Wąż w raju serca

Wąż w raju serca

Do twierdzy wewnętrznej, w której panem jest nasza wolność, grzech wejść nie może, o ile sami nie otworzymy mu bramy.

Gdzie szukać początków grzechu? Jak rozumieć biblijną opowieść o wężu w raju?

Tomáš Špidlik SJ: Historia pierwszego grzechu opowiedziana jest w trzecim rozdziale Księgi Rodzaju: pokusa zjedzenia zakazanego owocu, rozmowa Ewy z wężem–uwodzicielem, zgoda Adama i wygnanie z raju. Ojcowie uważają, że doświadczenie każdego człowieka potwierdza i przedłuża w historii to, co opowiada początek Biblii. Każdy z nas posiada pewien raj, a mianowicie serce, stworzone przez Boga jako pełne pokoju. I każdy z nas przeżywa doświadczenie węża, który przenika do serca, aby nas uwieść. Wąż ma kształt złej myśli. Pisze Orygenes — i zgadzają się z nim inni Ojcowie — że „źródłem i początkiem każdego grzechu jest myśl” (po grecku: logismos).

Jak to możliwe, że zwykła myśl jest przyczyną zła?

Nie dotyczy to zwykłej myśli, ale tej nieczystej, złej. Szczerze mówiąc, to, co często nazywamy kuszeniem, nie jest nawet prawdziwą myślą, lecz raczej wytworem wyobraźni, do którego dołącza się sugestia, by uczynić coś złego. Święty Maksym Wyznawca ilustruje tę sytuację przykładami zaczerpniętymi z życia codziennego, twierdząc na przykład, że zdolność myślenia ani jego przedmiot, ani samo myślenie nie są złem. Nie jest złem kobieta. Nie jest złem myślenie o kobiecie. Jednak w umyśle mężczyzny skłonnego do zmysłowości obraz kobiety nie zawsze pozostaje czysty, ale łączy się z bodźcem cielesnym, który nakłania go do czynu przeciw prawu Boga. Tak samo pieniądze i wino nie są złem same w sobie, a jednak mogą stać się nieprzewidzianą przeszkodą na skutek nieczystych bodźców, które się z nimi łączą. Nazywamy „czystym” to, do czego nie dołącza się nic innego, tak jak mówimy na przykład o czystym złocie i czystej wodzie. Tak również myśli są czyste, dopóki nie dołączy do nich bodziec, który skłania do czynienia zła.

Skąd przychodzą owe podniety do złego?

Ojcowie porównują serce ludzkie do ziemi obiecanej, na którą Filistyni, Babilończycy i inne ludy pogańskie ciskają włócznie i strzały, czyli złe sugestie. Owe myśli „diabelskie”, „cielesne”, „nieczyste” nie mogą mieć początku w naszym sercu od chwili, w której zostało ono stworzone przez Boga. Przychodzą zatem do nas z zewnątrz. Nie przynależą do naszego naturalnego sposobu myślenia. I dopóki pozostają na zewnątrz nas samych, nie są grzechem. Stanowią zło tylko w chwili, w której je akceptujemy w sposób świadomy i wolny, czyli kiedy się z nimi identyfikujemy.

W ewangelii napisane jest jednak, że zło pochodzi z serca, a nie z rzeczy zewnętrznych (Mt 15,19). Zatem?

Owszem, ale powinniśmy zwrócić uwagę, jak wyjaśniamy ten tekst. Grzech wypływa z serca człowieka, ponieważ przyzwolenie na zło udzielone zostało w jego wnętrzu, przez jego wolną wolę. Złe myśli, namiętne pragnienia krążą nieustannie dookoła nas. Często zajmują naszą wyobraźnię i umysł. Są ludzką słabością, pozostałą w nas po grzechu pierwszych rodziców. Same w sobie nie są jeszcze prawdziwym złem. Kościół uważa, że pożądliwość pochodzi od grzechu i do niego nakłania, ale sama w sobie nie jest grzechem.

Żyjemy zatem w niebezpiecznym stanie, zawsze narażeni na pokusy…

Życie człowieka na ziemi jest walką, mówi Księga Hioba (7,1). Przysłowie dodaje, że kto nie chce walczyć, nie powinien żyć. Jednak nie powinniśmy przesadzać, gdy mówimy o trudnościach owej walki. Starożytny autor mistyczny Pseudo–Makary porównuje naszą duszę do wielkiego miasta. W centrum znajduje się twierdza, blisko niego rynek, a dookoła — przedmieścia. Nieprzyjaciel, czyli grzech pierworodny, zajął przedmieścia, czyli nasze zmysły. To dlatego w tej sferze często czujemy się niepokojeni. Jednak te niepokoje dochodzą nieraz także do rynku, czyli tam, gdzie się zaczyna rozważać, czy powinniśmy przyjąć daną myśl jako naszą lub czy raczej powinniśmy ją odrzucić. Do twierdzy wewnętrznej, w której panem jest nasza wolność, grzech wejść nie może, o ile sami nie otworzymy mu bramy i dobrowolnie się na to zgodzimy.

Także święta Teresa z Avili mówi o „twierdzy wewnętrznej” naszej duszy, w której możemy rozmawiać z Panem, Bożym Gościem, nieniepokojeni przez zamieszki na przedmieściach, które by w tym przeszkadzały.

Mimo to jesteśmy wewnętrznie podzieleni. To nieprzyjemne, wręcz męczące…

Ludzie duchowi starają się nie tylko uniknąć grzechu, ale także oczyścić serce, ponieważ tak czyniąc, mogą przywrócić duszy pokój wewnętrzny. Autorzy zakonni nazywają ascezę greckim terminem praxis, określając tak praktykę duchową. Rozróżniają pomiędzy praktyką zewnętrzną — która się skupia na unikaniu grzesznych czynów — i praktyką wewnętrzną, której celem jest oczyszczenie serca. Niestety, często proponowane pouczenia moralne ograniczają się tylko do praktyki zewnętrznej: „Nie powinno się czynić tego, nie można czynić owego”. I to może wyjaśnić, dlaczego tak często, kiedy ludzie czują się zbyt wzburzeni i nie wiedzą już, co czynić, i gdy stosowanie znanych im praw zewnętrznych nie pomaga, uciekają się w poszukiwaniu dodatkowych rozwiązań do najróżniejszych metod proponowanych przez fałszywe mistycyzmy, do lekarzy, do narkotyków…

Często się zapomina, że duchowość chrześcijańska daje najskuteczniejsze wskazówki potrzebne do osiągnięcia pokoju.

Gdzie można znaleźć te wskazówki?

Mnisi, którzy wybrali życie w samotności, są szczególnie biegli w osiąganiu pokoju wewnętrznego. Poszukują ciszy, uciekając od świata. Szybko jednak doświadczają, że sama samotność spokoju nie przynosi. Święty Antoni, na przykład, udał się na pustynię, ale został zaatakowany przez demony, czyli przez mnóstwo myśli i wyobrażeń, które zmąciły spokój jego umysłu. Musiał zatem nauczyć się pokonywania owych demonów. Dopiero po długiej walce wewnętrznej stał się mistrzem w sztuce opanowywania swoich fantazji. Dopiero wtedy jego samotność stała się miejscem pokoju. Podobne doświadczenia były tak powszechne, tak znane, że prawo państwowe Cesarstwa Bizantyjskiego zabroniło mnichom samotnego udawania się na pustynię, zanim nie przeżyli w zakonie dziesięciu lat ascetycznego życia. Mnisi musieli więc, jeszcze nim stawili czoło pustelniczemu życiu, nauczyć się bycia panami swoich myśli i wyobrażeń.

Czy te doświadczenia dawnych zakonników są dziś jeszcze dostępne i pożyteczne dla ludzi współczesnych?

Ciekawe, że w naszych czasach — właśnie dlatego, że czuje się ich szczególną potrzebę, że wzrasta na nie popyt — publikuje się teksty dawnej duchowości, które dotyczą tematu walki wewnętrznej. Ostatnio mnożą się przekłady Filokalii Nikodema Hagioryty. Tekst ten jest zbiorem licznych fragmentów patrystycznych, w których naucza się, jak osiągnąć czystość serca, która jest warunkiem modlitwy i wewnętrznego pokoju.

Wiemy już, że o prawdziwym grzechu mówimy tylko wtedy, gdy bierze w nim udział dobrowolne przyzwolenie, które dołącza do złej myśli. Jak jednak dowiedzieć się na pewno, czy zgodziliśmy się w sposób dobrowolny, czy nie?

Istnieją osoby skrupulatne, które podczas spowiedzi oskarżają się o „posiadanie złych myśli”, ale nie umieją odpowiedzieć na pytanie, czy przyzwoliły na nie, czy nie. Dawni zakonnicy wiedzieli, że taka niepewność jest bardzo szkodliwa dla spokoju duszy. Proponowali precyzyjną analizę mentalnego procesu, który się sprawdza w sytuacji wewnętrznego kuszenia. Zwykle rozróżnia się pięć stadiów przenikania zła do serca: 1) sugestia, 2) wewnętrzny dialog, 3) walka, 4) przyzwolenie, 5) namiętność.

Wymaga to oczywiście wyjaśnienia.

Co to jest sugestia?

Ten pierwszy stopień nazywa się także kontaktem. Jest to pierwszy obraz dostarczony przez wyobraźnię, pierwsza idea, pierwszy impuls. Na przykład, chciwiec widzi niepilnowane pieniądze i przychodzi mu do głowy myśl: „Mógłbym je ukryć”. W ten sam sposób mogą nasunąć nam się obrazy cielesne, myśl, aby być najlepszym ze wszystkich, impuls, by przestać pracować itp. W tym przypadku nie podejmujemy jeszcze żadnej decyzji, stwierdzamy tylko, że nadarza nam się możliwość czynienia zła, przedstawia nam się ono w formie przyjemnej. Nowicjusze w życiu duchowym przestraszeni wyznają, że mieli „złe myśli”, także w kościele i podczas modlitwy. Opowiada się, że święty Antoni zaprowadził pod swój dach ucznia, który skarżył się gorzko na swoje złe myśli, i kazał mu schwytać ręką wiatr. Po pewnej chwili zaś powiedział: „Jeśli nie możesz złapać wiatru, tym bardziej nie pochwycisz ręką złych myśli!”. Chciał w ten sposób pokazać, że w tych pierwszych sugestiach nie ma jeszcze żadnej winy i że, póki będziemy żyć, nie uwolnimy się od sugestii. Przypominają one muchy, które nam się naprzykrzają tym bardziej, im bardziej stajemy się niecierpliwi.

Co znaczy wewnętrzny dialog?

To stadium przypomina opowieść z trzeciego rozdziału Księgi Rodzaju, kiedy Ewa zaczyna rozmawiać z wężem. Jeśli pozwolimy zginąć pierwszej sugestii, odejdzie ona tak, jak przyszła. Niestety, zwykle człowiek tego nie robi, pozwala się raczej sprowokować i zaczyna się zastanawiać. Na przykład, chciwy mówi: „Wezmę te pieniądze, umieszczę je w banku”. Potem przychodzi mu na myśl, że jest to nieuczciwe i, nade wszystko, także niebezpieczne, gdyż o jego czynie mógłby się ktoś dowiedzieć. Wtedy myśli, że byłoby lepiej trzymać rzecz w ukryciu. Nie jest zdolny niczego zdecydować, ale kwestia tych pieniędzy pozostaje w jego głowie przez cały dzień. To samo zdarza się komuś, kto się na kogoś rozzłościł. Przez dłuższy czas myśli o tym, który go rozgniewał. Wyobraża sobie, że go uderza, obraża, potem, że wybacza mu wspaniałomyślnie, i znów zastanawia się, co mu powinien uczynić… Zapomina dopiero po jakimś czasie.

Jaka wina tkwi w tych dialogach wewnętrznych? Ten, kto nie zdecydował niczego, nie może mieć grzechu. Ileż czasu i ile energii traci się na te głupie wewnętrzne „dialogi”!

Dlaczego walkę umieszcza się na trzecim miejscu?

Jesteśmy w trzecim stadium. Myśl, która po długim, wewnętrznym dialogu zagnieździła się w sercu, nie daje się łatwo przepędzić. Człowiek zmysłowy ma wyobraźnię tak skażoną nieczystymi obrazami, że nie jest w stanie się od nich uwolnić. Wciąż jest na tyle wolny, aby się nie zgodzić. Może i powinien wyjść zwycięsko z tej bitwy, ale kosztuje go to wiele trudu: musi walczyć. Jego wola musi być stanowcza, musi powtarzać samemu sobie: „czuję silny pociąg do grzechu, a jednak nie chcę na to pozwolić, w sposób wolny decyduję się na sprzeciw i potrafię się oprzeć”.

Co to jest przyzwolenie?

Jest to czwarte stadium. Kto przegrał bitwę, postanawia wykonać przy pierwszej sposobności to, co zła myśl mu sugeruje; daje swoje dobrowolne przyzwolenie na sugestię zła. W tym stanie popełnia się grzech w jego prawdziwym i właściwym znaczeniu. I nawet jeśli nie przyjmuje on realnych kształtów na zewnątrz, grzech pozostaje we wnętrzu. Mowa tu o tym, co moralność nazywa „grzechem w myśli”. Niestety, ludzie niedostatecznie pouczeni i doświadczeni mieszają pojęcia. Sądzą, że już myślenie o grzechu jest grzeszne. Takie osoby stają się skrupulatne, wyznają, że nie mogą się wyzwolić z „grzechu w myśli”. Jak wydostać się z tego zamętu? Trzeba się zatrzymać i powiedzieć sobie: „Co czuję? Pociąg do grzechu? To mi się podoba? Czuję się bardzo zmysłowo pociągnięty do tego, aby go popełnić? Zrobię to? Nie! Postanawiam tego nie robić”. Ta ostatnia decyzja musi nas podnieść na duchu. W chwili, w której ją podjęliśmy, odkryliśmy naszą wolność. Człowiek jest w swej istocie tym, co postanowi, a nie tym, do czego prowadzi go pociąg zmysłów. Gdy jednak w takich chwilach udzielamy swego dobrowolnego przyzwolenia na zło, doświadczamy grzechu.

Co to jest namiętność?

To ostatnie, najbardziej tragiczne stadium. Ten, kto często ulega złym myślom, osłabia coraz bardziej swój charakter. Tak rodzi się stała skłonność do zła, która może stać się kiedyś tak silna, że bardzo trudno będzie jej się oprzeć. To namiętność czyni nas niewolnikami picia, nadużywania seksu, wybuchów nieposkromionego gniewu itp. Czy można powiedzieć, że w takim człowieku wolność została już zniszczona? Zdania są podzielone. Ostatnio niektórzy psychologowie, a także pewni prawnicy uznali za nienormalnych ludzi charakteryzujących się silnymi namiętnościami. Zatem nie oskarżają ich o nic innego jak tylko przesadną słabość. Jednak dawni Ojcowie, na przykład Jan Chryzostom, postępowali inaczej, mówili także i tym osobom: „Wystarczy chcieć!”. W oczach Ojców także człowiek namiętny i słaby pozostaje nadal człowiekiem i wolność jest wciąż w nim obecna. Jest on jak ktoś, kto zasnął i dlatego trzeba go obudzić. W takim sensie szczególnie aktualny problem stanowią dziś ci, którzy zażywają narkotyki. Doświadczenie pokazuje, że trzeba szczególnej troski, aby obudzić i wzmocnić w nich wolę. Jednak trzeba także nadzwyczajnej pomocy łaski Bożej. Przypomnijmy, że dawny mnich uleczony z silnej namiętności seksualnej uważał się, dzięki łasce Chrystusa, za jednego ze wskrzeszonych z martwych.

Zatem prawdziwy grzech popełnia się tylko w czwartym stadium?

Powtórzmy: warunkiem zaistnienia prawdziwego grzechu jest dobrowolne przyzwolenie. To powinno pocieszyć skrupulatnych, którzy boją się złych myśli i pragnień, z których nierzadko się spowiadają, i którzy tak bardzo się smucą, gdy myśli te znów się pojawią, także po spowiedzi. Co czynić zatem, kiedy czujemy się zaatakowani przez takie pokusy? Powinniśmy zatrzymać się i powiedzieć sobie: „Co chcę uczynić? Co postanawiam?”. Przed Bogiem człowiek jest tym, czego w sposób wolny chce, a nie tym, co czuje wbrew swojej woli. Odkrycie własnej wolności jest bardzo ważne, aby uczynić postępy w życiu duchowym.

tłum. Agnieszka Kuciak

Wąż w raju serca
Tomáš Špidlik SJ

(ur. 17 grudnia 1919 r. w Boskovicach – zm. 16 kwietnia 2010 r. w Rzymie) – czeski duchowny katolicki, kardynał Kościoła rzymskokatolickiego, jezuita, teolog zaangażowany w dialog katolicyzmu z prawosławiem, historyk duchowości chrześcijańskiego Wschodu, znawca teologii praw...