Zaczęło się od herezji

Zaczęło się od herezji

Czy współczesny świat potrzebuje jeszcze dominikanek?

Diana Mikuła OP: A czy współczesny świat potrzebuje modlitwy? Bardzo potrzebuje. Jest jak spalona ziemia potrzebująca Bożej łaski jak deszczu. Wiele osób niesie na sobie ciężary po ludzku nie do uniesienia, ich życie jest naznaczone cierpieniem, rozpaczą, grzechem, chorobą, depresją. Szukają pomocy. Czasem Pan Bóg jest dla nich ostatnią deską ratunku, godzi się na takie ostatnie miejsce w naszym życiu, żeby nam pomóc odnaleźć samych siebie, odnaleźć sens życia, odnaleźć powrotną drogę do Niego.

Czy ludzie dzisiaj mają jeszcze głód Pana Boga w sobie? Czy oczekują Jego działania w swoim życiu? Czy nie zatracili już zupełnie Bożej perspektywy?

To, czy ludzie widzą i doświadczają Pana Boga, to jeden problem, a to, czy Go potrzebują, to drugi. Potrzebują Go z pewnością, choć często szukają po omacku i błądzą. Czy dostrzegają Boga, w dużej mierze zależy od każdego z nas. Pan Bóg przecież działa, kocha, jest. Mamy żyć tak, by przez nas inni mogli widzieć i słyszeć Boga. To dla każdego człowieka może oznaczać coś innego, ale z pewnością wszyscy jesteśmy wezwani do dawania świadectwa o miłości Boga. Naprawdę zaskakująca jest pełna wiary intuicja ludzi, którzy szukając konkretnego znaku obecności Pana Boga w świecie, wierzą, że klasztor kontemplacyjny jest takim znakiem, takim Bożym drogowskazem w ich życiu. Proszą nas o modlitwę, bo szukają, bo wierzą albo dopiero zaczynają wierzyć. Albo przeciwnie — piszą, bo stracili nadzieję. Ufnie powierzają nam swoje bardzo trudne sprawy. Nasz telefon, komputer i listy przychodzące pocztą stały się sposobami ich komunikacji z Bogiem. Otrzymujemy od ludzi mnóstwo telefonów, stosy listów i e–maili z prośbą o modlitwę. Niektóre z nich są tak sformułowane, że są po prostu modlitwą. Nam pozostaje powierzać to wszystko Bogu… Jesteśmy tylko stacją przekaźnikową… Pośród tego świata jesteśmy dla ludzi konkretnym znakiem tego, że Bóg jest, że słucha. To ważne, że jest miejsce, w którym każdy może poprosić o modlitwę. Na tym polega nasze zadanie w Kościele, a modlitwa wstawiennicza jest najważniejszym wymiarem naszego powołania. Jest na nią miejsce zarówno podczas naszej wspólnotowej eucharystii, jak i podczas modlitwy liturgicznej, brewiarzowej, także w czasie odmawiania różańca, podczas adoracji i gdy każda z nas spędza czas w kaplicy na modlitwie indywidualnej. Nasza codzienność jest przeniknięta modlitwą i wołaniem do Boga o Jego miłosierdzie dla każdego człowieka.

Wasz zakon świętuje swoje 800–lecie…

Uściślijmy od razu, że 800–lecie świętują przede wszystkim mniszki zakonu dominikańskiego. Bracia powstali kilka lat później. Niemniej jednak rok 1206 jest rokiem powstania pierwszej dominikańskiej wspólnoty w Kościele.

Czy ta kolejność ma znaczenie w hierarchii ważności w waszym zakonie?

Można tak powiedzieć… W każdym razie wyraźnie potwierdzają się ewangelicznie słowa, że ostatni będą pierwszymi, bo to bracia są tzw. „pierwszym zakonem”, a mniszki „drugim”, mimo że chronologicznie rzecz biorąc, Dominik najpierw powołał do życia wspólnotę sióstr.

Może siostra opowiedzieć o tych początkach?

Obecnie klasztory mniszek dominikańskich są rozsiane po całym świecie. Jest ich wiele w różnych częściach świata (ok. 250). Ale początek był niepozorny. Zaczęło się od herezji, dyskusji i nawrócenia kilku kobiet przez św. Dominika. Nasz zakon narodził się w trudnym miejscu i czasie. Kościół przeżywał wówczas kryzys, jego mury były popękane od niszczącej siły herezji i osłabione przez chrześcijan, którzy odstępowali od wiary. Można powiedzieć, że Zakon Kaznodziejski narodził się pośrodku duchowej ciemności, zamętu i chaosu szalejącego w ludzkich sercach, na linii pęknięcia Kościoła. Pierwsza wspólnota mniszek powstała w takim właśnie miejscu, w którym Kościół był osłabiony i zraniony.

Czy to nie jest fakt obciążający genetycznie Waszą historię?

Wręcz przeciwnie. Widzę tu ogromną siłę nośną obrazu Kościoła zranionego i czuwającego nad nim Dobrego Pasterza. Bóg zawsze troszczy się o swą oblubienicę Kościół i w odpowiednim czasie posyła do niej swoich przyjaciół, aby przywrócili jej piękno i zdrowie. Na początku wieku XIII jednym z takich ludzi posłanych przez Boga był właśnie św. Dominik. Trudna sytuacja Kościoła boleśnie dotknęła jego serce i zaowocowała pragnieniem głoszenia prawdy Ewangelii, podzielenia się wiarą, która płonęła w sercu Dominika. Ból i współczucie św. Dominika dla ludzi, którzy błądzą, zaowocowały jego świętym sprzeciwem wobec kłamstwa herezji, ale także sprzeciwem wobec braku miłosierdzia przedstawicieli Kościoła, którzy jedyne wyjście upatrywali w niszczeniu i zabijaniu heretyków.

Ależ czy Dominik nie zapoczątkował inkwizycji w Kościele?

Zdecydowanie nie. Mylne przypisywanie funkcji inkwizytora św. Dominikowi nie wytrzymuje krytyki choćby z prostej przyczyny chronologicznej: zmarł w roku 1221 w Bolonii, a trybunały inkwizycyjne powstały dopiero w roku 1231 w Lombardii i w Niemczech. Była to wspólna decyzja papieża i cesarza. Niemniej jednak w tym czasie pierwsze próby pokojowego apostołowania wśród katarów szybko zamieniły się w działania pełne przemocy i gwałtu. Nierzadko lała się krew. Setki katarów trafiły na stos, inni musieli opuścić swoje domy i się ukrywać. Dominik nie zgadzał się na takie postępowanie, był człowiekiem, który płonął ogniem Bożej miłości do każdego z ludzi.

Jaka zatem była rola św. Dominika w tych niespokojnych czasach?

Dominik wskazuje inną niż przemoc drogę wyjścia z tej bolesnej sytuacji w Kościele. Drogę nawrócenia, głoszenia słowa Prawdy i życia zgodnego z Ewangelią. Sam trzyma się z daleka od krucjaty przeciw katarom, jego troska o wiarę katolicką nakazuje mu ruszyć na ścieżkę głoszenia Słowa. Najpierw samotnie, potem z garstką towarzyszy — przez ok. 10 lat przemierza szlaki Langwedocji i głosi kazania mimo rozpoczęcia krucjaty przeciwko katarom i wszczęcia działań wojennych.

W takich warunkach rodzi się Wasz zakon. Jaki wpływ na charyzmat dominikanów miała ta trudna sytuacja w Kościele?

Z pewnością właśnie dlatego jedną z charakterystycznych cech naszego zakonu jest stawanie w prawdzie wobec sytuacji trudnych. W dominikańskie życie od początku są wpisane dostrzeżenie trudnych wyzwań oraz podejmowane wciąż na nowo próby zaradzenia problemom, które niosą ze sobą dane czasy. I jeszcze jedno jest niezmienne. Podczas krucjaty przeciwko albigensom jedyną bronią św. Dominika było słowo Boże. To się nie zmienia przez wieki. Słowo Boże jest narzędziem posługi dominikanina. Ten fakt jest bardzo znaczący, gdy chodzi o wyznaczenie kierunku rozwoju naszego zakonu i jego charyzmatu posługi Słowa.

Wróćmy do „heretyckich” początków wspólnoty mniszek…

Nakreślę ogólną sytuację, jaka panowała w południowej Francji, zresztą także w północnych Włoszech. To były wówczas główne ośrodki herezji katarów. We Francji ruch kwitł i wzbudzał entuzjazm, przyłączali się do nich przedstawiciele wszystkich stanów, również miejscowej arystokracji. Zwłaszcza kobiety arystokratycznego pochodzenia, powodowane troską o zbawienie, związały się z tym ruchem, który nakazywał z jednej strony ucieczkę od świata, ale z drugiej umożliwiał aktywną rolę w szerzeniu nauki i organizacji gminy. Wszyscy „dobrzy chrześcijanie” i „dobre chrześcijanki” po uprzednim rocznym okresie przygotowań przyjmowali tzw. consolamentum, by następnie wieść życie podporządkowane surowym wymaganiom moralnym: przestają kłamać, zabijać (również zwierzęta), nie składają już przysiąg, nie jedzą mięsa i żadnych produktów zwierzęcych, zobowiązują się do wstrzemięźliwości seksualnej, wyrzekają się wszelkich form sprawowania władzy. Poddają się także regułom ścisłego postu i regułom modlitwy. Mężczyźni katarzy najczęściej przemierzają kraj parami, na piechotę, aby wygłaszać kazania i szerzyć naukę. Kobiety natomiast żyją w większych zgromadzeniach w stałych domach, ufundowanych często przez bogatych, arystokratycznych „wybranych”. Kobiety również mają prawo wygłaszać kazania i włączać się w dyskusje teologiczne, prowadzone w tym czasie między katolikami i katarami. Oczywiście spotykało się to z ostrą krytyką duchowieństwa. Étienne de la Misericordie z oburzeniem wykrzykuje do „dobrej chrześcijanki” Esclarmonde de Foix: „Idźcie, Pani, i weźcie się za kądziel, na zebraniu takim, jak to, nie przystoi wam przemawiać”.

Czy przypadkiem mniszki dominikańskie nie czerpią wzoru życia właśnie ze wspólnot kobiet katarskich?

Coś w tym jest… W końcu pierwsze siostry dominikanki były właśnie nawróconymi z herezji katarkami. Gdy św. Dominik, podróżując z biskupem Osmy Diego de Acebes, zobaczył na własne oczy wielkie zło, które powstało we Francji w wyniku herezji katarów, najpierw usiłował na powrót pozyskać dla Kościoła właśnie kobiety. Kilka z nich udało mu się nawrócić i założył w roku 1206 klasztor Błogosławionej Maryi w Prouilhe, blisko miasta Fanjeaux, osławionej twierdzy kacerskiej.

Można więc powiedzieć, że stworzył perspektywę tym kobietom, które chciałyby wrócić na łono Kościoła katolickiego?

Tak. Prouihle to alternatywna katolicka propozycja dla kobiet, które prawdziwie chciały być dobrymi chrześcijankami, ale ponieważ pochodziły z rodzin katarskich — a zatem przykładały ogromną wagę do surowego życia w ubóstwie, do pokuty i do modlitwy — nie odnajdywały się w katolicyzmie, który był wówczas niewiarygodny i osłabiony przez antyświadectwo chrześcijan. Do tej pory bardziej wiarygodne były dla nich słowa heretyków głoszących błędną naukę niż słowa tych, którzy próbowali głosić prawdę, ale nią nie żyli. Dominik obdarzony szczególnie żarliwym duchem apostolskim i teologicznie dobrze wykształcony stał się przyczyną powrotu do Kościoła tych kobiet.

Jaka miała być w jego zamyśle ich rola?

Właśnie przez swoje „kaznodziejstwo” Dominik nawrócił te kobiety. Zapalił je swoim słowem, wiarą i miłością. Porywająca miłość, wiara świętego Dominika i przykład jego prawdziwie surowego życia otworzyły ich oczy na światło Ewangelii. Wiemy, że Dominik chciał, by w tym miejscu duchowego zagubienia powstała wspólnota, która będzie światłem prawdy w ciemnościach, znakiem żywej obecności Chrystusa Wcielonego Słowa. To wtedy zrodził się Dominikowy zamiar, aby założyć zakon, który jako cel i specjalną misję miałby dawanie świadectwa wierze katolickiej — nie tylko we Francji, ale również na całym świecie. Był to początek mniszek zakonu świętego Dominika, a zarazem był to początek Zakonu Kaznodziejskiego. Posługa kaznodziejska braci wyrosła z korzenia kontemplacji, ze wspólnoty całkowicie poświęconej życiu kontemplacyjnemu wyrósł zakon dominikański ze swym charyzmatem „przekazywania innym owoców kontemplacji” (contemplata aliis tradere).

Jak obecnie wygląda wzajemna więź między braćmi i siostrami w Zakonie?

Przed swą śmiercią Dominik powierzył mniszki braterskiej trosce swych synów jako część tego samego zakonu. I w większym lub mniejszym stopniu przez całą naszą historię troska braci o siostry jest konkretną rzeczywistością popartą faktami. Sam Dominik bardzo dbał o siostry. Odwiedzał je, głosił kazania, dbał o ich zabezpieczenie materialne. W tradycji zachowały się jego słowa wypowiedziane do braci z Bolonii: „Bracia moi, budowa domu dla mniszek jest sprawą absolutnie niezbędną, nawet gdyby oznaczało to odłożenie na jakiś czas prac przy naszym własnym klasztorze”. Trzeba jednak przyznać, że już na samym początku bracia chcieli „pozbyć” się tego ciężaru. Krótko po śmierci św. Dominika — konkretnie od roku 1228 — bracia usiłowali uniknąć obowiązku troszczenia się o siostry… Zakon obawiał się ciężaru duchowego posłannictwa angażującego zbyt wielu braci, a także odpowiedzialności finansowej za klasztory mniszek. Oczywiście od strony czysto ludzkiej ma to swoje uzasadnienie, gdyż klasztory sióstr szybko się rozrastały i potrzeba było wyznaczać aż po kilku braci w poszczególnych konwentach na opiekunów sióstr w ich sprawach duchowych i materialnych. Ówczesny generał zakonu Rajmund z Penyafort zwrócił się do Stolicy Apostolskiej z prośbą o uwolnienie od tego obowiązku i w 1239 roku zakon otrzymał od papieża dyspensę od cura monialum, od troski o mniszki.

Czyli że ledwo św. Dominik zamknął oczy, Wasi kochani współbracia zrzucili Was z łodzi…

Chcieli, ale tylko na krótko odnieśli zwycięstwo… Mniszki się nie poddały bez walki… Najpierw odwołały się od tej decyzji najstarsze klasztory: w Prouihle, świętego Sykstusa w Rzymie i św. Agnieszki w Bolonii i papież oświadczył, że zarządzenie to nie będzie ich dotyczyło; potem były kolejne wyjątki w Niemczech, aż w roku 1267 Klemens IV poddał klasztory mniszek pod jurysdykcję generała i zgodzono się ostatecznie i całkowicie przyjąć mniszki do Zakonu.

Opowiedziała siostra, jak było kiedyś. Jak jest dzisiaj? Czy bracia są oparciem dla sióstr? Czego siostry oczekują od braci? Na co mogą liczyć bracia ze strony sióstr? Jak wygląda współpraca? Czy zamysł Dominika sprawdza się we współczesnych czasach, czy należałoby coś zmienić? Czy czegoś brakuje w tym współistnieniu?

Więź między braćmi i siostrami jest bardzo żywa. Jest dużo prostoty i radości w naszych wzajemnych relacjach. Mamy sobie nawzajem wiele do dania. Na pewno jest to modlitwa, przyjaźń i wsparcie duchowe. Obecnie bracia sprawują duchową pieczę nad klasztorami sióstr. Głoszą nam rekolekcje, konferencje, są naszymi spowiednikami, kapelanami, między wielu braćmi i siostrami są więzy przyjaźni. Bracia dbają też o siostry od strony intelektualnej poprzez wygłaszanie różnych wykładów. Ten wymiar intelektualnej współpracy można by oczywiście bardziej zintensyfikować i rozwinąć. Nie zawsze to dobrze funkcjonuje, gdyż ci bracia, którzy są dobrymi wykładowcami, mają dużo pracy, a wykłady dla sióstr to niezbyt prestiżowe zadanie… Trzeba jednak przyznać, że są bracia, którzy ofiarnie dzielą się z nami swoim czasem, wiedzą i doświadczeniem. Naszym pierwszym zadaniem w Zakonie jest modlitwa za braci o owocność ich apostolstwa i za tych wszystkich ludzi, do których są posłani. I większość braci uznaje, że mniszki i ich modlitwa są ważne dla Zakonu. Natomiast fakt, że nie zawsze znajduje to przełożenie na język czynu, jest wezwaniem, żeby to zmieniać. Bardzo chętnie pomagają nam też bracia studenci. W czasie wakacji przyjeżdżają wspierać nas w różnego rodzaju pracach — zwłaszcza takich „męskich”, jak przekopywanie ogrodu, czyszczenie lasu, rąbanie drewna. W przypadku naszego klasztoru bracia dużo nam pomogli w pracach budowlanych. Teraz często ci, którzy już są kapłanami, przyjeżdżając do nas, wspominają z dumą i sentymentem, że np. to oni pomogli przygotować i wyrównać teren pod prezbiterium w kościele czy też że pomagali ocieplić budynek albo wymalowali parapety czy drzwi, zrobili ścieżkę w lesie, dźwigając stosy kamieni i fantazyjnie je układając, żeby siostry miały piękniej…

Jak wygląda codzienne życie mniszki?

Życie w klasztorze jest zwyczajnym życiem. Ma swój rytm, który wyznacza modlitwa, praca, spotkania wspólnoty. Jest taka stara monastyczna zasada, która mówi, że życie mnisze to ora et labora. Oczywiście potrzeba mądrości w zachowaniu harmonii i proporcji. To jasne, że sercem naszego życia jest modlitwa. Poprzez pracę zwyczajnie dzielimy los wszystkich ludzi. Staramy się zarobić na swoje utrzymanie. Nie jest to łatwe w klasztorze klauzurowym i najczęściej borykamy się z trudnościami finansowymi. To też jest nasz udział w losie większości współczesnych ludzi… Kilkanaście osób we wspólnocie, klasztor i kaplica wymagają sporych nakładów. Robimy, co możemy, mamy swoje warzywa w ogrodzie, mały sad, zarabiamy krawiectwem, na budowę naszego klasztoru zbierałyśmy pieniądze, kwestując po parafiach. Cały czas szukamy nowych sposobów i pomysłów na zarobkowanie. Ale to przede wszystkim Pan Bóg czuwa nad nami. Nierzadko w bardzo krytycznych chwilach doświadczyłyśmy Jego opieki, bo po prostu przysłał nam dobrodzieja, który nas poratował.

W klasztorze każda z sióstr ma swoje zadanie. Są to zwykle różne domowe prace i zajęcia — gotowanie, sprzątanie, obsługa chorych, praca w ogrodzie, szycie habitów, przyjmowanie gości, robienie różańców. Także praca umysłowa — pisanie, praca w bibliotece, przy komputerze, dużo czasu pochłania korespondencja z ludźmi, którzy proszą o modlitwę i radę; czasem jest to prowadzenie duchowe.

W naszym życiu mało jest różnorodności i burzliwości życia aktywnego. Jest dużo milczenia i samotności. Życie mniszek ma charakter trochę pustynny. Zarazem bardzo istotną sprawą w życiu dominikańskim jest wspólnota, spotkanie, rozmowa. Zatem po dominikańsku życie mnisze to ora, labora et communia

Jak to wygląda w praktyce?

W naszym zakonie wspólne spotkania mają wielowiekową tradycję. Zaczął je sam Dominik… W Miracula bł. Cecylii znajdujemy opisane takie zdarzenie: św. Dominik wraz z kilkoma braćmi przyszedł kiedyś późną nocą do sióstr u św. Sykstusa w Rzymie, obudził mniszki głośnym dzwonkiem, zwołał je i po wygłoszonej konferencji raczyli się wspólnie winem, a św. Dominik zachęcał je, aby się nie krępowały i piły, ile tylko chcą, powtarzał: „Pijcie, moje córki”. A były tam w tym czasie 104 siostry… Ta opowieść jest często przytaczana nie tylko jako przykład siostrzano–braterskiej więzi, ale przede wszystkim jako przykład prostoty św. Dominika i jego pragnienia budowania i dzielenia się radością we wspólnocie. To wydarzenie ukazuje ludzką mądrość, z którą działał św. Dominik, a więc nie formalizm, nie przestrzeganie sztywnych, nienaruszalnych zasad, ale kierowanie się w życiu wspólnym intuicją miłości i wiary, pragnieniem dzielenia się słowem i radością w każdej sytuacji. Często potrzebujemy zachęty i wsparcia od wspólnoty, od naszych braci i sióstr, bo każdy przeżywa chwile trudne, chwile ciemności, kryzysu, osłabienia w wierze. Wspólnota jest wtedy cennym oparciem i źródłem odnalezienia wewnętrznej równowagi. Szukanie jedności w wspólnocie jest bardzo oczyszczające i stawia ogromne wymagania życia w prawdzie wobec siebie i innych. To bardzo osadza w realiach życia. Na przykład milczenie, które jest klimatem naszego życia, ma sens tylko wtedy, gdy się naprawdę nawzajem kochamy. Zachowywanie milczenia nigdy nie może stać się we wspólnocie nieobecnością dla siebie nawzajem ani odgradzaniem się od innych. To miłość uczy wrażliwości i wsłuchiwania się w innych. I tylko wtedy nie będziemy żyć obok siebie, ale będziemy prawdziwym Kościołem, spełnieniem pragnienia Jezusa, „abyśmy byli jedno”.

Co jest najważniejsze w Waszym życiu duchowym?

Myślę, że ważne jest pytanie, czy podejmujemy w naszym życiu tę specjalną łaskę, którą miał św. Dominik w stosunku do grzeszników, nieszczęśliwych, strapionych, nosząc ich wszystkich w „wewnętrznym sanktuarium swego współczucia”? Przekazane nam przez tradycję przejmujące wołanie św. Dominika: — Panie, co będzie z grzesznikami? — ma być okrzykiem naszych serc. To jest rzeczywistość, która musi być w sposób szczególnie poważny podjęta w klasztorach mniszek. Nasza modlitwa wpisuje się w doświadczenie św. Dominika, w jego wiarę, miłość, apostolski zapał, w jego zaangażowanie w sprawy Kościoła. Jesteśmy zanurzone w miłości św. Dominika i jesteśmy prawdziwie jego córkami, jeśli chcemy żyć tym jego pragnieniem, jego współczuciem dla innych ludzi. Jezusowe pragnienie zabawienia każdego człowieka było również pragnieniem serca św. Dominika. Żyjemy w świecie, w takim, jaki on jest, i musimy nieść na sobie ciężar czasów, w których żyjemy, musimy mieć udział w doli i niedoli ludzi. Tak samo, jak inni ludzie, mamy problemy finansowe, ekonomiczne, dźwigamy ciężar choroby — swojej własnej i co trudniejsze — naszych bliskich, przeżywamy problemy w naszych rodzinach, wspólnotach; i choć żyjemy nadzieją, zdarzają się chwile ciemności, zwątpienia i rozpaczy. Zmaganie o sens jest wpisane w życie każdego człowieka. Nasze życie jest złożone w darze za innych, jest modlitwą za innych. Klauzura i zamknięcie, samotność i milczenie, rezygnacja z założenia rodziny, z realizacji zawodowej, to wszystko są elementy naszego oddania życia za nich. By życie w klasztorze kontemplacyjnym miało sens, musimy bardzo „być” z innymi i dla innych. Bo to życie ma sens tylko wówczas, gdy jest wydaniem się wraz z Jezusem „za wielu”, za zbawienie świata. Bogu wolno zrobić z nami, co zechce. Nasze życie jest — i ma być coraz bardziej — życiem oddanym Bogu, aby Go wielbić i dawać o Nim świadectwo.

Jak wygląda Wasz kontakt ze światem, czy spotykacie się z ludźmi?

Gościnność jest cechą nieodłącznie wpisaną w życie monastyczne. Paradoksalnie rzecz biorąc, w klasztorze wraz z jego ograniczeniami wynikającymi z życia za klauzurą doświadczam o wiele intensywniejszych i głębszych kontaktów z ludźmi niż wcześniej, gdy w sposób dowolny mogłam spotykać się z innymi. Wiele osób do nas przyjeżdża, chcąc oderwać się od zabiegania, szukając możliwości wyciszenia, zanurzenia się w modlitwie. Jest u nas możliwość odprawienia kilkudniowych rekolekcji w milczeniu. Niestety, nie dla grup, bo mamy tylko cztery dwuosobowe pokoje gościnne. Ludzie, którzy do nas przyjeżdżają, to często osoby szukające Pana Boga, szukające swego miejsca w życiu albo po prostu obarczone różnymi trudnymi sprawami, ciążącymi im decyzjami. Szukają u nas Bożego światła i pomocy. Liczą też na duchową rozmowę, pokrzepienie, duchowe prowadzenie. Czy to znajdują? Pan Bóg swoją łaską z pewnością robi swoje. A my też się staramy…

Czy takie życie za klauzurą nie jest zbyt trudne, czy nie jest sprzeczne z naturą ludzką?

W ogóle życie jest dość trudne… Wybór klauzury jako sposobu życia to kwestia powołania, rozpoznania go i przyjęcia. Pan Bóg nikogo nie zmusza. Zaprasza na taką drogę. Bardzo ważne jest rozpoznanie, do czego w życiu powołał mnie i posłał Bóg! Warto zadawać sobie pytanie, czy to, co robię, jest tym, do czego wezwał mnie Bóg. Jako mniszki dominikańskie mamy wstawiać się za innych i wierzyć w moc miłosierdzia Boga. Czy to jest sprzeczne z naturą ludzką…? Chyba raczej jest próbą przywracania jej piękna. Nie własną mocą, tylko mocą samego Boga, mocą Jego miłości, która chce obdarowywać każdego człowieka. Obdarowywać nie tylko teraz w tym życiu, ale przez całą wieczność. Wierzymy w wieczność i z pewnością przekracza ona naturę ludzką, ale takie jest właśnie przeznaczenie człowieka. Do wieczności z Bogiem. Bóg jest jedynym sensem naszego życia. Jego pragnienie zbawienia każdego człowieka. I Jego zaproszenie do udziału w trosce o Kościół. Tym sensem jest także modlitwa. Modlitwa ukryta przed ludźmi. Pan Jezus mówi w Ewangelii św. Mateusza: „Módl się do Ojca twojego, który jest w ukryciu, a Ojciec twój, który widzi w ukryciu odda tobie” (Mt 6,6). Życie kontemplacyjne jest takim podjęciem ukrycia Boga, jest całkowitym poddaniem się Jego woli. Jest całkowitym zaufaniem i zdaniem się na Boga.

Niektórzy uważają to za dość nudną perspektywę…

Wiara w Boga to fundament życia. Czy uwierzę w Boga, który na mnie patrzy, widzi moje życie, czuwa nade mną i czeka na mnie? Jeżeli nie, może rzeczywiście sprawdzą się obawy ludzi, którzy w Boga nie uwierzyli — czeka ich perspektywa wiecznej nudy z daleka od Boga… Wieczność jest przeznaczeniem każdego człowieka. A być na zawsze daleko od Boga to piekielnie trudna i nudna perspektywa…

Adresy klasztorów dominikanek klauzurowych w Polsce

  • Siostry Dominikanki, ul. Mikołajska 21, 31–027 KRAKÓW
    grodek@dominikanie.pl; tel. +48 12 422 79 25
  • Siostry Dominikanki, Aleksandrówka 42, 42–248 PRZYRÓW
    swanna@dominikanie.pl; tel./faks +48 34 355 40 42
  • Siostry Dominikanki, ul. Widokowa 4, Radonie, 05–825 GRODZISK MAZOWIECKI
    radonie@dominikanie.pl; tel. +48 22 755 76 56
Zaczęło się od herezji
Diana Mikuła OP

urodzona w 1969 r. – od 1990 r. dominikanka kontemplacyjna z klasztoru Matki Bożej Różańcowej w Radoniach, ukończyła teologię na PWT w Warszawie, w 2002 roku uzyskała licencjat z teologii duchowości na UKSW.W 2004 roku wy...