Człowiek z Workuty

Człowiek z Workuty

Tadziowi Żukowskiemu
z myślą o jego Ojcu — Janie

Pana Pawła Świetlikowskiego poznałem w 1989 roku, kiedy na nowo wybuchła Polska. 4 czerwca w dniu wyborów do Sejmu zdawało się, że komunizm — jak powiedziała Joanna Szczepkowska — umarł. Część społeczeństwa żyjącą w opozycji, a więc prawie wszystkich, ogarnęła euforia. Posprzątanie domu wydawało się kwestią czasu. Ilu podejrzewało, że niedługo zdrowa, niepartyjna część społeczeństwa rozpadnie się na nieprzystające do siebie części? Dzban narodowej prawdy rozbił się na kawałki, których nikt już nie potrafi zlepić.

Pan Paweł był przedwojennym oficerem, żołnierzem września, akowcem i więźniem gułagu Workuta. W Solidarności widział przedłużenie AK. Przeżywał boleśnie podziały w ukochanej organizacji, zdrady, odejścia.

Jego dom wyróżnia się w podpoznańskim Przeźmierowie. W czasie stanu wojennego pan Paweł przyozdobił jego front potężnych rozmiarów płaskorzeźbą przedstawiającą matkę Boską Ostrobramską i żołnierza AK. Jest jeszcze na niej dzieciątko Jezus, które daje żołnierzowi gałązkę oliwną.

Widywaliśmy się od czasu do czasu w sklepie. Pan Paweł namawiał ustawicznie, by się spotkać i podjąć kroki dla ratowania ojczyzny. Miał na to proste recepty. Ja ich nie miałem. Ciągle przyrzekałem, że przyjdę. Jednak tempo życia wsysało coraz bardziej, nie dając siły i czasu na spotkanie.

Dwa światy

Zadzwoniłem tydzień temu. Nadarzyła się okazja. Przygotowywaliśmy numer „W drodze” o pamięci. Dziesiątki razy mówiłem naczelnemu, że chciałbym zrobić do niego rozmowę z moim sybirakiem.

— Panie Pawle, czy moglibyśmy się spotkać?
— Panie kolego, ja czekam na pana już sześć lat. Oczywiście, kiedy pan zechce.

Wkrótce siedziałem w gabinecie pana Pawła. Zapadłem się w fotelu i przeniosłem w inny czas i miejsce. Ze ścian spoglądały na mnie twarze całego wileńskiego oddziału AK. Portrety generała „Wilka”, Grota–Roweckiego, Bora–Komorowskiego i oczywiście marszałka Piłsudskiego. Olbrzymi obraz przedstawiający ucieczkę partyzanckiego patrolu do lasu. Ryciny kresowych dworków i wiejskich domów. Na biurku piętrzyły się sterty maszynopisów.

— Piszę teraz książkę, którą zatytułuję Dwa światy. Pierwszy świat to będzie druga Rzeczpospolita, wychowanie pokolenia niezłomnych, okupacja, gułag jako nagroda za służbę ojczyźnie i drugi świat po 1945 roku. Muszę opowiedzieć młodemu pokoleniu, skąd się wziął PRL. Gomułka, Bierut, Berman, Kwaśniewski. Ale panie Jasiu, co u pana? Jak pan ocenia sytuację? Czy jest pan na powierzchni?
— Walczę, by się utrzymać.
— Niech mnie pan nie zasmuca. Ja widzę ratunek dla Polski w takich ludziach jak pan!

Roześmiałem się serdecznie, ale i z zakłopotaniem.

— Ja przyszedłem do pana tylko po wspomnienia.
— Pan musi być takim akowcem. Wystarczy takich sto tysięcy i nie będzie komuny w Polsce.
— Panie Pawle, ja nie potrafię rodziny utrzymać, a Polskę mam zbawiać?
— Miałem dwadzieścia cztery lata, gdy wybuchła wojna. Studiowałem, walczyłem, pracowałem i pomagałem Matuli. Moi przełożeni byli majorami i rzucili na szalę wszystko… Teraz każdy mówi, ja mam rodzinę, a co mi do tego. Nie, ja nie mówię o panu. Naród jest bierny, a my rzuciliśmy wszystko na szalę Polski.

Budiem was damoj razwazit

— Niech mi pan powie, jak się wygrywa z życiem. Przeszedł pan wszystko, co wiek XX zafundował człowiekowi. Miał pan kilka zawodów i kilka domów.
— Chciałem iść na sztuki piękne, ale kiedy do domu zajrzała bieda, musiałem się zdecydować na prawo. Te studia było mi łatwiej pogodzić z pracą. Klub mi załatwił posadę telegrafisty. Pan wie, że byłem reprezentantem Polski w koszykówce i siatkówce. Proszę, zdjęcia, niech pan popatrzy… Został mi ostatni rok studiów, gdy wybuchła wojna.

1 września byłem już zmobilizowany. W armii sławnego generała Kleeberga, który jako jedyny stoczył zwycięską bitwę z Armią Czerwoną. 17 września dostaliśmy informację, że na wschodnim brzegu Wisły wylądowały wojska francuskie. Nadeszła obiecana pomoc. Przedostajemy się na wschodni brzeg, a tam zamiast Francuzów spotykamy szynele armii sowieckiej. Nie wiedzieliśmy nic o układzie Ribbentrop–Mołotow, w którym podzielono Polskę przez pół. Do 2 października jeszcze byłem na froncie. Wiedziliśmy już, że Warszawa padła. Pułkownik Horak pod Zamościem wobec bezcelowości dalszych walk zwolnił nas z przysięgi. „Żołnierze! — powiedział. — Z honorem spełniliście swój żołnierski obowiązek… przyjdzie czas, że będziecie Ojczyźnie potrzebni. Wierzę, że stawicie się wszyscy, gdy Ona was wezwie…”.

Tego samego dnia Rosjanie nas rozbroili i powiedzieli: Budiem was damoj razwazit. Ja, kresowianin, znałem Rosję. Czytaliśmy Mickiewicza, wiedziałem, co to kibitki. Kazali oficerom sporządzić wykaz. Po co? Dla nas, oficerów wychowanych w duchu rycerskim, słowo oficera to była Biblia. Ale nie dla Sowietów. Noc przespaliśmy w wagonie. Rano budzimy się. Stoimy w Kowlu na bocznym torze. Do wagonu podeszła młoda dziewczyna z chlebem i powiedziała: „Niech pan idzie za mną”. Stał tam tylko jeden bojec. Uniosła bagnet jego karabinu i mnie wyprowadziła. On chyba nie wiedział, jaki los nas czekał. Myślał, że nas tylko ochrania, więc nie protestował. Nie wiedział, że stacją docelową był Katyń. Gdyby nie ta dziewczyna z chlebem, leżałbym tam z przestrzeloną z tyłu czaszką.

10 października byłem z powrotem w Wilnie. Cudem uniknąłem żydowskiej i ukraińskiej milicji obywatelskiej. 11 listopada złożyłem przysięgę. Oficer położył mi rękę na ramieniu i powiedział: „Spełnij, coś przyrzekł, w imię Boga i naprzód”. Wszyscy chcieli walczyć. Nawet 12–letnie dzieci stworzyły organizację wojskową. Najpierw była Służba Zwycięstwu Polsce, a potem Sikorski zarządził w Londynie Związek Walki Zbrojnej.

Zawarłem fikcyjny związek małżeński, żeby ratować Polkę. Do Niemiec wywozili tylko panny. W organizacji ślubowaliśmy, że zawrzemy prawdziwe związki dopiero w wolnej Polsce. Nie można było narażać rodzin.

Niezłomni i zhańbieni

W 1944 roku wybuchło powstanie wileńskie. Walczyliśmy przeciw Niemcom wraz z Sowietami. Chcieliśmy iść dalej razem z nimi, ale jako dywizja podlegająca Londynowi. Taka była nasza postawa aprobowana przez generała Czerniachowskiego, dowódcę frontu białoruskiego. Ogłoszono koncentrację. Widzieliśmy po drodze, co nas czeka, ale nie było dokąd uciekać, przecież tam była kilkusettysięczna armia sowiecka. Nas było 14 tysięcy. Jak ktoś mówi, że byliśmy naiwnymi chłopcami, że daliśmy się rozbroić, to jest ignorantem, który nie zna historii.

Uciekłem w drodze do Miednik i wróciłem do Wilna. Na murach afisze o powołaniu do armii sowieckiej. Uważali nas za swoich obywateli na mocy układu Ribbentrop–Mołotow. Nasza komórka wystawiła mi dowód osobisty na rok 1907, bo powołani byli wszyscy do roku 1908. Jednak jak długo mogliśmy się bawić w chowanego? Pojawiły się różne komitety i Żydzi enkawudziści, którzy wszystko wiedzieli, mieli listy oficerów. Nie mogłem się przedostać do Polski i zostawić swoich podwładnych. Solidarność. Pewnego dnia chciałem uprzedzić podporucznika Cisa, że w naszym otoczeniu jest agent, a u niego był już kocioł. Trafiłem do więzienia. Śledztwo trwało rok. Obok mnie, w celi 38, siedział arcybiskup Wilna Romuald Jałbrzykowski. Zapadł wyrok. „Zgodnie z paragrafem 58–la–11 kodeksu karnego ZSRR oskarżeni jesteście o przynależność i aktywną działalność w tajnej, przestępczej, wojskowej organizacji, Armii Krajowej, zdradę ojczyzny, kontrrewolucję oraz zbrojne zagarnięcie Wileńszczyzny od Związku Radzieckiego”. Jaka zdrada? Nie byłem obywatelem sowieckim i nie brałem udziału w żadnej rewolucji. Dostałem 20 lat Workuty. Piętnaście, dwadzieścia lat to była norma. Ci, którzy o dostawali karę śmierci, też musieli najpierw odpracować pięciolatkę.

— Pan mógł uniknąć tego wyroku?
— Tak, prawie każdy z nas mógł robić karierę w Związku Patriotów Polskich. Ta banda pojawiała się wszędzie razem z NKWD. Wystarczyło złożyć do nich swój akces albo inaczej oddać im hołd i kariera stała otworem. To było nie do pogodzenia z honorem i przysięgą oficerów AK. Putrament, Miłosz, Jędrychowski, Sztachelski, Konwicki wszyscy porobili świetne kariery w PRL.
— Miłosza też pan do nich zalicza?
— A za co dostał intratną posadę attaché kulturalnego w Paryżu? Ludzie tacy jak Świetlikowski docierali do niego z Londynu. „Co ty robisz? Reprezentujesz rząd, który morduje akowców?” — pytali.
— „Tak? Nic o tym nie wiem”. Przekonałem się, że pokolenia wychowane w PRL o Miłoszu wiedzą tyle, że to noblista…
— Myśmy żyli jego wierszami. W końcu dostał Nobla, bo…
— Bo nie dano go niezłomnemu Herbertowi, z którego w nagrodę za krystaliczną postawę próbowano zrobić wariata.

Workuta

Kiedy w 1945 roku dotarłem do oddalonej trzy tysiące kilometrów na północ od Wilna Workuty, czekista z wyzłacanymi pagonami powiedział z uśmiechem: Zdies budiesz rabotat i zdies uże podochnisz! W kilka miesięcy później uzupełnił to sam już dosadniej: Żyt budiesz, no jebat nie zachoczisz!

— Jak to jest możliwe, że człowiek przeżył i nie załamał się w tej „zapomnianej przez Boga ziemi”?
— Człowiek normalny nie powinien nawet w Workutę wierzyć. Do czasów Lenina nikt nie wyobrażał sobie, że tam można osiedlić ludzi. Temperatury poniżej 40 stopni są normą. Workuta to 40 kopalń. Przy każdej z nich był obóz dla około 3200 osób. Nie obóz, a łagier.

Jak zmusić świadomego polityka, żołnierza, żeby pracował dla wroga? Otóż, każdy chce żyć. Podstawą było dawanie nam głodowych racji. „Jeśli będziesz »nieefektywnie« pracować, to wytrzymasz rok, dwa. Stracisz 40 kilo. Jeśli odmówisz pracy, to rozstrzelanie z miejsca i bez wyroku”. Chciałem żyć. Miałem 29 lat. Walczyłem dla Polski. Mój naród się o nas upomni, przecież 5 lat byliśmy dla narodu II Rzeczpospolitej bohaterami. Naród nie podda się komunie. Podtrzymywała mnie nadzieja. Jedyną szansą na przetrwanie była niewolnicza praca. Między nami byli fizycy, księża, żołnierze, artyści, rolnicy. Tam byli potrzebni tylko do łopaty, ich wykształcenie nie było nikomu na nic przydatne. Musiałeś dać 11 ton węgla, żeby zarobić na głodową porcję. Za każdą tonę więcej było 20 gramów chleba, a więc była motywacja: tona węgla więcej — dzień przeżycia. Co trzy miesiące odbywała się komisja lekarska. Trzech enkawudzistów i lekarz–więzień. Na badania podchodziło się w spodenkach, stawało tyłem, a oni patrzyli na wstydliwe części ciała wiszące jak dwa flaki. Stwierdzali dystrofię, absolutną fizyczną anemię. Spisywali do szpitalika. Tam nie było co leczyć, tylko trzeba było karmić. Po trzech miesiącach znowu komisja. I do pracy, a na to miejsce nowa partia z wiszącymi pośladkami. Rotacja. I tak, głodząc, zmuszali do pracy.

W pierwszych latach nie liczono się z nami w ogóle. Potem, gdy w latach 50. zdawałoby się niewyczerpalne rezerwy niewolników powoli się kurczyły, zaczęli nas oszczędzać i traktować jako materiał handlowy.

Każdego miesiąca wynoszono za zonę około 100–200 nagich ciał, z klapką i numerem przy palcu od nogi. Robili to nocą, żeby ludzie nie popadali w depresję, bo to obniżało produkcję.

 Ktoś powiedział o takich jak ja: nigdy już nie będą rozpaczać i nigdy już nie będą szczęśliwi. Nie znaczy to, że nie odczuwamy smutku i radości, ale gdybym, powiedzmy, dowiedział się, że mój dom wyleciał w powietrze — nie rozpaczałbym. Już wszystko przeszedłem. Gdybym wygrał milion dolarów, nie oszalałbym z radości. Zastanowiłbym się, jak go rozdać potrzebującym. Sto razy umierałem i się rodziłem. Jak być szczęśliwym, gdy się widziało, jak współwięzień odcinał sobie dłoń, żeby być dwienalnym — bo bez ręki już nie mógł pracować w kopalni, ale mógł być stróżem. Ludzie biegli na druty w nadziei, że przeszyje ich seria z automatu. Wiele razy i w Wilnie, i w Workucie przeżywałem pokusę popełnienia samobójstwa, ono wydawało się jedyną deską ratunku. Przewalczyłem ją jako katolik. Ale ilu nie wytrzymało? Nie zapomnę nigdy wspaniałego Łotysza Razmusa, mówiącego pięknie po polsku. Opowiadał mi o listach pisanych przez żonę, którą nachodziło KGB. Żądali od niej, aby się wyrzekła swego męża, „zdrajcy narodu”. Straszyli zwolnieniem z pracy, a miała do wykarmienia dwoje dzieci. Razmus odchodził od zmysłów, nie wiedział, jak pomóc żonie. Poradził jej, by podpisała dokument. Stwierdził, że to nie będzie miało znaczenia, ponieważ łączy ich wzajemna miłość, a gdy wróci, będą szczęśliwi jak dawniej. Podobno dzień przed samobójstwem otrzymał list od żony, w którym informowała, że podpisała dokument. Czy Razmus nie wytrzymał tego psychicznego ciosu, gdy stał się on rzeczywistością? Jego śmierć pozostanie tajemnicą.

Śmierć Ludojada

— Przeżył pan w Workucie kolejne okrutne trwające pół roku śledztwo…
— Tak, chciano z nas zrobić pokazowe ofiary. Postawiono nam zarzut powołania w łagrach tajnej organizacji przeciw władzy sowieckiej i szpiegostwo na rzecz USA. Biorąc pod uwagę kodeks karny ZSRR, była to zapowiedź wyroku śmierci. Zarzuty były absurdalne. Łagiernik myślał jedynie o zdobyciu kromki chleba. Kto w tej izolacji był w stanie szpiegować na rzecz oddalonej o tysiące kilometrów Ameryki? Chodziło jednak o przygotowanie pokazowego procesu. Śledztwo trwało przeszło pół roku. Katowano nas, szantażowano, ale podstawowym środkiem wykańczania człowieka było odbieranie mu snu. Stopniowo człowiek tracił rachubę czasu, poczucie rzeczywistości. Koń w takiej sytuacji wierzgałby kopytami, pies wył, a ja musiałem stać kolejną noc z rzędu pod ścianą i odpowiadać na jedno i to samo pytanie, które przestałem już nawet rozumieć. Całe moje ciało wołało: „Nie opieraj się! Oni i tak udowodnią ci, że jesteś wielbłądem”. Ale gdzieś z głębi dobywał się głos: „Nie czyń tego! Nigdy sobie tego nie wybaczysz”. Aż w styczniu 1951 roku zdarzył się cud. Śledztwo umorzono. Podobno przesłuchujących nas oficerów zdegradowano i rozstrzelano. Nie wiem, czy tak rzeczywiście się stało. Ukarano ich zapewne nie dlatego, że sfingowali proces, tylko dlatego że nie doprowadzili go do udanego końca, wyłączając przy tym z produkcji kilkudziesięciu darmowych pracowników. Narazili przez to socjalistyczną gospodarkę na straty.

5 marca 1953 roku po pracy usłyszeliśmy z głośnika: „Nasz wielki ukochany wódz, niezmordowany bojownik o prawa klasy robotniczej całego świata… skańczałsa siewodnia”. Ten sensacyjny komunikat wzniecił w sercach łagierników niebywałą radość. Gdy pierwszy szok minął, ktoś głośno wykrzyknął: „Bandyta wyciągnął kopyta!” i wnet inny uzupełnił: „No i ch… z nim”. Potem sto gardeł zaczęło skandować: „Stalin padoch!”. Ta sytuacja diametralnie zmieniła nasze myślenie o własnym losie. Nieśmiertelny ludojad zdechł, otruty przez konkurentów. System jeszcze stawiał opór, ale strach opuścił łagierników. Dwukrotny strajk zmusił Moskwę do zmian.

Zapluty karzeł reakcji wraca

— W październiku 1956 roku został pan wypuszczony na wolność.
— Tak, nie było już jednak świata, który zostawiłem. Kiedy dotarłem do ukochanego Wilna, nie mogłem go poznać. Nie odnalazłem rodziny. Nikogo z sąsiadów. Zamiast śpiewnej gwary wileńskiej, usłyszałem obcą mowę. Musiałem gdzie indziej szukać mojej Polski. W Warszawie powitały mnie serdecznie wyciągnięte ramiona studentów, lecz wkrótce usłyszałem od Gomułki, że jestem „zaplutym karłem reakcji”. Trafiłem na Śląsk. Tylko tam widziałem dla siebie przyszłość z wyuczonym na katordze zawodem górnika. O swoim prawniczym wykształceniu musiałem zapomnieć. Partyjny dyrektor kopalni „Sośnica” przyjął mnie serdecznie. Przejrzał moje papiery z 12 lat pobytu w Workucie. Przyznał, że wierzy w moją fachowość. Jednak pewnych rzeczy nie można było przeskoczyć. Powiedział: „Pomożemy panu”. Natychmiast skierowałem swoje kroki do AGH w Krakowie. W ciągu roku zdałem wszystkie egzaminy. Zostałem inżynierem górnictwa eksploatacji.
— Jak to było możliwe, że ze swoją przeszłością i nie wstępując do partii, zrobił Pan karierę w górnictwie?
— Tam, gdzie chodziło o produkcję, komuniści robili pewne wyjątki i dopuszczali na kierownicze stanowiska bezpartyjnych. Był nawet bezpartyjny wiceminister górnictwa. W sali zbornej wywieszano wyniki produkcyjne. Moja załoga zawsze była w pierwszej trójce, więc awansowałem. W 1960 roku przyjechałem do zagłębia konińskiego. Żona była poznanianką. Chciała być bliżej swego miasta. Wygrywałem konkursy na najlepszy projekt techniczny, pisałem prace wychodzące poza moją specjalizację. Napisałem też książkę o zarządzaniu zakładem pracy — zupełna nowość na tamte czasy. Miałem wrodzone zdolności organizacyjne. Zostałem głównym inżynierem kopalni „Kazimierz” w budowie. To była pierwsza w Europie całkowicie zautomatyzowana kopalnia.
— A kiedy sprowadził się pan do Przeźmierowa, zajął się pan na emeryturze hodowlą drobiu.
— Tak i dostarczałem 40% żywca w dwudziestotysięcznej gminie.

Uprawiać pamięć

— Roman Brandstaetter mówił, że trzeba uprawiać pamięć. Narody bez pamięci giną. Pan od wielu lat głównie to robi. Czy dzięki temu jest pan szczęśliwy?
— To moja misja i jestem z niej dumny. To radość mojego życia.
— Ale podchodzi pan do tego w sposób bardzo emocjonalny. Czytając pana artykuły i książki, mam wrażenie, że nie może pan się pogodzić z rzeczywistością, w której znalazła się Polska.
— Nie jest to Polska moich marzeń, o którą walczyły całe pokolenia. To Polska rozprzedawana, w której faktyczną władzę sprawuje grupa byłych komunistów wspierana przez żydomasonerię. Prezydentem jest człowiek, który doszedł do stanowiska ministra jako członek partii uznanej nawet przez sejm za organizację zbrodniczą. O jego polskości, jak i polskości innych członków Rządu nie będę się tu wypowiadał, ale że jest kłamcą, mogę to stwierdzić wyraźnie, a jak będzie potrzeba, bronić w sądzie. Założę swój górniczy mundur, przypnę Virtuti Militari i dziesięć innych równoważnych orderów i pójdę. Niech mnie wtedy sądzą. Mam prawie dziewięćdziesiąt lat, więc nie muszę się bać. Nie mogę zrozumieć, że z bohaterskiego narodu o tak wysokim poziomie humanizmu zrobiono tubylców. 19 września 1993 roku ludzie znów wybrali komunę. Ojciec Rydzyk wołał zrozpaczony: „To nie Polacy, to tubylcy mówiący po polsku dokonali tego wyboru”. Ludzie z wyższym wykształceniem zdradzają brak zdolności logicznego kojarzenia faktów, czytają gazety i nie rozumieją, widzą posunięcia rządowe i nie wyciągają wniosków. Nie dociera do nich, do czego dąży komuna. Polacy są zawieszeni w powietrzu bez historii. Gdyby czytali książki Roberta Nowaka i Henryka Pająka, to wiedzieliby wszystko. Sowietyzacja zmieniła znaczenie wszystkich polskich słów. Wyrzucono słowa: honor, patriotyzm, naród, nacjonalizm — przecież to słowo w czystym brzmieniu to piękna rzecz, natio, nationis. Ja kocham wszystkich, ale jestem polskim nacjonalistą. Żydom to nie odpowiada, bo dążą do likwidacji polskiego narodu, ponieważ jest chrześcijański. Rozrzucili się po całym świecie, żyli kosztem tych, u których się osiedlili. Zewsząd ich wysiedlali oprócz Polski, bo tu był naród chrześcijański, który im okazywał miłosierdzie. Mówią, że mieli w II RP 600 miliardów majątku, i mieli to! I to najlepiej świadczy o tym, jak im się w Polsce, na którą dziś tak narzekają, powodziło. Mówili: wasze ulice, nasze kamienice. Pikietowaliśmy sklepy żydowskie, bo 90% handlu było w ich rękach. To był szowinizm? To była obrona praw człowieka. Jako student spostrzegłem, że wkrótce będziemy żyli w Judeo–polonii. W 35 milionowym narodzie stanowili 10%, ale w Wilnie na wydziale medycznym i prawniczym było ich ponad 50%. To my rozpoczęliśmy numerus clausus. Michnik zrobił z tego niesamowite przestępstwo. Chcieliśmy, żeby na wykładach siadali obok siebie, by nie chowali się wśród Polaków. To był nasz środek zaradczy. My jako awangarda narodu chcieliśmy uzmysłowić, co się stanie z Polską za lat pięć. Sędziami i lekarzami polskiego narodu będą Żydzi. Ci, którzy dążą do likwidacji chrześcijaństwa. Im przeszkadza krzyż papieski, siostry wyrzucili. Z nas, akowców, zrobili bandytów, ludzi w Jedwabnem mordercami. Czemu się dziwić, gdy na czele Instytutu Pamięci Narodowej stoi człowiek, który tę pamięć szarga.
— Miał pan przed wojną kontakty z Żydami?
— Pan się pyta? Na 210 tysięcy mieszkańców Wilna 70 tysięcy było Żydami. W każdej naszej klasie było ośmiu, dziewięciu Żydów. Moim przyjacielem w sporcie był Grzegorz Goldberg…
— To od kiedy zaczął pan tak patrzeć na Żydów?
— Mówiłem, przerażała nas żydowska dążność do dominacji na uniwersytecie, w handlu. Jednak moje widzenie Żydów przede wszystkim określił 17 września 1939 roku, kiedy zobaczyłem Żydów w milicji obywatelskiej. Ja, polski oficer, musiałem uciekać od Żyda niby–Polaka. W śledztwie torturowali mnie też i Żydzi. Jeszcze walczyliśmy na froncie, a oni już szkalowali Polskę. W Związku Patriotów Polskich, organizacji powołanej i tak cynicznie nazwanej przez Stalina, 70% stanowili Żydzi. Mam ich wszystkie nazwiska. Workuta, polski holocaust to dzieło NKWD, ale są w tym również zasługi Żydów.
— Ale w tym samym czasie Żydów też prześladowano. Na przykład opowiadał mi Brandstaetter, jak uciekał przez Wilno i też był tam przesłuchiwany…
— Tak, i Hemar był Żydem, ale takiemu Żydowi należy stopy całować. Byli wśród Żydów wielcy Polacy i tak jest do dziś — Andrzej Geldberg naczelny redaktor tygodnika „Solidarność”. Ja, który to wszystko przeszedłem, kojarzę fakty. Widzę, co robili Żydzi w historii Polski. W 1918 roku, 11 listopada po 123 latach niewoli Polska odzyskuje niepodległość. Już w styczniu 1919 roku w zajętym przez Armię Czerwoną Wilnie powstaje Rewolucyjna Rada Wojenna Polski. Na jej czele stoi Żyd Józef Unszlicht i czterech innych Żydów. Tylko że plan Lenina Ulianowa Goldmana, by stworzyć z nas bolszewicką Polszę się wówczas nie powiódł. Po wojnie prawie całe UB to Żydzi. Literaturą kierował Jerzy Borejsza alias Goldberg, brat Jacka Różańskiego — kata akowców. Jakub Berman stojący na czele polskiej bezpieki opracował tajną instrukcję, w myśl której na czele stał zawsze Polak, a zastępcą był Żyd, który decydował. Beria i Stalin nie dowierzali, że można AK wykończyć rękami Polaków.
— Uprawianie pamięci jest radością pana życia, ale czy pan nie jest samotny ze swoimi poglądami?
— Nie. Kiedy tłumaczę uczniom, jak było przed wojną, słychać, jak leci mucha, nikt nie wychodzi z sali. Ten gobelin z matką Boską Ostrobramską, który pan widzi nad biurkiem, dostałem od uczniów z liceum. Codziennie dostaję jeden, dwa listy z całej Polski. Przeważnie od osób starszych, ale przyjeżdżają też do mnie młodzi ludzie piszący prace magisterskie o AK. Moim celem jest przekonanie jak największego grona, że Polskę wykupią. Ziemie zachodnie nam odpadną. Bez ziemi naród ginie.
— Kiedy się pan czuł bardziej wolny w Polsce: za komuny czy teraz?
— Jednakowo. Wolność jest dzisiaj bezwolna, zakłamana, sprzedana.

Zapraszamy na koncert

— Całym sercem zaangażował się pan w ostrzeganie Polaków przed zagrożeniami, które na nich czekają po przystąpieniu do Unii Europejskiej. Dzwonił pan nawet do Urzędu Gminy i protestował przeciwko urządzaniu spotkania dla dzieci promującego nasze przystąpienie do tej organizacji.
— Wyraziłem protest, że dzieci wciąga się do polityki. Powiedziano mi, że wyrażam obawy przed czymś, czego nie widziałem. „Zapraszamy pana na koncert” — usłyszałem. Zaproszenie z konieczności i grzeczności przyjąłem. Niestety, moje przypuszczenia się potwierdziły. Na scenie miotał się człowiek nieokreślonej płci. Kolorowo fikuśny strój kowboja kłócił się z bujną aż do ramion czupryną. Bohater koncertu to w jednej osobie aktor, muzyk, historyk, literat, ekonomista i zawodowy agitator za wejściem Polski do brukselskiego raju. Rozpoczął od lekcji o tolerancji, mówiąc: „Ja mam fryzurę aż po ramiona, ale wy możecie zgolić się na łyso i nie będę miał nic przeciwko temu, bądźcie tolerancyjni!”. „Jesteście za tolerancją?” — pytał dzieci. „Tak!!!” — rozległ się okrzyk stu gardzieli. Potem była lekcja ekonomii. „Jeżeli wasi rodzice mają np. wynagrodzenie 200 zł, to w UE otrzymują 800 zł. Jak wejdziemy do Unii wasi rodzice też będą otrzymywać po 800 zł”. To są przecież jawne kłamstwa. Czemu się ludziom nie powtarza, że Zachód żadnych zobowiązań nie dotrzymuje, że dba tylko o swoje interesy, że w Teheranie Roosevelt i Churchill sprzedali nas Stalinowi i zgodzili się na granice, które były potwierdzeniem paktu Ribbentrop–Mołotow. W tym czasie u boku aliantów walczyła 100–tysięczna armia polska.
— Jak pan przyjął słowa wypowiedziane w sejmie przez Papieża — największego dla pana autorytetu — że Stolica Apostolska od samego początku wspiera integrację Polski z Unią Europejską?
— Ale nie, że ma wejść do dzisiejszej Unii Europejskiej, bez Boga! Papież powiedział, że Europa ma wrócić do korzeni i otworzyć drzwi Chrystusowi. A co ona robi? Prezydent Niemiec powiedział w Gnieźnie, że Europie religia jest zbędna.
— W swoich artykułach ratunek dla Polski widzi pan w Radiu Maryja.
— Uratować nas może tylko polski naród. Radio Maryja może tylko temu sprzyjać. Komuna blokuje Polakom usta. To, co się dzieje w telewizji, wskazuje, że tam nie ma ani jednego Polaka. Ojciec Rydzyk jest postacią wybitną, ale tam też są dzieci PRL–u, które forsowały „Bolka”, a po nim naiwnego albo zwykłego karierowicza Krzaklewskiego. Ja swoje myślenie o dzisiejszej sytuacji zaczynam od Magdalenki. Wszyscy gaworzą dziś o okrągłym stole, który był tylko cyrkiem dla plebsu. Wszystko opiera się na tamtym tajnym układzie.

Przebaczenie

— Jak pan zareagował w 1965 roku na list episkopatu do Niemców „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”?
— Z niesmakiem. Gdy prześladowany pierwszy wychodzi do tych, którzy nie zdradzają najmniejszej chęci, nie wyrażają skruchy; kiedy ofiara przychodzi i prosi o przebaczenie, to uważam, że to nie spełnia wymogów wiary. To mowa do ściany.
— Ale konsekwencje listu episkopatu były ogromne. Pojednanie polityczne, a i biskupi niemieccy poparli Wojtyłę w czasie konklawe.
— Jakie pojednanie? Związek Wypędzonych do dziś żąda zwrotu ziem zachodnich, o czym biskupi milczą.
— Chciałem zapytać, czy jest coś takiego możliwe w stosunku do krzywdy sybirackiej, ale teraz to pytanie wydaje mi się bez sensu.
— Nie czuję żadnej chęci odwetu. Już wychodząc z łagru, ściskałem się z tymi, którzy mnie więzili. Nie słowa i listy budują dobrobyt i morale narodu, tylko rzetelna praca organiczna jej obywateli. Język jest miękki, wszystko można powiedzieć. Gdybym był ministrem, to nawiązując kontakty na przykład z Ukrainą czy Białorusią, znalazłbym ludzi, którzy ze mną siedzieli w łagrze. Myśmy tam zrozumieli błędy popełniane w II Rzeczpospolitej. Myśmy tam trzymali sztamę, bo mieliśmy jednego wroga. Oni się przekonali, kto był ich katem. Tak jak prezydent Czechosłowacji nawiązywał stosunki z KOR–em. Tylko on nie wiedział, że korowcy to Żydzi i masoni. Kim był KOR naprawdę — wiedzą dziś już i mówiący po polsku tubylcy. To oni z Balcerowiczem i Mazowieckim pod sloganem grubej kreski rozprzedali cały polski majątek, ci teraz prą po dolaronośne stołki brukselskie. W KOR–ze byli co prawda też uczciwi ludzie, ale już ich dzisiaj z nimi nie ma. Byli nieświadomi.

Kim pan jest?

— Kim pan się bardziej czuje: prawnikiem, historykiem, górnikiem, rolnikiem, poetą, sportowcem, oficerem AK?
— Ja nie wiem, kim ja jestem, ale moim powołaniem jest humanistyka.
— To że był pan świetnym fachowcem stało się z przypadku?
— Nie mam wybitnych uzdolnień w jednym kierunku, jestem wszechstronny. Zawsze robiłem to, czego potrzebowała ojczyzna i sytuacja życiowa. Teraz piszę książki. W mojej nowej książce będzie około 120 stron poezji. To jest niezwykle cenne, kiedy człowiek patrzy na świat nie tylko jak na materię, ale może zobaczyć sens tego, co ma przed sobą. Patrzy na drzewo i nie widzi tylko sęków i desek, które można z niego zrobić, ale piękno drzewa i to, co ono symbolizuje. W człowieku musi być poeta.
— Powiedział pan, że było absurdem myśleć, że łagiernik mógł być szpiegiem, bo myślał tylko o kromce chleba. Jednak pan i wielu towarzyszy niedoli przeczy temu. Pisaliście w łagrze wiersze.
— Tymi piszącymi i poetami byli nieliczni, powróciło ich 10–15%. Tak, za skrawek ołówka człowiek szedł do karceru, a myśmy na paskach koszul złapanym gdzieś chemicznym ołówkiem pisali wiersze. Przechowywaliśmy je w butelkach w wyrobiskach dołowych na głębokości kilometra. Potem do kraju swoimi metodami przywiozły je nasze dziewczyny z AK… Pokażę panu egzemplarz książki o Katyniu wydanej w 1943 roku przez Niemców. Cudem ocalał. Moja Matula trzymała go w zegarze. Potem z narażeniem życia przywiozła go do Polski. Człowiek robił wszystko, by ocalić prawdę, a dziś dla wielu nie ma ona większego znaczenia, byle był pieniądz. Pokolenie przedwojenne nie było święte, ale nie było cyniczne.

Gdzie pan żyje?

— Czy pan przed wojną był piłsudczykiem?
— Absolutnie nie. Studenci w 90% byli w Stronnictwie Narodowym.
— A teraz u pana wisi nad biurkiem Piłsudski.
— A kogo ja powieszę? Bieruta, Jaruzelskiego?
— Na przykład Dmowskiego.
— Mam tylko jego książki. Ja ich równo cenię. Witos, Paderewski, Dmowski i Piłsudski.
— Przecież to byli zaciekli przeciwnicy.
— Zgadza się, ale ich spór był o dobro Polski, a nie o to, komu ją za darmo sprzedać, jak to robią dziś nasi tzw. przywódcy.
— Czy pan nie idealizuje przedwojennej Polski? Dla pana to był raj jednomyślnie myślących ludzi.
— Przed wojną było różnie, ale po pięćdziesięciu latach komunistycznej demoralizacji ta epoka rzeczywiście wydaje mi się rajem, a przedwojenni przywódcy herosami.
— Panie Pawle, czy pan żyje w Polsce Anno Domini 2002, czy też w idealnym kraju młodości? W Polsce żyją dziś tacy, a nie inni ludzie. Dokonują takich, a nie innych wyborów. Dlaczego pan się nie może z tym pogodzić? Pan wrócił z Workuty i musiał zaakceptować Polskę taką, jaka wtedy była. Pracował pan aktywnie, widział pan w pracy sens. Dzisiejsze pokolenie też dopasowuje się do świata, w którym przyszło mu żyć.
— To nie naród „dokonuje takich, a nie innych wyborów”, lecz manipulująca po mistrzowsku tym ubezwłasnowolnionym narodem przestępcza, komunistyczna banda dawnych i współczesnych zdrajców i pospolitych karierowiczów.

Po powrocie do Polski w 1957 roku nie pogodziłem się z taką sytuacją, jaką zastałem. Pracowałem więcej aniżeli aktywnie, przynosiłem gospodarce wielomilionowe oszczędności, nie biorąc za to przysługującego mi dodatkowego wynagrodzenia, bo byłem akowcem. Zadaniem każdego pokolenia jest walka o niezamąconą niczym suwerenność Polski, a nie „dopasowywanie się do świata”, gdy ten w otwartej walce z Bogiem wynaturza boskie, naturalne prawa, morduje nienarodzonych i ludzi jesieni. Rząd Millera odbiera nam leki, a pragnie refundować rozwiązłość moralną w prezerwatywach. Czy to nie cynizm jaskiniowców? Czy to nie jest właśnie wciśnięta „demokratycznie’ i „ustawowo” eutanazja?! I do takiego świata akowiec ma się przystosować? My składaliśmy przysięgę pod sztandarem, na którym na jednej stronie była Ta, co w Ostrej świeci Bramie, a na drugiej hasło; „Bóg, honor, Ojczyzna”. Całe życie jestem jej wierny. Nigdy niczego nie zdradziłem. Niech się martwią ci, którzy nauczyli się kochać co parę lat nowe barwy. Ja już pozostanę sobą.

Człowiek z Workuty
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...