W imię… czego?
fot. david clode / UNSPLASH.COM

Jedni okrzyknęli W imię… dziełem genialnym i przełamującym tabu, drudzy podsumowali film krótko jako antykościelny, antypolski, tandetny. Pewien recenzent z katolickiego portalu napisał, że Szumowska mogła opowiedzieć historię o normalnym duchownym, zamiast szokować gejem w sutannie. Dlaczego jednak mielibyśmy upierać się przy tym, że temat jest absurdalny, nawet jeśli drażni nas jego nachalne bycie na czasie? Czy naprawdę Kościół w swoich szeregach nie ma żadnego homoseksualisty? Mam wątpliwości, czy sugerowanie, o czym powinno się kręcić filmy, a o czym nie – jest właściwe.

W imię… ma na swoim koncie Złotego Lwa za reżyserię. To też największy sukces międzynarodowy Małgorzaty Szumowskiej: film został sprzedany do szerokiej dystrybucji w ponad 20 krajach na całym świecie, w tym do Stanów Zjednoczonych. Był również nominowany do Złotego Niedźwiedzia. Sama reżyserka w wywiadzie dla „Kino Świat” mówi o sukcesie na Berlinale: „Na festiwal przysyłanych jest 7000 filmów, z czego 18 znajduje się w konkursie głównym, można więc wyobrazić sobie skalę tej selekcji. Na pewno daje to stempel jakości”. Warto się zastanowić i poszukać wspomnianego „stempla”, który miał się przyczynić to takiego sukcesu.

Samotny we wspólnocie

Głównym bohaterem filmu jest ksiądz Adam. Poznajemy go jako zaangażowanego duszpasterza, cieszącego się szacunkiem podopiecznych. Wraz z pracownikiem socjalnym Michałem prowadzi na prowincji placówkę dla chłopaków z problemami. Adam potrafi zatańczyć na wiejskiej zabawie i poczęstować się piwem. Nie można go nie lubić – przecież to taki normalny ksiądz, któremu obcy jest kościółkowy żargon. To, co dla niektórych było pretekstem do określenia filmu mianem skandalizującego, czyli homoseksualizm, z którym zmaga się bohater, jest w tym filmie niemal niedostrzegalne. Gdy w życiu Adama pojawiają się problemy, które rozbudzają w nim homoseksualne skłonności, szuka wsparcia. Próbuje o tym opowiedzieć swojej siostrze, ale ona, przywiązana do wyidealizowanego obrazu brata, woli zakończyć rozmowę. Gdy Adam pragnie się wyspowiadać, ksiądz nie ma dla niego czasu. Oczywista symbolika: kraty w drzwiach Kościoła i nieprzyjemna sprzątaczka, która mówi, że jest sprzątanie i nie ma spowiedzi. Adam nie znajduje pomocy ani u innych ludzi, ani w sferze sacrum, bo – według Szumowskiej – sacrum to tylko niebo nad głową, plastikowe figurki i portret papieża, który ściąga ze ściany i z którym tańczy pod wpływem alkoholu. Nikt nie chce go wysłuchać, sam też traci cierpliwość do słuchania innych. Gdy Michał chce się u niego wyspowiadać, po wypowiedzeniu początkowej formułki nie może wydusić z siebie ani słowa. Rozgoryczony mówi: „Czemu ja nie mogę nic normalnie powiedzieć!”. W kilku scenach znalazło się niegłupie przedstawienie problemu języka, którym komunikujemy się w Kościele, i samotności mimo wspólnoty. Ale tych scen z przyzwoitym

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 0,00 PLN
Wyczyść

Zaloguj się

W imię… czego?
Milena Kukla

urodzona w 1989 r. – absolwentka teologii oraz dziennikarstwa Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, współpracuje ze Szkołą Teologii FDSFiT.Pasjonuje się fotografią....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze