Mikstura biało-czerwona
fot. riyan ong j1PxAa2U / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 votes
Wyczyść

Powinno być świątecznie, ale będzie niepodległościowo. Z powodu cyklu wydawniczego oraz nie do końca wylanych żali.

Moja przygoda z warszawskim Marszem Niepodległości była bardzo krótka. Uczestniczyłem w nim rok temu wraz z żoną i parą najbliższych przyjaciół. Podjęliśmy trudną, choć jednogłośną decyzję, że marsz trzeba zobaczyć z bliska, a najlepiej od środka, by móc wyrobić sobie zdanie na jego temat.

I wyrobiliśmy je sobie. Owszem, było kilka nieprzyjemnych, antysemickich okrzyków, otaczało nas wielu kiboli, bynajmniej niebudzących zaufania, ale szliśmy też w towarzystwie ludzi takich jak my, rodzin z dziećmi, nastolatków i kombatantów, którzy z mozołem, lecz dumnie dźwigali drzewce flag i transparentów. Dzięki temu zdaliśmy sobie sprawę ze skali manipulacji, jaką uprawiały wokół marszu – z wyjątkową natarczywością – pewna gazeta i pewna stacja telewizyjna.

Już jednak w zeszłym roku wyczuwaliśmy podskórnie, że zmierza to w złym kierunku. Że narodowcy chcą marsz skolonizować, nie doceniając faktu, że uczestniczą w nim tysiące ludzi bardzo odległych ideologicznie od Ruchu Narodowego. Dlatego też w tym roku ani my, ani nasi przyjaciele na marsz się nie wybraliśmy. Okazało się, że nasza przezorność była ze wszech miar wskazana.

Obchody Święta Niepodległości nie powinny się kojarzyć z rzucaniem kamieniami, podpalaniem artystycznych instalacji (nawet jeśli uznajemy je za urbanistyczne potworki), a już na pewno nie z atakiem na ambasadę obcego państwa. Pewnych porządków nie powinno się mieszać nigdy. Można sobie wyobrazić konkurencyjne uroczystości, można zrozumieć, że jeden ważny polityk nie ma zamiaru maszerować ramię w ramię z innym, można sobie tego dnia pozwolić na ostrą retorykę – wszak sam marszałek Piłsudski słynął z dość bezkompromisowych ocen polskiej sceny politycznej, i to niezależnie od okoliczności. Nie można jednak bezcześcić Dnia Niepodległości, organizując tego samego dnia święto agresji. Wielu uczestników marszu chciało się po prostu wyładować. Za mało im burd stadionowych i gromkich, wulgarnych okrzyków. A 11 listopada to przecież idealna okazja, by raz do roku, spektakularnie, w świetle reflektorów i przed telewizyjnymi kamerami coś sobie podpalić, komuś przyłożyć, poszarpać się z policją. Jeżeli ktoś nie wytrzymuje napięcia – proszę bardzo, niechaj się oddaje swoim ulubionym pseudomęskim rozrywkom – tylko gdzie indziej i w innym terminie.

Bądźmy jednak sprawiedliwi – przez ostatnich dwadzieścia kilka lat większość klasy politycznej i medialnych elit znacząco przyczyniła się do tego, aby obchody Dnia Niepodległości wyglądały tak, a nie inaczej. Patriotyzm nie był w modzie właściwie aż do prezydentury Lecha Kaczyńskiego. W Warszawie każdego 1 sierpnia o 17.00 zatrzymywali się nieliczni. Nikt nie wspominał Żołnierzy Wyklętych. Wywieszanie narodowej flagi na balkonie traktowano jako wyraz zaściankowości. A Dzień Niepodległości był wyłącznie festiwalem smutnych pieśni legionowych i patetycznych wieńców.

W tym roku, tuż przed 11 listopada, młodzi ludzie o lewicowych poglądach oburzali się na Twitterze, że „biało-czerwona została zawłaszczona przez skrajną prawicę” i że w tej sytuacji nie będą jej eksponować. „Została nam tylko flaga UE” – napisał jeden z nich. Pytanie brzmi, czy wcześniej wywieszali biało-czerwoną, czy rzeczywiście mają prawo narzekać, że coś zostało im odebrane, czy raczej używają tego argumentu, by usprawiedliwić swoją patriotyczną letniość lub – mówiąc brutalnie – swoją pogardę dla tego typu uczuć.

Święto zostało narodowcom wręczone właściwie w prezencie. W ostatnich latach obie główne siły polityczne używały go głównie po to, by dopiec przeciwnikowi. Jedni przekonywali rodaków, że najwyższym wyrazem patriotyzmu jest współudział w budowaniu silnej Unii Europejskiej. Drudzy – że Polska Anno Domini 2013 nie jest wcale niepodległa, a najwyższym wyrazem patriotyzmu jest odsunięcie od władzy obecnego rządu.

Patriotyzm różowych baloników zderzył się ze skrajnym cierpiętnictwem. Co nie oznacza, rzecz jasna, że obie formy świętowania są równie złe. Martyrologia może nas irytować, ale nie pozwala zapomnieć o ofierze składanej przez poprzednie pokolenia. Ta ofiara zaś jest wehikułem, który przenosi gen patriotyzmu w przyszłość. Z kolei patriotyzm nowoczesny, fajny, w ekstremalnym stadium przypomina homeopatyczną miksturę – jest tak rozcieńczony, że nie zostaje z niego nic. Według lewicowych publicystów wszyscy będziemy fajni dopiero wtedy, gdy nasz patriotyzm będzie unijny, gdy naszymi bohaterami będą Monnet i Schuman, a nie Roman Dmowski i rotmistrz Pilecki, gdy przestaniemy kłaść kwiaty pod pomnikami, a zamiast tego, wzorem premiera, weźmiemy udział w jakiejś sportowej imprezie. I gdy uznamy – jak pewien historyk – że rozbiory przyniosły nam „postęp i cywilizację”, a Polacy byli zawsze do niczego.

To ja już wolę martyrologię.

Mikstura biało-czerwona
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, ambasador RP w Izraelu (25.06.2018 - 07.11.2021), ambasador RP w Stanach Zjednoczonych (od 23.11.2021r.)....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze