Między ascezą a erotyką

Między ascezą a erotyką

Krystyna Czerni, Nietoperz w świątyni. Biografia Jerzego Nowosielskiego, Znak, Kraków 2011, s. 444

Nietoperz w świątyni – zżymam się na tytuł, nie zaś na książkę, na którą od dawna czekałem. Tak, widziałem nieraz jak motyl, nietoperz lub ptak wlatywały do kościoła. W pierwszym odruchu cieszyłem się, dostrzegając w tym uśmiech Pana Boga. Zwierzęta i ludzie, niemal cały świat zamknięty, odnaleziony w świątyni. Uśmiech gasł, gdy obserwowałem, jak skrzydlaci podróżnicy rozpaczliwie miotają się, podejmując raz po raz próbę wydostania się z zamkniętej przestrzeni. Myliły ich witraże, ogłuszało echo. Pamiętam podenerwowanie i niepokój modlących się, ich uczucie niesmaku, gdy motyl przysiadał na monstrancji, gdy nietoperz oświetlony od spodu rzucał złowrogi cień na ścianę, gdy gołąb przypatrywał się – złowieszczo? podejrzliwie? – wciśnięty pod stropem. Obecność zwierząt w świątyni podkreślała obcość, zwracała uwagę na dzielące nas nieprzekraczalne granice – jakże to, sierść i pióra, czułki i błoniaste skrzydła na białym obrusie ołtarza, na złotym tabernakulum? Przeczytawszy tytuł biografii Jerzego Nowosielskiego, niemal poczułem na języku niesmak tego konkretu: sierść kontra wykrochmalone płótno. Pisać w taki sposób o Nowosielskim?

Światło, półcienie, ciemności

A jak pisać inaczej? Naturalnym działaniem biografa jest przedstawianie postaci malarza za pomocą jego obrazów. Dzięki nim najlepiej widać twórcę – opowiedzieć go, posługując się jego własnym dziełem, tytułami, laudacją i sprzeciwem krytyków. Jednak werniks życia Nowosielskiego wymyka się, zbyt jest tajny, poszarpany, by lekko przejść nad tym do porządku dziennego. Świetnie wyczuwa to Krystyna Czerni. Inaczej pisze się o polityku, inaczej o artyście. Jeszcze inaczej o artyście, który niedawno odszedł. Gracja i delikatność w poruszaniu problemów będą tu nieodzowne, ale jednocześnie śmiałe dotykanie spraw kłopotliwych, a nawet bolesnych, jest konieczne. Nie laurka i nie skandal. Czerni niemal do perfekcji opanowała ten trudny krok. Śmiało zapuszcza się w rejony prywatności, ale ma dostatecznie dużo taktu, aby w porę się wycofać, zostawiając czytelnikowi ocenę. Autorka kontroluje się, wie, o kim pisze – to nie ona jest najważniejsza. Spodziewałem się, że Krystyna Czerni, która od kilku lat przybliża nam twórczość Nowosielskiego i wydała jego listy do Tadeusza Różewicza czy Ryszarda Przybylskiego, będzie skwapliwie przemycać autocytaty, powtarzać się czy wręcz przyznawać sobie prawo do bycia jedyną interpretatorką. Nic z tych rzeczy: to pełna pasji biografia jednego bohatera. Piszę o tym tak obszernie, ponieważ coraz rzadziej mamy do czynienia z klasycznie piękną biografią, która potrafi umiejętnie korzystać ze światła, półcienia i ciemności.

Każdy ma jakąś rodzinę, powtarza na wstępie autorka. I rzeczywiście, to zdanie tak oczywiste staje się nie lada wytrychem do życiorysu Jerzego Nowosielskiego. Znamy jego postać z obrazów, nieobce są nam jego wypowiedzi, jednak Czerni nadaje wizerunkowi mistrza Jerzego właściwe proporcje. Jedyne, co o nim wiemy, to jego własna, świadoma autokreacja. Przyznajmy: świetna. Nowosielski profesorem sztuk plastycznych, wybitnym malarzem, niepokojącym teologiem prawosławnym, mistykiem przeżywającym cierpienie zwierząt i opuszczenie Boga. To wszystko po części prawda, to wszystko składa się na jeden obraz. Ale ile było Nowosielskiego w Nowosielskim, kim był pan Nowosielski?

Jezioro żywiołu, piasek czasu

Malarz nie lubił mówić o swojej przeszłości. Szerszej publiczności objawił się jako w pełni ukształtowana osobowość. Poprzedzała go tajemnica, z tajemnicy przychodził. Podobna sytuacja pojawia się w działalności fałszywych mesjaszy czy guru – zatajanie narodzin, fantazje na temat własnego dzieciństwa – jednak Nowosielski nie był żadnym duchowym nauczycielem. Nie w tym sensie przynajmniej. On był raczej antynauczycielem, mistrzem poprzez zaprzeczenie i stąd bliżej mu do ojców pustyni lub buddyjskich nauczycieli. Urodził się w cieniu cierpienia. Dwóch starszych braci zabrała choroba – rodzice długo nie mogli się otrząsnąć z tej tragedii. Jerzy dorasta ze świadomością, że śmierć zagościła w tej rodzinie. Rodzice otoczą go czasem aż nazbyt przesadną opieką. Na zdjęciach z dzieciństwa sprawia wrażenie neurotycznego, wrażliwego i zamkniętego w sobie. O tym okresie mówi niewiele. Szczędzi również wrażeń z rocznego nowicjatu w klasztorze, niemal nie dzieli się obrazami likwidacji getta. Obrazami, które oglądał z bezradności szpitalnego łóżka i które zaprowadzą go do utraty wiary w Boga. W sposób religijny będzie mówił o tym, że doświadczenie ateizmu jest jednym z najgłębszych doświadczeń religijnych. Mówi o tym dużo i na różne sposoby, jakby dowartościowując po latach tamto doświadczenie. Wielu ludziom taki sposób mówienia o utracie wiary jest bliski, Nowosielski będzie w duchowych ciemnościach niósł światełko pokrzepienia. Jeszcze o rocznym pobycie w klasztorze wspomni nieznacznie, zamykając dla osób postronnych ten czas. Krystyna Czerni zapyta wprost: „Czego on się tam przez rok nauczył?”, ale odpowiedzi na to pytanie nie poznamy. Wydaje się, że zza bram klasztoru wychodzi ukształtowany ikonopis oraz w pełni świadomy teolog. Ale rok nowicjatu nie mógł go aż tak ukształtować, aż tak przeobrazić, on musiał wejść tam z całym bogactwem, które dopiero za klasztornymi murami nabrało ostrości formy. Kiedy czytelnik pyta za autorką, czego Nowosielski nauczył się w zakonie, to zapytać musi także o to, jaki Nowosielski przybył do nowicjatu. I na żadne z tych pytań nie uzyska odpowiedzi. Wspomnienia z likwidacji getta również utoną w zamkniętym jeziorze milczenia.

Pochwała niekonsekwencji

Zaskakujące, że w jego biografii tak mało wspomina się o zwierzętach. Z ostatnich lat mistrza Jerzego zapamiętałem najbardziej jego zaangażowanie w przywrócenie świadomości teologicznego patrzenia na zwierzęta. Jednak na dobrą sprawę każdego z tematów poruszanych przez Nowosielskiego jest tu (za) mało. Sens twórczości, rola artysty w świecie, ikona po doświadczeniu XX wieku, mistyka i erotyka, wreszcie „mój” Chrystus: wymieniłem tylko kilka, a zagadnień jest bez liku. I raz jeszcze przypomni się czytelnikowi naczelna zasada tej książki. Bohaterem jest Nowosielski. Nietoperz w świątyni nie jest przypisem do traktatów Nowosielskiego. Trudno się zresztą od nich uwolnić, skoro sam dodał tak wiele autokomentarzy. „Ja już tyle się nagadałem w tych wywiadach – stwierdził kiedyś. – Jeśli ktoś chce się czegoś ode mnie dowiedzieć, to raczej z tych tekstów, co już są. Co miesiąc się czegoś nowego nie wymyśla”. Zatem nie twórczość i artysta, nie Chrystus i zwierzęta, ale Nowosielski – mieszkający w Łodzi i Krakowie, podróżujący, śpiący, pracujący. Nie można zepchnąć tematów poruszanych przez Nowosielskiego całkowicie na margines, jednak dzięki Czerni wreszcie widzimy go, jak walczy, upada, pragnie. Udało się autorce uzyskać pewien dystans do myśli Nowosielskiego. „Do legendy przejdą słynne teologiczne monologi artysty, które mają wymiar niemal dadaistycznego happeningu. Pełne imponującej erudycji, żarliwego dyskursu i odwagi w stawianiu pytań Bogu i samemu sobie. Przy całej erudycji autora te porywające wywody nie mają charakteru spójnego systemu, raczej walor intelektualnej prowokacji. Piętrząc szalone teologiczne koncepcje i surrealistyczne herezje, Nowosielski najwyraźniej świetnie się bawi: ignorancją słuchaczy, ale i własną zuchwałością. Nikt za nim nie nadąża, słucha się tego jak poezji, to jest szalenie artystyczne. Widać wyraźnie, że przyjmując pozę teologicznego skandalisty, artysta zachowuje gdzieś u spodu dziecięcą, niewzruszoną wiarę, religijną pewność, która pozwala mu na rodzaj dystansu i nonszalancji. Jest w stanie wybaczyć wszystkie słabości i grzechy: sobie, Kościołowi, światu. Zanurzony w liturgii, zachowuje się tak, jakby Kościół nie był mu potrzebny, jakby miał jakieś bezpośrednie łącza z samym Panem Bogiem”. Czy więcej dzięki temu zwykłego, ludzkiego oblicza Nowosielskiego w tytanie pracy? Z pewnością. Oznacza to jednak, że wkraczamy tam, gdzie widzieli go najbliżsi, a gdzie nie docierał wzrok większości z nas. Na margines książki, na paletę z odłożonym pędzlem, na skraj łóżka, dno butelki. Nie dla każdego będzie to lektura łatwa ani tym bardziej miła.

Pan Nowosielski i nowosielątka

Czy wobec tego Nietoperz… jest biografią skandalizującą? Nie. Jeśli zmierzymy proporcje, wciąż więcej będzie Nowosielskiego, którego znamy: artysty, teologa, mistyka. Jest też ten drugi Nowosielski, mroczny, ukryty. To Nowosielski spętanych kobiet, powiązanych w przedziwny sposób, łamanych kołem. Tygrys w pracowni, niezwykła osobowość gniotąca niedojrzałych i poszukujących jeszcze studentów. Zasłanialiśmy się przed nim, ale to była taka siła – tłumaczą po latach własną bezsilność studenci z jego pracowni, do których przylgną określenia „nowosielątka”. Wreszcie rzeczy ukryte tak samo głęboko jak nałóg alkoholowy, niemal na jednej linii: wieloletnia pomoc finansowa i duchowa dla pokiereszowanych życiem studentów, dzieci przyjaciół, napotkanych po drodze ludzi. Jak to zmierzyć, jak wypośrodkować? Dlatego każde wejście w jego życie jest intymne i drażliwe, bo tak się żyje: nie na niby. Dla artysty tak płodnego, który nie oddzielił twórczości od życia, sama sztuka staje się biografem. „Moje malarstwo jest jak spowiedź, i to publiczna spowiedź. Ja w swoim malarstwie obnażyłem się o wiele bardziej, niż mógłbym obnażyć się przed najbardziej wścibskim i wymagającym spowiednikiem czy psychoanalitykiem. Niczego nie ukrywałem. Wykładałem na stół wszystko, co miałem do pokazania ze swojego wnętrza”. Wystarczy popatrzeć. To, czego nie dostrzegaliśmy – czy aby na pewno? – możemy teraz doczytać.

Gimnastyczki w sportowych ubraniach lub zwyczajnie nagie – kobiety spętane, z rozciągniętymi do granic obrazu i poznania ciałami, ujarzmione. Erotyczne makabreski Nowosielskiego. Największe tajemnice to te, które milczały do tej pory o kobietach. O mrocznych i niepokojących fascynacjach malarza, o pojawiających się muzach artysty, o żonie, która pozostaje w domu. Kobiety Nowosielskiego. A przy nich najczęściej on: mężczyzna w garniturze, muskularny, czysty, silny. Kat i podglądacz. Zaskoczeni krytycy powiedzą o Nowosielskim, że ma „skomplikowaną duszę” i udręczone kobiety nazwą „pannami nowosielskimi”, znajomi dorzucą fascynację szkołą katów, pismami markiza de Sade, studentkami, co podobno godziły się na przypalenie papierosem, ale teraz nikt tego nie potwierdza. Czy żył w takim rozdarciu: z jednej strony bizantyjski blask świętości, niemal przyjaźń z mistrzami życia duchowego, a z drugiej tętniące życie z możliwościami, jakie daje władza profesora nad młodymi kobietami? Czy w ten sposób leczył własne kompleksy? Bliscy twierdzą, iż miał jakiś uraz do własnych kolan, inni widzą w nim bardziej erotomana gawędziarza niż człowieka czynu. W 1995 roku udzieli zaskakującego wywiadu: „W jakimś sensie jestem sadystą. Ale tu trzeba zrobić zasadnicze rozróżnienie. Nienawidzę okrucieństwa i uważam, że sadyzm w erotycznym wcieleniu nie jest wcale okrucieństwem, jest to po prostu rozwinięcie możliwości przeżycia erotycznego poza naturalne granice, które wyznacza nam fizjologia. (…) Ona jest istotą bierną, on aktywną. Ta bierność kobiety jest czymś w rodzaju przyzwolenia na niewolę, na związywanie rąk, na aktywność mężczyzny”. Ten sam artysta w liście do Tadeusza Różewicza odmówi ilustracji do Białego małżeństwa, uważając je za pornograficzne. „W moim działaniu artystycznym – będzie się tłumaczył poecie – najbardziej infernalne elementy Erosa staram się podnosić, przywracać ich sens metafizyczny, duchowo pozytywny”. Jego artystyczny projekt rozciągnięty na lata to podniesienie ciała z upadku, malarskie przebóstwienie, uświęcenie biologii człowieka. Projekt, który nie wytrzymuje próby, który rozłazi się, dygoce. Jakby to ciało, które można wziąć w posiadanie, jednocześnie się wymykało. Czerni przywołuje zapamiętaną rozmowę Nowosielskiego z Leonidem Uspienskim na temat ciała, które trafi do nieba. Uspienski twierdzi, że już przemienione i uświęcone, Nowosielski, że ziemskie, cielesne i grzeszne. Zdenerwowany Uspienski szarpie zwiotczałą skórę na ramieniu, krzyczy: to ma wejść do nieba? Nowosielski: tak, właśnie to. Nigdy nie odkryje swoich kolan. Zawsze w długich spodniach.

Nietoperz, nietoperz

Przeobfita jest ta biografia. Jak to możliwe, by życie, którym można obdzielić kilka osób, zamknęło się w jednym dowodzie tożsamości? Czy cechą dominującą, wspólnym mianownikiem spinającym całość fenomenu Nowosielskiego, będzie – aż i tylko – udręka, wewnętrzne rozdarcie? Rozpięty jest bowiem między ascezą i erotyką, między rolą małżonka i z czasem domowego tyrana a powracającym co parę lat pragnieniem pozostania duchownym prawosławnym. Jurodiwyj i kaliger, ikonopis, a nawet architekt cerkwi, lecz przecież w większości nieprzyjęty przez swoje pokolenie wschodnich chrześcijan. Malarz, o którym mówiło się co jakiś czas, że już się skończył, a on wtedy zadziwiał wszystkich zwyżką formy, nowym wyzwaniem.

Nietoperz w świątyni to biografia łącząca w sobie czułość i uznanie wobec mistrza oraz prywatną dociekliwość. Zamiast definitywnych odpowiedzi przedstawiająca wachlarz listów, głosów, wspomnień. Mam wrażenie, że jest to książka, która nie tyle zamyka temat Nowosielskiego, ile na nowo go definiuje i dopiero otwiera. Nowosielski to nasz współczesny Dostojewski. I nagle tytuł zamyka mi się w całość, bo nie mogło być innego. Nie mam już pytań ani wątpliwości. Spokojny, wyciszony sięgam po album z obrazami.

Między ascezą a erotyką
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....