Most na środku rzeki

Most na środku rzeki

Jakże mógłbym wierzyć, że nie ma tu ludzi ryzyka i męstwa? Ludzie tacy żyją tu, to pewne, niekoniecznie są znani, być może nikt nie postawi im pomników, ale przecież muszą istnieć, by miasto mogło żyć, zapadać w sen, budzić się jeszcze przed świtem.

Szanowny Lwie,

kiedy dniem wstrząsają dreszcze, a mgły powoli wstępują na maszty galarów i słychać na moście turkot dorożek, na pierwsze śniadanie nie ma nic lepszego niż pół butelki czerwonego z kawałkiem bułki i jajkiem na twardo, jeśli jest oczywiście na podorędziu. Na drugie zresztą też. Kolacji nie doczekałem, ale nic nie stało na przeszkodzie, by wypróżnić drugie pół butelki czerwonego i przekąsić lekko fioletowym ze starości jajkiem lub — jeśli tym razem los uśmiechnął się do brodatego Jacques’a — kawałkiem baraniny.

Jedzenie pod mostem w piątek nosi na sobie piętno grzechu, gdyż trudno o ryby, zresztą, któż tam pamięta, że należy powstrzymać się ze wszystkich sił od tłuszczów, ochłapów i kości. I jak na urągowisko żujący te odpadki od rzeźnika wpatrują się ciągle w wodę, która niesie ze sobą mnóstwo smakowitych ryb. I nie widziałem, by któryś z tej hołoty miał wędkę, postarał się o wędkę, sieć czy podbierak. Woda niesie mnóstwo smakowitych ryb, ale nie tylko. Zdarzają się ciała ludzi zdesperowanych lub zabitych, co na jedno wychodzi rybom i krzyczącym rybitwom, płyną butelki i obumarłe konary platanów, a nawet raz przepłynął blisko nas ślubny bukiet. Płynie więc wszystko, co płynąć może, nawet kamienie. Most stoi za to krzepko, opierając się ramionami o dwa brzegi, bo nikomu do tej pory nie przyszło do głowy zbudować mostu na środku rzeki — tak, aby łączył jej źródło z morzem, do którego wpada. Ten pomysł uważam za dość ciekawy, gdyż spacerujący po nim ludzie mogliby wreszcie uporządkować jakoś swoje życie, czyli prześledzić je od początku do końca. Tymczasem biegają z jednego brzegu na drugi, oszukując się myślą, że oto połączyli wreszcie coś w swoim życiu.

Ludzie obietnicy

Ludzie tu zdają mi się odlegli od siebie jak dwa brzegi, łączą ich kontrakty i przymierza, związki i śluby, lecz odgradza ich od siebie bardzo szybko płynący pośrodku nich czas. Boją się go i próbują oszukać. Ileż oni sobie samym obiecują! Zdaje mi się, że na początku życia odgadują w sobie ogromną obietnicę losu. Wydaje im się, że wszystko może się zdarzyć, a zwłaszcza szczęście, i stąd żyją odległą przyszłością, w której odgrywają bohaterskie role, wyobrażają sobie samych siebie w najróżniejszych sytuacjach, nad którymi panują swoim rozumem i wolą.

Nie twierdzę przy tym, Szanowny Lwie, że nie istnieją i tacy ludzie, których myśl o najbliższym jutrze przyprawia o zawrót głowy i w nieskończoność przeciągają moment wstawania z łóżka, a każdy nowy świt jest dla nich obrzydliwy i chętnie czekają na powrót nocy, by w mroku znów znaleźć ukojenie w przerywanym i nerwowym śnie. Ludzie ci jednak podejmują w końcu spokojne zajęcia i opanowują zdolność całkowitego znieruchomienia wobec niebezpieczeństw; udając martwych za życia, prawie bezszelestnie wchodzą w swoje umieranie i radzi są śmierci, że o nich nie zapomniała.

Powróćmy jednak do ludzi obietnicy. Tym trudno uwierzyć, że kiedyś przyjdzie im się zestarzeć i umrzeć. Wiedzą oczywiście, że to ich spotka, ale na razie widzą innych, którzy odchodzą lub wloką się ulicami o lasce, i w żaden sposób nie mogą siłą swojej wyobraźni wepchnąć w te płaszcze i kapelusze, oprzeć o laskę i wsunąć w wykoślawione buty swoich obiecujących i pięknych ciał. Nie można ich zresztą o to winić — jakby wyglądał świat, Szanowny Lwie, gdyby ulicami chodzili ludzie owładnięci tylko tą myślą. Co prawda, jeden z moich nowych paryskich znajomych ma tak wyostrzony wzrok, że swojego rozmówcę potrafi oszacować w ciągu kilku zaledwie sekund. Nie strój, gesty czy mina zdradzają poważnego i godnego jemu rozmówcę, ale oczy. Albo wiedzą, albo nie wiedzą. Wiek podobno nie ma tu wielkiego znaczenia. One mówią tylko — wiem lub nie wiem, że odejdę.

Być może największym nieszczęściem ludzi obietnicy jest ich wiara, że przyjdzie taki dzień i takie w nim olśnienie, że bez trudu usystematyzują przypadki swojego życia i stwierdzą, że nic lepszego nie mogło ich spotkać. Sęk w tym, że nawet wtedy jakaś podstępna myśl będzie im podpowiadać, że, oczywiście, rozminęli się jak głupcy z jedną jedyną szansą ich życia, która leżała od nich nie dalej niż rzut kamieniem. Drapieżność ich jednak, Szanowny Lwie, zdaje się maleć z biegiem czasu, choć trudno to jeszcze nazwać pokorą. Wielu z nich zaczyna nawet podkpiwać z samych siebie, ośmieszać siebie i przyznawać się do najzwyklejszej zwykłości, która jest ich udziałem. Czując na sobie oddech nowych pokoleń, albo próbują się jeszcze z nimi ścigać o nagrodę, sławę i najwyższe miejsce w tłumie podobnych im, albo przybierają pozę nauczycieli tych pokoleń, najczęściej z kiepskim skutkiem, gdyż nie są dostatecznie starzy i zasłużeni, aby kogokolwiek pouczać. Zdarzają się jednak wśród nich mądrzy ludzie, którzy kwitują swój skromny i pełen błędów dorobek życia słowami: „Przecież próbowałem…”. Tak, jeśli rzeczywiście próbował korzystać ze wszystkich sił z talentów, którymi go obdarzyłeś, gra nie jest jeszcze skończona i być może ktoś następny podejmie ten trud i ocali chociaż jego cząstkę. Ale tu ogarniają mnie, Szanowny Lwie, poważne wątpliwości. Bo któż z nas może z czystym sercem powiedzieć, że próbował z wszystkich sił? Zbyt dobrze siebie znamy, żeby móc tak powiedzieć z ręką na sercu.

Przeraża mnie moje lenistwo. Najpierw skrzętność, obietnice i zapał, a już po chwili łażenie z kąta w kąt, gapienie się przez okno lub zajęcia najzupełniej w danej chwili zbędne. Osaczają mnie myśli, które nie mają nic wspólnego z wykonywaną pracą, marzenia, ot, i dzień przeleciał. Zmuszam się, zasiadam, rozkładam, lecz po chwili brzęcząca mucha zajmuje mnie całkowicie, jej problem — czy wydostanie się z pajęczyny? A jeśli się już wydostanie — dokąd poleci? Malarze znad Sekwany utrzymują, że lenistwo sprzyja machaniu pędzlem. Nie jest ono nicnierobieniem, jak twierdzą, lecz zbieraniem sił i przygotowaniem do olśnienia. Lecz który z nich potrafi z całym spokojem ducha przyjąć taki jałowy czas? Obawiam się, że niewielu. W końcu nie tak wyobrażaliśmy sobie nasze życie, miało być pracowite i z każdym dniem mieliśmy się stawać mądrzejsi — tak przynajmniej obiecywali mi moi biali nauczyciele ze szkoły misyjnej. Mieliśmy stawiać równe kroki i pozostawiać głębokie ślady naszych stóp. Nic z tego. Zdaje się nawet, że coraz mniej rozumiemy z tego świata, wypadałoby więc zamilczeć, ale i o milczenie jest trudno, gdyż ten i ów wypytuje nas, chce wiedzieć, co myślimy i co czujemy, chce wiedzieć, kogo popieramy, a komu jesteśmy wrogami, kto nam się podoba, a kogo szczerze nienawidzimy.

Jeszcze nie teraz

Jacques, kiedy już po śniadaniu wylazł spod mostu, zaprowadził mnie pod okna wielkiego paryskiego dziennika.

— To są szczęśliwcy — zawyrokował. — Ich to jeszcze wszystko obchodzi, wszystko jest dla nich ważne, niby informują, ale tak naprawdę podnieca ich tworzenie światów, nie, nie są leniwi, zawsze mają pełne ręce roboty, lepią światy, ludzi i zwierzęta, chuchają i dmuchają w tę glinę, ożywiają ją i każą nam wierzyć, że nie są to figurynki ze szkolnej pracowni ręcznych robót, lecz najprawdziwsi ludzie, światy i zwierzęta.

Nigdy nie widziałem gazet, więc nie wiem, co o tym sądzić, Szanowny Lwie. Lecz jeśli są pociechą dla licznych ludzi, ich katechizmem i Biblią, nie ma powodu gniewać się na nie. Dobrze, że są, gdyż ludzie, którzy mają puste ręce, z wdzięcznością przyjmują to, co każdego dnia inni lepią w nich i ożywiają. Inaczej nie dałoby się żyć. Bo jak żyć z pustymi rękami i jak przyznać się, że tak niewiele obchodzi nas los innych ludzi, ich wojny, nasze wojny, ich bieda, nasza bieda, pomnażanie bogactwa narodu i temu podobne. A tak każdy może sobie powiedzieć, że trzyma rękę na pulsie swojej społeczności, jest dumny, oburzony lub tylko zniesmaczony. I odległość człowieka od człowieka nie wydaje się już nieskończona. Ludzie w tym mieście, Szanowny Lwie, dużo obiecują sobie, dużo przyrzekają innym, ale nie mają odwagi powiedzieć: „Już nadszedł czas, spełniam to, co obiecałem”. O, nie! Zawsze znajdują porządne wytłumaczenie i usprawiedliwienie, żeby nie kochać drugiego. Wydają mi się pogrążeni w snach i majaczeniach. Ich oczy wciąż zaglądają do ludzkiego wnętrza, serca, duszy, badają je i analizują, a potem zastanawiają się, w jakim stylu wyrazić pochodzące z tych obserwacji niezadowolenie, bo cóż innego może odczuwać człowiek, który dzień i noc widzi tylko samego siebie, swoją przegraną, zawód i opuszczenie wobec tego, co ostateczne?

Nawet przedmioty, które go otaczają, wyprane są z jakiejkolwiek treści i nie są niczym innym, jak tylko dekoracją jego męczących snów. A jednak i w nich żarzy się maleńka iskierka miłości, szkoda tylko, że nie wiedzą, iż tylko drugi człowiek może przemienić ją w wielki ogień. Ale spotkanie z nim odkładają na później. Jeszcze nie teraz, za chwilę — mówią. Nie jestem dość silny, nie jestem dość przygotowany, by wystawiać się na spojrzenie drugiego i powierzyć mu swoje życie. Jeszcze nie teraz, muszę najpierw zrozumieć, pojąć, zbudować system. Kiedy już wydaje im się, że bezpiecznie mogą wyjść do świata, stwierdzają z przerażeniem, że świat i ludzie tak dalece się zmienili, że w żaden sposób nie przystają do ich zapasów terminów i pojęć. Ludzie niegdyś bliscy stali się obcy i trudno z nimi wytrzymać. Nikt nie ma chęci słuchać ich wywodów pełnych usprawiedliwień i racji, cóż, oni też stali się obcy i w dodatku nudni ze swoimi szlachetnymi obietnicami, któż więc po tylu latach pragnie rozpoczynać życie na nowo? Są więc odlegli jak dwa brzegi rzeki, a czas płynie pośrodku nich, płynie do wieczności, ale któż ma odwagę tam płynąć samotnie, Szanowny Lwie?

Ludzie ryzyka i męstwa

Jacques mówi, że miasto jest zwykłe, obojętne na honor i chwałę, zajęte najzwyklejszym życiem, jedzeniem, kochaniem się, plotką, obojętne na wszelkie systemy i teorie, obojętne na narodzenie i śmierć, bo te są zawsze i powtarzają się w każdej minucie. Wszystko już widziało, wszystkiego zaznało, wszystko już było, a jego uczucie zadowolenia wcale nie jest umotywowane.

Nie wierzę mu, Szanowny Lwie, jakże mógłbym wierzyć, że nie ma tu ludzi ryzyka i męstwa? Ludzie tacy żyją tu, to pewne, niekoniecznie są znani, być może nikt nie postawi im pomników, ale przecież muszą istnieć, by miasto mogło żyć, zapadać w sen, budzić się jeszcze przed świtem. Być może wcale nie wiedzą, że są mężni, i odważnie spotykają życie, powtarzają za to te proste słowa, po których można ich rozpoznać na całym świecie: „Tak trzeba”. Łakną i pragną, pobici przegrywają, ale gotowi są znów powstać i iść. Zapewne życie dla nich nie jest ani złe, ani dobre, nie mają do nikogo pretensji, bo widzą, że każdy otrzymuje w nim gorzkie pouczenie, za największe zadanie życia uważają samo życie, nie myślą, że są kimś innym niż tylko ludźmi. Zdaje mi się, że potrafią również szczerze się z siebie śmiać, i to nie śmiechem szyderstwa, lecz śmiechem tak ciepłym i niewinnym, że trudno ich podejrzewać, że nie kochają samych siebie. A ponieważ zbytnio nie przypatrują się sobie i nie podziwiają siebie, obojętne im się staje, co też inni myślą o nich i jak ich widzą. Nie cierpią też z powodu pracy, którą wykonują, w odróżnieniu od tych, którzy cały czas myślą, że powinni robić coś dokładnie odwrotnego.

Wydaje mi się, Szanowny Lwie, że to dobrze, iż ich nie znamy. Ta niewiedza pozwala przypatrywać się napotkanym twarzom z dużym szacunkiem, myślimy bowiem: „Może to właśnie ten człowiek?”. To dobrze, że ich nie znamy, Szanowny Lwie. Bo niewielu jest ludzi na świecie, których podziw innych nie zepchnął w końcu na boczny tor życia.

Ciekaw jestem, czy i tu znają naszą starą historię o świętym człowieku, który nie wiedział, że jest święty. Był to prosty pasterz kóz. Czasami przeprawiał się przez rzekę, by odwiedzić swoją rodzinę. Nie potrzebował łodzi ani najzwyklejszej kładki. — Idę odwiedzić moją matkę i moich braci — mówił i szedł. Nie zatrzymywał się ani na chwilę na brzegu rzeki, lecz maszerował dalej. I tak szedł po wodzie, zapadając się ledwie do kolan, ale nigdy nie zamoczył przepaski, choć rzeka była bardzo głęboka. Pewnego dnia u przeprawy po drugiej stronie rzeki na łódź czekała gromada kobiet.

— O! To on! Święty! — zaczęły wołać. — To on, ukochany przez Boga, patrzcie, jak wielką łaskę mu wyświadczył Stwórca nieba i ziemi.

Pasterz przeszedł rzekę i przyjął od rozradowanych kobiet mały poczęstunek.

— Hm, a więc jestem święty — pomyślał. — Stąd te hołdy, radosne okrzyki i obfity poczęstunek. Jak dobrze być świętym.

Po wielu dniach spędzonych z rodziną pasterz powracał tą samą drogą. Lecz gdy wkroczył do wody, zaczął tonąć. Krzyczał, wzywał pomocy, lecz wszyscy na brzegu myśleli, że stroi sobie z nich żarty. Nikt nie popłynął mu z pomocą — poszedł więc na dno.

Jacques mówi, że to wielka szkoda, gdyż tu, w stolicy, istnieją jeszcze inne miasta, które zamieszkują zmarli, i można byłoby pochować pasterza z wielkimi honorami, bo jak wiadomo miasto potrzebuje świętych dla reklamy. Obiecał mi zresztą, że zaprowadzi mnie tam, bo trudno zrozumieć miasto bez tych, którzy je kiedyś budowali.

Twój Karomenya

Most na środku rzeki
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...