Nie bać się Norwegii

Nie bać się Norwegii

Według ambasady polskiej w Oslo w Norwegii mieszka obecnie około 120 tys. Polaków, czyli trzy razy tyle, ilu katolików do tej pory mieszkających w tym kraju. Niestety, większość przyjeżdżających rodaków ma raczej mgliste wyobrażenie o Norwegii, a o Kościele katolickim wręcz nieprawdziwe.

Lato 2006 roku, mała księgarnia katolicka w południowej Polsce. Kupuję materiały katechetyczne, aby zabrać je do Norwegii. Sprzedawca pyta, a może raczej komentuje: „Tam to chyba nikt nie chodzi do kościoła”. Protestuję, że skądże znowu, w niedzielę kościół pęka w szwach. „To pewnie sami Polacy”. Na mój sprzeciw, że wcale nie tylko, że Norwegowie też i wszelkie inne nacje, sprzedawca odpowiada uśmiechem zdradzającym niedowierzanie i lekkie politowanie.

Mit pustych kościołów

Jak jest naprawdę? Obraz pustych kościołów jest w pewnym stopniu prawdziwy odnośnie do luterańskiego Kościoła państwowego, do którego nominalnie należy 97% obywateli, jednak zupełnie nie odpowiada sytuacji Kościoła katolickiego. Świątynie katolików są pełne i ciągle brakuje miejsca. Katolicy to po muzułmanach najszybciej rosnąca grupa wiernych, przede wszystkim wskutek imigracji. W naszych parafiach wre życie, powstają nowe grupy katechetyczne, chóry, grupy Caritas, coraz więcej jest zgromadzeń zakonnych, szkoły katolickie cieszą się coraz większym uznaniem. Kościół bierze też udział w życiu publicznym i staje się znakiem sprzeciwu wobec prób wprowadzania prawa niezgodnego z chrześcijańską etyką. Na przykład ostatnio dotyczącego propozycji dopuszczenia do badań na zarodkach.

Oczywiście nie wszyscy katolicy chodzą regularnie do kościoła i zewnętrzne przejawy religijności są mniej widoczne niż w Polsce, ale to, co się dzieje, odbiega od szerzonego w Polsce obrazu niereligijnego i niemoralnego Zachodu!

Kościół powszechny w miniaturze

W parafii, w której mieszkam, kościół zbudowano pod koniec XIX wieku, kiedy katolikom przywrócono prawo do wolności wyznania, odebrane po reformacji. Ksiądz Daniel Stub miał około 20 parafian, ale zbudował kościół dla 350. Ci pierwsi i nieliczni katolicy, często potomkowie imigrantów oraz siostry zakonne z Holandii, Niemiec czy Polski, budowali i utrzymywali tę parafię przez prawie sto lat, aż w latach 70. XX wieku zaczęli przybywać Tamile, Wietnamczycy, Chilijczycy i Polacy. Dziś parafia ma prawie 6 tys. wiernych, nie licząc tych, którzy się jeszcze nie zarejestrowali. W Norwegii bowiem każdy obywatel musi być zarejestrowany w swoim Kościele, związku wyznaniowym lub związku niewierzących. Jeśli tego nie uczyni, to automatycznie postrzegany jest przez władze państwowe jako członek luterańskiego Norweskiego Kościoła Państwowego (Den Norske Kirke) i podatek, który wszyscy i tak płacą, jest przekazywany na tenże Kościół. A są to sumy znaczące — ponad 50% budżetu mojej parafii pochodzi z podatków.

Zarejestrowani katolicy stanowią w Norwegii około 1% ludności, ilu jest ich naprawdę, tego nikt dokładnie nie wie. Katolicy urodzeni w Norwegii (a więc także dzieci imigrantów) stanowią około 38% wiernych. W niektórych parafiach rodowici Norwegowie są w mniejszości. Dominujące grupy to inni Europejczycy, w tym Polacy, imigranci z Azji (głównie Wietnamczycy, Filipińczycy i Tamile), Ameryki Północnej i Południowej (głównie z Chile) i różnych krajów Afryki (m.in. Erytrei, Ghany, Nigerii). To Kościół powszechny, a to zobowiązuje.

W hipotetycznej polskiej parafii

Wyobraźmy sobie podobną sytuację u nas w Polsce.

W ciągu kilku lat liczba wiernych wzrosła o ponad 100%. Nowo przybyli nie urodzili się w naszym kraju, ale zjechali ze wszystkich zakątków świata, więc nie mówią po polsku, nie mogą też porozumieć się między sobą, chyba że po angielsku. Do tego wprowadzają kult nieznanych nam bliżej świętych o dziwnie brzmiących imionach, ich pieśni są dla nas obce, choć musimy przyznać, że po łacinie śpiewają lepiej od nas. W niedzielę tłok, trzeba stać i na dodatek zaczynają dominować liczebnie nie tylko na mszy, ale i na naszej parafialnej pielgrzymce do Częstochowy. I jeszcze chcą, żeby odprawiać mszę świętą w ich językach ojczystych. We własnym kościele w dni powszednie jesteś zdany na mszę w obcym języku!

W ostatnich latach konieczne było zwiększenie liczby odprawianych mszy świętych, żeby wierni mogli się pomieścić w kościele. Trzeba było znaleźć księży mówiących w językach obcych. Porozumieć się odnośnie do sakramentów, a przede wszystkim spowiedzi. W jakim języku katechizować dzieci, które szybko uczą się naszego języka? Jak reagować na obco brzmiącą muzykę i zwyczaje. Może trochę więcej łaciny? A może po angielsku? Cieszyć się, że nas więcej i że to naprawdę Kościół powszechny, czy denerwować się, że to już nie ta sama parafia, już nie tak nasza i swojska? Czy pozwolić, żeby mieli wszystko w swoich własnych językach, czy próbować razem? No i czy to wiadomo, że oni tutaj zostaną? Że zostaną w Kościele? Może da się przeczekać?

Takie rozterki przeżywa wielu norweskich katolików. Ostatnio również z powodu napływu dużej liczby Polaków, ale sytuacja jest dużo bardziej skomplikowana niż w naszej hipotetycznej polskiej parafii. W Norwegii na obszarze wielkości Polski mieszka tylko 45 tys. katolików. Połowa w regionie Oslo, ale reszta rozrzucona po całym kraju. Parafii katolickich w Norwegii jest tylko 30, więc jeśli ktoś nie mieszka w pobliżu większego miasta, nie może liczyć na częsty bezpośredni kontakt z Kościołem katolickim. W żadnym języku.

Parafia św. Pawła w Bergen

W Bergen, drugim co do wielkości mieście Norwegii, na obszarze 30 tys. km2 żyje około 6 tys. katolików, którym posługuje trzech księży (Norweg, Niemiec i Tamil) i dwu diakonów stałych. Wierni pochodzą z 86 krajów świata.

Idziemy na sumę o 11. W prezbiterium wita nas Eugene, Tamil, który dziś pełni rolę kościelnego. Wśród ministrantów królują Wietnamczycy Tringm, Thuan i Hui, ale jest też Eirin, Norweżka, Koba z Zimbabwe i Polacy: Stefan i Marcin. Mszę odprawia ksiądz Lukas, Niemiec po niemiecku, a homilię głosi po norwesku diakon Henrik, Duńczyk. Dziś wyjątkowo nie ma organisty — śpiewamy więc a capella stałe części mszy świętej po łacinie. Są modlitewniki, więc i z łaciną, i z norweskim można sobie poradzić, choć wymaga to pewnego wysiłku.

W kościele mieszanina ludzi z całego świata. Widać siostry miłosierdzia w hinduskich habitach, są też oryginalne sari, afrykańskie fryzury i mundur marynarki. Wszyscy łączą się we wspólnym Ojcze nasz — Fader Vår. Na znak pokoju podają sobie ręce i uśmiechają się. Jesteśmy razem, w rodzinie — bo wielu z nas parafia zastępuje krewnych zostawionych w kraju.

Po mszy św. tradycyjna w Norwegii kawa. Dziś podają Chilijczycy. Potem zostaną na mszy św. o 13, która dziś odprawiana będzie w języku hiszpańskim. Za tydzień przyjedzie polski ksiądz z Oslo, za dwa będzie po tamilsku, a za trzy po wietnamsku. Można też w każdą niedzielę wieczorem uczestniczyć w mszy po angielsku. Jeśli ksiądz nie dojedzie, to uczestniczymy w mszy dwujęzycznej — ksiądz proboszcz odprawia po norwesku, a my odpowiadamy po polsku (wietnamsku, hiszpańsku itd.).

Ta różnorodność zaskakuje, kiedy przyjeżdża się z Polski. W innych krajach grupy narodowościowe trzymają się osobno, a nawet mają własne parafie. Tutaj jest nas na to za mało. My, katolicy, musimy trzymać się razem, nie tracąc jednocześnie naszej różnorodności. Jak to robić? Nie ma chyba dobrej recepty, bo każda parafia jest inna. W jednej ksiądz Polak, ale dużo Wietnamczyków, w innej Norweg albo Tamil, a dominują Filipińczycy. A tu duża i dominująca grupa Norwegów, za to żadnego duchownego, który posługiwałby się tym językiem bez kłopotów.

Wyzwanie czy błogosławieństwo

Obecny „najazd” Polaków jest czymś zupełnie niezwykłym, bo oto przybysze dominują liczebnie, zapełniają kościoły, stoją, a nawet klęczą na kościelnych schodach, a jednocześnie nie wiadomo, czy tu zostaną i czy włączą się do wspólnoty parafialnej. Czy proboszcz już powinien myśleć o budowie nowego kościoła i uczyć się polskiego, czy też udawać, że nie ma ich tak wielu — bo przecież nie są zarejestrowani i niewiele mówią.

Ta sytuacja to wyzwanie także dla przyjeżdżających, gdyż muszą zmierzyć się z pytaniem, czy tylko katolicyzm po polsku, czy też chcemy być częścią Kościoła katolickiego w Norwegii, wspierać go i umacniać. Czy włączyć się we wspólnotę parafialną, czy trzymać się we własnej grupie? W jakim stopniu można zachować swoją odrębność, jednocześnie budując wspólny Kościół? Jak w tym zlaicyzowanym kraju wytrwać w wierze, izolując się od innych, bardziej doświadczonych katolików? Dziś to palące pytania, choć nowo przybyli jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy. Ale jest nadzieja — na ostatnim spotkaniu ktoś poprosił o tekst stałych części mszy św. po norwesku, żeby móc lepiej uczestniczyć w niedziele bez polskiego księdza.

Za miesiąc znów będzie po polsku — jeśli będzie miał kto przyjechać, bo polscy księża w Norwegii są proboszczami i kapelanami w swoich parafiach, w których też wzrosła liczba Polaków. Liczymy na księży z Polski, ale na razie przegrywamy z krajami, w których Polaków jest więcej i więcej o nich w mediach. Mamy jednak nadzieję, że to się wkrótce zmieni — słowa Ojca Świętego Benedykta XVI dodały nam otuchy i powtarzamy za nim: „Kapłani polscy, nie bójcie się opuścić waszego bezpiecznego i znanego świata, by służyć tam, gdzie brak kapłanów i gdzie wasza wielkoduszność przyniesie wielokrotne owoce!”.

Zapraszamy!

Ewa Bivand

Bergen, wrzesień 2006 roku

Nie bać się Norwegii
Ewa Bivand

urodzona w 1951 r. w Kaliszu – doktor lingwistyki stosowanej UAM, ukończyła studia w zakresie filologii angielskiej oraz historii, a także kurs katechetyczny w Maryvale Institut w Wielkiej Brytanii, pracuje jako lektor w Handelsgymnasium w Bergen, uczy j. angielskiego, histo...