Tadeusz wraz z synem maszeruje na próbę chóru. Najbardziej podoba mu się panująca tam atmosfera. Trzem emerytowanym nauczycielkom buzie się nie zamykają. Gdyby były uczennicami, spędzałyby próby rozstawione po kątach, w ramach kary za gadulstwo. Dyrygent Tadeusz Koszarek musi je czasem upomnieć. – Ale nikt się na nikogo nie gniewa. Wesoło jest. Smutni nie przychodzą do chóru. Smutni nie chcą śpiewać – twierdzi Tadeusz Jakubowski.

Fałszuje i jeszcze to słyszy

Ksiądz Eda Jaworski, proboszcz parafii świętego Kazimierza w podpoznańskich Gułtowych, wymarzył sobie chór kościelny już w latach 80. W kinach grano wtedy Misję Rolanda Joffé. Stare skrzypiące fotele kina w Szamotułach nie przeszkadzały wracać tam kilka razy tylko po to, by jeszcze raz posłuchać muzyki napisanej do filmu przez Ennia Morricone.

Śpiew czyni nabożeństwo jeszcze bardziej wzniosłym, uroczystym. A ksiądz Jaworski należy do tych nieszczęśników, którzy nie dość, że fałszują, to jeszcze to słyszą. Liturgię woli recytować. Dlatego w parafii od kilkunastu lat działa schola Cantorum Gultovensis. Skromny dziewczęcy zespół uświetniający msze święte w drewnianym wiejskim kościółku przeobraża się w chór z prawdziwego zdarzenia, niewielki, bo kilkunastoosobowy, śpiewający na trzy głosy. Najmłodsze dziewczynki uczą się w podstawówce, są też gimnazjalistki, licealistki, studentki, osoby po studiach. Ostatnio dołączyli dwaj panowie i jedna pani. Cała trójka „50+”.

Dyrygentka Karolina Piotrowska-Sobczak raz na dwa lata organizuje przesłuchania w pobliskiej szkole. Przyjmuje średnio cztery, pięć osób. Najlepszych. – Słaby głos można jeszcze podszkolić, z brakiem słuchu nic już się nie zrobi – tłumaczy. 

Zadaniem proboszcza jest przekazanie złych wiadomości tym, którzy się nie nadają. – Nie można nikomu zabronić udziału w modlitwie, także wyśpiewywanej. W chórze jednak nie może śpiewać każdy. Zawsze jest to inna rozmowa, bardzo trudna. Staram się prowadzić ją tak, by nikt się na mnie nie obraził. Zwykle przegrywam – przyznaje ksiądz Eda Jaworski.

Msza to nie konkurs karaoke

– Ma pani wyczucie rytmu, śpiewa czysto, wprawdzie cichutko, jakby się pani wstydziła, ale rok, dwa lata w chórze z pewnością rozwiną pani umiejętności wokalne – ocenia Jerzy Nagórniak, dyrygent chóru Nova im. Stanisława Moniuszki. Dyplomatycznie.

Jako student dyrygentury chóralnej spodziewał się, że będzie dyrygował profesjonalnym zespołem chóralnym, z czasem dostrzega wiele plusów zespołu amatorskiego. Chóry zrzeszające profesjonalnych muzyków nie trwają zazwyczaj długo, ponieważ muzycy są indywidualistami. W amatorskim chórze parafialnym nikogo nie czekają sława i zaszczyty. Trzeba się mocno napracować, by dobrze zaśpiewać dla wąskiego grona melomanów, które zostaje po mszy, by wysłuchać koncertu przygotowanego przez chór. Tym trudniej jest powiedzieć: „Nie nadaje się pani”, „Nie da sobie pan rady”. – O, tak to brzmi, gdy chórzyści nie wyciągają dźwięków – Nagórniak demonstruje na organach elektrycznych, a stajenka licha mizernieje z każdym tonem, by w końcu zupełnie się zapaść.

Nagórniak przyznaje, że słyszał takie chóry w kościołach. Dla absolwenta dwóch specjalności na Akademii Muzycznej nie było to łatwe przeżycie. Tylko dyplomacja nie pozwala mu użyć słowa „męczarnia”. Jeśli jednak dyrygent nie zadba od początku o to, by dobierać odpowiednich śpiewaków i kierować ich do właściwych głosów, później już trudno o zmiany. – Wyrzucić kogoś z chóru? Przecież ci ludzie śpiewają z serca! – protestuje Nagórniak. Są też względy praktyczne. – W tych chórach panuje rodzinna, wspólnotowa atmosfera. Mówiąc jednej osobie, żeby już nie przychodziła na próby, dyrygent mógłby się pozbyć pięciu innych, mógłby zniszczyć zespół – mówi. Są zresztą sposoby na zachowanie brzmienia: kiepski śpiewak trudniejsze utwory może śpiewać na rybkę – otwierać usta bez wydawania dźwięków.

U chórzystów procentuje znajomość bel canto, czyli „pięknego śpiewu”, techniki wokalnej powstałej we Włoszech w okresie baroku. Najczęściej tą techniką śpiewają chóry.

Kiedyś śpiewało się w domach, w harcerstwie. Dzisiaj dziecięce schole wolą naśladować Arkę Noego. Radośnie, z całego serca, ale jednak… raczej krzyczą, niż śpiewają. A podczas większości mszy w kościele śpiewa samotny organista. Może brzydko śpiewa? Może za głośno? Może pogoda nie taka? A może nie starcza wiary? – Intonuję „Panie, dobry jak chleb”. Wszyscy to znają, prawda? A jednak w kościele cisza. Gdyby przed ludźmi stanął sam Jezus, płuca by wypluli – domyśla się Nagórniak. – Zapominamy, że śpiew w kościele to nie karaoke. Nie śpiewamy dlatego, że pieśń nam się podoba lub nie, nie śpiewamy tylko dla przyjemności – śpiew to przede wszystkim modlitwa.

Jako dyrygent przeżywa dylematy. Gdy ktoś z wiernych daje z siebie wszystko, śpiewając na mszy głośno, ale beczy jak koza, Nagórniakowi muzykowi więdną uszy. – Ale może właśnie taki śpiew z serca jest najbliższy Bogu? – zastanawia się. Do chóru jednak stara się zapraszać ludzi dobrze śpiewających. Chór to chór. I musi brzmieć pięknie.

Smutni nie chcą śpiewać
Joanna Górska

urodzona w 1978 r. – absolwentka italianistyki, ukończyła podyplomowe studia dziennikarskie w Rzymie, gdzie mieszkała przez kilka lat. Jest mężatką, ma dwóch synów i córkę....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze