Palec ojca

Dość powszechne jest myślenie o wprowadzaniu dzieci w wiarę w kategoriach czegoś, co trzeba im jakoś dać, ale czego związek z tzw. realnym życiem jest luźny, a w każdym razie niepewny czy niejasny.

W pewnym sensie jestem za młody, żeby pisać ten tekst. Mam trzydzieści jeden lat, czworo dzieci (z których jedno dopiero w drodze), najstarsze jest siedmiolatkiem. Nie mogę jeszcze wiedzieć, czy jestem dla nich dobrym nauczycielem wiary. To się okaże dopiero wtedy, gdy zaczną podejmować pierwsze dojrzałe decyzje. Nie mogę też wiedzieć, na ile słuszne jest moje rozumienie roli ojca, a z tego w dużej mierze wynika to, co – będąc ojcem – mówię czy robię. Mogę więc jedynie podzielić się refleksjami opartymi na codziennej praktyce (której rezultaty są niepewne) i kilkoma myślami natury ogólnej, co do których żywię nadzieję, że są słuszne. Tak też należy czytać moje słowa.

Tylko matka?

Kilka lat temu natknąłem się na zdanie, które bardzo mocno utkwiło mi w pamięci: „Nauczyłem się, że kiedy nowo narodzone dziecko chwyta swą maleńką dłonią po raz pierwszy palec ojca, trzyma się go już zawsze”. Na różny sposób można odczytywać te słowa. Z jednej strony to wielce trafna metafora zadania wpisanego w naturę ojcostwa, polegającego na stworzeniu dziecku właściwego systemu punktów oparcia i odniesienia. Z drugiej strony mówi o odpowiedzialności z tym związanej: jeśli ten system będzie wadliwy, oparty na nieprawdzie, moje dzieci do końca życia będą doświadczały jego skutków. Nauka wiary bardzo ściśle wiąże się z tak rozumianym zadaniem ojca, mało tego, stanowi jego rdzeń i istotę.

Zżymam się zawsze, ilekroć słyszę w kontekście homiletycznym albo szerzej: kaznodziejskim – a zdarzyło mi się to ostatnio co najmniej kilka razy – o zasadniczej roli matki w procesie nauczania wiary (zwykle jest to ujęte w jakąś frazę typu: „pierwsza nauczycielka pacierza”). O ojcu – ani słowa – przynajmniej ja nigdy nic na ten temat nie słyszałem. Nie neguję w żaden sposób roli matki, moja irytacja nie wynika też z jakiegoś poczucia niedowartościowania. Problem polega na tym, że te kaznodziejskie truizmy mogą generować i utrwalać głęboko niekompletne i nieintegralne rozumienie nauki wiary i edukacji religijnej w obrębie życia rodzinnego. Słysząc takie słowa, można bowiem odnieść wrażenie, jak gdyby Kościół całość obowiązku, który oboje małżonkowie wzięli na siebie, składając przysięgę małżeńską („z miłością przyjąć i po katolicku wychować”), złożył wyłącznie w ręce matek i w związku z tym ojcowie nie muszą w tej materii już do niczego się poczuwać. To zaś zawęża zakres owego wychowania do niezbędnego minimum. Jedno i drugie jest oczywistym absurdem, a jeśli przekłada się na religijną i kulturową praktykę, staje się absurdem mocno szkodliwym. Jestem pewien, że owa szkodliwość nie dotyczy tylko kiepskiego poziomu wiedzy religijnej młodych ludzi, ale jakości ich życia w ogóle.

Nauka wiary musi zaczynać się w domu od pierwszych chwil życia dziecka. A to w oczywisty sposób oznacza, że muszą być w to zaangażowani oboje rodzice (zakładam oczywiście, że mówimy o ludziach wierzących, żyjących w chrześcijańskim związku małżeńskim). Oznacza to również, co być może jest mniej oczywiste, że nauka ta nie może być wyłączona z całego procesu socjalizacji, wychowania, wprowadzania w życie. Jakkolwiek każda generalizacja narażona jest na duży margines błędu, zaryzykowałbym stwierdzenie, że na poziomie statystycznych katolików dość powszechne jest myślenie o wprowadzaniu dzieci w wiarę w kategoriach czegoś, co trzeba im jakoś dać, ale czego związek z tzw. realnym życiem jest luźny, a w każdym razie niepewny czy niejasny. Tymczasem sama natura wiary i religii (a myślę, że jest to fakt antropologiczny) jest taka, że chce obejmować i przenikać każdy obszar naszego życia, myślenia i działania. Jako wierzący rodzice mamy obowiązek ułatwić to naszym dzieciom.

W odniesieniu do specyficznych ról każdego z rodziców, nauka wiary nie powinna przekładać się na wprowadzanie jakichś dodatkowo wyróżnionych i obmyślanych specjalizacji czy podziału pracy. Nie ma znaczenia, które z rodziców nauczy dziecko pierwszych modlitw, a które powie, jak trzeba zachowywać się w kościele. Nie sądzę, by robiło to dzieciom jakąkolwiek różnicę, co więcej, aby miało jakiś realny wpływ na powodzenie (lub nie) nauczania wiary. Podstawową rolą ojca – „pierwszego katechety” – jest życie pełnią wiary, w głębokiej i konsekwentnej decyzji oddania Bogu wszystkiego i całkowitego zaufania Mu. To samo dotyczy matki, oczywiście na jej własny, kobiecy, sposób. Męski i ojcowski sposób myślenia wiarą i o wierze oraz opartego na niej działania jest inny niż kobiecy i matczyny, ale są one komplementarne i brak udziału któregoś z nich w procesie uczenia dzieci wiary zawsze będzie brakiem aktywnym, mającym swoje konsekwencje.

Sugerowany brak „podziału pracy” nie oznacza bynajmniej, że każde z rodziców nie ma własnych, ojcowskich i matczynych, ról. Jednak nie sprowadzają się one do podziału poszczególnych „działań katechetycznych”, gdyż to ostatnie jest sprawą w dużej mierze drugorzędną. Szczególną rolę ojca jako nauczyciela wiary wyobrażam sobie jako realizującą się na trzech poziomach. Na potrzeby tego tekstu określiłem je jako: troska o środowisko, nadawanie formy oraz szkoła wiedzy i myślenia. Nim je opiszę, trzeba koniecznie wspomnieć o jeszcze jednym wymiarze rodzicielstwa, który dla wychowania w wierze wydaje się kluczowy.

System drogowskazów

Na długo przed tym, nim werbalnie zaczniemy przekazywać naszym dzieciom jakiekolwiek sądy i kierować ich zachowaniem, świat ich wartości i wzorców kształtuje się w oparciu o przykład, o to, co bacznie obserwują każdego dnia. I nie kończy się to z chwilą, gdy zaczynają rozumieć nasze prośby, polecenia czy też uzasadnienia. Co więcej, na wczesnym etapie ów przykład niekoniecznie musi przekładać się na zachowanie dzieci. Nie ono też jest w nim najważniejsze, choć jestem pewien, że modelowanie dobrych i właściwych sposobów zachowania ostatecznie takim właśnie przełożeniem zaowocuje. Istotniejsza od niego jest generalna spójność naszych, bardzo szeroko rozumianych zachowań – które wyposażają dzieci w swojego rodzaju behawioralną gramatykę i tworzą dla nich podstawowy system drogowskazów poruszania się w przestrzeni międzyludzkiej – z tym, co przekazujemy im w ramach bezpośredniej nauki wiary. Użyję tylko jednego przykładu: w domu, w którym dzieci nie mogą zaobserwować żadnych przejawów ofiarnej miłości, mówienie im o Chrystusie, który z miłości do nas oddał własne życie, będzie miało małe szanse prawidłowej implantacji. Prawidłowej nie oznacza tu dobrego zapamiętania czy intelektualnego zrozumienia, ale egzystencjalną interioryzację, uczynienie z tego podstawy własnych wyborów.

Troska o środowisko

To, co nazwałem troską o środowisko, polega na swojego rodzaju ogarnianiu myślą całokształtu życia rodziny i dbaniu o to, aby była ona dla wszystkich jej członków dobrym miejscem przebywania i rozwoju. Oznacza to na przykład dążenie do rozwiązywania konfliktów, a wręcz przejmowanie w tym inicjatywy, gotowość do przebaczania i przypominanie o konieczności takiej gotowości, dbanie o przejrzystość komunikacji, zapewnienie pozostałym członkom rodziny poczucia głębokiego bezpieczeństwa (myślę, że ważniejszy jest tu poziom psychiczny i duchowy niż materialny). I każdą z tych rzeczy trzeba potraktować „po męsku”, to znaczy z odwagą, w poczuciu odpowiedzialności za dobro całej rodziny i z gotowością do odrzucenia i przezwyciężenia własnych słabości i ograniczeń. Mogłoby się wydawać, że nie ma to zbyt wiele wspólnego z nauką wiary, jest to jednak pozorne. Mamy tu podobną sytuację jak w przypadku modelowania, z którym zresztą ten poziom jest jak najściślej powiązany. Jednakże oprócz niego chodzi tu również o wytworzenie i utrzymanie takiego środowiska, w którym panuje prymat wzajemnej miłości zgodnie z przykazaniem Pańskim (J 15,12), a nauka wiary na wszystkich innych poziomach jest wiarygodna i nie wytwarza w dzieciach poczucia dwójmyślenia i dwójdziałania, nie przyzwyczaja ich, że są one czymś normalnym.

Nadawanie formy

Kolejny aspekt specyficznej roli ojca jako nauczyciela wiary to sfera norm i wymagań. Wiara nie jest przecież wyłącznie sprawą tego, co się myśli, ale w równie dużym stopniu tego, kim się jest, jakich się dokonuje wyborów, jak ma się ukształtowane sumienie. Nazwałem go nadawaniem formy, gdyż na tym właśnie, w moim odczuciu, polega działanie ojca: formowanie poprzez stawianie wymagań i określanie (przywoływanie) norm. Nie mam tu na myśli kindersztuby i wprowadzania w tzw. „dobre wychowanie”. Oczywiście w jakimś stopniu ma to także miejsce, ale jest to sprawa drugorzędna. Najważniejsze jest umożliwienie dzieciom bycia ludźmi prawdziwie dobrymi, wdrożenie ich w świat obiektywnych wartości, które wynikają z wiary: nauczenie odróżniania dobra od zła i prawdy od fałszu, wypracowanie w nich myślenia, że lepsze jest to, co może trudne, ale słuszne, niż to, co łatwe, ale niewłaściwe. Nie da się tego zrobić bez trudu, a czasem nawet bólu i walki, wszak forma to coś, co ogranicza. Naszą rolą jest jednak również pokazanie – na własnym przykładzie, ale też za pomocą słów – że nie jest to zbiór wydumanych i oderwanych od życia przykazań, ale że celem tych wszystkich nakazów i zakazów jest nasze dobro. Ujmując tę kwestię od innej strony, chodzi po prostu o ukazanie sensu tego wysiłku. A jest nim życie prawdziwie i głęboko szczęśliwe. Szczęśliwe, nie zaś łatwe i przyjemne. W tle walki o dobro musi być bowiem zawsze prawda o naszej grzeszności i o Krzyżu Chrystusa.

Interaktywne reagowanie na dziecięcą ciekawość

Mówiąc o szkole wiedzy i myślenia, nie miałem na myśli systematycznego wprowadzania w świat wiedzy religijnej, choć pewnie można i tak. Jednak na etapie kilku pierwszych lat dużo ważniejsze wydaje się interaktywne reagowanie na naturalną dziecięcą ciekawość. Słowem – odpowiadanie na pytania, których nigdy nie brakuje, a jeśli dzieci uczestniczą w życiu religijnym, liturgicznym, czytaniu Pisma i podobnych praktykach, pytania z pewnością się pojawią. Jest to dla nas wielka szansa, której nie powinniśmy przegapić. Możemy bowiem za jednym zamachem dać dzieciom podstawy wiedzy religijnej: biblijnej, sakramentalnej itd., a z drugiej uruchomić czy pobudzić w nich myślenie, sprawić, że ich rodząca się wiara będzie miała oparcie w żywym i aktywnym rozumie. Dajemy im bowiem wtedy możliwość konfrontowania własnych myśli, sposobów rozumienia, pozwalamy weryfikować i modyfikować modele poznawcze, które sobie zbudowały, a przez to kierunkujemy rodzący się wewnętrzny dyskurs. Dlatego ważne jest, aby pytania i wypowiedzi dzieci traktować poważnie, nawet wówczas, kiedy są absurdalne albo wynikają z nierozumienia jakiejś rzeczy. Oczywiście może się czasem zdarzyć, że odpowiedź na jakieś pytanie sprawia nam trudność. Jedną z niesamowitych i wspaniałych cech relacji między rodzicami i dziećmi jest jednak to, że one kochają nas takich, jacy jesteśmy. Nie stracę nic w oczach mojego dziecka, jeśli odpowiem mu: nie wiem, ale dowiem się i wtedy ci odpowiem.

Przyznam się szczerze, że nie widzę bezpośredniego powodu, dla którego miałby to być poziom w jakiś szczególny sposób zarezerwowany dla ojców, w każdym razie w naszym domu realizujemy go oboje. Powiedziałbym jednak tak: być może nie ma większego znaczenia, kto pouczy dziecko o tym, a kto o tamtym (w znaczeniu: przekaże informację). Ale ogromną wartość ma to, że od jednego i od drugiego z rodziców usłyszy, jeśli nie dokładnie to samo, to rzeczy wzajemnie się dopełniające i ze sobą spójne.

A na koniec mogę dodać jeszcze tyle: w całej mojej ojcowskiej karierze niewiele rzeczy sprawiało mi tyle satysfakcji, co obserwowanie rozwoju religijnego moich dzieci. Warto więc to robić, również dla własnej radości.

Palec ojca
Tomasz Dekert

urodzony w 1979 r. – doktor religioznawstwa UJ, współpracownik Dominikańskiego Ośrodka Liturgicznego, wykładowca w Wyższej Szkole Filozoficzno-Pedagogicznej „Ignatianum”, redaktor „Christianitas”. Żonaty, ojciec czwórki dz...