Pisarz ikon

Pisarz ikon

A. K. dedykuję

Pisarz ikon z uwagą spojrzał na swoje dłonie. Jego wykrzywione palce, drżące ręce (prawa bardziej niż lewa), od dawna nie pozwalały na pisanie świętych obrazów.

Był stary. Obok niego właśnie przebiegały dzikie lata końca wieku. Z codziennych gazet oddawanych mu przez ojca durnego Pietki dowiadywał się, że fałszywi prorocy głosili upadek cywilizacji, astrologowie zapowiadali wynikające z fatalnych konstelacji tragedie i kataklizmy, politycy kłamali, bo obiecywali niemożliwe, a unieszczęśliwieni swoją sławą wielcy i możni płakali w samotności; i z bólu, z rozpaczy, bez Bożego pozwolenia, bez oczekiwania na właściwy czas, bezmyślnie i bezpowrotnie odchodzili w tajemniczą otchłań śmierci.

Był stary. Wiedział, że chociaż zbliża się koniec dwudziestego wieku, będzie to koniec wyłącznie jego wieku, kres czasu, który niemal się wypełnił. Słyszał od ojca, iż śmierć nie przychodzi do ikonopisarzy bez zapowiedzi: długo czai się, skrada i zastanawia. Często medytuje i pości, jakby jej śmiertelna, koścista powaga miała stać się jeszcze doskonalsza, a przyjście po pisarza ikon idealnie wyważone, przemyślane — ani zbyt wczesne, ani za późne. Przyjście w sam raz. Śmierć dobrze wiedziała, kiedy należało ostatecznie w swoim szarym fartuchu przynieść przed oblicze Gospoda życie i uczynki człowieka.

Ikonnik pamiętał z opowieści ojca, że kostuchę — kiedy wreszcie przybędzie — należy zaprosić, ugościć, wypić łyk herbaty, starym zwyczajem posiedzieć chwilę przed podróżą. Dopiero potem wyruszyć tam, gdzie nie drżą ręce, a ascetyczne twarze świętych lśnią prawdziwym blaskiem. Tak śmierć przychodziła po pisarzy ikon. Łagodnie i powoli. Bez pośpiechu. Zupełnie inaczej zabierała matki. Nieoczekiwanie spadała na nie, choć wcześniej dawała się poznać w zapachu mleka z piersi, niemowlęcej rozkoszy. Jednak głupie kobiety zazwyczaj były nieprzygotowane. Zaprzątnięte codziennością dawały się oszukać Kobiecie, która bez litości porządkowała ich sprawy. Inaczej zgarniała swoim oddechem uprawiających ziemię — twardniały im ręce jak grudy zmarzniętej gleby. Dzieci… Te było najtrudniej pochwycić, ale tutaj również śmierć okazywała się niepokonana. Zazwyczaj kusiła kolorowymi papugami. Wypuszczała je z prawego rękawa. Potem wystarczała chwila nieuwagi zachwyconego dzieciaka. Miała swoje sposoby, swoje tajemnice, swoje ciemne sprawki i mordercze zamiary, o które nikt z żywych jej nie podejrzewał.

Ikonnik od dawna na nią czekał. Czekał na śmierć. Wyobrażał sobie, że przyjdzie w zwyczajnym, choć porażającym uścisku serca albo z falą burej krwi zalewającej głowę. Tak. Nie pragnął już niczego. Zaznał w życiu i dobra, i zła. Smakował cierpienie i radość, słabość i siłę, modlitwę i pustynię. Codziennie, kiedy zapalał szczupłe jak brzozowe gałęzie świece, aby w ich blasku wpatrywać się w oblicze Bogurodzicy, kiedy powtarzał jedyne słowa, które zamieszkały na zawsze w sercu i w pamięci: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”, kiedy jeszcze od czasu do czasu czuł woń lnianego oleju i ambry, wciąż czekał. Wiedział, że czas jeszcze nie nadszedł, chociaż był bliski, coraz bliższy.

Mieszkał w niewielkim domu na skraju dzikiego świata, we wsi przeciętej jedną wyboistą drogą. Na jej początku rozkwitała srebrzystością kopuł cerkiew świętej Anny. Koniec wioski zamykał biały mur katolickiej kaplicy pod wezwaniem polskiej świętej Anny. Łagodne imienniczki oplatały swoją zgodną modlitwą biedne domy i zwaśnionych sąsiadów.

Tak jak obie święte Anny, pisarz ikon, stary Anton, kochał niedzielę. Z nabożeństwem rozpoczynał dzień, długo wpatrywał się w oblicze Hodegatrii. Uspokajał serce, modlił się, czasem tylko patrzył na lica Rodzicielki. Potem wyjmował czarny garnitur, buty kupione w mieście (wciąż zapominał wymienić przecierające się sznurówki), wiązał krawat, dokładnie mył ręce. Farby i kleje pozostawiały ślady, żłobiły ciemne bruzdy na dłoniach i na palcach ikonnika.

Ikonnik, aby dojść do cerkwi na nabożeństwo, wychodził wcześniej niż inni. Szedł obok zaniedbanego domu Pietki, w którym wioskowy dureń mieszkał razem z ojcem. Dom był stary i opuszczony. Płaty starej farby falowały na jego północnej ścianie. Od śmierci matki durnowatego Pietki zaglądała tutaj Lucynka zza drogi. Posprzątała, zamiotła podwórze, czasem nagotowała zupy lub bigosu na kilka dni. Potem głupi Andryszuk przeganiał ją, bo był zazdrosny o ojca i wierny matce, której chłodną dłoń całował dwa lata wcześniej, obiecując bełkotliwie, że ojcu nie pozwoli wprowadzić kobiety ani do domu, ani do łoża. Wiadomo, durny Pietka. Ale swój rozum miał.

Pisarz ikon w drodze do cerkwi zaglądał na cmentarz. Szedł drogą od lasu, mijał polanę Trzech Króli (ludzie wierzyli, że mędrcy zatrzymali się tutaj pewnej nocy, gdy na niebie tańczyła ogoniasta gwiazda) i zapomnianą furtkę. Przysiadał przy mogile swoich rodziców. Nieduża, powolnymi ruchami uświęconej ziemi zapadająca się w dół, wydawała się nie na miarę (ojciec był postawnym człowiekiem), jakby na pół osoby (a spoczywali oboje), porośnięta trawą przeplataną makami i żółcią oślepiających jaskrów. Mogiła, jak jego rodzice odchodząca w wieczność. Pisarz ikon, syn wiejskiego stolarza, patrzył na krzyż złamany parą desek, zwłaszcza na tę krótszą, pochyłą i modlił się. „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”.

Spoglądał na inne krzyże. Tyle ich tu było, ile ludzkiej biedy, nieszczęścia, bólu i śmierci. Właśnie, śmierci. Upragnionej śmierci. Wiedział, że pychą jest brak lęku przed nią, ale już nie czuł obawy. Jedynie słabość wobec siły, której odmawiała staremu ciału i zmęczonej duszy ikonnika. Siadał wtedy na ławeczce przy grobie Michałowskich, tych, którzy zawsze przychodzili z opłatkiem na polskie Boże Narodzenie, a wiosną przynosili małemu wówczas Antonowi, wielkanocne włóczebne. Przyglądali się czasem skupionej, stolarskiej robocie jego ojca, a potem, kiedy po wielu latach żmudnej nauki Anton wrócił do domu, podziwiali jego ikony, przyglądali się im nabożnie i kreślili w powietrzu polski znak krzyża. Inny, odwrotny, z lewej do prawej, od serca w świat. Czasem ikonnik próbował przeżegnać się tak jak oni, bo myślał, że niewierność zwabi śmierć, ale ona nie przychodziła. Nawet na zdradę nie reagowała. Ikonnik patrzył na grób Michałowskich, na krzyż niepełny, niezłamany poprzeczną belką i modlił się wciąż „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną grzesznym”.

W świątyni Anton przestawał mówić. Spoglądał na ikonostas. Za nim mieszkała Świętość ukryta za Carskimi Wrotami. Choć nigdy jej nie widział, czuł, że dotykał jej zawsze, kiedy biel drewnianego podkładu pokrywał wizerunkiem Świętego. Jego usta zaciskały się wtedy, zamykały, tworząc cienką graniczną linię między niebem i ziemią. Kontemplował piękno ikonostasu. Ujarzmiony język, skazany na katorgę milczenia ćwiczył się w pokorze i posłuszeństwie sercu, które wiedziało, że człowiekowi potrzeba ciszy i serdecznego uwielbienia Boga. Gdy kantor zaczynał śpiewać Błagosławi dusze moje Gospoda, ikonnika wypełniało szczęście i tęsknota, jego dusza nie tylko śpiewała i błogosławiła Stworzyciela, ale wzlatywała pod sufit pokryty pajęczym osadem ze świec. Wtedy opadały zasłony z oczu artysty. Widział piękno człowieka ukryte w blasku ikon. Widział też prawdę: smutek innych, czającą się w myślach niewierność, podłość, strach i żądzę. Spoglądał w duszę Aniuszy z sąsiedniej wsi. Podgryzała ją chciwość i nienawiść do matki. Patrzył w serce starego Michała lubieżnie nasycające się nieczystymi myślami. Zerkał na sklepową i widział, że znowu kłamie i oszukuje, że bogaci się na biedzie i krzywdzie bliźnich. Wreszcie jego wzrok z radością ogarniał czyste, jasne jak twarze aniołów z ikony Rublowa, serce durnego Piotra. Takich jak on kochał najbardziej, bo zawsze pozostawali dziećmi. Bezbronność i głupia głowa Pietki sprawiały, że czasem Pan pozwalał wiejskiemu niedorajdzie oglądać to, co widział pisarz. Ich dusze uniesione nad głowami wiernych, nad rękami rozdzierającymi powietrze pośpiesznie kreślonymi od prawej do lewej strony krzyżami, nad złymi myślami i nad słabościami, jednoczyły się w doskonałym uwielbieniu Boga.

Pisarz widział więcej niż inni. Widział Boga.

Widział Go za każdym razem, kiedy brał w dłonie gotową do malowania deskę. Drążył ją wcześniej na kilka milimetrów. Ograniczając naturalną ramą przestrzeń ikony, czynił z niej relikwię żyjącą dzięki cierpliwej modlitwie starych kobiet, dzięki śpiewnemu zawodzeniu Gospodi pomiłuj, ich pokłonom i ustom całującym posadzkę świątyni.

Widział Boga za każdym razem, gdy pokrywał deskę po siedmiokroć podkładem z kleju ze skóry królika. Czekając aż wyschnie, modlił się za ulegających siedmiu grzechom głównym, zwłaszcza za pysznych i zazdrosnych, bo pycha i zazdrość, syjamskie siostry o oczach w różnych kolorach, były bezbożnymi macochami chciwości, nieczystości, gniewu i lenistwa.

Widział Boga, kiedy wypolerowane płótno pokrywał złotą farbą z żółtka i różowej ochry, tworząc tło niezniszczalnego, duchowego świata, w którym własnym rytmem, pulsem odmierzanym przez anielskie „Alleluja”, żyły postacie istniejące w Tradycji i w jego sercu. Pod palcami pisarza rodziła się Czuła Dziewica, Radość wszystkich, Matka nieba i ziemi, Pocieszycielka strapionych, Zasypiająca. Z nabożnym skupieniem delikatnymi, powolnymi pociągnięciami pędzla kreślił niejednokrotnie zarys miłosiernego Syna Bogurodzicy, Wszechmocnego, Źródła życia. Byli też święci pustelnicy: Onufry, Antoni, Patapiusz i Gelazy, doświadczeni demonicznymi pokusami eremici o suchych, lecz krzepkich ciałach.

Kiedy oddawał gotowe ikony do świątyni w swojej zapomnianej przez świat żywych i umarłych wiosce, gdy wiózł je starannie owinięte w lniane, wykrochmalone, białe płótno do monasteru w miasteczku albo do cerkwi Świętego Ducha w dużym mieście, czuł, że ofiarowuje fragment pisanej sercem Ewangelii.

Wydawało mu się, że wiodąc niemal pustelnicze życie, pogrążony w modlitwie i kontemplacyjnym oczekiwaniu, bez ludzi i ważnych spraw, zamknięty w niskiej, pobielanej wapnem izbie, osiąga rajską szczęśliwość. Przyszedł jednak czas, kiedy poznał, iż jego raj jest namiastką, przedsmakiem, przedprożem prawdziwego nieba. Uparta śmierć nie przychodziła. Czasem wystawiał przed dom szklankę mleka. Rankiem widział na ziemi odciski nieludzko szczupłych stóp, a na naczyniu ślady chudych palców. Dostrzegał wewnątrz szklanki białą, biegnącą zasychającym mlecznym strużkę — niechętnie upiła łyk. Rozumiał. Wciąż nie wypełniły się dni. Wieczorami przyczesywał wąsy, długą brodę, pożółkłą biel włosów. Oczekiwał śmierci przy samowarze. Potem siedział na ławce przed ogrodzeniem, spoglądał na zachód i gotowy do drogi, w butach wkładanych jedynie na sierpniowy odpust świętej Anny, w sztywnej koszuli prasowanej sposobem matki i z dłońmi nieruchomo ułożonymi na kolanach czekał.

Nie nadchodziła.

Pewnego listopadowego popołudnia o szarej godzinie, w której babki opowiadają dzieciakom historie o duchach zmarłych, trwał przy oknie.

Wiedział.

Czuł.

Przeczuwał.

Musi napisać ostatnie dzieło. Sądził, iż nie osiągnie radości i spokoju przed Bożym Majestatem, dopóki nie stworzy ikony–przepustki, ikony o zmartwychwstaniu Pańskim. Widział ludzkie dusze, znał ich chytre ciemności mieszkające w otchłannych zakamarkach piersi, rozumiał, że również w jego duszy jest mroczne miejsce.

Całe życie pragnął doświadczyć cudu zmartwychwstania. Wierzył, że pokorna świętość rodząca się pod sprawnymi palcami upoważnia go do niepokornych próśb o cud. Nie błagał o obecność umiłowanej Bogurodzicy, bo Ona zawsze była przy nim. Nie pragnął narodzenia Syna, bo On rodził się w sercu pisarza za każdym razem, gdy tworzył Dziecię poważnie siedzące na śniadych rękach Karmicielki. Nie tęsknił do świętych o wydłużonych, nieruchomych postaciach i bezzmysłowych ziemistych obliczach, gdyż osiągnął poziom świętości, który nie potrzebuje tego, co zewnętrzne, i pozwala — w wewnętrznej nagości — trwać w oczekiwaniu na prawdę. Pragnął zmartwychwstania, pragnął dotknąć pędzlem rysów uwielbionego Króla.

Zawsze pragnął doświadczyć cudu wskrzeszenia. Myślał, że kiedy ujrzy, jak Bóg ożywia człowieka, ożyją jego dłonie i serce. Gdy kolejno umierali bliscy, na żałobnych nabożeństwach w cerkwi, przy otwartej trumnie, w asyście znajomych eremitów, pokornie pochyliwszy głowę, prosił Wyzwoliciela, aby nadszedł i podniósł z martwych ojca uduszonego nagłym atakiem astmy czającej się w krtani i płucach; matkę, z której niemal bezboleśnie uleciało chore serce, by śpiewać wraz z serafinami Wo Carstwii Twojem; małego Antosia od Fiedorczuków zagryzionego przez psa; i Teodora, dobrego batiuszkę, znalezionego w Wielki Piątek u stóp krzyża. Sądził, iż zmarli nie chcą wracać, ponieważ całe życie byli sprawiedliwi i nagroda nieba jest im milsza niż powrót na ziemię. Jednak nawet pijak Sasza odchodzący w styczniową noc na polanie Trzech Króli (chciał zobaczyć płynącą po niebie kometę) pozostał martwy. Pisarz — choć modlił się gorąco, bo wiary mu nie brakowało — nie ujrzał cudu, a mrocznym miejscem jego duszy pozostało nienasycenie, niespełnienie.

Modlił się i prosił. Za każdym razem, gdy przygotowywał materiały niezbędne do pisania świętości, błagał, aby właśnie tym razem przy blasku wschodzącego słońca lub przy świetle naftowej lampy mógł stworzyć ostatnią w swoim życiu ikonę. Rodziły się wówczas niespokojnie sceny z życia Maryi i Chrystusa pielgrzymujących na Golgotę, czasem oblicze i ciało Ukrzyżowanego, ale nigdy Zmartwychwstałego.

Tego dnia, w listopadowe popołudnie, był skupiony bardziej niż zwykle. Pościł już od kilku dni, by czystym sercem dotykać lipowego drewna, prosił o mocne palce, o chwyt pędzla tak silny, jak silny bywa chwyt śmierci łapiącej uciekające serce.

Ostatnie dzieło. Chciał napisać ostatnie dzieło. Pokornie pochylił czoło przed Pantokratorem. Wyszeptał: „Zgrzeszyłem. Bezpokornie zgrzeszyłem, cudu pragnąc”. Ujął w trzęsące się dłonie od dawna przygotowaną deskę. Wolnym krokiem, ociągając się, nie dowierzając, że nadszedł moment dotknięcia Tajemnicy, kroczył do dębowego stołu. Nachylił się. Wziął najcieńszy pędzel. Przymknął oczy. Ujrzał scenę śniącą mu się każdej, dusznej nocy, a w dzień zawisającą pod powałą, by w każdej chwili, opaść jak szybki ptak na oczy mistrza i skrzydlatym łopotaniem zedrzeć nienasycenie i niespełnienie.

 Zobaczył pusty grób, w środku biały całun, którym trzy dni wcześniej otulono ciało Umęczonego. Ujrzał milczące niewiasty, jeszcze ślepe, bo patrzące w dół, w pustą przestrzeń i na ciemnoskrzydłego anioła objawiającego radosną nowinę. Zasmucone Marie powinny za chwilę unieść wzrok, aby spostrzec Pantokratora zwracającego ku nim uwielbione Oblicze. Okryty powłóczystą szatą Pan Życia unosił dłoń w stronę nieba i w kierunku skalistych fragmentów gór. Jego oczy mówiły z pełnym miłości pokojem: „Jam zwyciężył śmierć”. Słońce. Poranek. Rosa.

Pisarz ikon pomyślał jeszcze, że apostołowie byli mniej zdziwieni pustym grobem niż on.

Nie zdążył zaparzyć herbaty i odłożyć pędzla. Usłyszał szept kroków niedaleko domu, aksamitne przełykanie mleka, stukanie do drzwi…

Pisarz ikon
Ewa Madeyska

urodzona w 1971 r. – absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Wrocławskim, doktor nauk humanistycznych, literaturoznawczyni, pisarka, dramatopisarka, scenarzystka, redaktorka, wykładowczyni twórczego pisania. Absolwentka...