Nie myślę o Nim w czasie przeszłym
fot. luka slapnicar / UNSPLASH.COM
Oferta specjalna -25%

Dlaczego? Biblijne podstawy katolicyzmu

0 votes
Wyczyść

Jeśli wiara nie jest doświadczeniem spotkania z Jezusem Chrystusem, to w najlepszym wypadku staje się światopoglądem, a w znacznie gorszym – odniesieniem do rzeczy, choćby nawet świętych, ale to niczego nie zmienia.

Anna Sosnowska: Mówimy, że fundamentem naszej wiary jest Jezus. Dlaczego nie Trójca Święta? Przecież to Ona wyróżnia chrześcijaństwo spośród innych religii.

bp Grzegorz Ryś: Tak, ale w Jezusie Chrystusie mamy pełnię objawienia i to od Niego wiemy, że Bóg jest Trójcą – to On mówi o Bogu jako swoim Ojcu, On obiecuje nam Parakleta, który ma otoczyć chwałą Syna Bożego, czyli Jego. Duch nie otacza chwałą siebie, tylko Jezusa Chrystusa. Otacza chwałą, a więc pokazuje Jego znaczenie, Jego rangę. Dzięki temu możemy wejść w obszar wewnętrznego życia Trójcy i wzajemnych relacji między Osobami Boskimi, czyli obszar, który poza objawieniem Jezusowym stanowi dla nas totalną tajemnicę.

W ostatniej encyklice Laudato si’ papież Franciszek, przywołując św. Bonawenturę, mówi, że całe stworzenie jest trynitarne, całe stworzenie zostało wpisane w model relacyjny, a więc wzajemną zależność od siebie, ponieważ nikt nie jest zdolny do szczęścia w izolacji. Dlatego to, że wyznajemy Boga jednego w Trójcy, jest bardzo ważne. Ale w całości mamy do Niego dostęp wyłącznie przez Jezusa Chrystusa. To by była pierwsza część odpowiedzi.

A druga?

A druga, i pewnie najistotniejsza, jest taka, że wiara – mocno to podkreślał Benedykt XVI – to spotkanie mojej osoby z Osobą Jezusa Chrystusa, które mnie otwiera na Ojca w Duchu Świętym. Co ogromnie ważne, jest to spotkanie z Osobą żyjącą, bo Jezus Chrystus umarł i zmartwychwstał. Dlatego nie myślę o Nim w czasie przeszłym, ale tu i teraz otwieram się na Niego. I to nasze spotkanie może być centralnym doświadczeniem nie tylko wiary, ale całego mojego życia, ono może wszystko zmienić.

Czyli Jezus jest nie tylko fundamentem wiary w ogóle, ale także mojej własnej?

Spotkanie z Jezusem Chrystusem w Duchu Świętym i przez Niego z Ojcem jest tym, co nazywamy w Kościele kerygmatem – bo kerygmat to nie tylko przepowiadanie, ale i wydarzenie. W Evangelii gaudium znajduje się bardzo mocny zapis papieża Franciszka, w którym pokazuje on, jak dalece kerygmat jest pierwszy – nie w sensie chronologicznym, ale w sensie jakościowym, fundamentalnym. Kerygmat musi być zawsze pierwszy na każdym kolejnym etapie naszego życia i na każdym kolejnym etapie życia i działania Kościoła.

Gdzie w takim razie możemy spotkać Jezusa, by mieć pewność, że to naprawdę On, a nie jakieś nasze projekcje?

Przede wszystkim takie miejsca i momenty są wybrane i wyznaczone przez Niego. On mówi: Tu Mnie spotkasz na pewno. Ojcowie Kościoła, a najpiękniej Leon Wielki, pokazywali to wprost – my spotykamy Jezusa w Kościele. Słowa Jezusa są słowami Kościoła i czyny Jezusa są czynami Kościoła. Oczywiście nie chodzi o każde słowo i każdy czyn. Podstawowym czynem jest czyn sakramentalny, bo dzieło Chrystusa przeszło w sakramenty. Dzięki nim Chrystus dalej odpuszcza grzechy, jednoczy ze sobą ludzi, wychodzi naprzeciwko doświadczeniu choroby w życiu człowieka itd. Wiara jest odpowiedzią na te czyny i słowa Boga. Tu trzeba też zaakcentować niesamowitą moc liturgii. Słuchałem niedawno ks. Petera Hockena, znanego m.in. ze studiów na temat ruchu oazowego i osoby ks. Blachnickiego. Celebrowaliśmy wspólnie Eucharystię. Czytaliśmy Ewangelię zapowiadającą powtórne przyjście Chrystusa. Ksiądz Hocken zwrócił uwagę na wymowę tekstów, które mówią o ociąganiu się Boga – lata mijają, i nic. Ale liturgia, którą sprawujemy, aktualizuje ich treść. Sprawia, że nie myślimy o nich jak o tekstach historycznych, wypowiedzianych przez Jezusa dwa tysiące lat temu, tylko jako o wypowiedzianych do mnie tu i teraz.

To nie jest trochę naciągane wyjaśnienie?

Nie, to jest działanie Ducha Świętego, który sprawia, że słowo odczytywane w czasie liturgii ciągle zachowuje świeżość i aktualność.

Przychodzi człowiek i mówi: Nigdy nie spotkałem Jezusa, a chciałbym. Co by mu ksiądz biskup odpowiedział?

Weź Ewangelię Łukasza i staraj się ją czytać tak, żeby znaleźć wśród dziesięciu zdań jedno, które dotyczy ciebie osobiście, przy którym masz poczucie, że ktoś je wypowiedział właśnie do ciebie. Mogę temu człowiekowi powiedzieć, że ja mam takie doświadczenie, mogę mu je wskazać i zacząć się za niego modlić. Bo to nie ja jestem tym silnym, który przekazuje wiarę. Ja tylko próbuję otworzyć człowieka na moc przychodzącą od Boga; to obszar Jego działania, nie mojego.

Tyle mówię o tym spotkaniu z Jezusem Chrystusem, bo ono jest czymś absolutnie najważniejszym.

Właściwie dlaczego?

Bo jeśli wiara nie jest doświadczeniem spotkania z Nim, to w najlepszym wypadku staje się światopoglądem, a w znacznie gorszym – odniesieniem do rzeczy, choćby nawet świętych, ale to niczego nie zmienia. Bardzo mocno w kontekście Soboru Watykańskiego II podkreślał to Henri de Lubac, mówiąc, że urzeczowienie wiary zawsze prowadzi do ideologizacji. A kiedy wiara staje się ideologią, to stąd już tylko krok np. do wojen religijnych czy usprawiedliwiania przemocy, co miało przecież miejsce w dziejach Kościoła i innych religii.

Jeżeli myślę o wierze przede wszystkim w kategorii dogmatu i rozmawiam, załóżmy, z luteraninem, od razu wiem, gdzie znajduje się obszar niezgody między nami. Natomiast jeśli myślę o wierze jako spotkaniu z Jezusem Chrystusem w Duchu Świętym, które jest możliwe zarówno w moim przypadku, jak i w przypadku luteranina, to my w tym spotkaniu z Jezusem spotykamy się także wzajemnie. Dzięki temu otwiera się cała przestrzeń wymiany duchowych darów między nami. To nie nastąpi, dopóki rozumiemy wiarę jako zbiór prawd, tradycji albo nawet przykazań. Wtedy bardzo łatwo zredukować wiarę do moralności.

Odnoszę wrażenie, że tak się dość często dzieje.

Bo to niesamowicie silna pokusa. A ja zawsze mam wtedy poczucie, że – nawet głosząc jakiś ideał moralny w bardzo piękny sposób – stawiamy człowieka przed cudownym ogrodem, tylko nie pokazujemy mu, jak otworzyć do niego furtkę. To po co mu ten widok?

Żeby popadł we frustrację.

Albo w depresję. Nam się czasem wydaje, że najważniejszym tekstem chrześcijaństwa jest Dziesięć przykazań. Nieprawda. Najważniejszym tekstem chrześcijaństwa jest Ojcze nasz. Bo ta modlitwa uświadamia nam, kim jesteśmy w relacji do Boga. A z tego, kim jesteśmy, wynika nie tylko to, co powinniśmy robić, ale też skąd mamy czerpać siłę, by móc to robić.

Na jakich obszarach Kościół najczęściej popada w pokusę tworzenia chrześcijaństwa bez Chrystusa?

Myślę, że właśnie cały obszar moralności można wykładać w ten sposób. Wtedy wszystko redukujemy do tego, co się nazywa pracą nad sobą – jeśli spróbujesz, to dasz radę. A jak ci nie wychodzi, to próbuj jeszcze mocniej. Rozmawiałem niedawno ze studentami, którzy dociekali, dlaczego Kościół nie pozwoli mieszkać narzeczonym razem przed ślubem. Zapytałem: Wy na pewno chcecie budować małżeństwo na sobie? Możecie wypróbować się w tym czy siamtym, w tysiącu różnych dziedzin, bo nikt nie mówi, że chodzi tu tylko o dopasowanie seksualne. I co będzie na końcu tych prób? Macie takie poczucie, że sami z siebie jesteście na tyle silni, by wejść w rzeczywistość obowiązującą na całe życie? Zapominamy, że sakrament – również sakrament małżeństwa – oznacza widzialny znak niewidzialnej łaski. Czyli ja otwieram się na to, co Chrystus może uczynić w moim życiu i życiu osoby, którą kocham – zresztą kocham miłością, jaką od Niego dostałem. Większość par na mszy swoich zaślubin wybiera jako pierwsze czytanie Hymn o miłości św. Pawła – że miłość jest cierpliwa, łaskawa, wszystko zniesie, wszystkiemu wierzy. Tylko wypadałoby zapytać, czy naprawdę mają taką miłość w sobie? Jeśli są uczciwi, to powiedzą, że nie. I chwała Bogu, bo to jest miłość, którą się otrzymuje, miłość podarowana.

Czyli chrześcijaństwo nie jest opcją tylko dla herosów?

Heroizm w chrześcijaństwie jest heroizmem otwarcia na łaskę, bo człowiek wcale nie musi być taki chętny do głębokiego spotkania z Bogiem. Kiedy Jezus rozmawia z Samarytanką, zaczyna od dosyć teoretycznych rzeczy: Gdzie należy czcić Boga: w Jerozolimie czy na tej górze? Ale w którymś momencie ta rozmowa staje się bardzo osobista. Podobnie dzieje się w naszym życiu. I wtedy albo człowiek mówi Bogu: No dobrze, wejdź w mój świat, albo mówi: Szlaban, tu się nie pchaj. A jak mówi: Tu się nie pchaj, to kończy się heroizm.

„Fundamentu bowiem nikt nie może położyć innego, jak ten, który jest położony, a którym jest Jezus Chrystus. I tak jak ktoś na tym fundamencie buduje: ze złota, ze srebra, z drogich kamieni, z drzewa, z trawy lub ze słomy, tak też jawne się stanie dzieło każdego: odsłoni je dzień [Pański]” (1 Kor, 3,11–13).

Punktem wyjścia w tym tekście było to, że chrześcijanie z Koryntu zasadniczo zapomnieli o Chrystusie, a nawet jeśli o Nim pamiętali, to w niewłaściwy sposób. Paweł, opisując podziały między nimi, używa greckiego słowa schizmata. Jedni mówią: ja jestem Pawła, ja Apollosa, inni: ja jestem Kefasa, jeszcze inni: a ja Chrystusa. Czyli ktoś o Chrystusie pamięta, a właściwie ma na Niego patent – tylko on jest Chrystusowy, cała reszta już nie. Być może właśnie ci, którzy traktują Chrystusa w sposób bardzo ekskluzywny, są najgorsi. A pozostali spotkali kogoś, kto ich otworzył na wiarę, ale to spotkanie stało się dla nich tak absorbujące, że nie widzą, że ani Paweł, ani Apollos, ani Kefas nie mają zamiaru zatrzymywać ich przy sobie. Tymczasem doszło do stworzenia antagonistycznych grup – tu jest lepsze chrześcijaństwo, a tam gorsze.

Skąd my to znamy…

Właśnie. Dlatego Paweł na końcu tego tekstu wypowiada bardzo ważne słowa: żaden z tych chrześcijan nie należy do swojego guru, za którym idzie, ponieważ tutaj obowiązuje odwrotny porządek. Paweł jest wasz i Apollos jest wasz, i Kefas jest wasz, a wy jesteście Chrystusa. A Chrystus jest Boga. Tak wygląda właściwy porządek. Czyli dobrze przeżywasz relację z Kefasem, jeśli dzięki niej stajesz się kimś, kto należy do Chrystusa. Bo temu ostatecznie służy misja Kefasa w Kościele. Jeśli tobie relacja z Kefasem nie pomaga, to gdzieś musi być kłopot – albo po stronie Kefasa, albo po twojej. A że różna jest jakość tego budowania na fundamencie, to wiadomo – każdy ma swoje ograniczenia.

Jan Paweł II w książce Przekroczyć próg nadziei mówi, że momentem, w którym Chrystus stanął w centrum naszej wiary, był Jego dialog z Piotrem pod Cezareą Filipową. Wtedy padło to słynne pytanie: Za kogo Mnie uważacie?

To pytanie pada także w innych sytuacjach. Jezus pyta Szymona: Czy ty Mnie kochasz? Z kolei w Ewangelii Marka pojawia się w kontekście burzy na jeziorze – uczniowie płyną przez spiętrzone fale, które Jezus w końcu ucisza, i wtedy oni się zastanawiają: Kim On jest? Dlatego nie chciałbym wartościować, który zapis jest kluczowy, ale niewątpliwie chrześcijanie od początku mieli świadomość, że to jest najważniejsze pytanie w wierze. Proszę zobaczyć, wszystkie spory teologiczne w starożytnym Kościele i pierwsze cztery sobory dotyczyły właśnie tego pytania: Kim jest Jezus Chrystus?

Każdy pewnie musi sam się zmierzyć z tym pytaniem i szukać własnej odpowiedzi. A te odpowiedzi bywają różne.

Bo doświadczenie Boga może być różne. Weźmy prosty przykład – liturgia słowa we wspólnocie neokatechumenalnej. Po wszystkich czytaniach następuje tzw. echo słowa i każdy może, choć nie musi, powiedzieć, który fragment tego Pisma stał się słowem dla niego. Dość precyzyjnie to określiłem: który fragment. Słuchając kogoś, nie mogę mu powiedzieć, że kłamie albo że źle myśli. Mogę mu jedynie powiedzieć: Dziękuję, że dzielisz się ze mną twoim wewnętrznym doświadczeniem. To pozwala mi dostrzec taki sposób odczytania tego tekstu, którego ja wcześniej nie byłem świadomy. Poza tym, kiedy posłucham np. czterdziestu wypowiedzi, widzę niesamowite bogactwo Ducha Świętego rezonującego w człowieku na tak różne sposoby.

No dobrze, ale potrzebujemy też jakichś wspólnych odpowiedzi, bo przecież naszą wiarę przeżywamy nie tylko indywidualnie, ale i we wspólnocie.

Dlatego w pewnym momencie echo się kończy, wstaje prezbiter i mówi, czego naucza Kościół, wychodząc z tego tekstu. To jest ten moment, gdzie, przy zachowaniu wszystkich proporcji, pole możliwej dyskusji się zawęża. Kiedyś Hans Urs von Balthasar napisał: Problem nie polega na tym, że my bez Piotra nie mamy odpowiedzi na nasze pytania, tylko na tym, że mamy ich za dużo. Dlatego w którymś momencie człowiek potrzebuje rozstrzygnięcia: No to jak jest? Chociaż Piotr sam z siebie jest człowiekiem ułomnym i grzesznym – trzy razy powiedział, że nie zna Jezusa, wobec Pawła zachował się dwuznacznie – to jednak przy bardzo ściśle określonych warunkach to, co przepowiada, jest nieomylne. I ja mogę to potraktować albo jako uzurpację, albo jako moment pewności, która ostatecznie nie bierze się z tego człowieka, tylko z wiary.

Katechizm Kościoła katolickiego wymienia cztery przymioty wiary: nadprzyrodzoność, rozumność, wolność i pewność. W jaki sposób wiążą się one z Chrystusem?

Wiara jest nadprzyrodzona już w punkcie wyjścia, bo jest Boską inicjatywą. Ona stanowi odpowiedź na objawienie Boga, które dokonało się w Jezusie Chrystusie. Czyli to nie my szukaliśmy Boga, ale Bóg szukał nas.

A co z rozumnością?

Ona ma wiele wymiarów. Dotyczy na przykład tego, że ja wiem, komu ufam, i to nie jest bezmyślne zaufanie. Z kolei w Liście do Rzymian czytamy, że człowiek za pomocą rozumu może odkryć istnienie Boga i Jego przymioty. Więc wiara nie jest czymś nierozumnym. Najlepiej wyłożył to w Fides et ratio Jan Paweł II, mówiąc o tym, że wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki wznosi się ku Bogu. W tej samej encyklice papież stwierdza, że tam, gdzie człowiek chciałby się zwolnić z wysiłku rozumu, o wiele łatwiej o zabobon niż prawdziwą wiarę.

Ale w dzisiejszym świecie ludzie wierzący bywają postrzegani jako nierozumni, nieracjonalni.

Tylko że, wbrew pozorom, to rzeczywistość postmodernistyczna jest rzeczywistością odwrotu od rozumu. Zarzut nieracjonalności często stawiają nam ludzie, którzy układają tarota czy chodzą do wróżki, więc sięgają po doświadczenia mające niewiele wspólnego z rozumnością.

Przejdźmy do wolności. Nierzadko nam się wydaje, że wiara, że Chrystus mocno ograniczają naszą wolność.

W jednym ze swoich wierszy – niedawno pojawiło się nowe tłumaczenie na język polski – św. Teresa Wielka napisała:

Bóg oddał mi się w jasyr,

a moje serce wyzwolił.

To doskonałe streszczenie tego, o co naprawdę chodzi.

Czyli to nie ja oddaję Mu się w niewolę?

Nie, On oddał mi się w jasyr, żeby wyzwolić moje serce. Bóg oddaje mi Siebie do dyspozycji w takim stopniu, jakby stawał się niewolnikiem. I to już nie jest poezja, bo Jezus Chrystus rzeczywiście stał się niewolnikiem, zapłacono za Niego tyle, ile się płaciło za niewolnika, i umarł jako niewolnik. Czyli On jest kimś, kto nie rości sobie żadnych praw z tytułu tego, że mnie kocha. Umiera za mnie nie po to, by mnie zniewolić, tylko żeby mi przywrócić wolność, bo tym, co mnie tak naprawdę zniewala, jest doświadczenie grzechu. My nie lubimy tego słuchać, ale każdy grzech ogranicza nasze pole działania.

W jakim sensie?

Weźmy prosty biblijny przykład, czyli historię Dawida. Nie poszedł ze swoim wojskiem na wojnę, więc siedzi i się nudzi. Ten grzech prowokuje go do cudzołóstwa. Cudzołóstwo prowokuje go do kłamstwa, bo nie chce się przyznać do dziecka, które poczęła Batszeba. Ponieważ kłamstwo okazuje się nieskuteczne, to następnym krokiem Dawida jest już morderstwo cudzymi rękami. Tutaj widać, że grzech potrafi mieć, ja to tak nazywam, strukturę mafijną. Zaczyna się od tego, że miło jest, kiedy mafioso mnie kojarzy, a ja mu przynoszę zapałki ze sklepu. Ale to idzie dalej i w pewnym momencie człowiek już nie wie, kiedy stracił wolność, a wycofanie się z tej relacji okazuje się niemożliwe, chyba że ktoś wkroczy w ten układ i go zniszczy.

Często mówimy o tym, że wybieramy Jezusa Chrystusa jako Pana. To bardzo ważna decyzja w życiu. Ale On chce być naszym Panem w relacji miłości, nie inaczej.

Jak wyleczyć się z myśli, że więź z Jezusem w jakiś sposób mnie zniewala?

Jeśli między Nim a mną dokonało się rzeczywiste spotkanie, to On mi w końcu pokaże, kim naprawdę jest. Taki moment w życiu Piotra następuje choćby w czasie ostatniej wieczerzy. Jezus klęka przed nim i mówi: Muszę ci obmyć nogi. W Piotrze wszystko się burzy, ale wie, że jeśli nie ustąpi, to będzie koniec tego spotkania.

Została nam jeszcze pewność.

To pewność zaufania – wiem, na kim się oparłem. Nie jestem pewny siebie, ale jestem pewny drugiej strony. Ta pewność tak naprawdę wynika z podstawowej i nieco wcześniejszej decyzji – wierzę Ci. Dlatego opieram się na Tobie i szukam odpowiedzi na to, co mi mówisz sam o Sobie i co mi pokazujesz sam o Sobie, działając w moim życiu. Ciągle wracamy do tego samego: lepiej się otwierać na to, kim Bóg mi się objawia, niż domyślać się na podstawie własnych projekcji, jaki On jest.

Nie myślę o Nim w czasie przeszłym
abp Grzegorz Ryś

urodzony 9 lutego 1964 r. w Krakowie – kardynał, arcybiskup metropolita krakowski (od listopada 2025 r.), biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej (2011-2017), arcybiskup metropolita łódzki (2017-2025), profesor historii Kościoła, ceniony rekolekcjonista i kaznodzieja....

Nie myślę o Nim w czasie przeszłym
Anna Sosnowska

urodzona w 1979 r. – absolwentka studiów dziennikarsko-teologicznych na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie Współpracowała z kanałem Religia.tv, gdzie prowadziła programy „Kulturoskop” oraz „Motywacja...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze