Ocalenie przez pamięć
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Opozycja zwyciężyła z komunistyczną władzą w walce o pamięć historyczną. Jednak po 1989 roku pamięć ta ukazała nie tylko swe szczytne, lecz również złowrogie oblicze, zwłaszcza w Jugosławii.

Przełom 1989 roku zburzył w Polsce, a później w całej Europie Wschodniej, nie tylko stary system społeczno–polityczny, lecz również tworzącą go mitologię, według której komunizm był ostatecznym spełnieniem rozwoju ludzkości.

W trybach Ministerstwa Prawdy

Pamięć społeczna na obszarze sowieckiej dominacji przez kilkadziesiąt lat była kształtowana przez instytucje totalitarnego państwa, które wykorzystywały środki masowej komunikacji, a także system edukacyjny, aby utrwalić w społeczeństwie przekonanie o prawdziwości oficjalnej wersji historii. Za pomocą państwowej cenzury eliminowano ze świadomości społecznej wszystkie fakty niewygodne i z wersją tą sprzeczne. Orwellowska wizja świata, zgodnie z którą w Ministerstwie Prawdy przez systematyczne kłamstwo dokonuje się codzienny gwałt na ludzkiej pamięci, znalazła pełny wyraz w epoce stalinowskiej.

W polskich warunkach żywa była również inna forma pamięci historycznej pielęgnowana przez część społeczeństwa jako ważny składnik narodowej tożsamości, jako sacrum, które należało przechować dla następnych pokoleń. Zachowując pamięć o przeszłości, starano się ocalić samą polskość. Zmagania o treść pamięci historycznej stały się ważną częścią walki komunistycznych elit z częścią społeczeństwa, która nie poddawała się manipulacji i kultywowała własną pamięć. Najbardziej spektakularnym przejawem tych zmagań były obchody rocznicy wybuchu powstania warszawskiego — symbolu walki o narodową suwerenność, zdrady sojuszników, klęski, która otwarła komunistom drogę do władzy. Mimo że oficjalna propaganda przez lata dokonywała różnorodnych manipulacji, aby podważyć sens powstańczej ofiary, dla milionów Polaków kwatery powstańcze na Powązkach stały się prawdziwym ołtarzem ojczyzny, na którym co roku tysiące ludzi spontanicznie oddawało hołd poległym bohaterom. Młodzież z szeregów niezależnego ruchu harcerskiego dobrowolnie zaciągająca warty przy tych mogiłach była dowodem siły narodowej pamięci historycznej, której nie zdołał zagłuszyć szum komunistycznej propagandy. Uczestnicy uroczystości mieli świadomość, że był to także akt ideowej delegitymizacji komunistycznej władzy podkreślający jej niedemokratyczny, najemniczy i wasalski wobec Moskwy charakter.

W sytuacji, gdy komunistyczna władza wykorzystywała każdą prawdziwą lub tylko pozorną słabość z przeszłości Rzeczypospolitej, przeciwstawiając jej rzekomy blask PRL–u, trudno było o merytoryczną dyskusję o przeszłości. Nie brakowało również w tamtych dyskusjach paradoksów, o których warto wspomnieć, rozważając uwarunkowania naszej pamięci historycznej. Andrzej Wajda, jeden z najbardziej niezależnych intelektualnie powojennych twórców, polemizując z polskimi mitami, nakręcił Lotną z absurdalną sceną ataku kawalerii na czołgi. W ekranizacji Popiołów szarżę szwoleżerów pod Samosierrą sprowadził zaś do szaleńczego gestu. Przebojem awangardowych scen teatralnych zjadliwie kontestujących przaśną realność komunizmu lat 60. stała się sztuka Alfreda Jarry’ego Ubu Król, jeden z najgłośniejszych pamfletów na polskość. Natomiast w obronie patriotyzmu i narodowych zrywów stawał partyjny propagandzista, pułkownik Zbigniew Załuski, autor poczytnej swego czasu książki Siedem polskich grzechów głównych. Kiedy z wielkim hałasem propagowane były książki dowodzące, że Piłsudski był austriackim agentem, a Dmowski faszyzującym antysemitą, przeciętnemu obywatelowi trudno było się zorientować w zawiłych meandrach narodowej historii. Nie było żadnych warunków do obiektywnej dyskusji historyków, dlatego w pamięci gruntował się bądź wyidealizowany obraz przeszłości, w którym Polska była ofiarą obcych knowań i ofiarnym puklerzem zachodniej cywilizacji, albo zakorzeniało się przekonanie, że panowanie PZPR i sojusz ze Związkiem Radzieckim są spełnieniem narodowych przeznaczeń i snów o potędze.

Jak doniosłą rolę pełniła pamięć historyczna w zmaganiach o wolność, świadczy fakt, że jednym z podstawowych postulatów strajkujących w sierpniu 1980 roku gdańskich stoczniowców, a później także uczestników wszystkich strajków na Wybrzeżu, był postulat upamiętnienia ofiar robotniczej masakry z grudnia 1970 roku. Odsłonięcie pomnika Poległych Stoczniowców z grudnia 1980 roku odbierano jako pierwsze od 1945 roku zwycięstwo społeczeństwa w zmaganiach z komunistami o kształt pamięci historycznej. Podobny charakter miała uroczystość odsłonięcia pomnika Poznańskiego Czerwca 1956 roku. Nie przez przypadek oba pomniki przybrały kształt krzyża. Wpisywały się w zapotrzebowanie społeczne, utrwalały martyrologiczny kontekst narodowej pamięci. Warto przypomnieć, że w tym okresie mieliśmy również do czynienia z próbą ideowej recydywy, najbardziej opresywnej formy realnego socjalizmu — stalinizmu. To wówczas w Warszawie, a także w innych miastach Polski, stawiane były „pomniki poległym za władzę ludową”, zwane przez ludzi popularnie ubeliskami. Ukazało się także wiele opracowań historyków związanych z organami bezpieczeństwa PRL opiewających „bohaterskie czyny” funkcjonariuszy UB czy pokrewnych im formacji. Próby te nie zyskały szerszej akceptacji nawet w kręgach aktywu partyjnego nastawionego bardziej pragmatycznie, unikającego ostrej konfrontacji ideowej.

Przez lata ważne miejsce kształtowania pamięci narodowej stanowiły świątynie. Zanim po 1989 roku nazwiskami bohaterów polskiego państwa podziemnego, dowódców AK, wielkich polityków II RP zaczęto nazywać ulice i place naszych miast, ich pamięć przywoływały tablice pamiątkowe umieszczane w kościołach, a także okolicznościowe Msze święte odprawiane w ich intencji.

Równocześnie ludzie zaangażowani w tzw. drugi obieg literatury propagowali opracowania historyków emigracyjnych i zagranicznych, których prace były niedostępne w kraju z powodu działań cenzury. Bardzo popularne były różnorakie odczyty, prelekcje, dyskusje na tematy historyczne. Obchody wielkich narodowych rocznic, a zwłaszcza narodowych zrywów: powstania styczniowego oraz listopadowego, stawały się okazją do budowania własnej przestrzeni obywatelskiej, która pozostawała poza ingerencją władz. Pamięć historyczna Polaków pozostawała zawsze wolna, dlatego w trudnych czasach znalazło się tak wielu chętnych do jej zgłębiania oraz popularyzowania. Zanim opozycja pokonała przedstawicieli PZPR w kontraktowych wyborach w czerwcu 1989 roku, zwyciężyła w walce o pamięć historyczną. Trafnie znaczenie tego sukcesu ocenił działacz partyjny, a zarazem wybitny historyk prof. Jerzy Topolski. W ostatnim wydaniu rozprawy Świat bez historii napisał m.in.:

Rok 1989 nie byłby możliwy bez pamięci tego, co było, a co się utraciło, bez wiedzy o tym, do czego warto dążyć. Bez zbiorowej świadomości przenikniętej historią niemożliwy byłby masowy protest, „Solidarność”, zburzenie berlińskiego muru 1

Wobec nowych czasów

Jesień 1989 roku była godziną tryumfu pamięci historycznej ocalającej prawdę wbrew woli tyranów. W czasie tzw. jesieni narodów, która burzyła system komunistyczny w Europie Środkowej, odwołanie do przeszłości było ważnym elementem sprzeciwu wobec panującego systemu. We wszystkich krajach postkomuny przywracanie oficjalnie zapomnianych kart historycznych stało się ważnym postulatem demokratycznej opozycji. Wyrażało się to m.in. w przywracaniu dawnego kształtu symbolom narodowym. Pamięć historyczna była nośnikiem pewnego systemu aksjologicznego odnoszącego się do ideału państwa suwerennego.

Po 1989 roku pamięć historyczna ukazała jednak nie tylko swe szczytne, lecz również złowrogie oblicze. Zwłaszcza w Jugosławii, ale także w innych regionach Europy Środkowej, okazało się, że komunizm był swoistą lodówką, w której zamrożone zostały różne choroby z przeszłości, m.in. bakcyl nacjonalizmu. Dramatyczny okres okupacyjnej wojny domowej narodów bałkańskich w latach II wojny światowej, nigdy obiektywnie nierozliczony, wypchnięty poza obieg oficjalnej pamięci, powrócił w postaci zwyrodniałej, podatnej na manipulację. Fałszywa pamięć historyczna stała się użyteczną glebą dla fałszywej, a czasem zbrodniczej polityki.

W jugosłowiańskich mediach ożyły postacie ustaszy i czetników, członków oddziałów militarnych z lat II wojny światowej symbolizujące w zależności od potrzeb — chorwacki lub serbski nacjonalizm zagrażający bytowi własnego narodu. Jednostronnie interpretowana historia wskazywała wyłącznie na rzeczywiste lub urojone krzywdy, których jedna z nacji doznawała w przeszłości od drugiej. Model jugosłowiańskiego wspólnego domu rozleciał się w ciągu kilku miesięcy. Nie bez znaczenia będzie zwrócenie uwagi na fakt, że historyczne resentymenty przypominali często ludzie przez lata wysługujący się komunistycznej ideologii. W latach 90. porzucili internacjonalizm i nie wahali się używać nawet najbardziej zwyrodniałych form nacjonalizmu, aby legitymizować swoją lojalność w nowych politycznych warunkach. Upłyną zapewne lata, być może musi przyjść nowe pokolenie, nim narody byłej Jugosławii zdołają się otrząsnąć się z wojennego amoku i zacząć oczyszczanie własnej pamięci po to, aby móc sobie wzajemnie wybaczyć.

Inną formą reakcji na upadek systemu komunistycznego była propozycja sformułowana w kręgu ruchu określanego mianem postmodernizmu. Jacques Derrida i inni przedstawiciele tego kierunku ogłosili, że historia przestała pełnić pozytywną rolę społeczną. Skończył się czas wielkich historycznych narracji, pora zainteresować się dekonstrukcją historycznego przekazu, jego odmitologizowaniem, wywracaniem na wszystkie możliwe strony i poszukiwaniem paradoksu oraz jego zaprzeczenia 2 Najdalej w swych rozważaniach poszedł japoński politolog Francis Fukuyama, który ogłosił, że po 1989 roku historia ludzkości dobiegła kresu, ponieważ cały świat opanowała liberalna demokracja, która zdominuje codzienność ludzkości w perspektywie nieomal wieczności. Wybuch dziesiątków konfliktów stymulowanych m.in. przez manipulację pamięcią historyczną udowodnił, jak bardzo się mylił. Pamięć historyczna dla wielu społeczeństw w Europie Środkowej stała się ważną częścią ich narodowej tożsamości.

Amnezja na życzenie

W Polsce po 1989 roku pamięć historyczna przeszła znamienną ewolucję. Po okresie zapisywania tzw. białych plam w naszej historii, który przyniósł przede wszystkim obszerną publicystykę dotyczącą tematów martyrologicznych, takich jak zbrodnia w Katyniu, wywózki Polaków na Wschód, represje wobec żołnierzy niepodległościowego podziemia i mordy polityczne w czasach PRL–u, przyszło wyraźne zmęczenie historią, okazywane zwłaszcza przez młodsze pokolenia. Pamięć historyczna w znikomym stopniu służyła budowaniu ideowego zaplecza obozu posierpniowego. Po 1989 roku wielu młodych ludzi zmęczonych swarami polityków bardziej utożsamiało się z postacią esbeka Franza Maurera, wykreowaną przez Bogusława Lindę w filmie Psy, aniżeli z Jankiem Wiśniewskim poległym na ulicach Gdańska w 1970 roku czy z górnikami zabitymi w grudniu 1981 roku w kopalni „Wujek”. Zwycięstwa SLD w 1993 roku i 2001 roku oraz dwukrotna elekcja Aleksandra Kwaśniewskiego w latach 1995 i 2000 dobitnie wykazywały, że ocena zachowań z przeszłości przestała być dla wyborców istotnym kryterium przy podejmowaniu decyzji w sprawie bieżących rozstrzygnięć politycznych. Do tego dochodziła świadoma polityka obozu postkomunistycznego, który dostrzegł, że program amnezji historycznej jest skutecznym orężem w bieżącej walce politycznej. Zwłaszcza w sytuacji, gdy reprezentanci obozu byłej opozycji w kolejnych „wojnach na górze” wyczerpali kredyt społecznego zaufania.

„Wybierzmy przyszłość” nawoływały slogany wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego w czasie kampanii wyborczej w 1995 roku. Faktycznie był to program narodowej amnezji, zgodnie z którym nikt za nic nie odpowiada, gdyż „wszyscy byliśmy uwikłani w system”, jak twierdzili niektórzy z dawnych liderów antykomunistycznej opozycji. Jednocześnie, już jako Prezydent RP, Aleksander Kwaśniewski z wielką konsekwencją promował ludzi starego systemu, nadając im najwyższe godności państwowe. Kawalerem Krzyża Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski został m.in. Stanisław Supruniuk, szef powiatowego UB, który organizował obóz dla akowców wydawanych następnie NKWD. Jednocześnie nagradzani byli ludzie dawnej opozycji. Efektem tej polityki rozmywania kryteriów oceny przeszłości był relatywizm w ocenie PRL.

Z drugiej strony to właśnie obóz lewicy, jako być może jedyna siła polityczna w Polsce, zdawał sobie sprawę z politycznej wagi umiejętnie rozegranej batalii o pamięć historyczną. Wiedział, że wiedza historyczna jest potrzebna jako ważne lepiszcze, bez którego niemożliwe jest tworzenie naprawdę wielkich struktur społecznych. Na początku lat 90. politycy SLD odrzucali jakikolwiek krytyczny obrachunek z PRL, organizując swych wyborców m.in. pod szyldem obrony wspólnych życiorysów. Znakomicie wykorzystywali znany fakt, że historia codzienności w znacznie większym stopniu kształtuje pamięć społeczną aniżeli wielka historia ideologiczna, która wciąga w swe tryby zaledwie część społeczeństwa 3 Pamięć o czasach młodości, pierwszym „maluchu” postrzeganym jako ważny etap awansu cywilizacyjnego wielu Polaków, była i jest dla wielu grup społecznych ważniejsza aniżeli refleksja o straconych latach PRL, zapaści cywilizacyjnej, podporządkowaniu Moskwie i wynikających z tego dramatycznych konsekwencjach.

Częścią taktyki SLD było także blokowanie instytucjonalnych prób rozliczenia z przeszłością. Politycy tej formacji konsekwentnie występowali przeciwko uchwaleniu ustawy lustracyjnej, a także ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Równolegle zdominowane przez środowiska lewicowe ośrodki historyczne produkowały, m.in. na użytek programów szkolnych, bardzo osobliwe wersje historii PRL. W tej wizji pierwszoplanowa rola w walce o demokrację i narodową suwerenność przypadała tzw. reformatorskiemu nurtowi w obozie PZPR. W świadomości większości Polaków nie funkcjonuje najważniejsza prawda, że przez cały czas istnienia PRL była tylko autonomiczną częścią sowieckiego imperium, a granice reform zawsze określała Moskwa. W tym kontekście jako pozytywny sygnał należy odnotować wystąpienie prezydenta Kwaśniewskiego w 20. rocznicę wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Jako pierwszy przedstawiciel postkomunistycznej lewicy stwierdził, że stan wojenny był złem, który przyniósł straty całemu narodowi.

