Między ziemią a niebem

Między ziemią a niebem

Oferta specjalna -25%
Wyczyść

Ludzie Boga, reż. Xavier Beauvois, Francja 2010

”Ja rzekłem: Jesteście bogami i wszyscy – synami Najwyższego” – Xavier Beauvois rozpoczyna swój film wersetem psalmu (Ps 82,6), który w wieloznaczny sposób naznacza ten obraz pięknem i tragizmem ludzkiej egzystencji.

Memento mori

Najpierw oglądamy codzienne życie wspólnoty francuskich mnichów z zakonu trapistów: ich ciche modlitwy, melodyjne śpiewy, skromne posiłki, różnorodne prace, rozmowy oraz koegzystencję z miejscową islamską ludnością. Szara codzienność klasztoru położonego w górach Atlas, w algierskiej wiosce Tibhirine. Z tych obrazów na pierwszy plan wybija się cudowny spokój, który z pustelni promieniuje na otoczenie. Spokój, który z kinowego ekranu promieniuje też na widza. W tej części filmu prawie zapominamy o tym, że finał opowieści musi być tragiczny.

Od początku wiemy, że w spokój wspólnoty trapistów wtargną islamscy ekstremiści i że mnisi zginą. Ich historia jest powszechnie znana, a jeśli nawet do kogoś nie dotarły informacje o głośnych wydarzeniach z 1996 roku, to Gutek Film, polski dystrybutor Ludzi Boga, informuje o nich w zwiastunach i materiałach promocyjnych. Ogląda się więc ten obraz w napięciu i oczekiwaniu na śmierć. To, że znamy zakończenie, można by uznać za pewien dyskomfort, który odbiera przyjemność odbioru. Jednak postawienie widza wobec śmierci ma tę dobrą cechę, że w pewien sposób zbliża go do sytuacji bohaterów, którzy śmierci mogą się spodziewać w każdym momencie. Dzięki temu – toutes proportions gardées – następuje jakaś identyfikacja oglądających z trapistami. Świadomość tragicznego końca ma jeszcze drugie dno. Otóż natrętna myśl o tym, że za chwilę zjawią się zabójcy, myśl, od której nie można się opędzić, w pewnym momencie uświadamia widzowi, iż sytuacja ta nie jest niczym innym, jak alegorią życia człowieka na ziemi. Przecież my też, każda i każdy bez wyjątku, żyjemy ze śmiercią na ramieniu. I jak widać w tym filmie, uświadomienie sobie bliskości końca wydobywa z człowieka jego prawdziwe, czasem głęboko skrywane, ”ja”.

Nasze czasy nie lubią myśli o śmierci. Czasem tylko przypominają nam o niej pogrzeby bliskich. Obraz Xaviera Beauvois’go w pierwszej, najbardziej rzucającej się w oczy, warstwie jest takim memento mori skierowanym do człowieka XXI wieku. Choć to tradycyjne pozdrowienie trapistów z ekranu wprost nie pada, to i tak zostaje wypowiedziane językiem filmu.

Jak ptaki na gałęzi

Pierwsze spotkanie mnichów z islamskimi radykałami jest groźne. Groźni są sami członkowie tej grupy terrorystycznej – wcześniej widzimy, jak drastycznie i bezwzględnie postępują z innymi obcokrajowcami. Jednak niespodziewanie wizyta w klasztorze odsłania ich inne oblicze. Okazuje się bowiem, że przywódca oddziału zna Koran, cytuje go z pamięci, wie, kim dla chrześcijan jest Jezus, a gdy dowiaduje się, że zakłócił spokój klasztoru w wigilię Bożego Narodzenia, zdobywa się na gest wyciągniętej dłoni i przeprosiny. Widać w jego postawie wiele wiary i godności, widać również, że on też jest oddanym żołnierzem swojego Boga, gotowym oddać dla Niego życie. Dlatego funkcjonujący u nas tytuł Ludzie Boga to tytuł przewrotny. Bo nagle pojmujemy, że w tym filmie ludźmi oddanymi Bogu są zarówno trapiści, jak i na swój sposób islamscy terroryści.

Sytuacja w górach Atlas staje się coraz bardziej niebezpieczna. Do pustelni coraz częściej docierają wiadomości o kolejnych mordach. Znamienna w tym kontekście jest dramatyczna rozmowa kilku braci z mieszkańcami Tibhirine. – A jeśli będziemy musieli odejść? – pyta jeden z trapistów. – Dlaczego mielibyście odchodzić? – nie rozumie mężczyzna z wioski. – Jesteśmy jak ptaki na gałęzi, które może zostaną, a może odlecą – próbuje tłumaczyć trudne położenie zakonników jeden z braci. Na to młoda Algierka odpowiada: – Ptaki to my, a gałąź to wy!

Ten dialog jest dobitnym potwierdzeniem misji trapistów, utwierdzeniem w przekonaniu, że ich wybór drogi życiowej był słuszny, że tu i teraz są we właściwym miejscu. Czy mogą zatem opuścić Tibhirine? Wyjazd wydaje się rozwiązaniem logicznym, rozsądnym, po prostu ludzkim, bo przecież pozostając, ryzykują życiem. Myśl o opuszczeniu górskiego klasztoru wymusza na braciach refleksję o przyszłości. Jak wyglądałaby ich codzienność gdzie indziej? Czy byliby zdolni do życia w innym klasztorze lub może nawet poza klasztornymi murami? Do niektórych mnichów dociera stopniowo myśl, że dla nich nie ma już innej przyszłości poza tą tutaj, że – tak, jak powiedział ojciec Christian, przełożony wspólnoty – swoje życie oddali już dawno, decydując się na bycie mnichami. A skoro tak, skoro ich życie już od dawna jest w rękach Boga, to czego mieliby się lękać?

Strach jest w tym filmie miejscami dojmujący, wręcz bolesny. Kilku zakonników nie kryje, że chętnie opuściliby to miejsce, że się boją i fizycznie cierpią z tego powodu. Wielką siłą przemawia nocna scena, w której brat Christophe woła w bólu do Boga: Boję się, pomóż mi! Zadziwiająca jest droga, jaką przeszedł właśnie ten mnich. Od gwałtownego sprzeciwu wobec pomysłu pozostania w pustelni, przez ogromny strach i cierpienie, po akceptację, a wręcz radość z tego, że może zostać tu, gdzie czuje się prawdziwie u siebie, pośród braci oraz islamskich mieszkańców wioski. Brat Christophe pozostawił po sobie dziennik, który pisał w tym czasie; niezwykłe świadectwo duchowego dojrzewania. Jakże wiele mówią o człowieku, jego zakochaniu w Bogu i ludziach, słowa zapisane 25 lipca 1995 roku:

Raduję się
Proszę Cię dziś o łaskę zostania sługą
i oddania mego życia
tutaj
w okup za POKÓJ
w okup za ŻYCIE
Jezu przypuść mnie
do Twojej RADOŚCI
miłości ukrzyżowanej. 1

Między ziemią a niebem

Jedna ze scen Ludzi Boga bardzo silnie pozostaje w pamięci. Wspólnota mnichów gromadzi się w refektarzu, brat Luc niespodziewanie stawia na stole dwie butelki wina i włącza muzykę. Wszyscy wiedzą, że napastnicy mogą wtargnąć lada chwila. Scena jest całkowicie pozbawiona słów. Kamera najeżdża kolejno na twarz każdego z braci, wyłapując spotęgowane uczucia: najpierw radość, a potem smutek. W tle słychać muzykę z Jeziora łabędziego Piotra Czajkowskiego. Ta artystyczna wizja przywołuje biblijne obrazy godów weselnych lub uczty królewskiej, tak jakby biesiadnicy byli już częściowo po stronie nieba i antycypowali niebiańskie szczęście. Właśnie w tym momencie nagle rozumiemy werset psalmu otwierającego tę historię: Jesteście bogami! Tak, świadomość bliskości śmierci jest równocześnie chrześcijańską nadzieją na bliskość nieba, a dobre życie już teraz początkiem życia w wieczności. Człowiek nadal stoi twardo na ziemi, która niestety oprócz boskiej radości naznaczona jest cierpieniem. Stąd smutek i łzy płynące z oczu braci. Wizja reżysera jest piękna, pełna wiary w sens ludzkiego powołania do służby drugiemu człowiekowi, wiary w życie wieczne i przekonania, że to drugie życie jest o niebo lepsze od ziemskiego.

Przede wszystkim jest więc to film o wyjątkowej godności człowieka. Mówi nam o tym również oryginalny francuski tytuł: Des hommes et des dieux, który dosłownie należałoby tłumaczyć: ludzie i bogowie. I najwidoczniej właśnie taki film chciał zrobić Xavier Beauvois, obraz o istotach, które już tu i teraz, na tej ziemi, są i ludźmi, i bogami jednocześnie. Ten krystalicznie piękny obraz rzeczywiście przekonuje. Skoro oni, mnisi, tacy są, to przecież w jakiś sposób i my, widzowie, również! To jest najważniejsze odkrycie, z jakim wychodzi człowiek z kina po obejrzeniu Ludzi Boga.

Bądźcie solą ziemi

Jest jeszcze inny wątek, który silnie wybija się z tej opowieści. Z podziwem patrzymy na ofiarną pracę mnichów oraz ich służbę na rzecz miejscowej ludności islamskiej. Ci ludzie nie są przecież chrześcijanami, nie modlą się razem z braćmi. A jednocześnie u trapistów nie widać ani śladu czynnego nawracania. Swoją misję ewangelizacyjną wypełniają poprzez świętą codzienność współistnienia na tej samej ziemi i modlenia się do tego samego Boga. Tymczasem mieszkańcy wsi traktują ich jak niezbędny element lokalnego życia, wręcz – jak to słyszymy we wspomnianym dialogu – jako gałąź, bez której egzystencja wioski może się załamać. To bardzo wymowny obraz. Czyż nie jest on dla nas przykładem i modelem obecności chrześcijan w coraz bardziej obcym, bo laickim i konsumpcyjnym świecie? Czy nie jest to wskazówka dla nas, współczesnych chrześcijan, w jaki sposób powinniśmy wypełniać misję dawania świadectwa i bycia solą ziemi?

Zatem my, chrześcijanie – mówi do nas ta filmowa historia trapistów – twórzmy pośród odmiennego świata pustelnie, gościnne domy i kościoły, w których będą żyli i modlili się dobrzy, skromni i życzliwi ludzie, chętni do pomocy innym, choćby byli obcy, choćby ich bogiem był bożek hedonizmu i konsumpcjonizmu. Bo ci obcy również mają tę samą bosko-ludzką godność i choćby z tego powodu przynależy im się nasza troska i szacunek. Ludzie Boga w ten sposób stają się nowym traktatem o Kościele w świecie współczesnym.

O tym, że takiej właśnie obecności ludzi wiary świat potrzebuje, przekonują tłumy Francuzów, które poszły na ten film do kina. Nikt nie spodziewał się, że ta kameralna i niskobudżetowa opowieść przyciągnie ponad trzy miliony ludzi w samej Francji. A Grand Prix festiwalu filmowego w Cannes potwierdziło artystyczną wartość obrazu Xaviera Beauvois’go. Cóż to mówi o najstarszej córze Kościoła, gdzie laickość państwa jest dogmatem? Cóż to mówi o ludziach zlaicyzowanego świata? Z tych faktów możemy odczytać ogromną tęsknotę za czystymi i pięknymi wartościami. Wydaje się, że współczesny człowiek – jeśli nawet sam siebie sytuuje poza Kościołem, jeśli nawet jego życie pozostawia wiele do życzenia – to jednak chciałby za sąsiadów mieć ludzi Boga. 

1Tchnienie Daru. Dziennik brata Christophe’a mnicha z Tibhirine, przeł. Jerzy Moderski, Wydawnictwo W drodze, Poznań 2008, s. 189.

Między ziemią a niebem
Konrad Sawicki

urodzony w 1974 r. – absolwent teologii, publicysta, redaktor „Więzi”, współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i Deon.pl. Żonaty, mieszka w Warszawie....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze