Dyndające oko Opatrzności

Dyndające oko Opatrzności

Aldonie i Tadziowi Zyskom

1.

Nie wiedziała, co począć z tym snem… Obudziła się „skąpana w miłości”. W całym ciele czuła niewypowiedzianą rozkosz, a właściwie — wypowiedzianą. „Czułam się, jakbym zjadła kawałek mojej ulubionej czekolady z orzechami. Ten smak nie ogarnął jednak tylko podniebienia i żołądka, ale rozlał się po całym ciele. Dotarł do każdej komórki”. Widziała maleńkie dziecko, a raczej ducha dziecka, zawieszonego w czarnych przestworzach. „Biegł od niego promień miłości prosto do mojego serca. Było mi tak dobrze jak nigdy, przez całe ostatnie miesiące. Zresztą przez całe życie czegoś podobnego nie doznałam. Chyba tylko niektóre chwile z dzieciństwa miały w sobie coś równie cudownego”.

Była piąta rano. Dzień wolny od pracy, Wigilia. Sięgnęła po tabletkę nasenną, aby przedłużyć te rozkoszne chwile. I tak zamierzała spać cały dzień. Aby odespać, aby przespać swoją samotność. W to rodzinne święto.

Jakiś czas się wierciła, usiłowała znaleźć miejsce na poduszce. „W końcu odnalazłam drogę. Stanęłam przed strażnikiem pilnującym metalowej bramy jak drzwi do kasy pancernej. Zaczęłam mu tłumaczyć, że przed chwilą tam byłam, ale musiałam wyjść do toalety. Bez słowa, nie patrząc na mnie, uchylił drzwi. Znalazłam się znowu w granatowoniebieskich przestworzach. Zaczęłam dotykać piersi, tam gdzie wcześniej poczułam słodki promień. I nagle zobaczyłam wśród gwiazd, ale jednocześnie tuż przede mną, nagą kobietę w ciąży. Na jej udach były okropne liszaje i strupy”.

Zaczęła krzyczeć. Próbowała się oswobodzić, jak ryba z sieci. W końcu udało jej się przebudzić. Była zlana potem.

Spojrzała łapczywie na zegarek, jakby odnalezienie godziny miało ją ocalić. Była 10 rano. Wzięła kąpiel. Potem nastawiła kilka kompaktów. Nie włączyła radia ani telewizji. Żeby nie dotarł do niej żaden sygnał z tego dnia. Wesołą nowinę, bracia, słuchajcie. „Nie, nie, w życiu nie dopuszczę, by torturowano mnie kolędami”.

Zaczęła analizować sen. Dlaczego „coś” dało jej odczuć nieznaną rozkosz, a potem zadrwiło z jej radości? Skąd „to” się w niej wzięło?

Stanęła jej przed oczyma Gosia. Cały czas biegła myślami do swej córki. I uciekała… Jej jedyna córka wyjechała w Alpy z Andrzejem. Minęły dwa lata od ich ślubu i nie mają dzieci. Chodzili do różnych lekarzy. Bez skutku. Jeden zasugerował, że jej problemy mogą się wiązać z blokadami natury psychicznej i radził udać się do psychologa. Dostali się dzięki znajomościom do jednego z najmodniejszych w mieście psychiatrów. Już podczas pierwszego seansu zaczął badać dzieciństwo Gosi. Splątane relacje z matką po odejściu ojca. „To, czego nie może wytrzymać mąż, musi wziąć na siebie dziecko. I dzielnie to znosi, tylko to się niestety odkłada. Pani filtr się zapchał tymi drobinkami, tymi mikrourazami, które odbierała pani od matki…”.

We dwójkę przyszli jej zakomunikować o zniszczeniach, którą w psychice córki poczyniła wyrodna matka.

„Nigdy nie widziałaś ran, które zadawałaś mojej duszy? Byłam dla ciebie gąbką do obmywania swego egoizmu! Pamiętasz, jak zostawiliście mnie z ojcem w parku, wrzeszcząc na siebie, aż w końcu zabrał mnie milicjant?”.

Andrzej przysłuchiwał się słowom żony, potakując. Po każdym bolesnym zdarzeniu z dzieciństwa wyśpiewywał jak refren słowa w kierunku teściowej: „No i jak teraz będziesz żyć z tą świadomością?…”.

„Dlaczego zrobiłaś ze mnie kalekę? Zobacz, co dały prawdziwe matki swoim dzieciom. Lekarz powiedział, że musi ze mną wykonać pracę zbudowania pozytywnego obrazu macierzyństwa. Bo właśnie ten negatywny obraz macierzyństwa wytwarza we mnie blokady”.

Około szesnastej usłyszała przez ścianę kolędę. Przez ścianę. Najpierw chciała włączyć płytę, żeby zagłuszyć dochodzący dźwięk. Usiadła jednak i zaczęła się przysłuchiwać śpiewom. Nigdy w życiu nie była w kościele. Nawet na żadnym ślubie koleżanki. Rodzice zadbali, by „nie otarła się o żadne gusła”. Zdarzyło się jednak w dzieciństwie, że kilka razy śpiewała kolędy. U dziadków. Zastanawiała się kiedyś nad tym paradoksem. Matka, która była programową ateistką i zakazała jej chodzić na religię — śpiewała kolędy. Doszła do wniosku, że dla matki był to element „odczarowania” zawartych w nich treści. „Proszę, nie ma nic nadzwyczajnego w tych skądinąd nastrojowych piosneczkach”. Nic groźnego. Dziwne były te jej lęki. Kolęd się nie bała, ale pilnowała, by nigdy nie powiedzieć: „Jedziemy na święta”, tylko: „Jedziemy do babci”. Spędzali z nimi wieczerzę, ale do kościoła nigdy nie została zabrana. „Trudno w to uwierzyć. Nie spotkałam właściwie nikogo, kto by się uchował bez kontaktu z kościołem, z księdzem. Byłam jedynym sobie znanym przypadkiem, który nigdy nie rozmawiał z księdzem”.

Podeszła do fotografii dziadków. Nagle zaczęła się zastanawiać, czy babcia chodziła na pasterkę. Nie mogła tego wiedzieć. O północy już spała, a za dnia przy stole drażliwe tematy związane z wiarą nigdy nie wypływały. Ale u dziadków wisiały święte obrazki. Babcia nosiła na szyi medalik, a jak umarła, to chował ją ksiądz. Nie pamiętała, żeby babcia rozmawiała z nią o Bogu. To był chyba temat zakazany. Poza jednym razem. Tuż przed śmiercią babci. Była w drugiej klasie podstawówki. Akurat wszystkie dzieci szły do pierwszej komunii. Oprócz niej. Któraś z koleżanek powiedziała jej, że dusze dzieci, które nie idą do komunii, trafiają do piekła. Zapytała o to babcię. Babcia popatrzyła jej wtedy w oczy i pokiwała przecząco głową. „Bogusiu, wiesz, co znaczy twoje imię? Bogumiła, czyli miła Bogu. On pragnie dla ciebie tylko dobra, rozumiesz?”. „A inne dzieci? One nie są mu miłe?”. „Są, wszystkie są, masz tak na imię, żebyś pamiętała, że wszystkie dzieci są miłe Bogu”. Wiedziała, że ta rozmowa musi zostać tajemnicą. Jej i babci. Ale po śmierci babci nie wytrzymała. Zapytała matki, kto wybrał dla niej imię. „Ja — usłyszała. — Szalałam wtedy za jednym aktorem. Bogumiłem Kobielą… 1960 rok. Wtedy weszło do kin Zezowate szczęście. Widziałam ten film kilka razy”.

No tak, Bogumił skojarzył jej się z genialnym komediowym aktorem, a nie z Panem Bogiem.

Przypomniała sobie jeszcze jedno — kiedy babcia głaskała ją po czole, to chyba robiła znak krzyża…

Przypatrywała się zdjęciu dziadków i po raz pierwszy pojawiła się w niej myśl, że przecież nie musi się jedynie utożsamiać z pijącym tatą i wiecznie zaharowaną mamą, że nosi nie tylko ich geny, ale że także ma w sobie wiele z babci — babci, którą wszyscy kochali.

Za oknem prószyły płatki śniegu. Wyjrzała przez okno. Podwórko, to wstrętne, brudne, cuchnące podwórko — śmietnik i dwa drzewka koło trzepaka — otulone było śnieżnymi czapami. Krajobraz z baśni. Postanowiła wyjść z domu.

2.

Ksiądz Wacław wiedział, że Wigilia z proboszczem nie będzie niczym przyjemnym. Ilu księży się przyzna do tego, że ten dzień jest dla nich jednym z najsmutniejszych dni w roku? Wigilia to święta rodzinne. Bliskość matki, ojca, braci, sióstr, dzieci. A tu trzeba być sam na sam z człowiekiem, z którym się nie ma nic wspólnego. Miał zaproszenie na wieczerzę od zaprzyjaźnionych parafian. Mógł pojechać do matki czy do siostry, ale jak wrócić na pasterkę? Nie miał samochodu.

A przede wszystkim nie chciał zostawiać proboszcza samego, mimo że stosunki między nimi można było określić mianem martwych, w najlepszym wypadku — sztywnych. To była trzecia Wigilia Grosera w parafii św. Mikołaja, u prałata Henryka Pociesznego. Łudził się, że może zdarzy się jakiś cud.

Zasiedli do stołu o osiemnastej. Wacław odgrzał wieczerzę przygotowaną przez gosposię. Pani Wandzia — szara eminencja parafii — wyjechała na święta do domu, jednakże jej duch pozostał w potrawach, które proboszcz więcej wychwalał, niż jadł.

— Ach, ta kapustka, palce lizać. A ten karpik, tylko ona umie przypiec tak na chrupko.

Zamykał w rozkoszy oczy. Wyciągając językiem resztki ryby spomiędzy zębów, doznawał uniesienia. Zdawało się, że w cudownym świecie za spuszczonymi powiekami całuje rączki Wandzi, bez której nie potrafił się obejść. To z nią, a nie ze swoim wikarym, współrządził parafią.

— A mama księdza, jak się czuje? — spytał nieoczekiwanie Wacława prałat Henryk.

— Trochę sama — odparł zaskoczony. — Zagubiona w tych czasach… — chciał skorzystać z tej niebywałej okazji i przejść do tematów niebanalnych, ale proboszcz nagle przestał się interesować jego odpowiedzią.

Włączył telewizor. Po chwili na ekranie pojawił się Prymas.

— Dlaczego on zawsze siedzi na rokokowym fotelu, gdy mówi o ubogim żłobie? Czyżby Kościół chciał w ten sposób poprzez swoich przedstawicieli wynagrodzić Panu Bogu ubóstwo, w którym przyszedł na świat? — Groser rzucił pytania przed siebie, nie oczekując odpowiedzi.

— A co, ma siedzieć na zydelku? — usłyszał. — Żeby ludzie mieli się z czego pośmiać?

Na tym rozmowa, a właściwie słowa rzucone w próżnię zgasły.

Proboszcz przełączał kanały.

— Proszę, jakieś bzdurne komedie. Takich błaznów puszczają we Wigilię. Tak oni pojmują Boże Narodzenie. Zamiast dać kolędy… O, nawet są… — Na dwójce zespół dziecięcy śpiewał akurat Pójdźmy wszyscy do stajenki. Proboszcz był jednak chyba tym faktem zawiedziony, gdyż skończył się jeden z powodów do narzekania. Usiadł w fotelu, chwilę posłuchał, dyrygując dłonią grajkom na ekranie.

— Pójdę już — wstał. — Muszę jeszcze przejrzeć kazanie. No, dziś będzie coś specjalnego.

Te słowa miały posmak największej groźby. I bez efektów specjalnych jego wystąpienia można było określić mianem kościelnego horroru. Proboszcz wiedział dobrze, że święta Wielkiej Nocy i Bożego Narodzenia to jedyna okazja, by wycelować słowo do osób, które pojawiały się w kościele raz albo dwa razy do roku. Oczywiście trzeba powiedzieć wówczas coś radosnego, ale jednocześnie przypomnieć „raz–do–rocznym” wszystkie grzechy i niewierności, których się dopuścili, i liczyć, że zaowocuje to tak pożądanymi wyrzutami sumienia. Proboszcz wierzył, że Bóg przychodzi do człowieka w wyrzutach sumienia. Nie w zachwycie nad pięknem, dobrem, nie w ciszy, nie w bliźnim.

Groser od tych kazań dostawał wysypki. Miały one nieodmiennie jeden cel. „Przestraszyć, wzruszyć, nawrócić”. Ale że ludzie to różne gleby, słowa proboszcza przynosiły różne owoce. Jedni się tylko przestraszyli, inni wzruszyli i nawrócili. Najwięcej było jednak sarkających i oburzonych. Proboszcz ich nie dostrzegał, choćby z tego powodu, że większość przeniosła się do innych parafii. Na początku Wacław próbował mu przez kwiatek wyrazić swoją wątpliwość, czy straszenie ludzi nie zniechęca ich do Kościoła. Kazania powinny być przecież dobrą nowiną. Nieść radość.

— Radość? — odpowiedział mu kiedyś Pocieszny. — Jest tylko jedna radość dla wierzącego — zbawienie wieczne. Reszta to przyjemnostki światowe, które sprowadzają nas na skały potępienia. Ludzie potrzebują wyraźnych wskazówek, co mają robić, a nie intelektualnych dyrdymałów księży, co się sami pogubili.

Niewątpliwie prałat tymi słowami wyrażał swój wzgardliwy stosunek do kazań wikarego, który miał jeszcze jedno powołanie — pisarstwo. Jego książki przynosiły mu rozgłos, a utrapienie Pociesznemu. Proboszcz unikał zatem wszelkich dyskusji z Wacławem, obawiając się, że w rozmowie mógłby przegrać na argumenty i jeszcze dostać się do jego „opowiadanek”. A tego by nie zniósł. Wolał więc okazywać swą wyższość milczeniem. Pismo mówi: z głupcem nie rozmawiaj. Groser był dla niego właśnie głupcem pozującym na mądralę i… półksiędzem. „Trudno, aby człowiek, który bawi się w literata, rozumiał, czym jest kapłaństwo, pani Wandziu” — wyznał kiedyś gosposi, gdy ta, wzburzona, oznajmiła mu, że Groser sprowadza na plebanię „ostatnich meneli”. „Wyraźnie czułam od niego zapach alkoholu” — opisywała gościa, który nawiedził Wacława. „Pani Wandziu, niedługo. Nie takich już tu przeżyliśmy…”. Tak mu się powiedziało, żeby uspokoić gosposię, ale rzeczywiście jego obecny wikary był przypadkiem wyjątkowo wrednym. To on jak nikt przedtem rozbijał mu uporządkowany świat. Pocieszny miał żelazną zasadę niewpuszczania na plebanię nikogo. A zwłaszcza nieksięży. Od załatwiania spraw było biuro parafialne. Wpuszczanie „obcych” za zamknięte drzwi odzierało kapłaństwo z tajemnicy. On jako dziecko miał wyobrażenie, że na plebanii obwieszonej świętymi obrazkami, pogrążonej w nabożnej, aż gęstej ciszy fruwają, a właściwie unoszą się aniołki. Podejrzał, będąc chłopcem, przez okno zatopionego w modlitwie księdza. Ten widok w nim pozostał i zadecydował o jego przyszłości. I chciał, żeby ludzie tak jak on żyli tym jego dziecięcym wyobrażeniem…

Niestety, trafił mu się wikary, który uważał, że tę tajemnicę można rozdawać na prawo i lewo, wpuszczać w tę świętą przestrzeń byle włóczęgę, pijaka czy inteligenta.

Wikary–literat. Groser. Półksiądz.

„Wszystko do czasu…” — pocieszał Wandzię.

3.

Nie wiedziała, jak to się stało. Uciekła z domu od kolęd, od tej świadomości, że za każdą ścianą zebrały się rodziny. Jakiekolwiek by były. Widziała wczoraj, jak nawet Katurla, który bije równo swą żonę, stał z nią przy trzepaku, paląc papierosa, i patrzył, jak ona walczy z dywanem. Potem wziął go i zaniósł do domu. A Katurlowa szczęśliwa, idąc powoli, spoglądała w okna sąsiadów.

Tak, wszystkie rodziny są razem… Tylko ona sama. Wyklęta przez jedyne dziecko, które wystawiło jej świadectwo i wyjechało w Alpy. Dowiedziała się o tym wyjeździe przez przypadek. Zadzwoniła do Gosi, próbując… skleić sytuację. Usłyszała suchy komunikat. „Wyjeżdżamy w Alpy”. Tak jakby dostała pocztówkę: „Wesołych, spokojnych… samotnych świąt”.

Szła ulicami pokrytymi śnieżnym puchem. I oddawała się radości stąpania po nowej ziemi. Gdyby można tak wszystko przykryć śniegiem. Podobnie jak się zmienia pościel w łóżku. Pościelić śnieżną kołderką życie na nowo. Znów napłynęło wspomnienie, jak kładła się u babci w czyściutką białą pościel. Wykrochmaloną. Mama nigdy nie krochmaliła prześcieradeł. Tak było tylko u babci.

Po chwili spostrzegła, że wokół narastają jakieś głosy. Minęła ją młoda para, za chwilę starsze małżeństwo, a potem grupa wyrostków, rzucając się śnieżkami, pobiegła… Tak, wszyscy w tym samym kierunku. Skojarzyła. Na pewno idą do kościoła. Pasterka… Spojrzała na zegarek. Za dwadzieścia dwunasta.

To był impuls. Podświadoma decyzja. Nie biła się z żadną myślą. Zamknęła oczy i zacisnęła powieki. I ruszyła za wszystkimi.

Stanęła tuż przy wejściu do kościoła. Zobaczy to raz z bliska. Nie weszła jednak do środka, bojąc się, że wszyscy będą się na nią patrzeć. Przesada, przecież wszyscy się tu nie znają. Ale i tak lepiej nie wchodzić. „Nie będę wiedziała, jak się zachować”. Spostrzegła, że i tak zaczęli koło niej przystawać ludzie. Po chwili za nią stał spory tłumek. Była na zewnątrz, ale już nie ostatnia. Nagle jakby ziemią zatrzęsło. Ni stąd, ni zowąd wybuchła muzyka:

Bóg się rodzi, moc truchleje.
Pan niebiosów obnażony…

Bogumiła poczuła, że to ona truchleje, a jednocześnie jakby wzlatuje w powietrze i serce jej zaczęło walić w uniesieniu. Najpierw w gardle poczuła kluchę, lecz po pierwszej zwrotce zapragnęła się przyłączyć do śpiewających. Niestety, nie znała dalszych słów. Wsłuchiwała się więc w głosy i tworzyła murmurando. I nagle wszystko się urwało. Cisza. Słychać chrobot ustawianego mikrofonu.

— Kochani, nie tłoczmy się w przejściu. Przyszliśmy do stajenki, do Pana Jezusa, a robimy to tak, jakbyśmy chcieli, aby ta najcudowniejsza chwila nigdy nie nastąpiła. Proszę, tu jeszcze jest miejsce, prosimy wszystkich w wejściu bliżej…

Ludzie zaczęli napierać. Bogumiła zapadła się w sobie, bała się protestować. Nie mogła się wycofać. Fala niosła ją do przodu, aż — nie wiedziała, jak to się stało — znalazła się tuż przed ołtarzem. Spojrzała w bok, szukając drogi ucieczki. Jakaś kobieta kiwnęła na nią, przesuwając się w ławce. Nie wiedziała, co zrobić.

— Siadaj, pani — usłyszała męski głos.

Przysiadła. To coś nierealnego. Siedzi w kościele, w pierwszej ławce. Przed nią tylko ołtarz. Kilkunastu, jeśli nie więcej ministrantów. Przy „stole” dwóch księży, jeden starszy, łysy z wyłupiastymi oczami, drugi młodszy, przystojny. Spotkał się z nią oczyma i uśmiechnął. Sympatyczne, ale zaraz się wystraszyła, że może coś z jej wyglądem nie tak. Dyskretnie poprawiła włosy. Zaczęła się liturgia, o której nie miała zielonego pojęcia. Ludzie wstawali, klękali, odpowiadali na wezwania księdza. Czuła się jak zwierz w klatce.

Zauważyła, że jedną kolędę śpiewa cały kościół, a drugą „pieje” organistka, która dobierała takie tony, by nikt jej w tym śpiewie nie mógł towarzyszyć. Jakieś głosy próbowały do niej dołączyć, ale po paru słowach przycichały.

— Znowu ta koza nie da ludziom pośpiewać — usłyszała głos sąsiadki, która mówiąc to, patrzyła na ołtarz.

Bogumiła czuła, że musi jej jakoś odpowiedzieć. Chrząknęła, zatapiając w chrząknięciu twierdzące „yhm”.

Czekała podświadomie na moment, kiedy ludzie będą się żegnać. To jedno potrafiłaby uczynić. Miała wrażenie, że młodszy ksiądz przypatruje się jej. Musiał to robić bardzo dyskretnie, bo nie spotkała się z nim wzrokiem, patrzył jednak uśmiechnięty przed siebie, tak jakby ją widział w sposób szczególny. W pewnym momencie wstał, podszedł do mikrofonu:

— Słowa Ewangelii według św. Łukasza.

Przeżegnał się jakoś dziwnie, takimi małymi krzyżykami.

Spróbowała go naśladować. Przeżegnała się dwukrotnie w bliżej nieokreślony sposób.

— W owym czasie wyszło rozporządzenie Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie…

Skończywszy czytanie, ksiądz wrócił i usiadł na krześle. Wtedy z fotela powstał ten drugi, łysy. „To proboszcz” — przeszło jej przez myśl. Ucieszyła się, że potrafi coś nazwać.

Stanął przy pulpicie pod starą amboną. W pierwszej chwili myślała, że właśnie na nią wejdzie i stamtąd będzie głosił kazanie. Widziała to na filmach. Przypomniała sobie jednak, że ambon się już nie używa. Przypatrywała się scenom — chyba z Ewangelii — wyrzeźbionym na ambonie. Nad nią było coś w postaci daszka ozdobionego na szczycie dużym trójkątem ze złotym okiem w środku.

Ludzie siedli. Proboszcz wyczekał odpowiednio długo, aż wszystkie głosy ucichły.

— Nie było miejsca w gospodzie. Tak… Prze–ra–ża–jąca prawda, nie było miejsca w gospodzie. Oto przychodzi na świat Pan i Stwórca. Pan Niebiosów… obnażony. Ogień krzepnie! Moc truchleje! — zaskandował i zjechał — ale serca tych, do których przyszedł, nie otwierają się… Zapytajmy siebie dziś, czy moje serce!… — proboszcz uniósł nienaturalnie głos, jakby wydawał wojskom rozkaz do ataku, nagle go zawiesił, wyczekał kilka sekund i delikatnie zakończył — jest… betlejemską gospodą czy stajenką? Czy jestem gotów w każdej chwili przyjąć Jezusa? Kim jestem?! Właścicielem gospody czy też pasterzem biegnącym do stajenki na powitanie Dzieciątka? A może ani jednym, ani drugim, ale jestem królem Herodem zaniepokojonym Jego narodzinami. Bo może nas to oburzy, zadziwi — ale nie udawajmy, to dziecko, które ma się narodzić, zdezorganizuje mój świat, moją karierę, moje perspektywy. Ja mam do tego prawo! Całe życie tyrałem, żeby zbudować domek swoich marzeń. Czy to jest tak wiele?! Nie chcę małego intruza, który zakłóci mój spokój. Niech nikt się nie rządzi w mojej gospodzie!… Tak, matko, nikt nie będzie się rządził w twojej gospodzie, nie będzie cię karał. Wystarczy, że kiedyś twoje dziecko ci podziękuje… Albo to na ziemi, albo to, którego nie wpuściłaś do gospody.

Bogumiła zakryła twarz… Przestała słuchać słów spadających na nią od ołtarza.

Kiedy otworzyła oczy, napotkała wzrok młodego księdza. Widziała, że słowa proboszcza też go bolą. Dlaczego?

— Mój brzuch należy do mnie… Słyszeliśmy te haniebne hasła — coraz bardziej szarżował Pocieszny — hasła wznoszone przez kobiety, które chcą zagłuszyć w sobie odwieczne prawo miłości macierzyńskiej.

Wiedziała, że dłużej nie wytrzyma, musi stąd uciec, ale jak?

Proboszcz zamilkł i zamknął oczy. Czyżby koniec? — pomyślała.

Nagle jednak zawołał, łkającym głosem:

— Matko! Matko!

I znów ucichł. Wtedy z przeciwnej strony kościoła dobiegł głos organistki:

Dzieciąteczko moje, osusz łezki swe,
Matka cię zabierze, gdzie marzenie twe,
Gdzie okrutnych siepaczy Herod już nie naśle
I serduszko przy sercu prawdziwej matki zaśnie.

Dziewczyna śpiewała na melodię będącą składanką kilku kolęd. Przestała i po chwili ciszy odezwał się Pocieszny.

— To był prezent, tak to nazwijmy, od proboszcza dla swoich parafian. Takie małe coś. Czyja to kolęda? Kto napisał słowa i ułożył muzykę? Pozostawiam domyślności parafian… — uśmiechnął się, jego twarz była przez chwilę rozanielona. Zaraz jednak przywołał się do porządku.

— O matko, otwórz swe serce! Herodowe matki, opamiętajcie się…

I nagle rozległ się ogłuszający huk. Z ambony dobył się jęzor ognia, a potem dym, który zasłonił ołtarz. I dał się słyszeć okrzyk:

— Aua! — ten jęk wydobył się chyba z ust proboszcza, ale nie było pewności.

Na ułamek sekundy nastała nienaturalna cisza — jakby parafianie chcieli się zorientować, czy to wszystko nie jest specjalnym efektem mającym wzmocnić wymowę słów — po czym rozległy się histeryczne głosy. Wszyscy powstali. Do mikrofonu przedarł się postawny mężczyzna z wąsem i wypełnił kościół tubalnym głosem:

— Tu policja! Stać! Proszę zachować spokój! Jesteście bezpieczni. A teraz bez paniki opuszczamy kościół, jak po każdej mszy. Ostatni wychodzą pierwsi.

4.

Groser wrócił z dziedzińca kościelnego. Proboszcz, opatrywany przez doktor Gargułową, siedział z odchyloną głową na fotelu.

— To nic takiego. Krwi dużo, ale cięcie niegroźne… — lekarka uspokajała księdza.

Spojrzał na nią z lekką dezaprobatą. „Chyba niewiele pojęła z tego, co się wydarzyło przed chwilą”.

— Proszę opatrzyć, a Panu Bogu już pozostawmy osąd, jak to jest groźne. Wielkie rzeczy zaczynają się od małych. Ktoś, kto podłożył tę bombę, doskonale o tym wiedział.

Lekarka spojrzała na proboszcza, jakby nagle zaczęła się obawiać, że te słowa mogą świadczyć o jakimś urazie.

— Czy ksiądz się dobrze czuje?

— Trudno, żebym czuł się wyśmienicie — odparł rozżalony. — Prosiłbym, aby o moim stanie nie informować postronnych. Zachowajmy to przynajmniej do czasu w tajemnicy. Czy jest więcej rannych? — spytał.

— Nie, tylko ksiądz… został skaleczony. — Jej słowa znów wywołały grymas bólu na jego twarzy.

— Siła wybuchu musiała być potworna, skoro wysadziło ambonę… — wyszeptał dramatycznie.

— Eee, księże, gdzie tam wysadziło — skorzystał z okazji, by się dołączyć do rozmowy, Krystian Jeleń. Kościelny. — Oko Opatrzności od podmuchu zleciało. Dawno mówiłem, żeby je przykręcić na śrubę. Bo tak żeśmy je ino po tym malowaniu umocowali drutem i już pięć lat dynda. Jak to mówią, prowizorka trwa najdłużej — z podnieceniem dokończył swoją kwestię. Dumny, że może przy znaczących osobach, które zebrały się w zakrystii, oznajmić, iż współgospodarzy z proboszczem.

Pocieszny zamknął oczy. Bolał pewnie, że równie łatwo nie można zamknąć uszu. Kościelny, sądząc błędnie, że jego słowa zyskują dramatyczne potwierdzenie w minie prałata, dodał:

— I tak szczęście, bo jakby to Oko księdza lepiej trafiło, to mogło zabić.

Proboszcz odemknął powieki i widząc, że kościelny zamierza jeszcze coś powiedzieć, rzekł z niesmakiem:

— Panie Jeleń, żeby pan chociaż raz do roku, we Wigilię powiedział… coś rozsądnego.

Groser próbował ukryć rozbawienie na twarzy. Na szczęście w kłopotliwą sytuację wkroczył kapitan Bąk, ten sam, który nawoływał do spokoju. Wszedł do zakrystii od strony ołtarza.

— Proszę księdza, proszę być spokojnym. Nad wszystkim czuwamy. Zbadaliśmy miejsce wybuchu. To robota jakichś gówniarzy. Petarda hukowa. Kabelki do spłonki wyprowadzili przez lufcik za amboną. Dziecinada, no ale wezwałem ludzi z brygady antyterrorystycznej. Pies od razu znalazł trop. Dorwą ich. Teraz przeszukują wnętrze. Taka procedura.

— Co z ludźmi? — wyszeptał Pocieszny. — Nie mogą się rozejść do domów bez Pana Jezusa.

— Oczywiście — przytaknął Bąk.

— Czy msza może być odprawiana na dziedzińcu? Czy policja się na to godzi?

— Pogadam jeszcze z ludźmi z brygady, ale ja nie widzę przeszkód… Zaraz wszystko będziemy wiedzieli…

Proboszcz powiódł wzrokiem za wychodzącym Bąkiem. Spojrzał na swą obandażowaną głowę odbijającą się w olbrzymim lustrze w zakrystii. Zrozumiał, że chwała „męczennika” zaczyna się rozpływać.

— Księże Wacławie, ja ze względu na swój stan — zrobił pauzę, żeby wszyscy ten stan mogli ocenić — nie mogę dalej odprawiać. Wyjdę z wami, żeby ludzie się nie niepokoili… Czy ksiądz może parę słów skierować?… — zamknął oczy, może rzeczywiście przeszył go ból, gdy sobie uświadomił, komu oddaje w ten wieczór „rząd dusz”.

— Spróbuję — rzekł Groser.

— To co? Weźmniemy ten stół na ołtarz? — zakomenderował Jeleń.

— Dobrze, tylko ze spokojem… — rzekł proboszcz, by pokazać, że panuje nad sytuacją.

Dał znać, że chce powstać z fotela…

5.

Na dziedzińcu zostało jakieś trzysta osób. Połowa tego, co na pasterce.

Prószący wcześniej śnieżek ustał całkowicie. Groser spojrzał na rozgwieżdżone niebo. Potem na parafian. W bramie ujrzał powracających. Ci, co już chyba zwątpili albo byli na papierosie.

— Tę pasterkę na pewno zapamiętamy do końca życia. Pan Bóg rodzi się dziś z hukiem. To nie była cicha noc, choć święta… Przede wszystkim ksiądz proboszcz prosił mnie, bym wam przekazał, że jesteśmy tu bezpieczni. I jego zdrowie jest niezagrożone. Jest tu z nami. Proszę się nie przerażać opatrunkiem. Wszystko jest w porządku… — Rozległy się oklaski. Pocieszny kiwał obandażowaną łysą głową. — Nie możemy do końca powiedzieć, co się stało, bo policja dopiero bada sprawę. Mamy nadzieję, że nic poważnego. Ale jeszcze raz powtarzam, jesteśmy tu bezpieczni. Tu nikomu nic na głowę nie spadnie. Chyba że gwiazda z nieba. Tak, moi drodzy. Może dziś jesteśmy trochę bliżej tego Betlejem sprzed dwóch tysięcy lat. Mamy nad sobą gwiazdy, jak pasterze… Jaka nauka płynie z tego zdarzenia, które przeżyliśmy?… Że tak naprawdę to nie wiadomo, o której będzie nasza prawdziwa pasterka. Gdzie i kiedy dowiemy się o narodzinach Jezusa… Trzeba czuwać… I żyć wiarą, że On może urodzić się wszędzie, nawet w ruinie naszych serc. Bo On jest Bogiem paradoksów. „Pan niebiosów obnażony”.

* * *

Chodził z opłatkami w koszyczku wśród parafian, którzy nie bardzo kwapili się do odejścia. Co ich tu zatrzymywało? Czy tylko chęć usłyszenia, co naprawdę stało się w kościele? A ludzie kolportowali najrozmaitsze wieści. Jedna z kobiet utrzymywała, że w czasie wybuchu widziała Matkę Boską płaczącą krwawymi łzami. Ktoś inny z kolei twierdził, że parę dni wcześniej natknął się na Araba, który przed paru laty tu mieszkał, bo ożenił się z kobietą z parafii św. Mikołaja. Ale w sumie to były raczej jednostki. Trudno odpowiedzieć, dlaczego ludzie jeszcze pół godziny po pasterce stali w grupkach na dziedzińcu. Może to „wypędzenie” z kościoła wytworzyło większą wspólnotę. Albo była w tym podświadoma tęsknota, by pobyć razem. Wacław odbierał życzenia od osób, które by na pewno nie stworzyły jednej koalicji w sejmie. Widział senator Libacką z SLD i posła Wężyka–Dunina z LPR–u. „Kościół to jeszcze jedyne miejsce, które może nie jednoczy, ale chociaż zbiera w jedno rozproszone owieczki” — pomyślał.

Składając parafianom życzenia, szukał wzrokiem kobiety, która w czasie kazania miała łzy w oczach. Nigdy jej wcześniej nie widział. Był zły na proboszcza. Nie miał bowiem wątpliwości, że była to jedna z ofiar jego „hurtowego nawracania”. Podejrzewał, że Pocieszny tak jak i on dojrzał łzy kobiety i mając „skruszonego grzesznika” na patelni, podkręcił kazanie w przekonaniu, że „Pan Bóg rozpozna swoich”.

Tłum zaczął się przerzedzać. Wacław tracił już nadzieję, że ją ujrzy, gdy nagle jej postać mignęła mu pod drzewem. Podbiegł niemalże do niej w obawie, że zniknie w ciemnościach.

Uśmiechnął się. Spojrzał w oczy.

— Tak? — spytała kobieta, jakby zaskoczona.

— Życzę pani, aby sianko ze stajenki Jezusa otuliło panią i pani bliskich…

— Dziękuję… Nie za bardzo wiem, co się mówi w takiej chwili…

— Nic pani nie jest? — spytał zaniepokojony Groser.

— Nic. Nie wiem tylko, co z sobą zrobić. — Nie zapanowała nad łzami. — Boję się wracać do domu…— Wyrwało jej się z ust. Dlaczego to powiedziała? Nie rozumiała w ogóle, co się z nią dzieje. Co tu jeszcze robi?

— A gdybym zaprosił panią na plebanię? Po pasterce nastaje taka ciężka chwila dla księdza. Chciałby, aby ta atmosfera trwała, chciałby się nią podzielić, a nie ma za bardzo z kim… pogadać, a nie tylko przełamać się opłatkiem.

Pokiwała głową, choć nie była pewna, czy wie, o czym do niej mówi. W całym tym absurdzie była jakaś logika, której nie pojmowała, ale której postanowiła się poddać. Nie miała nic do stracenia. Rozmyślała dziś, że nie warto żyć. Może jednak warto poznać coś tak… obcego.

— Jak to możliwe, że jeden ksiądz mnie wypędza z kościoła, a drugi zaprasza?

Wacław domyślał się, o czym mówi kobieta, ale nie chciał rozpoczynać rozmowy w progu plebanii.

Uśmiechnął się więc na dowód, że ją rozumie.

— Zapraszam… — otworzył drzwi.

— Ksiądz sam tu mieszka?

— Nie, z proboszczem, ale on już na pewno śpi. No, nie będziemy puszczać głośno muzyki — zażartował. — Należy mu się odpoczynek.

Weszli po schodach. Na szczęście betonowych, przykrytych dywanem, nieskrzypiących. Bogumiła rozejrzała się po pokoju. Niewiele było tu do oglądania, poza ścianą, która cała prawie była zawieszona zdjęciami.

— Niezła kolekcja.

— A tak, to ludzie, którzy przeszli przez moje życie. Proszę… — Groser wskazał ręką na fotel. Jedyny w pokoju. Sam usiadł na krześle.

— Ksiądz nie ma choinki?

— Jakoś w ogóle nie mamy na plebanii. Takie dziwaki z nas. Nie mamy choinki, nie przychodzi gwiazdor. Nie mamy dzieci, więc nie ma dla kogo tego wszystkiego robić. A pani?… — urwał. Właściwie nie wiedział, o co chce zapytać.

Uśmiechnęła się smutno.

— Widzi ksiądz, ja w ogóle jestem z innej bajki. Nigdy nie byłam na pasterce ani… w kościele. A ksiądz jest pierwszym księdzem, z którym rozmawiam.

— No, to wybrała pani ciekawy dzień, jak na wieczorek zapoznawczy.

Pokiwała.

— Jestem w szoku. Co to było?

— Jacyś chłopcy postanowili potrenować przed sylwestrem…

— Uff — westchnęła. — A ja myślałam, że… — kobieta potrząsnęła głową i zrezygnowała z wyznania… — Tak bym chciała księdzu podarować jakiś prezent. Już wiem. Mogę zrobić gwiazdkę. Kiedy chodziłam do przedszkola, nauczyłam się robić gwiazdki. To trudna sztuka. Byłam jedynym dzieckiem, które zdołało się tego nauczyć. Ma ksiądz nożyczki i zeszyt?

— Powinienem mieć… — zaczął się zastanawiać.

Podszedł do biurka.

— Tylko w kratkę — oznajmił po chwili. Wręczył kobiecie zeszyt i nożyczki.

— To nic, gwiazdka będzie w kratkę. — Wyrwała środkową podwójną kartkę. — Tniemy ją na centymetrowe paseczki… — Bogumiła ułożyła paseczki w szachownicę, potem zaczęła je przeplatać.

— To ja tymczasem przyniosę coś z lodówki — oznajmił Wacław.

Bogumiła nie zaprotestowała na tę nieoczekiwaną propozycję nocnej wieczerzy. Może w ogóle do niej nie dotarło, co powiedział, bo skupiła się na gwiazdce.

Znalazłszy się na parterze, Wacław spojrzał na drzwi od pokoju proboszcza. „Śpi”. Przez szczelinę przy podłodze nie dobywało się żadne światło. Zwykle w ten sposób orientował się, czy proboszcz jeszcze urzęduje.

* * *

Gdy wrócił z tacą, Bogumiła powitała go z gwiazdkami w ręku.

— Proszę… Na pamiątkę pasterki pod gwiazdami. Podobno taka gwiazdka ma moc spełniania życzeń. Musi ksiądz tylko w myślach wypowiedzieć marzenie.

Uśmiechnął się.

— Śliczna, odetnę jutro jakąś gałązkę od choinki z kościoła i na niej powieszę. Przepraszam, nie przyniosłem dwunastu potraw, trochę skromniej, ale od serca. No, to już właściwie nie wigilia, a śniadanie. Niedługo będzie świtać. Żartuję, ale trzecia już minęła. Proszę — Wacław rozłożył talerze i sztućce. — Ryba w galarecie, kiełbasa jałowcowa. Domowej roboty. Od mojego przyjaciela księdza. Jest proboszczem w Kołomorzu. I arcymistrzem w wędzeniu… Proszę skosztować. Nie znam lepszej.

— Jestem ciekawa, czy dorówna mojej kiełbasie z dzieciństwa… — Bogumiła nagle się rozpromieniła. — Nazywałam ją wigilijną albo z nutrii. To była taka grzeszna kiełbasa, bo jadłam ją zawsze w Wigilię.

— Z nutrii? O Boże, nigdy bym nie tknął kiełbasy ze szczura.

— Nutria to bardzo czyściutkie zwierzątko… I wesołe. Hodowla nutrii była pasją mojego dziadka. Pływały w małych basenikach. Zawsze lubiłam się im przyglądać. Pomarańczowymi zębami ogryzały marchew, trzymając ją tak śmiesznie w obu łapkach. Niestety, przed świętami nutrie wystarczająco dorosłe szły na rzeź… Dziadek tłukł je w głowę żelaznym prętem i ściągał z nich skórę, a babcia z ich mięsa robiła kiełbasy. Dodawało się do niej jeszcze innego mięsa, różnych przypraw, ale przepisu nie znam i nigdy go nie znałam. Dziadziuś wędził potem te kiełbasy w ogródku w starej beczce. Drewno do wędzenia było albo z wiśni, albo z jabłoni — aby dym był wonny. Kiełbasy wisiały w tej beczce na kiju i razem z tym kijem wędrowały potem po drabinie na strych, gdzie wisiały, czekając na nasz przyjazd. Pamiętam to do dziś. Włażę po drabinie na strych pachnący zawsze sianem. Idę do kija, który sam pachniał jak kiełbasa, i biorę kiełbasę, taką, jak babcia kazała.

Dla mnie ta kiełbasa z nutrii to wspomnienie świąt. Szynki mogły nie istnieć! Babcia dawała mi jej cały kawał, i to w Wigilię. W tajemnicy nawet przed mamą. Mama była programową ateistką, ale pościła w Wigilię jak wszyscy. Na pewno by nie miała nic przeciwko, ale ta moja mała uczta była naszą tajemnicą.

Groser uśmiechnął się i otrząsnął na zakończenie opowieści Bogumiły.

— Ksiądz nie lubi zwierzątek? — spytała.

— Przeciwnie… I też mi się kojarzą z Wigilią, choć nie z racji kiełbasy, tylko wrony. To było jakieś dziesięć lat temu. Byłem na wiejskiej parafii. Po wigilii położyłem się, żeby trochę się zdrzemnąć przed pasterką. Nagle: trach! Coś grzmotnęło w szybę. Zerwałem się w półśnie, wystraszony. Otwieram okno, patrzę, a tam w śniegu leży wrona. Wyszedłem z domu, podchodzę do niej, a ona się nie rusza. Patrzy na mnie tym swoim ślepkiem. Wyobraziłem sobie, co musi czuć na widok takiego potwora. Nie bardzo wiedziałem, co robić. Co ona mogła wyprawiać, że władowała się w moje okno? Pomyślałem, że to nie przypadek, że ona z nieba… Wrona, ptak dość podłej natury… Nie budzi wielkiej sympatii. Ale zostawić ją w śniegu i leżeć sobie na kanapie ze świadomością, że to stworzenie zdycha? Przenieść je dalej jak jakiś śmieć? Poszedłem do piwnicy po karton. Wymościłem go jakimś podkoszulkiem, ale ta wyściółka wydała mi się dość twarda. I wtedy wpadłem na pomysł, że pójdę do kościoła i podbiorę ze żłóbka Dzieciątku trochę sianka. Było go tam sporo… Pomyślałem, że Pan Jezus się ucieszy.

I tak tę wronę na sianku ze żłóbka wykurowałem, że już mogla odlecieć po dwóch tygodniach. Gotowałem jej jajka i mieliłem. Na wiosnę patrzę, a pod oknem, dałbym głowę, ta sama wrona przechadza się z młodymi. I to tak trwało długi czas. Byłem dumny i szczęśliwy. Wydawało mi się, że jestem nowym wcieleniem św. Franciszka.

Wacław, widząc lekkie zapytanie w oczach Bogumiły, dodał:

— To taki święty, co głosił kazania do ptaszków.

— Chyba inne od tego, co dzisiaj…

— Pewnie tak. Żeby przemówić do ptaszka, trzeba być nie lada kaznodzieją.

Bogumiła rozmyślała o czymś w milczeniu.

— Pomyślałam, że jestem taką nową wroną dla księdza — odezwała się po chwili.

Zaczęli się śmiać.

— Może też przyprowadzę kiedyś księdzu małe wroniątka pod okno.

Wacław się uśmiechnął, Bogumiła jednak nagle zaczęła płakać.

— Co się dzieje? — spytał.

— Nie mam żadnego wroniątka. To, które miałam, odleciało. A przedtem się mnie wyparło.

Groser patrzył, jak po policzkach Bogumiły płyną łzy. Odczekał.

— Może mi pani o tym opowie.

Zaśmiała się trochę histerycznie, ale jakby dostrzegła nieoczekiwanie jakiś sens.

— Czy to nie śmieszne, ja załamana, czysta rozpacz, mam rozebrać swoją duszę przed księdzem. — Pokręciła głową. — To tak jakbym spotkała kosmitę i zaczęła mu się zwierzać.

— Jeśliby to był rozsądny kosmita, nie widzę przeszkód.

Otarła łzy z nosa.

— Widzi ksiądz, wyszłam za mężczyznę… powiedzmy z różnych powodów, ale na pewno nie z miłości. Można to nazwać małżeństwem z niskich pobudek. Nie ja pierwsza, nie ostatnia. Kiedy pojawiła się córeczka, była… no czymś takim, jak dzisiaj mówił proboszcz. Byłam wściekła, że zablokowała mi życie. Próbowałam różnych metod, żeby poronić. Kiedy mąż się spostrzegł, powiedział, że jeśli jej nie urodzę, to mnie zabije… Byłam Herodem, któremu uniemożliwiono rzeź. Kiedy się urodziła… mogłam jej to wynagrodzić. Ale nas interesowała tylko wojna, którą ze sobą toczyliśmy. Takim typowym obrazkiem z tamtych lat jest… My na siebie krzyczymy, Gosia zaczyna płakać. Więc ja znowu na nią, że ma iść do swego pokoju… Ona nie miała pokoju. Miała pomieszczenie, piekiełko… No i właściwie to wszystko — Bogumiła odchrząknęła i pociągnęła nosem. — Rozwiedliśmy się po trzech latach. Kiedy Gosia wyszła za mąż, okazało się, że nie może mieć dzieci. Dowiedziałam się, że z mojej winy, gdyż nie przekazałam jej pozytywnego obrazu macierzyństwa. To, co nie udało mi się w stosunku do własnego dziecka, poskutkowało w następnym pokoleniu.

Zamilkła.

— Córka powiedziała, że to jest blokada na tle psychicznym?

— Tak.

— Myślę, że na pewno jest jakaś nadzieja w terapii.

— Może, ale ja jestem faktycznie odcięta od córki.

Zaległo milczenie.

— Czy ksiądz wierzy w sny? — spytała po chwili.

— Czy wierzę?… Lubię śnić…

Nagle odezwała się komórka. Na twarzy kobiety pojawiło się zdziwienie i lęk.

— Przepraszam, chyba dostałam SMSa. O tej godzinie?

Groser rozłożył ręce.

Zerwała się i podeszła do płaszcza przewieszonego przez krzesło.

Wyciągnęła komórkę i spojrzała na wyświetlacz.

Nagle zaczęła się krztusić.

— Coś się stało? — spytał Groser, gdy po chwili doszła do siebie.

Kiwnęła głową.

— Zostanę babcią…

— Jak to?

— Córka wysłała mi wczoraj o piętnastej wiadomość, że jest w ciąży. Pisze, że chcieli mi zrobić prezent… No tak, są święta, dopiero teraz doszło.

Bogumiła kręciła przecząco głową, nie mogąc uwierzyć w nowinę z Alp. Nie wiadomo, co było dla niej bardziej niepojęte: ciąża Gosi czy miłość okazana „wyrodnej matce”. Niepojęta też była zbieżność w czasie — radosny SMS przyszedł dokładnie w chwili, gdy opowiadała Groserowi o swojej beznadziei. Groser patrzył na nią i nic nie mówił.

— Wie ksiądz, bo z tymi snami… śniło mi się dziś dziecko. To było coś cudownego. Jakby znak, że zostało mi wybaczone… Ale potem miałam koszmar… — opowiedziała Groserowi o kobiecie w ciąży z liszajami na udach. Zamyślił się.

— Może to sygnał, że stało się coś wbrew wszelkiej logice. W Biblii było wiele kobiet, które rodziły dzieci, choć na zdrowy rozum to było niemożliwe. Kiedy prawie stuletnia Sara dowiedziała się, że urodzi Abrahamowi syna, zaśmiała się w głos…

Bogumiła spojrzała z wdzięcznością. Nie rozumiała jego opowieści, ale czuła, że stanowi wyjaśnienie i jej tajemnicy. Że ten jej sen to nie był do końca sen. Że takie rzeczy się zdarzają.

— Niech panią przytulę — powiedział nieoczekiwanie Groser.

Zamknęła oczy i zaczęła szlochać na ramieniu księdza.

W tej samej chwili otworzyły się drzwi. Kobieta nie usłyszała, ale Wacław tak. Odsunął ją delikatnie. W progu stał proboszcz. Groser zaczął nerwowo myśleć, co tu powiedzieć, by ochronić kobietę. Nieważne było, co go czeka, ważne, by cios nie dosięgnął Bogumiły.

Zobaczył, że bandaż z czoła proboszcza zniknął i zastąpił go solidnych rozmiarów plaster.

— Był ksiądz u zszycia? — Wacław przytknął palec do swego czoła, by lepiej wyjaśnić, o jakie zszycie chodzi.

— Nie, to głupstwo — proboszcz machnął ręką. — Byłem w więzieniu, to znaczy na policji, w areszcie — poprawił się, widząc zdumienie na twarzy wikarego. — Złapali tego chłopca, co podłożył petardę. Jest z naszej parafii, Wojtuś Katurla. Uczyłem go religii.

Bogumiła uświadomiła sobie, że proboszcz mówi o dziecku jej sąsiada. Mógł mieć z piętnaście lat.

— I co? — spytał Wacław.

— Nic. Mam wyrzuty sumienia, że… — proboszcz się zawahał — też jakoś za tego chłopca odpowiadam — dokończył zdecydowanie. — Może gdyby nie ten wybuch, bym sobie tego nie uświadomił.

— Powiedział księdzu, dlaczego to zrobił? — spytał Groser.

— Tak. Założył się z kolegami. Mówiłem Bąkowi, żeby mu nie odbierali szansy na przyszłość. Jak zamkną go do poprawczaka, to koniec.

„Czy on ma jakąś szansę?”, pomyślała Bogumiła. Stary Katurla, gdy się dowie, co zrobił jego syn, może go zmaltretować. Ile razy widziała i słyszała, jak tłukł go po pijanemu.

— Każde dziecko chce się czymś pochwalić, to jest jego natura. Rodzicami, zabawkami, ocenami w szkole. Gdy tego nie ma, robi to w chory sposób.

Groser nie mógł się nadziwić. Co się stało? Jeszcze nigdy nie słyszał, żeby proboszcz zastanawiał się, dlaczego ktoś błądzi. Zawsze się tylko zastanawiał nad karą.

— Musimy być czujni, bo nigdy nie wiemy, kiedy i gdzie odbędzie się ta nasza pasterka… — zaśmiał się lekko Pocieszny, patrząc na swego wikarego. — No, przepraszam, bo tak tu wszedłem nieproszony, widziałem światło w pokoju, więc pomyślałem, że jeszcze ksiądz nie śpi. — Pokiwał głową… — Panią też widziałem… — uśmiechnął się do Bogumiły. Nie dopowiedział gdzie, jakby nagle uświadomił sobie, że może ją to zawstydzić. — Chętnie bym się z panią przełamał opłatkiem…

— To co? Może pójdę zaparzyć herbaty?… — zaproponował Wacław. Proboszcz skinął głową. Groser wziął ze stolika gwiazdkę i wychodząc do kuchni, zawiesił na drzwiach pokoju. „Powierzam ci na te parę minut moje drogie paradoksy” — szepnął. W myślach. Tak jak kazała Bogumiła.

* * *

Zezowate szczęście? Chyba nie. Choć ambona od lat milczała, dyndające oko Opatrzności dobrze widziało, co dzieje się w parafii św. Mikołaja. A kiedy trzeba było, zainterweniowało. Jakby powiedział Krystian Jeleń: „Nie mogło lepiej trafić”.

Skrócona wersja opowiadania, które pod tytułem Huczna wigilia księdza Grosera ukaże się w antologii opowiadań Nasze polskie wigilie wydanej przez Wydawnictwo Zysk i S–ka.

Dyndające oko Opatrzności
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...