Na dwa głosy o świętowaniu

Na dwa głosy o świętowaniu

Prawdziwe świętowanie powinno być zindywidulizowane. Mamy różne osobowości, formację religijną i doświadczenia życiowe uwarunkowane różnymi społecznymi oczekiwaniami. Oczekiwaniami odmiennymi dla kobiet i mężczyzn. I stąd dwugłos, jak mamy nadzieję, pokazujący dwa trochę odmienne, acz dopełniające się obrazy przemyśleń i doświadczeń związanych ze świętowaniem.

Przestrzeń dla Boga i ludzi

Do prawdziwego świętowania nie zaliczałbym najczęściej obchodzenia własnych imienin czy urodzin. Inaczej ma się rzecz z rocznicami ślubu czy związku, bo wychodzimy wówczas poza społeczne wirowanie jedynie wokół naszej osoby. I tu chyba może zacząć się świętowanie. Świętowanie to wychodzenie ku temu, co przekracza nas samych, pochodzi z zewnątrz i może nadawać sens naszemu życiu. To oderwanie się od codzienności i zwracanie się z nadzieją ku lepszej wizji swojego życia czy świata. Świętowanie to czas, w którym możemy pytać Boga czy los: komu jesteśmy potrzebni, po co warto żyć? Świętowanie pozwala nabierać dystansu wobec powszednich trosk, tak jak wtedy, gdy idziemy na cmentarz stanąć wobec pokoleń tych, którzy odeszli. W świętowaniu jednak chodzi nie tylko o odpoczywanie i dystansowanie się czy refleksję o życiu — mniej lub bardziej — godziwym. Z reguły za nim czy nad nim unosi się obowiązek — są sprawy, którym musimy być wierni, czy zadania, które powinniśmy wykonać. Niezależnie od wiary czy jej braku, nakaz, poczucie powinności, przychodzi z zewnątrz. Pamiętam sprzed lat kogoś z rodziny mojej żony, osobę wyraźnie deklarującą się jako ateista, która zawsze z powagą i wewnętrznym zaangażowaniem przestrzegała postu w Wielki Piątek. Może właśnie takie praktyki pozwalały jej do końca swoich dni zachować godność i serdeczny stosunek do ludzi. Sensowność świętowania nie daje się udowodnić, można ją jedynie przyjąć z całym dobrodziejstwem tradycji, z którą się utożsamiamy.

Dla świętowania zabójcza jest powierzchowność, bezmyślna mechanizacja czynności związana z brakiem wewnętrznego zaangażowania. Z religijnego punktu widzenia wydaje się, że lepiej, aby takiego świętowania nie było w ogóle. Ileż osób chodzi na przykład na pasterkę, swoje raz w roku odstać na dworze, przestępując w znudzeniu z nogi na nogę, aby przed końcem mszy czmychnąć do domu i znowu wesoło, w samozadowoleniu, zasiąść do zastawionego stołu. Świętowanie to chyba przede wszystkim sprawa właściwego przeżywania czasu. Jak nauczał poeta duchowości współczesnego judaizmu urodzony w Warszawie rabin Abraham Joshua Heschel: „Szabat to świątynia zbudowana z czasu, a nie z przestrzeni”. To, co materialne, może jedynie uzupełniać i uwznioślać każde dobre, prawdziwe świętowanie, ale nie powinno wyrażać jego istoty. Dalej prawdziwe świętowanie jest radosne i doprasza się, aby to czynić z innymi. Z reguły o ileż lepiej smakują piękne krajobrazy, jeśli możemy na nie patrzeć razem z kimś, kto jest dla nas ważny, wymieniać się wspólną radością Spotykanego. I tak na przykład w buddyzmie w Dzień Sangi oddawana jest cześć zarówno idealnej wspólnocie duchowej, jak i istniejącej lub tworzonej przez samych wyznawców. Niezależnie od religii czy kręgu kulturowego świętowanie domowe dokonuje się zwykle w byciu razem wokół stołu czy maty, w zależności od przestrzeni, przy której się je i spotyka.

Oprócz świętowania uroczystego i planowego pokusiłbym się, by wyróżnić jeszcze świętowania ad hoc. To między innymi zatrzymywanie się i radosne wzdychanie nad urodą świata czy pięknem — przynajmniej niektórych — ludzi. W świętowaniu codziennym jest wiele z patrzenia w zachwycie. Zachwyt nad swoimi śpiącymi dziećmi, spoglądanie na kogoś, kogo się kocha, czy patrzenie na zachód słońca na Rusinowej Polanie w Tatrach. Świętować tu to zachwycać się tym, co jest nam dane w owej chwili, otwierać się na doświadczenia, które mądry, amerykański psycholog Abraham Maslow nazywał szczytowymi (peak experiences). Skomercjonalizowny i często neurotyczny tryb życia wielu ludzi świata zachodniego radykalnie zmniejsza możliwości ujawniania się takiej otwartości na świat materialny, innych ludzi i nade wszystko Boga samego.

Moje spotkania z dobrym świętowaniem. Było ich wiele. Kilka miało przemieniające znaczenie. Połowa lat 80. Wyjazd do Taizé poprzedzony był wówczas żmudnym wystawaniem przed ambasadą Francji i pełnym niepewności odwiedzaniem urzędu paszportowego: dadzą — nie dadzą. Gdy po długiej podróży dotarłem na burgundzkie wzgórze, przeżywałem co rusz zadziwienia. Jednym z nich było świętowanie spotkania z Bogiem i z ludźmi w trakcie nieformalnego spotkania z bratem Roger. Owo spotkanie było przede wszystkim zostawianiem przestrzeni dla Boga i ludzi. Aby On mógł być i ci, którzy przyszli, mogli czuć się ważni i potrzebni, niezależnie czy z komunistycznej Polski, wypasionej Szwajcarii czy odległych Filipin. Bracia nastawiali czas zegarów wspólnoty na świętowanie. Było tam dużo, bardzo dużo niepoganianej ciszy. Brat Roger, który przyszedł nieco spóźniony, przyklęknął czy przykucnął z tyłu. Mówiąc cicho z odległego miejsca, mówił jak ten, kto w polskim Kościele nie miałby władzy. I miało się wrażenie, że do brata Roger przyszedł Pan i powiedział: „Przyjdź i usiądź w duchowym pierwszym rzędzie”. Spotkanie skończyło się popijaniem w ciszy płynnej czekolady i jedzeniem jabłek. Jedno i drugie uświetniało spotkanie w najprostszych formach, zapraszając zebranych, aby w spotkaniu z Panem i z ludźmi byli jak gliniane naczynia, otwarte na przychodzenie Świętego.

Spotkanie drugie. Ślub moich przyjaciół Agnieszki i Jima. Najpewniej pierwszej pary małżeńskiej od czasu II wojny światowej, która zgodnie z rytuałem judaizmu reformowanego przyszła przed oblicze Najwyższego, aby w obecności zgromadzonych im błogosławił. Dwa elementy ich radosnego świętowania były szczególnie poruszające. Chupa, bardzo prosty baldachim, pod którym stali w trakcie uroczystości, zrobiony przez przyjaciół. Rabin prowadzący uroczystość porównał brak ścian chupy (baldachim wsparty jest na czterech drążkach) do zadania, wobec którego stoją: wspólnego otwierania się i przyjmowania tych, którzy do ich domu będą przychodzić. Zdjął też swój własny szal modlitewny (tałes) i owinął nim razem nowożeńców. Ten gest był zrozumiały dla wszystkich niezależnie od stopnia zażyłości uczestników uroczystości z judaizmem. Rabin szalem, jak swoją modlitwą, powierzył Bogu tę dwójkę, aby dalej bezpiecznie szli razem przez świat do Niego. W Kościele katolickim wiele jest, czasami zadziwiająco podobnych, rytuałów. Są one jednak, zwłaszcza w krajobrazie polskiej praktyki religijnej, duchowo zagrożone z braku czasu na wyjaśnienie sensu gestów i używanych przedmiotów. Chrześcijaństwo wobec judaizmu może jawić się tu jako bardziej abstrakcyjne, bardziej oderwane od kontekstu codzienności. Małżeństwo jest przecież w sensie religijnym sakramentem, zaczątkiem nowej rzeczywistości przymierza dwojga ludzi sygnowanej obietnicami samego Boga. Czegóż chcieć więcej! Jednak w ludziach jest nieustająca potrzeba wyraźnych, mocnych znaków i jeśli nie przekłada się ona na bałwochwalstwo, dobrze zaspokojona pozwala głęboko wnikać w obszar tajemnicy świętowania, które jest wychodzeniem i przekraczaniem codziennego ku spotkaniu z Nadprzyrodzonym.

Olaf Żylicz

Zatęsknić do świętowania

Świętowanie miewa wymiar religijny, państwowy lub wyłącznie rodzinny. Zawsze ma jednak charakter społeczny, czyli zakłada wspólne przeżywanie z grupą innych osób (wspólnotą wyznaniową, rodakami, z rodziną lub kolegami z tej samej szkoły). Obchodzenie święta wiąże się zatem z wypracowanym rytuałem wspólnego przeżywania. W wymiarze religijnym jest to liturgia, w wymiarze rodzinnym rytuały. Jestem jednak przekonana, że rytuał niezawierający autentycznego przeżycia nie czyni święta. Od wieków i we wszystkich kulturach czas świętowania przyjęło się zaznaczać wspólnym uroczystym posiłkiem, wspólnie palonym światłem (świece, ogniska). Stąd świece zarówno na katolickich ołtarzach, w protestanckich oknach w adwencie, jak i w żydowskich domach w czasie chanuki. Czy wiemy, co wyrażają, kiedy je zapalamy?

Nie pokuszę się o to, aby oceniać, które okazje warto czy trzeba świętować. Dla jednych na święto zasługują wyłącznie ważne uroczystości religijne lub okrągły jubileusz, a dla drugich nawet spektakularny sukces któregoś z członków rodziny (zdany egzamin czy udana premiera) może być ważną okazją, by świętować. I w tym względzie rozumiałabym słowo „święto” jako przeciwieństwo do czasu nieświątecznego, czyli do codzienności. Jest to swoista przerwa w czasie powszednim. Oznacza ono w takim razie wyrażenie potrzeby, aby było inaczej niż zwykle, piękniej, bardziej uroczyście. I wcale niekoniecznie radośnie. Zdarza się, że bardzo uroczyście świętujemy okoliczność smutną lub po prostu poważną.

Istotnie ważne wydają mi się skutki wewnętrzne dla członków społeczności, która wspólnie święto przeżywa, czyli to, co nam z tego święta pozostaje. I chociaż, jak wspomniałam, święto jest wydarzeniem społecznym, to jego najważniejszy wymiar dokonuje się wewnątrz każdej przeżywającej je jednostki. Innymi słowy: choć ceremonia jest zewnętrzna, prawdziwe święto, aby miało sens, musi dokonać się w nas.

Wydaje się, że to zależy w większym stopniu od autentyczności przeżywania i rzeczywistej potrzeby przeżycia święta (czyli zaangażowania) niż od tego, co było okazją do świętowania. W wielu społecznościach rytuał stał się mechaniczny, wypowiadane słowa stały się pełnymi pompy i nadęcia oklepanymi frazami, w których sens już dawno nikt się nie wsłuchuje. Gesty puste i pozbawione emocji, z jakich się zrodziły, przynoszą z sobą jedynie rutynę i znudzenie. I tak wyprawa na cmentarz może z czasu pełnego zadumy i szacunku dla bliskich, którzy odeszli, przekształcić się w rewię mody zimowej. Rodzinna uroczystość może zmienić się w coroczne słuchanie tych samych opowieści i odśpiewanie tych samych piosenek czy pieśni, bez szczerej potrzeby, z samego tylko nawyku. Aż każdy z uczestników z przerażeniem myśli o kolejnej konieczności zasiadania za wspólnym stołem. A przy tym, mimo że wszyscy męczą się udawaniem radości ze wspólnego biesiadowania, nikt nie ma odwagi przyznać, że to tylko poczucie obowiązku.

Święto narodowe może być okazją do rodzenia się ważnych uczuć związanych z poczuciem jedności z rodakami, ale może też stać się tylko pustym uczestnictwem w paradzie okraszonej pozbawionym autentyczności przemówieniem notabla czy odbębnianiem nudnej akademii.

Jednocześnie jest w wielu ludziach (bo przyznajmy, nie we wszystkich) ogromna tęsknota do przeżywania święta. Takiego święta, po którego przeżyciu wracamy do codzienności bogatsi wewnętrznie, z sercem pełnym odmiany lub choćby szczerej radości.

Bywa, że spontanicznie zwołani przyjaciele zasiądą wokół naszego stołu i zrodzi się cud głębokiej, dobrej rozmowy, po której czujemy, że jest nam bliżej do nich i bezpieczniej w świecie. Bywa, że rodzina stworzy swoje własne rytuały. Własne, a więc niedotknięte pleśnią znużenia i oklepania. To dla ludzi religijnych mogą być wspólnie przeżywane rekolekcje, a dla innych np. uroczysty obiad z okazji rocznicy zamieszkania w nowym domu. Podkreślam, że nie chcę przez to pomniejszać znaczenia świąt tradycyjnych, przeżywanych od lat. Pragnę tylko podkreślić, że sens świąt i świętowania odkryjemy tylko pod warunkiem autentycznego zaangażowania się zarówno w ich istotę, jak i w wyrażające tę istotę gesty i słowa. Może warto spróbować przed każdym świętem, które planujemy przeżyć, pomyśleć chwilę, jaki ma dla nas sens, spróbować poznać i zrozumieć symbolikę liturgicznych gestów lub tradycyjnych zachowań. Choćby wsłuchać się w słowa kolędy i zrozumieć, o czym śpiewamy.

Warto wspomnieć o dwóch zagrożeniach, które są istotne, aby autentycznie przeżywać czas świąteczny. Jedno z nich nazwałabym sztucznym mieszaniem rytuałów. Nie umniejszając ważności wydarzenia, którym dla wielu osób jest ślub cywilny, jego uroczysta oprawa w moim przekonaniu robi wrażenie smutnej podróby kościelno–katolickiej ceremonii. A wszystko, co jest podrabiane, zostawia posmak nieautentyczności, jakby wersji drugiej niepoprawionej. I trudno wtedy o pełne przeżycie. Może taka uroczystość zasługiwałaby na własną, bardziej spontaniczną i szczerą formę?

I drugie zagrożenie, które zdefiniowałabym jako sztuczne przeszczepy świąt z innej szerokości geograficznej. Nie chodzi mi tutaj o zamykanie się na wielokulturowość, naturalną rzeczą bowiem jest mieszanie się tradycji różnych narodów. Nawet tak lubiana bożonarodzeniowa choinka stosunkowo niedawno zadomowiła się u nas jako przybysz zza zachodniej granicy. Czym innym jednak są naturalne przepływy, a czym innym sztuczne przeszczepy stymulowane komercyjnie. Dni, takie jak walentynki, to ostatecznie tylko zabawa i nie nazywałabym ich świętem. Jednak już próby przeszczepiania do Europy pięknego amerykańskiego Święta Dziękczynienia, mającego głęboko rodzinno–religijną tradycję i opartego na wspomnieniu pierwszych osadników, wydają się bardzo nieautentyczne. Trudno uwierzyć, że w mieszkańcach starego kontynentu pozostawi to wrażenia głębsze, niż kulinarna satysfakcja po zjedzeniu indyka z sosem żurawinowym. Choć może się mylę?

I refleksja na koniec: świętowanie ma jeszcze jedną wielką zaletę. Po czasie świątecznym wracamy z pewną ulgą do naszej codzienności, której szarość nabiera specjalnego uroku. Zanurzamy się w nią i zaczynamy doceniać jej zwyczajny rytm, bez świątecznej mobilizacji. Bez świątecznego szaleństwa. Aż znów zatęsknimy do świętowania…

Na dwa głosy o świętowaniu
Zofia Sanejko

absolwentka Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego, w przeszłości sekretarz literacki w Teatrze Komedia, pracownik Polskiego Radia, ITI, pracowała w domach mediowych (1993-2020)....

Na dwa głosy o świętowaniu
Olaf Żylicz

urodzony w 1964 r. – polski psycholog, specjalista w zakresie psychologii moralności i psychologii biznesu, międzynarodowy wykładowca akademicki, coach. Jest dyrektorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej. Zajmuje si...