W nurt zamazywania tej prawdy często wpisywała się także publicystyka „Gazety Wyborczej”. Charakterystyczny dla niego był zwłaszcza wspólny wywiad Adama Michnika z byłym ministrem spraw wewnętrznych gen. Czesławem Kiszczakiem pt. Pożegnanie z bronią 4 Istotą postawy przyjętej w tej rozmowie przez Michnika, reprezentatywnej dla wielu polskich środowisk politycznych, była gotowość do relatywizowania wszystkich faktów i ocen z przeszłości. Michnik jednoznacznie sugerował, że w ocenie przeszłości nie można stosować jednych, wspólnych i niezmiennych kryteriów, gdyż każdy ma własną rację i w gruncie rzeczy te racje mogą się równoważyć. Jednocześnie, gdy z różnych powodów było to dla niego wygodne, środowisko „Gazety Wyborczej” zaskakiwało pryncypialnością w rzucaniu antykomunistycznych anatem. Tak było m.in. w przypadku prokuratora Andrzeja Kaucza, który jesienią 2001 roku został zastępcą prokuratora generalnego, a w latach 80. swą zawodową karierę budował na oskarżaniu w procesach politycznych. Upadek Kaucza nie nastąpił jednak w wyniku zmiany w ocenie ludzi wykonujących haniebną robotę w stanie wojennym, lecz był elementem rozgrywek politycznych. Wielu ludzi o podobnych jak Kaucz biografiach nadal pracuje w sądownictwie i prokuraturze, a także administracji państwowej, i nikt ich publicznie nie niepokoi. Pamięć historyczna nadal więc może być obszarem podatnym na polityczne manipulacje.

Ból Jedwabnego

O tym, jak dramatyczne i różnorodne mogą być konsekwencje historycznej amnezji, świadczy także przypadek Jedwabnego. Publikacja książki prof. Jana Tomasza Grossa Sąsiedzi na temat okoliczności mordu, który miał miejsce 10 lipca 1941 roku na mieszkańcach miasteczka pod Łomżą, wstrząsnęła polską opinią publiczną. Wywołała jedną z najważniejszych w ostatnim czasie dyskusji, nie tylko na temat samych okoliczności tej potwornej zbrodni, lecz również nad kwestią moralnej odpowiedzialności narodu za czyny popełnione w przeszłości, obowiązku pamięci i rozliczenia się z trudnymi faktami z historii. Dyskusja na ten temat została zdominowana przez dwa skrajne stanowiska. Jedno reprezentowali ci, którzy bez krytycznej refleksji przyjęli za prawdę wszystko, co napisał w swej książce prof. Gross. Każdą próbę polemiki z jego tezami uznawali za przykład polskiego antysemityzmu. Reprezentanci drugiego poglądu odrzucali wszystkie główne tezy książki prof. Grossa. Stosowana w tym przypadku metoda polegała na udowadnianiu, że skoro prof. Gross mijał się z prawdą w opisie wielu szczegółów, także zasadnicza teza jego książki Sąsiedzi, że to Polacy, a nie Niemcy wymordowali w Jedwabnem swych żydowskich współmieszkańców, jest nieprawdziwa.

W pełnej emocji dyskusji często mieszano dwie kwestie: obowiązek ustalenia przebiegu zdarzeń oraz moralną ich ocenę. Niestety, dysputy nie ułatwiała także postawa samego prof. Grossa, który nie był w stanie przyjąć do wiadomości żadnego faktu, jeżeli podważał informacje zawarte w jego książce. Jego zasługą pozostanie, że z wielką żarliwością opisał zagładę żydowskiego miasteczka, błędem natomiast — stawianie, na podstawie bardzo wątłej bazy dowodowej, wielu, nawet bardzo daleko idących w swych uogólnieniach, publicystycznych tez.

Śledztwo prowadzone przez Instytut Pamięci Narodowej przyczyniło się do podważenia dwóch najważniejszych poglądów głoszonych w jego pracy: o spontanicznym i ochotniczym udziale prawie całej ludności Jedwabnego w zbrodni, której dokonano 10 lipca 1941 roku, a także o rzekomo niewiele znaczącym udziale niemieckich jednostek specjalnych w organizacji i przeprowadzeniu tego mordu. Dzisiaj wiemy, prawie na pewno, że mord był zorganizowany przez niemieckie komando, które uczestniczyło w jego przeprowadzeniu od początku do końca, biorąc udział także w końcowym akcie podpalenia spędzonych do stodoły Żydów. Wiemy również, że z różnych powodów: strachu, z chęci odwetu za współudział niektórych Żydów w akcjach antypolskich w latach sowieckiej okupacji, wreszcie z chęci mordu i rabunku, uczestniczyła w tej zbrodni grupa kilkudziesięciu Polaków. Ten współudział jest bezsporny, potwierdzają go zeznania wielu, którzy tego dnia byli świadkami kaźni w Jedwabnem. Tak jak bezsporny jest fakt, że tego samego dnia kilku mieszkańców Jedwabnego ratowało swych żydowskich sąsiadów. Większość ludzi zamarła ze zgrozy, nie uczestnicząc w tych przerażających wydarzeniach.

