O świecie, którego już nie ma

O świecie, którego już nie ma

Oferta specjalna -25%

Pierwszy List do Koryntian

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

11 marca po południu wędrowałem po ośnieżonym stoku w okolicach Miyagase, jakieś 70 km od Tokio. Dziwne, trzęsienia ziemi w ogóle nie zauważyłem. Gdy wróciłem do domu zacząłem dzwonić do moich znajomych. Ale ich telefon uporczywie milczy.

Trzęsienie ziemi jest w Japonii czymś normalnym. W jakimś sensie wszyscy się spodziewali tego dużego, „the big one”. Specjaliści przypominali, że po wielkim trzęsieniu ziemi w Tokio w 1923 roku (o sile 7,9 stopni w skali Richtera, zginęło wtedy ok. 38 tys. ludzi) prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat nastąpi drugie, równie potężne. I tak się stało. Przeraża skala zniszczeń i rosnąca każdego dnia liczba ofiar, które pochłonęło tsunami. Czy wśród nich znaleźli się także moi przyjaciele z regionu Tohoku (północny wschód)? Na próżno próbuję skontaktować się z nimi telefonicznie. Przeglądanie list z nazwiskami ofiar i zaginionych pokazywanych w telewizji jest równie bezowocne. Myślę tu o dwóch starszych paniach Mihoko i Fukuko Ito, które całe życie posługiwały w parafiach i przedszkolach założonych jeszcze przed wojną przez kanadyjskich dominikanów w diecezji Sendai. Później, gdy w Sendai pojawiliśmy się my, Polacy, w sposób bardzo naturalny przyjęły nas jako swoich braci kapłanów. Zainteresowały się naszym krajem. Były dwukrotnie na pielgrzymkach w Polsce. Z wielkim przejęciem oglądały nasz klasztor w Krakowie i uczestniczyły we mszy św. w kaplicy św. Jacka. Były naszymi tercjarkami. W tym roku również, mimo kłopotów ze zdrowiem, wybierały się do Polski.

Lament

Panie Ito mieszkały w Ishinomaki, maleńkim mieście portowym koło Sendai, które w znacznym stopniu zostało zalane falą tsunami. Ponieważ nie mogłem połączyć się z nimi telefonicznie, wysłałem list, do którego załączyłem program pielgrzymki „Śladami Baroku. Polska, Czechy, Niemcy 2011” (planuję ją na wrzesień br.). Napisałem, że: „W ogromie tej tragedii pewnie będzie trudno myśleć o wyjazdach za granicę. Ale chcę, abyście wiedziały, że się za Was modlimy i prosimy o głębokie przeżycie tegorocznych świąt Zmartwychwstania”. Gdy wysyłamy w Japonii list, musimy się zetknąć z poważną instytucją, którą jest japońska poczta. Wysłałem kiedyś list do pewnej osoby, nie wiedząc o tym, że już umarła. Wrócił do mnie z adnotacją, że adresat znajduje się obecnie w „Jododaira”, czyli krainie wiecznego pokoju (buddyjskie określenie nieba).

Utrzymywałem też bliskie kontakty z rodziną Watanobe z Somie – małej miejscowości, która ucierpiała dwukrotnie: najpierw z powodu tsunami, a potem w związku z ewakuacją tych, którzy przeżyli, gdyż Soma znajduje się w pobliżu uszkodzonej elektrowni atomowej.

Pana Watanobe, lekarza z Somy, ochrzciłem tuż przed jego śmiercią ok. 10 lat temu. Był chory na raka i zapragnął dołączyć do katolickiej wiary swojej żony Sanae. Pani Sanae – absolwentka znanego uniwersytetu katolickiego Sacred Heart w Tokio – jest filarem tamtejszej wspólnoty katolików. Kiedyś dojeżdżałem tam samochodem z Fukushimy na niedzielne msze święte. Droga miejscami jest tak monotonna, że pewnego razu zdarzyło mi się zasnąć na moment za kierownicą. Nie trzeba tsunami, aby zginąć w pobliżu Oceanu Spokojnego.

W rodzinie lekarza są dwie córki. Obie ukończyły katolickie uniwersytety dla dziewcząt w Tokio i Sendai. Przez telefon regularnie rozmawialiśmy o różnych sprawach rodzinnych i kościelnych. Jedna z córek, o pięknym starojapońskim imieniu Mizuho, studiuje dalej na jezuickim uniwersytecie Sophia w Tokio, by w przyszłości zostać świecką katechetką. Być może ten wyjazd z Somy do Tokio uratował jej życie?

Obie panie, Sanae i Mizuho, też były na pielgrzymce w Polsce. Lubiły wracać wspomnieniami do tamtych dni, pytały zawsze, co słychać u innych osób, które z nami pielgrzymowały. Takie zwyczajne, ludzkie rozmowy. Po tsunami telefon w Somie uporczywie milczy.

W Fukushimie, gdzie mieszkają moi tercjarze, było stosunkowo mało ofiar śmiertelnych, za to ogromne straty materialne. Niejedna rodzina straciła dorobek całego życia.

W tym tygodniu (tekst powstawał pod koniec marca – przyp. red.) miałem jechać do Fukushimy, do kościoła Matsukicho, na spotkanie poświęcone duchowości dominikańskiej. Animatorami tych spotkań są tercjarze – pani Fumiko Hanafusa i pan Satoshi (jakże piękne buddyjskie imię!) Goto. Oboje byli w Polsce na pielgrzymkach. Pan Goto uczy się nawet naszego języka. Mam nadzieję, że za miesiąc wyprawa do Fukushimy dojdzie już do skutku.

Po trzęsieniu ziemi mieszkańcom Fukushimy brakuje wody. Ale jak powiedziała mi ostatnio pani Hanafusa: „te braki stanowią zarazem okazję do odkrycia ludzkiej życzliwości”. Woda jest przywożona przez wolontariuszy z dalekiego Nagano.

Kościół w Matsukicho to trochę moja druga ojczyzna. Spędziłem tam 12 lat, m.in. u boku pobożnego i pełnego poczucia humoru misjonarza, Kanadyjczyka, nieżyjącego już ojca René Pichera. Gdy się zdenerwował, mówił do mnie: „Uważaj, bo we mnie płynie indiańska krew” (był pół-Indianinem). A gdy zauważył, że jestem zbyt „sztywny” w przestrzeganiu przepisów kościelnych, potrafił krzyknąć na cały kościół, przy włączonym mikrofonie: „To nie Europa!”.

Gdy pierwszy raz zawitałem do Matsukicho, powitał mnie odegranym z płyty polonezem Chopina. Prawie codziennie uczył mnie bardzo ważnych ewangelicznych słów: „Kodomo no yoni narananmakereba, tengoku wa mura da”, co znaczy: „Jeśli nie staniecie się jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego”. Ojciec Picher podzielił się też ze mną swoim spojrzeniem na kraj, w którym, o dziwo, bardzo wysoką pozycję zajmowali ludzie właśnie z regionu Tohoku. Uważał, że w Kioto żyją „faryzeusze”, w Tokio „uczeni w Piśmie oraz celnicy”, a tych z Tohoku nazywał „Petorotachi”, czyli „kumplami św. Piotra” – prostymi rybakami, których główną cechą jest „soboku” – dziecięca ufność.

Fukushima leży w środku wyspy, między Pacyfikiem a Morzem Japońskim. Lubiliśmy z ojcem Picherem jeździć nad ocean. Pamiętam nasze nocne wyprawy do Somy i dalej statkiem na połów ryb. Kiedyś podczas takiego nocnego wypadu statek zaczął się strasznie trząść. Prawdopodobnie gdzieś daleko przechodził tajfun. Leżeliśmy, kilku rybaków i ja, jak zdechłe ryby na pokładzie. Tylko kapitan i ojciec Picher udawali, że nic się nie stało. Powiedziałem sobie wówczas: „Nigdy więcej takich wypraw w morze”. Niemniej jednak jeździliśmy dalej do Somy, aby kupować świeże ryby. Wysyłaliśmy je stamtąd do naszych sióstr w klasztorze w Bandai Machi. Dla mieszkańców tego kraju świeża ryba to wyjątkowy przysmak.

Ojciec Picher lubił zawsze pogadać z przekupkami, które sprzedawały ryby – matkami owych „kumpli św. Piotra”. W drodze powrotnej zatrzymywał samochód, patrzył na ocean i w myślach układał kazanie na niedzielę oraz… wiersze. Ja bardziej lubiłem góry, ale towarzyszyłem mu w tych wyjazdach, bo i tak cały świat kręcił się wówczas wokół morza. Teraz ten świat runął.

Elektrownia atomowa Fukushima

Pokazywane ostatnio na całym świecie budynki zniszczonych elektrowni Fukushima I i II znajdują się w pobliżu Iwaki, dużego miasta portowego w prefekturze Fukushima. W centrum tego miasta stoi nowy, duży kościół katolicki. Jego proboszczem od kilku lat jest Polak o. Czesław Foryś. Przedtem długie lata był proboszczem w kościele Matsukicho w Fukushimie. Podobała mi się jego prostolinijność i pasja sportowca. W Fukushimie trenował m.in. piłkarski zespół miejscowych chłopaków, a było to w czasach, kiedy piłka nożna zaczynała urastać do rangi narodowego sportu. Organizował też turnieje gry w ping-ponga, tzw. Picher-Cup, na cześć śp. poprzedniego proboszcza. Brał w nich udział także inny Polak o. Julian Różycki, proboszcz z pobliskiej parafii w Nihonmatsu, a później w Nodamachi. Wierni z niemałym podziwem oglądali niezwykle zacięte pojedynki sportowe dwóch proboszczów (ja odpadałem na ogół w ćwierćfinałach). Czasami w trójkę urządzaliśmy biegi wokół góry Shinobuyama, która jest jednym z symboli tego miasta.

Później, już w Iwaki, kontynuowaliśmy z o. Czesławem tradycje długich marszów, zawsze wtedy, gdy go odwiedzałem. Często szliśmy pięknym, piaszczystym brzegiem morskim, aż do ogrodzeń i tabliczek z napisem: „Wejście wzbronione. Teren elektrowni atomowej Fukushima”. Przed nami wznosiły się w oddali białe budynki i kominy elektrowni.

Latem robiliśmy wypady nad ocean, do miejscowości Yotsukura, za Iwaki. Mieszkańcy Yotsukura, podobnie jak Somy, zostali podwójnie doświadczeni przez los. Najpierw przeżyli tsunami, później ich ewakuowano. Świat, o którym piszę, już odchodzi do historii. Szkoda pięknej plaży w Yotsukura i tej w Nakoso, tuż przy elektrowni Fukushima II, dokąd też lubiliśmy jeździć.

W trakcie awarii elektrowni atomowej w Fukushimie w wypowiedziach pracowników przekazywanych na cały kraj poprzez telewizję NHK pojawiły się – chyba pierwszy raz w historii japońskiej nauki – takie słowa, jak „nie wiem” i „nie rozumiem”.

O tym, że Japończycy od czasów rewolucji Meiji w XIX wieku żyli cały czas „pod słońcem” scjentyzmu, mówi się nie od dziś. W 2004 roku cytowałem poglądy prof. Yoshio Oyamnagi, katolika, konsultatora Papieskiej Rady ds. Kultury oraz ówczesnego dziekana Wydziału Informacji i Technologii na Uniwersytecie Tokijskim. Podkreślał on wtedy, że „badania naukowe mają także wymiar etyczno-duchowy i powinna im towarzyszyć odpowiedzialność moralna w takich dziedzinach, jak klonowanie, a także w zastosowaniu ich wyników w różnego rodzaju technologiach”. Współczesną naukę należy odróżnić od scjentyzmu: filozofii, która opiera się na twierdzeniu, że nauka jest jedyną normą życia oraz że poza nią nie ma innego źródła wiedzy. „Scjentyzm zakłada, że wszystkie problemy życiowe mogą zostać rozwiązane dzięki nauce i technologii” – przypominał japoński naukowiec i zaznaczał, że jest on ciągle głęboko zakorzeniony w umysłach jego rodaków. „Myślenie wielu Japończyków jest bowiem bliskie poglądowi, że wszystkie ludzkie i społeczne problemy zostaną pewnego dnia rozwiązane dzięki postępowi w nauce i technologii” – pisał. W tym kontekście rozważał pojawienie się zbrodniczej sekty Aum Shinrikyo, o której stało się głośno w 1995 roku, gdy posługując się zabójczym gazem sarin, zorganizowała zamach na niewinnych ludzi na stacjach tokijskiego metra. Zauważał, że kult ten paradoksalnie zdołał przyciągnąć do siebie wielu młodych wykształconych ludzi. Jego zdaniem członkowie sekty spostrzegli płytkość scjentyzmu i szukali innego światopoglądu. „Poprzez tragiczny splot okoliczności zbliżyli się do zbrodniczej sekty, mając przy tym nadzieję, że odkryją w niej odpowiedzi na swoje wątpliwości i pytania, na które scjentyzm nie był w stanie odpowiedzieć. Czyż nie jest wielkim zadaniem dla nas, chrześcijan, zaprezentować młodym Japończykom pozytywną i twórczą alternatywę dla scjentyzmu?” – pytał w zakończeniu wypowiedzi dla katolickiej agencji UCAN.
Profesor Yoshio Oyanagi urodził się w 1943 roku, a w wieku 14 lat przyjął chrzest w Kościele katolickim. Obecnie, oprócz zajęć w papieskiej radzie, w której od 1998 roku jest jednym z 25 świeckich konsultorów, sprawuje funkcję przewodniczącego Towarzystwa Chrześcijańskich Naukowców w Japonii oraz sekretarza ogólnokrajowego Związku Absolwentów Uniwersytetów Katolickich.

Lekcja „Apokalipsy” w Tokio

11 marca br. po południu wędrowałem po ośnieżonym stoku w okolicach Miyagase, jakieś 70 km od Tokio. Dziwne, trzęsienia ziemi w ogóle nie zauważyłem. Doszedłem do przystanku autobusowego i dojechałem do stacji kolejowej Hon Atsugi. Zamierzałem spokojnie pojechać dalej pociągiem na kolację do klasztoru w Tokio-Shibuya. Na stacji tłumy ludzi. Coś się musiało wydarzyć. Czytam ogłoszenia o trzęsieniu ziemi. Nic takiego nadzwyczajnego w tym kraju. Ale oto wchodzą policjanci i strażacy. Wypraszają ludzi i zamykają stację. No, to już poważniejsza sprawa. Od pracownika dworca autobusowego dowiaduję się o skali tego trzęsienia. Czuję ciarki na karku, bo na noc do domu już pewnie nie dojadę. Pracownik radzi przejazd autobusami, bliżej Tokio. W domu ląduję o drugiej w nocy.

Wciąż się zastanawiam, jak to możliwe, że nie zauważyłem tak potężnego trzęsienia ziemi w Tokio o sile 5,5 stopnia w skali Richtera? Najpierw szukam wytłumaczenia w Apokalipsie św. Jana, którą to księgę szczegółowo analizuję od dwóch lat z grupkami zainteresowanych w Centrum Katolickim w Tokio. „Trzęsienie ziemi” występuje w tej księdze co kilka rozdziałów. Miłe uczucie, że ponieważ studiuję tę księgę, wobec tego przywykłem do tego rodzaju fenomenów. Rozmowa ze znajomymi sprowadza mnie jednak na ziemię, do bardziej przyziemnej interpretacji. Dowiaduję się, że gdy ktoś się porusza po otwartym terenie – w przeciwieństwie do zamkniętego pomieszczenia, a zwłaszcza windy – wówczas może nic nie poczuć.

Ale pytania natury apokaliptycznej pozostają. Zwracają się z nimi do nas nawet polskie redakcje katolickie. Na przykład: „Czy Japończycy zastanawiają się nad końcem świata?”. Hm. Są różni Japończycy. Weźmy na przykład tych, którzy studiują Apokalipsę. Przez pierwsze pół roku oprócz niewiast i sióstr zakonnych było tam kilku mężczyzn, a nawet ksiądz. Później wielu odeszło, by szukać czegoś nowego. Kursów nie brakuje. No cóż. Apokalipsa, jak wiadomo, nie jest łatwą księgą. W komentarzach można przeczytać, że nawet Marcin Luter narzekał, iż jest „za bardzo skomplikowana i przez to nie nadaje się do głoszenia ewangelii”. W domyśle, zwłaszcza w takich krajach jak Japonia. Kto więc na serio studiuje Apokalipsę w Tokio? Żony inżynierów, naukowców, w tym młode mężatki. Od nich dostałem katolicką interpretację Apokalipsy – The Navarre Bible. Revelation wydaną w Hiszpanii, a następnie w Irlandii w 1992 roku. Czytam ją i widzę związek Apokalipsy nie tylko z Tokio, ale i z całym współczesnym światem, zakochanym w „rzeczach tego świata”, który przecież przemija, aby na jego gruzach mogło powstać Królestwo Boże – jak uczy właśnie św. Jan. Japończycy paradoksalnie o tym wiedzą za sprawą buddyjskiego przysłowia: „Katachi no aru mono wa kowareru” – „To, co ma kształt, kiedyś zginie”. Popatrzmy choćby na nasz solidny kanadyjski klasztor w Shibuya. Niedaleko powstaje wielki wieżowiec. Jak mi opowiadano, w czasie ostatniego trzęsienia stojące tam dwa wielkie dźwigi zaczęły się niebezpiecznie kołysać. Spekulowano nawet, w którą stronę mogą upaść, czy aby przypadkiem nie w naszą?

Gdy w Navarre Bible jest mowa o Babilonie (Ap 18,1–3), przywołuje się Piusa XI, który przypomniał, że grzechami współczesnego świata są konsumpcjonizm, dogadzanie sobie oraz chęć posiadania wszystkiego. „W rezultacie serce traci zainteresowanie szlachetniejszymi ideami, topi się w morzu rzeczy tego świata i nie dochodzi do kontemplacji wyższych i wiecznych rzeczy” (Mens nostra 6). Z kolei cytowany tam Jan Paweł II naucza: „Kiedy nasza percepcja Boga staje się słaba, tracimy zarazem poczucie grzechu. Jak powiedział mój poprzednik Pius XII »grzechem tego świata jest utracenie sensu grzechu« (Reconciliatio et Paenitentia 18).

Nie sądzę, by Tokio było współczesnym Babilonem, który został ukarany jako „miasto grzechu”. Straszliwe trzęsienie ziemi, tsunami i wszystkie inne związane z tym nieszczęścia kojarzą mi się raczej z ewangeliczną wieżą w Siloam (Łk 13,4–5) i słowami Zbawiciela: „Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zawaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jeruzalem? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie”. Uważam, że to, co się wydarzyło w Japonii, jest wielką lekcją dla całego świata. Za kilka dni kolejna lekcja „Apokalipsy”.

O świecie, którego już nie ma
Paweł Janociński OP

urodzony w 1951 r. – polski dominikanin, studiował teologię w Krakowie, Chicago oraz Tokio, od 1977 r. przebywa na misjach w Japonii, duszpasterz Polonii, opiekun tercjarzy oraz grup studyjno-modlitewnych. Od ponad 10 lat...