Moja życiowa rola
Oferta specjalna -25%

Kierunek: niebo. GPS dla mężczyzn

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Jeśli mężczyzna będzie słyszał na każdym kroku, że zajmuje się pieluchami i garami, to szybko odechce mu się urlopu tacierzyńskiego. Co gorsza, w ogóle może mu się odechcieć bycia ojcem.

Katarzyna Kolska: Kiedy mężczyzna staje się ojcem: wtedy, gdy dziecko przychodzi na świat, gdy dowiaduje się, że żona jest w ciąży, a może jeszcze wcześniej, może ojcostwo rodzi się najpierw w głowie i w sercu mężczyzny?

Wojciech Walczak: Do ojcostwa się dojrzewa. Tak przynajmniej było ze mną. Miałem dwadzieścia kilka lat i zacząłem odczuwać pragnienie bycia ojcem. To moje niespełnione przez jakiś czas marzenie „rekompensowałem” sobie w dość zabawny sposób: kiedy jechałem tramwajem, wypatrywałem w wagonie kobiety z dzieckiem w wózku. Dyskretnie ustawiałem się blisko niej, a gdy wysiadała, pomagałem jej wynosić wózek z tramwaju.

Drugim niezwykle istotnym momentem jest dzień, gdy mężczyzna dowiaduje się, że zostanie ojcem. Dla mnie była to ogromna radość i spełnienie marzeń. Ale moje dziecko, choć bardzo przez mnie oczekiwane, było jeszcze abstrakcyjne. Kobieta nosi je w sobie, oswaja się z nim, współbrzmi z nim. Mężczyzna jest trochę z boku. Owszem, widzi powiększający się brzuch żony i dotyka go, słyszy bicie serca dziecka, widzi, jak dzidziuś się rusza i kopie. Dopiero jednak, gdy go zobaczy i dotknie na porodówce albo w domu, zaczyna się budować jego ojcostwo – przez uczestnictwo. Niezwykle ważna jej wówczas rola matki, która nie może być samolubna, nie może tego dziecka zawłaszczać dla siebie. A to zawłaszczanie zaczyna się już w szpitalu. Wystarczy przyjrzeć się pielgrzymkom, które przyjeżdżają do szpitala po noworodka – miałem okazję to obserwować pięć razy, odbierając moją żonę i kolejne dzieci ze szpitala. Na czele tej pielgrzymki idzie matka, teściowa, zdarzy się jeszcze jakaś ciotka czy kuzynka, a na szarym końcu, z bukietem kwiatów, ojciec. Jeśli ten model z porodówki przełoży się na codzienne życie i mężczyzna nie dopcha się do swojego dziecka, jeśli nikt go nie zachęci, by tym dzieckiem się zajął, zacznie się wycofywać. Pomyśli sobie tak: skoro nie jestem potrzebny – trudno. Radźcie sobie beze mnie.
Matka w pewnym momencie się zreflektuje, zapakuje dziecko do wózka i powie ojcu: jedź na spacer. Ale wtedy on już na ten spacer może nie mieć ochoty, wybierze inną „ważniejszą” sprawę albo swoje hobby.

Tak łatwo się podda, bez walki?

Nie podda się tylko wówczas, jeśli będzie zdeterminowany, żeby tym ojcem być. A wydaje mi się niestety, że dziś jest z tym coraz gorzej.

No właśnie – mówi się, że przeżywamy kryzys ojcostwa. Tymczasem obserwując rano parkingi przed szkołą czy przedszkolem, można odnieść wrażenie, że ojcowie bardziej zaczęli uczestniczyć w życiu swoich dzieci. Kiedyś w szkole pojawiały się tylko matki. Jak to więc jest: mamy kryzys ojcostwa czy boom na ojcostwo?

W moim odczuciu przeżywamy nie tylko kryzys ojcostwa, ale też małżeństwa i rodziny w ogóle. Rodzina nie jest przedstawiana jako wartość. Wkładamy ogromny wysiłek w to, by mieć dobre wykształcenie, pracę, dom i samochód. By to zdobyć, jesteśmy w stanie wiele poświęcić. Dla rodziny – nie. Dlatego coraz częściej rodziny się rozpadają lub żyją w permanentnym kryzysie. A dziecko, żeby prawidłowo wzrastać i dojrzewać, potrzebuje matki i ojca.

Świat nam próbuje udowodnić, że dziecko może mieć dwóch ojców albo dwie matki.

I świat się na tym przejedzie, prędzej czy później. Wszelkie teorie, że płeć nie ma wpływu na wychowanie dziecka, to jest pęd donikąd. Teorie o dwóch matkach i dwóch ojcach są tylko potwierdzeniem tego, w jakim głębokim kryzysie znajduje się rodzina, jak niewielką wartość dla nas stanowi, skoro jesteśmy gotowi myśleć o niej w taki karykaturalny sposób.

W świecie, w którym panuje moda na singli albo wolne związki, rodzina nie jest na topie. Bo to się wiąże z jakimiś zobowiązaniami, trudami, wyrzeczeniami. Nie ma czegoś takiego jak promocja rodziny. Nie słyszymy nigdzie, że prawidłowo funkcjonująca, wspierająca się, kochająca rodzina jest największą wartością. A jest!
W przekazie medialnym uśmiechnięta rodzina pojawia się tylko w reklamie batoników, parówek, pieluch czy proszków do prania. To trochę za mało.

Za to bardzo często słyszymy o rodzinach niewydolnych, które wyciągają ręce po pieniądze, które nie radzą sobie z wychowaniem dzieci, które – krótko mówiąc – są dla społeczeństwa jedynie kłopotem.

Jednak winę za to, że nasze rodziny wyglądają tak, a nie inaczej, ponosimy my sami. Uciekamy z domów zwabieni pracą i atrakcjami, które oferuje nam świat. Co gorsza, od najwcześniejszych chwil wciągamy w to własne dzieci. I powoli brakuje nam czasu na bycie razem.

Każdy kryzys, bez względu na to, czego dotyczy, powoduje odradzanie się rzeczy wartościowych. Mam nadzieję, że efektem tego odradzania się będą rodziny, które staną się zaczynem i świadectwem, że małżeństwo, macierzyństwo, ojcostwo to fajny sposób na życie. Że należy się cieszyć z tego, że Bóg, czy jak niektórzy powiedzą los, dał nam taką szansę.

Wróćmy do ojców przywożących dzieci do szkoły. Bardziej przejęli się swoją rolą?

Powiedziałbym raczej, że bardziej podzielili się obowiązkami ze swoimi żonami. Skoro matka, tak samo jak ojciec, biegnie rano do pracy, trzeba uzgodnić, kto zawiezie dziecko do przedszkola czy szkoły i kto je stamtąd odbierze. Dlatego takie obserwacje z parkingu szkolnego mogą być bardzo mylące. Należałoby się nawet zastanowić, czy rola tych ojców nie sprowadza się jedynie do tego przywożenia. A jak wygląda reszta dnia? Jak wyglądają popołudnia, weekendy, wakacje?

Wielu ojców, którzy bardzo poważnie traktują swoje ojcostwo, żyje w strasznym rozdarciu: z jednej strony chcieliby mieć te wspólne popołudnia, chcieliby bardziej i więcej być, a z drugiej strony są zapracowani od rana do wieczora, bo muszą utrzymać rodzinę.

Doskonale to rozumiem i wiem, że dla kogoś, kto chce być ojcem na serio, jest to bardzo niekomfortowa sytuacja. I nawet nie mam pomysłu, by wygłosić tu jakąś złotą radę. Każdy musi znaleźć własną ścieżkę, którą podąży. A idąc nią, ciągle musi sobie przypominać, co jest dla niego w życiu najważniejsze. Jeśli ktoś będzie czuł, że rodzina to wartość, szczęście i wyróżnienie, wówczas – jestem tego pewien – znajdzie czas na bycie ojcem. Niech to będzie chociaż jeden dzień w tygodniu, ale tak na całego. Niech to będą wspólne wakacje. Przecież nawet najbardziej zapracowany ojciec ma trochę wolnego czasu.

Mówisz kryzys, a tatusiowie idą na tacierzyński…

Wszystko zależy od tego, jak małżonkowie się umówią i jaki mają pomysł na wspólne życie. Czasy, gdy matka była w domu, a ojciec utrzymywał rodzinę, już pewnie nie wrócą. Podzieliliśmy się rolami i obowiązkami. I nie ma w tym nic złego. Jeśli tak się akurat w naszym życiu zdarzyło, że żona ma dobrze płatną pracę, a mężczyzna chwilowo tej pracy nie ma albo zarabia mniej niż trzeba by wydać na opiekunkę, nie widzę przeszkód, by zajął się domem i dziećmi. Ważne jest, by ten tacierzyński nie stał się tylko chwilową modą i by nikt tego ojca nie wyśmiewał: O, ten to jakiś nieudacznik jest, bo zamiast w robocie być to siedzi z dzieciakiem w piaskownicy i siatki z zakupami nosi.

Takimi stereotypami się niestety jeszcze posługujemy. I jeśli ten mężczyzna będzie słyszał na każdym kroku, że zajmuje się pieluchami i garami, to szybko odechce mu się tego tacierzyńskiego. Co gorsza, w ogóle może mu się odechcieć bycia ojcem.

Kim ojciec powinien być dla swojego dziecka?

Oparciem, autorytetem, ucieleśnieniem wartości. Dziecko musi mieć pewność, że cokolwiek będzie się działo, ojciec zawsze za nim stanie i nigdy nie przestanie w nie wierzyć.

Matka krzyczy do swoich synów wspinających się na drzewo: zejdź, bo spadniesz. A ojciec woła: Idź wyżej, dasz radę.

Świetny przykład, który doskonale pokazuje, że inaczej patrzymy na swoje rodzicielskie role i że bardzo się uzupełniamy. Matka zawsze woli mieć dzieci blisko siebie, żeby je chronić. Ojciec wysyła dzieci w świat, chroni z większym dystansem.

Patrzysz na swoje córki i synów i myślisz sobie: chciałbym, żeby byli tacy jak ja?

Nie, ja tak nie myślę. I wcale bym nie chciał, żeby moje dzieci były takie jak ja. Ale pewnie czasem tak jest, że wybitny lekarz po cichu chce, by jego syn czy córka też zostali lekarzami, a wzięty prawnik marzy o karierze prawniczej dla swojego potomka. I trudno dopatrywać się w tym czegoś złego. Może to być przejaw jego największej troski i miłości. Myśli sobie: ja tę drogę już przetestowałem i ona się sprawdziła. Chcę, żebyś poszedł za mną.

Tylko, że te ojcowskie marzenia nie mogą ograniczać dzieci. Ojciec może jedynie kroczyć obok dziecka, podpowiadać mu. Nie może jednak zapomnieć, że syn czy córka to odrębny człowiek – inny niż my. Że ma swoje zainteresowania, pomysły, plany. I dlatego wybór dziecka trzeba zawsze uszanować i wspierać go w dobrym.
Dobrze, jeśli ojciec ma jakieś pasje i potrafi nimi zarazić własne dzieci. Ale nigdy nie powinien dziecku tego narzucać. Córka i syn nie mogą być jego kopią, nie mogą realizować jego niespełnionych marzeń.

Jak się mają twoje wyobrażenia o ojcostwie z czasów, gdy pomagałeś wynosić wózki z tramwajów, do ojcostwa w praktyce?

Jeśli bycie ojcem traktuje się jako jedną z najważniejszych, czy nawet najważniejszą rolę, jaką mężczyzna ma do spełnienia w życiu, wówczas zaczyna się o tym ojcostwie myśleć i jakoś je sobie wyobrażać. Na te wyobrażenia ogromny wpływ mają oczywiście doświadczenia wyniesione z domu rodzinnego, wzorzec własnego ojca czy innych dorosłych mężczyzn, którzy stanęli na naszej drodze. Ale życie dość szybko weryfikuje to, co mamy w głowie. Bo ojcostwo jest procesem. Przez cały czas jesteśmy kształtowani przez nasze dzieci, aż do chwili, gdy staną się dorosłe i odejdą z domu. Najważniejsze jest to, by umieć za nimi podążać, żeby nie zostawać w tyle. Dlatego z każdym kolejnym dzieckiem, które rodzi się w naszej rodzinie, trzeba na nowo dojrzewać. Dorastający nastolatek bywa bardzo krytyczny, bezkompromisowy. Może powiedzieć: tato, co się z tobą dzieje, gdzie twoje ideały, gdzie zasady, które mi wpajałeś? Warto wtedy posłuchać, co ma nam do powiedzenia.

Czasem się niestety okazuje, że nie ma nic do powiedzenia. Że ojciec i jego dzieci to dwa różne światy.

Psychologowie mają taką złotą radę na wszystkie problemy: trzeba rozmawiać z dziećmi. Ale jeśli się z nimi nie rozmawiało przez 15 lat, to nawet jeśli ojciec nagle postanowi, że od dziś chce być fajnym, otwartym tatą, który ze swoimi dziećmi jest gotowy porozmawiać na każdy temat, nic już nie zdziała. Jest za późno. Popełnił wielki błąd, który jest nie do odrobienia. Bo dialog musi trwać ciągle, latami. Tylko wtedy można budować więzi i zaufanie.

Dorastające dziecko ma prawo pójść własną drogą, negując zasady i wartości, które przekazywali mu rodzice. Niektórzy ojcowie uznają to za osobistą porażkę, klęskę. Starali się, a mimo to nie wyszło.

To oczywiste, że każde dziecko, wchodząc w dorosłe życie, dokona jakiegoś wyboru. Te wybory mogą być zbliżone do tego, czego oczekiwaliśmy lub zupełnie inne. Na finał tych wyborów pracujemy średnio 15, 16 lat. Potem następuje weryfikacja – co nam się udało, co nie wypaliło? Na ile wartości, które wpajaliśmy naszym dzieciom, stały się dla nich ważne, na ile są ich wartościami? Mam nadzieję, że jeśli nie zmarnowaliśmy czasu, jeśli właściwie kształtowaliśmy serca i sumienia naszych dzieci, możemy być w miarę spokojni. Choć oczywiście zdarza się, że jedno z nich wybiera własną drogę, zupełnie inną od tej, którą pokazywali mu rodzice. I na pewno nie jest to dla nich łatwe.

Czy ojciec ma prawo obrazić się na swoje dziecko?

Mężczyzna, który do wychowania, tak jak do wielu innych spraw w życiu podchodzi zadaniowo, może odczuć to jako osobistą porażkę. Ale nawet wtedy, a może zwłaszcza wtedy nie może obrazić się na swoje dziecko, nie może go odrzucić, przekreślić, wyrzec się go. Bo miłość ojcowska jest bezwarunkowa.

Może być mu oczywiście smutno, może nawet zapłakać. Ma też prawo, a nawet powinien jako ojciec wyrazić dezaprobatę. I to wszystko. Potem pozostaje mu już tylko ufna modlitwa i nadzieja, że jego syn czy córka, konfrontując się z własnymi wyborami i ponosząc ich konsekwencje, zatęsknią za wartościami wyniesionymi z domu, za rodzinną atmosferą, tradycją. Ale dzieci wrócą tylko wówczas, jeśli będą miały pewność, że ktoś na nie czeka. Dom rodzinny musi być bezpiecznym schronieniem, do którego powraca się z wojny, a taką często bywa świat zewnętrzny.

Mówiłeś o tym, że mężczyzna wyobraża sobie jakoś to swoje ojcostwo, że niejednokrotnie buduje te wyobrażenia w oparciu o wzorce wyniesione z domu. Czy to znaczy, że ktoś, kto tego dobrego przykładu został pozbawiony, nie ma szansy być dobrym, odpowiedzialnym, dojrzałym ojcem?

 Jest mu na pewno trudniej. Pewnych ról uczymy się w rodzinie. Nie chcę jednak powiedzieć, że ktoś, kto takiego wzorca nie otrzymał, nie będzie umiał odnaleźć się w roli ojca. Wszystko zależy od jego determinacji.

Jeśli ktoś choć trochę czuje, że ma powołanie do bycia ojcem, niech się nie obawia i nie zastanawia. Niech podejmie tę decyzję, a na pewno nie będzie żałował. To jest coś niepowtarzalnego. Ojcostwo to najpiękniejsza przygoda w moim życiu, nie da się jej z niczym porównać i niczym zastąpić. To jedynym moment, kiedy dwoje ludzi ma niepowtarzalny wpływ na kształtowanie swojego życia i na kształtowanie życia swoich dzieci.

Mówisz swoim dzieciom, że je kochasz?

Nam mężczyznom mówienie o uczuciach przychodzi z dużym trudem. Dlatego zamiast słów zawsze wolę gesty. Mam nadzieję, że kiedy przytulam je, głaszczę po głowie i jestem blisko nich, rozumieją, że właśnie w tym momencie mówię im: Bardzo cię kocham!

Moja życiowa rola
Wojciech Walczak

urodzony w 1958 r. – absolwent pedagogiki specjalnej, pracował w Monarze, od 16 lat jest dyrektorem Domu Dziecka w Poznaniu. Żonaty, ma pięcioro dzieci....

Moja życiowa rola
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...