Największym sukcesem dyskusji o zbrodni w Jedwabnem wydaje się, że pomijając stanowiska skrajne, ugruntowało się w polskiej opinii przekonanie, iż te straszne zdarzenia są polskim dramatem, wpisującym się w naszą pamięć historyczną, skłaniającym do stawiania dalszych trudnych pytań.

Pytania o przeszłość, jeżeli ma wypływać z nich jakakolwiek nauka moralna dla przyszłości, muszą być także pytaniami o winę tych, którzy popełniali zbrodnie, którzy do nich zachęcali lub tolerowali je. W Niemczech po 1945 roku intelektualiści próbowali zadać pytania o odpowiedzialność moralną narodu, w imieniu którego naziści dopuścili się tak potwornych zbrodni. Karl Jaspers stwierdził, że pytanie o winę jest najistotniejszym doświadczeniem, z którym naród niemiecki musi się zmierzyć. Pisał on o kilku kręgach odpowiedzialności za zło wyrządzone w przeszłości: odpowiedzialności karnej — którą muszą ponieść jednostki, jeśli udowodni im się winę w świetle prawa, odpowiedzialności politycznej — obciążającej wszystkich tych, którzy popierali oraz tolerowali dany system, odpowiedzialności moralnej — za udział w jednostkowych aktach podłości nakazanych przez władzę (w kwestiach tych powinno rozstrzygać sumienie każdego człowieka), a także o odpowiedzialności metafizycznej — ciążącej na wszystkich, którzy widząc wokół siebie ludzi krzywdzonych, nie reagowali żadnym odruchem solidarności i pomocy. Za pomocą różnych manipulacji można przekonać jedno pokolenie, że nie warto stawiać takich pytań. W warunkach demokratycznego państwa będzie to jednak zabieg skuteczny tylko na pewien czas. We Francji po 45 latach rozpoczęto bolesną dyskusję na temat kolaboracji w latach okupacji, a do więzienia trafili politycy, których kariery nikt wcześniej nie przerywał kłopotliwymi pytaniami. Także w RFN debata wokół przeszłości politycznej byłego anarchisty, a obecnie ministra spraw zagranicznych Joschki Fischera wskazuje, że opinia publiczna w pewnym momencie zadaje pytania o przeszłość.

Pamięć historyczna zawsze będzie ważnym składnikiem zbiorowej wrażliwości narodu, decydując komu w czasie historycznym przyznać miano bohatera, a kogo napiętnować imieniem zdrajcy. Bez tego, co Jan Paweł II we Lwowie nazwał potrzebą oczyszczania pamięci, trudno mówić o pojednaniu i porozumieniu, a więc filarach trwałego ładu międzynarodowego.

 Poza wymiarem moralnym pamięć historyczna będzie żywa również z powodów pragmatycznych. Żaden z zachodzących obecnie procesów cywilizacyjnych, a zwłaszcza globalizacja, w dłuższej perspektywie, moim zdaniem, jej nie zagraża. Zawsze bowiem istnieć będą ludzie świadomi swych korzeni i wierzący, że myślenie historyczne jest nieodzownym składnikiem kultury, bez którego niemożliwy jest dalszy postęp.

1 Jerzy Topolski, Świat bez historii, Poznań 1998, s. 5.
2 Peter Burke, Historia i teoria społeczna, Warszawa — Kraków 2000, s. 150.
3 Historia społeczna. Historia codzienności. Mikrohistoria, Warszawa 1996, s. 19.
4 „Gazeta Wyborcza”, 3–4.02.2001.

Ocalenie przez pamięć
Andrzej Grajewski

urodzony 8 października 1953 w Bielsku-Białej – polski politolog, doktor historii, dziennikarz i publicysta mediów katolickich. Redaktor "Gościa Niedzielnego", publicysta "Więzi" i "Przeglądu Politycznego". Autor wielu ksi...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze