Nowo narodzeni
fot. isabella mckenzie / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Nerw święty. Rozmowy o liturgii

0 votes
Wyczyść

Przyjęłam chrzest nie po to, żeby zostać matką chrzestną. Bez tego można żyć. Przyjęłam, żeby się zbawić. Nie dla kogoś – dla mnie samej – mówi Valérie.

Niedziela, 12 kwietnia 2015 roku. Jeden z tych dni, kiedy Paryż tonie w słońcu. Nic dziwnego, że po ulicach spacerują tłumy mieszkańców i turystów. Co jakiś czas mignie grupka postaci w leginsach i kolorowych podkoszulkach. Część z medalami. Przed południem miał miejsce tradycyjny wiosenny maraton. Ale jeśli dobrze się przypatrzeć, w samym centrum turystycznej dzielnicy łacińskiej można spotkać nieco inaczej ubrane osoby. Wszyscy odświętnie. Część z białymi szalami, inni w albach lub białych pelerynach przemykają w stronę kościoła Saint Séverin – niewidocznego, bo obudowanego sklepikami z kiczowatymi pamiątkami i barami z porównywalnej jakości jedzeniem dla turystów. Za jakieś półtorej godziny, po wysłuchaniu konferencji arcybiskupa Paryża kardynała André Vingt-Trois, niecodzienny orszak kilku setek nowo ochrzczonych, ich chrzestnych i przyjaciół ruszy na nieszpory i mszę do katedry Notre Dame. Tydzień temu, w czasie wigilii paschalnej przyjęli chrzest, bierzmowanie i pierwszą komunię. Patrząc na ten roześmiany tłum, można by sklecić podbudowaną optymistycznymi statystykami laurkę ku pokrzepieniu serc. Ale nie o tym będzie ten tekst. Nie o tłumach potwierdzających sukces nowej ewangelizacji. Za każdą cyferką kryje się bowiem bardzo konkretna osoba, ze swoją historią, którą trudno zredukować do procentów i liczb. Poznajcie zatem troje z nich: dwoje dopiero co ochrzczonych i jedną z nieco dłuższym doświadczeniem. Oto Estelle, Savin i Valérie.

Z głębokości…

Kilka godzin później. Grupa kilkunastu osób: katechumenów, nowo ochrzczonych i ich opiekunów siedzi w kręgu. Na stole świeca. Przed każdym otwarte Pismo Święte. Po modlitwie psalmem jak zwykle przeczytają niedzielną Ewangelię, by przez kolejne półtorej godziny dzielić się spostrzeżeniami, pytaniami, wątpliwościami. Dziś jednak dojdzie jeszcze dodatkowy punkt programu. Nowo ochrzczeni podzielą się doświadczeniami z nocy paschalnej.

Naprzeciwko mnie siedzi Estelle. Pogodna, pełna zapału i uroku 23-letnia paryżanka. Aż trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu zmagała się z ciężką depresją. Dziś opowiada o tym spokojnie, choć coś w jej oczach mówi, że wcale tak spokojnie nie było. – Przeżyłam prawdziwe ciemności beznadziei i zwątpienia. Byłam bardzo słaba: nie tylko psychicznie, ale i fizycznie. Jedno wpływało na drugie. I znikąd nie było widać pomocy.

Jednak paradoksalnie te najcięższe godziny łączą się z najpiękniejszym doświadczeniem w jej życiu. To wówczas się wydarzyło coś, co nazywa „wezwaniem od Boga” – Kogoś, kto chciał wyrwać ją z odmętów rozpaczy. Kogoś, kto ofiarował jej nowe życie. – Nie mam najmniejszych wątpliwości. To wiara mnie ocaliła – mówi Estelle.

Do trzech razy sztuka

Jest 2003 rok. Dwa lata po śmierci ojca i rok po ciężkim zawale matki, Savin budzi się w środku nocy w swoim mieszkaniu w paryskiej 13. dzielnicy. – Trudno powiedzieć, co to było… Doświadczenie na granicy snu i jawy. Nie trwało dłużej niż kilka sekund. Ale niezwykle mnie poruszyło. Na swój użytek nazywam to „pierwszym wezwaniem” – opowiada mi, gdy siedzimy w nowo urządzonej salce katechetycznej na tyłach kościoła św. Dominika. Naprzeciwko mnie dobrze zbudowany 48-letni mężczyzna o siwiejących włosach. Pełen energii. Pod ścianą hulajnoga dla sześcioletniej córki, którą po naszym spotkaniu odbierze ze szkoły.

– Rodzice byli wierzący… Przynajmniej ochrzczeni, bo nie praktykowali wiary. Żadnego z naszej piątki nie ochrzcili. Chcieli nam dać możliwość wyboru.

Na razie tylko starszy brat Savina zdecydował się na chrzest. Dwoje wierzy po swojemu, a najmłodszy brat jest ateistą.

Doświadczenie z 2003 roku powtarza się rok później. Tym razem Savin ma wrażenie, że przyszedł do niego zmarły ojciec i mówi, że wszystko z nim w porządku, ale ma dużo pracy. Przez następne dni Savin usiłuje zrozumieć, co tak właściwie się stało i co z tego dla niego wynika.

Rok później nadchodzi trzecie wezwanie. Savin budzi się o trzeciej nad ranem. Wstaje, aby się przejść i zajrzeć do pokoju mamy. Znajduje ją z obrzękiem płuc. Kobieta się dusi. Natychmiastowa pomoc ratuje jej życie. Savin wie, że gdyby przyszedł 20 sekund później, byłoby już po niej. A tak mama zyskała półtora roku życia. – Ale nie myśl, że zaraz potem nastąpił wielki przełom i poszedłem do kościoła. To trwało znacznie dłużej. Od pewnego czasu chciałem być bliżej, ale nie wiedziałem, jak się do tego zabrać. Wiedziałem, gdzie jest moja parafia, ale nikogo tam nie znałem – wspomina.

Zadecydował przypadek. Lekarz rodzinny Savina był jednocześnie stałym diakonem u św. Dominika. Kiedyś Savin zauważył dziwny znaczek w klapie jego marynarki i zapytał, co to jest. Od słowa do słowa zeszli na temat wiary i Savin przyznał, że chciałby się ochrzcić, ale nie wie, jak to zrobić. Na to Patrick zaproponował, że mogą razem pójść do proboszcza.

Od pierwszego wezwania minęło 10 lat.

Zapomnieli?

Czasem droga do drzwi kościoła może być nieco dłuższa – i to dosłownie. Wie o tym doskonale Valérie, urzędniczka francuskiej dyplomacji, która chrzest przyjęła 11 lat temu w Polsce. Pół życia spędziła na placówkach, szczególnie w Europie Środkowej i Wschodniej. W 2003 roku pracowała w konsulacie w Krakowie, naprzeciwko klasztoru dominikanów. To tam biegały na spotkania duszpasterstwa akademickiego „Beczka” jej dwie przyjaciółki, Białorusinki Olja i Ania. – Było nas w domu dwanaścioro rodzeństwa: sześciu chłopców i sześć dziewczynek. Do pary! – opowiada.

Ojciec był niewierzący, matka – katoliczka, ale wychowywanie gromady dzieci w połączeniu z pracą zawodową sprawiły, że wycofała się z życia Kościoła. Dzieci jednak ochrzciła. Wszystkie – z wyjątkiem najmłodszej Valérie. – Nigdy się chyba nie dowiem, dlaczego jako jedyna z rodzeństwa nie zostałam ochrzczona. Może rodzice akurat weszli w jakiś konflikt z proboszczem? A może było to na fali popularnego wówczas marksizmu? Nie wiem – tłumaczy dzisiaj.

Zaangażowanie religijne przyjaciółek imponowało Valérie. Zwłaszcza że zadawała sobie wiele pytań, na które nie znajdywała odpowiedzi. Jednak decyzję o rozpoczęciu katechumenatu podjęła z całkiem prozaicznych pobudek. – Chodziło o względy czysto biurokratyczne. Moja bratanica wzięła właśnie ślub i marzyłam, żeby zostać matką chrzestną jej dziecka. Do tego jednak najpierw sama musiałam się ochrzcić.

Z czasem pojawiły się różne komplikacje w życiu osobistym. Katechumenat przestał być formalnością, a stał się doświadczeniem duchowym. Zresztą, koniec końców, do dzisiaj nikt Valérie nie poprosił, żeby została matką chrzestną. – Przyjęłam chrzest nie po to, żeby zostać matką chrzestną. Bez tego można żyć. Przyjęłam, żeby się zbawić. Nie dla kogoś – dla mnie samej.

– Bardzo wielu katechumenów zwraca uwagę na jakiś szczególny moment, który stał się pretekstem do podjęcia ostatecznej decyzji – tłumaczy jezuita o. Philippe Marxer, krajowy koordynator ds. katechumenatu we Francji. – Jednak nawet za przysłowiowym kwitem do ślubu kryją się niejednokrotnie znacznie dłuższa historia i znacznie głębsze motywacje.

W ostatnim czasie o. Marxer przeprowadzał badania we francuskim archiwum kościelnym. Gdy przeglądał wyniki ankiety na temat katechumenatu sprzed 50 lat, jego uwagę zwróciła część poświęcona motywacjom. – Na pierwszym miejscu zarówno dzisiaj, jak i 50 lat temu figuruje pragnienie więzi z Bogiem. Jednak 50 lat temu drugim wymienianym powodem była chęć zaangażowania społecznego i manifestowania określonego światopoglądu. Dzisiaj natomiast tym, co przyciąga, jest pragnienie braterstwa i odnalezienia sensu życia. W zasadzie nie powinno nas to zaskakiwać. W końcu to pochodna tego, jak wygląda nasze społeczeństwo.

Jak w Dziejach Apostolskich

Korzystam z wiedzy o. Marxera, aby z lotu ptaka przyjrzeć się francuskim katechumenom. W tym roku podczas wigilii paschalnej chrzest przyjęło 3790 dorosłych i 1011 nastolatków. To o połowę więcej niż 10 lat temu. W większości pochodzą oni z wielkich miast (75 proc.), przy czym metropolia paryska stanowi 36 proc. ogółu. Nie dajmy się jednak zwieść magii liczb.

– Na pierwszy rzut oka można powiedzieć: eksplozja wiary w wielkich miastach, dogorywanie na wsi, ale na przykład w regionie paryskim w ostatnich pięciu latach praktycznie podwoiła się liczba katechumenów pochodzących z terenów wiejskich – tłumaczy o. Marxer.

To jeden z owoców budzącej kontrowersje reorganizacji granic parafii. Wiele połączono, co oznacza nieraz utrudniony dostęp do kościoła. Jednak w efekcie małe grupy połączone w jedno stały się o wiele bardziej żywotne i zaczęły przyciągać ludzi dotychczas obojętnych.

Większość to młodzi – ponad połowa ma 20–35 lat. Reprezentują przekrój całego społeczeństwa. Od niedawna w 21 diecezjach poza katechumenatem dla dorosłych i przygotowaniem dzieci do chrztu otworzono katechumenat nastolatków. – Takie zainteresowanie chrztem wśród nastolatków jest dla nas czymś nowym. Po części są to młodzi, których wierzący rodzice postanowili odłożyć chrzest na później, dając im możliwość wyboru – tłumaczy o. Marxer.

Jednak do drzwi kościoła puka też coraz więcej młodych ludzi pochodzących z rodzin niewierzących. Do wiary przyciągają ich rówieśnicy. Z Kościołem spotkali się po raz pierwszy w drużynach skautowskich czy w grupach duszpasterskich, które nie zamykały się przed niewierzącymi. – Coraz częściej zgłaszają się też już nie pojedyncze osoby, ale całe rodziny, które chcą przyjąć chrzest. To zupełnie jakbyśmy wrócili do czasów Dziejów Apostolskich – opowiada z zapałem jezuita.

Rodzina

Decyzja o chrzcie, zwłaszcza jeśli pochodzi się ze środowiska obojętnie lub wrogo nastawionego do Kościoła, może wywołać niejeden konflikt. Szczególnie dotyczy to konwersji z islamu, która pociąga za sobą całkowite zerwanie więzów rodzinnych, a niekiedy prześladowanie. Nie zawsze jednak musi tak być.

Żona Savina, z pochodzenia Wietnamka, nie jest chrześcijanką. Ich dzieci oczywiście też nie zostały ochrzczone. Jednak to właśnie one co niedzielę pilnują, by tata nie spóźnił się do kościoła. – Chociaż moja wiara nie jest wiarą mojej żony, zawsze mogę liczyć na jej wsparcie. Myślę, że przede wszystkim dlatego, iż widzi, jak się zmieniłem. Że inaczej ją traktuję – mówi Savin. Zresztą to nie koniec zmian. Już niedługo przed nimi nowe wyzwanie – wezmą ślub kościelny.

Estelle pochodzi z rodziny, której część członków jest niepraktykującymi chrześcijanami, a część – muzułmanami. Wobec tego rodzicom wydawało się, że najlepiej będzie, jeśli sama zdecyduje, z którą (jeśli w ogóle) religią będzie się chciała związać. – Początkowo bliscy wyśmiewali się. Robili docinki. W końcu jednak zaakceptowali mój wybór – opowiada.

Valérie bardzo długo trzymała w tajemnicy decyzję o chrzcie. Przyjaciółki Białorusinki dowiedziały się, gdy rozpoczęła katechumenat. Kolegom z pracy powiedziała w Wielki Piątek. Do mamy zadzwoniła dopiero po chrzcie.

– Szczerze? Do ostatniej chwili nie wiedziałam, czy wytrwam do końca – śmieje się.

W niedzielę obudziła się po wszystkim trochę niewyspana, ale pełna radości poszła na mszę, a po powrocie zadzwoniła do domu. Zaskoczenie było ogromne, ale pozytywne. – To był dla mnie bardzo ważny moment. Mogłam powiedzieć mamie, że chociaż w dzieciństwie mnie nie ochrzciła, to ja sama dopełniłam tego za nią. Podjęłam tę decyzję świadomie i nie mam jej za złe, że musiałam tyle czekać.

Jest jeszcze jej mąż Aleksander, z pochodzenia Rosjanin. O katechumenacie wiedział od początku, nie sprzeciwiał się, szanował decyzję Valérie, ale na chrzest nie przyszedł, został w domu. Jednak coś się zmieniło. Dwa lata później, kiedy Valérie wróciła do Paryża z dominikańskiej pieszej pielgrzymki na Jasną Górę, Aleksander oświadczył jej, że nazajutrz idzie się ochrzcić do cerkwi. To dopiero niespodzianka! – Przynależność do dwóch różnych Kościołów może rodzić konflikty, ale u nas jest na odwrót – opowiada Valérie. – Każde z nas przeżywa wiarę w duchu i wrażliwości wspólnoty, do której należy. To przestrzeń prywatności w obrębie małżeństwa. Jednak właśnie dzięki temu w naszym domu jest więcej harmonii i zgody.

Towarzysze drogi

Formalnie przygotowanie do chrztu dzieli się na cztery okresy. Najpierw jest czas poprzedzający. Chodzi o obycie się z Kościołem. Może to trwać od kilku tygodni do kilku lat. Potem rozpoczyna się właściwy katechumenat, który we Francji trwa średnio półtora roku.

– Pojawiają się głosy, że to za długo, że w innych religiach można zostać przyjętym w kilka sekund – opowiada o. Marxer. – Tłumaczę, że od rozpoczęcia właściwego katechumenatu, kandydat w pewnej mierze już jest w Kościele, choć jeszcze w sposób niepełny. Trzeba pozwolić wierze dojrzeć. To bardzo ważny czas. Zresztą takie głosy krytyki docierają raczej od osób z zewnątrz. Dla katechumenów nawet dwa lata to nieraz za szybko.

Ważnym elementem przygotowania jest czytanie i komentowanie Pisma Świętego. Valérie wspomina modlitwę psalmami, od których rozpoczynało się każde spotkanie. Początkowo był to gąszcz tajemniczych słów, które pierwszy raz słyszała po polsku. Z czasem przyszło zrozumienie nie tylko na poziomie językowym, ale i duchowym. – Miałam wrażenie, że otwierają się przede mną nowe wymiary rzeczywistości. Czułam się jak niewidomy, któremu Jezus przywraca wzrok, lub głuchoniemy, który po raz pierwszy słyszy i może mówić.

W przygotowanie katechumenatu zaangażowanych jest aktualnie ok. 11 tysięcy wolontariuszy, z których większość stanowią świeccy. Do dyspozycji są obecnie dwa programy spotkań. Można też oczywiście pracować według własnego schematu. Przygotowania opierają się na indywidualnych spotkaniach kandydata i jego opiekuna.

– To bardzo bliska dla mnie osoba – wyznaje Savin. – Mamy za sobą trzy lata cierpliwego znoszenia własnych słabości i ograniczeń.

Na początku wielkiego postu kandydaci do chrztu otrzymują fioletowe szarfy na znak, że właśnie rozpoczęli okres pokuty i oczyszczenia przed tym najważniejszym dla nich Triduum Paschalnym. W czasie kolejnych trzech niedziel mają miejsce trzy tzw. skrutynia, czyli modlitwy kapłana o uwolnienie kandydatów od wpływu diabła. W końcu nadchodzi wielki dzień. A właściwie noc…

I co dalej?

– Co roku w czasie Wigilii Paschalnej przypominam sobie mój chrzest. W tym roku udało mi się nawet spędzić ten czas w Krakowie – opowiada Valérie. Oglądamy album ze zdjęciami sprzed 11 lat. Uśmiechnięta kobieta stoi w szeregu z czwórką pozostałych katechumenów. Wszyscy w białych szatach, ze świecami w rękach i wiankami z kwiatów na głowach.

Z czasem emocje opadają, ich miejsce zajmuje szara codzienność. Powrót do Paryża był dla Valérie trudnym doświadczeniem. – To była totalna pustynia. Wiedziałam, że muszę znaleźć swój kościół. Nie było to jednak takie proste. Wiary uczyłam się po polsku. Wszystkie msze, w których brałam udział, były po polsku. Narodziłam się na nowo po polsku i źle się czułam we francuskim kościele. Dlatego wybrałam się do polskiej parafii na rue Saint Honoré i w zasadzie pozostałam jej wierna. To mnie zatrzymało przed odejściem z Kościoła.

Przykład Valérie pokazuje, jak ważne jest, aby również po chrzcie towarzyszyć neofitom. W tym celu Kościół przewiduje ostatni etap – mistagogiczny, czyli praktyczne wprowadzenie w życie Kościoła i sakramenty.

Jezuita przyznaje jednak, że nie wszędzie duszpasterze podchodzą skrupulatnie do tego ostatniego punktu. Stąd szczególnie wśród młodych ludzi niepokojąca tendencja wycofywania się z aktywnego uczestnictwa we wspólnocie parafialnej kilka tygodni po chrzcie. Z myślą o nich w niektórych diecezjach organizuje się w rocznicę chrztu dzień skupienia lub pielgrzymkę, które w wielu wypadkach stają się pretekstem do nowego startu.

O najbliższy rok martwić się natomiast nie muszą Savin i Estelle. Do przyszłego kwietnia nadal będą chodzić na spotkania katechumenatu, dzielić się słowem Bożym i konfrontować ze swoimi pytaniami i wątpliwościami.

Je ne regrette rien…

Co było dla nich największym odkryciem? Odpowiadają zgodnie: przede wszystkim orędzie zbawienia. Prawda o miłości Jezusa aż po krzyż. Ale nie tylko. Savin widział wcześniej w Kościele przede wszystkim drogę zbawienia. W trakcie katechumenatu odkrył wspólnotę, w której każdy modli się za drugiego. Kościół jest drogą, ale po tej drodze nie kroczymy sami.

– Może kogoś to zdziwić, ale ja naprawdę nigdy nie byłem niewierzący. Wierzyłem teoretycznie, że Jezus jest Zbawicielem, tylko mnie samego to nie dotyczyło. Wiedziałem, że przyszedł do mnie, ale ja nie chciałem zrobić kroku w Jego stronę. Nie, nie żałuję, że zostałem ochrzczony tak późno. Wiem, że Bóg był ze mną przez te 48 lat życia. Jak mógłbym to przekreślić?

– Czasem zastanawiam się, jak to jest przyjąć chrzest w dzieciństwie – wyznaje Valérie. – Wydaje mi się, że o wiele łatwiej wtedy przejść obok niego obojętnie. Żyć tak, jakby nic się nie stało. To musi być okropne: mieć taki ogromny skarb i nawet sobie z tego nie zdawać sprawy.

– Jestem dumna, że miałam okazję sama wybrać Boga, i cieszę się z każdej chwili, z każdej osoby, którą On postawił na mojej drodze – opowiada Estelle. – Przyjmując chrzest, świadomie mogłam zobaczyć różnicę między zdanym na samego siebie grzesznikiem a dzieckiem pod opieką Boga.

– Kiedy jesteś ochrzczony w wieku dorosłym, to jakoś bardziej jesteś wyczulony na zło, które czynisz bliźnim – dopowiada Valérie. – Wyrzekłam się zła. Wyznałam wiarę w Boga. I po tym wszystkim upadam. Pamiętam, że pierwszy grzech po chrzcie był dla mnie prawdziwym koszmarem. Spowiednik na szczęście wytłumaczył mi, że życie to sztuka podnoszenia się z Chrystusem. Ale zostało mi to, że przy każdej spowiedzi bardzo mocno przypominam sobie chrzest. Wiem, że gdziekolwiek mnie poślą i cokolwiek zrobię, zawsze będę mogła w moim chrzcie znaleźć oparcie. Umarłam i narodziłam się na nowo. Dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych!

Nowo narodzeni
Dominik Jarczewski OP

urodzony w 1986 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, rekolekcjonista, doktor filozofii uniwersytetu Paris 1 Panthéon-Sorbonne, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznego Dominikanów, adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, stały współpracownik...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze