Powołani do kalendarza

Powołani do kalendarza

Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Nie szukałyśmy przystojnych księży, tylko ciekawych. Ludzi z pasją. Kapłanów, którzy dla dzieci i młodzieży są wielkimi autorytetami. A że ktoś przy okazji jest przystojny? No to chyba już nie jego wina?

Ks. Paweł jest hokeistą, olimpijczykiem z Lake Placid. Ks. Sławek, zapalony harleyowiec, prowadzi w lipcu Spotkania Motocyklowe z Mszą Świętą. Ks. Grzegorz organizuje jedyną na świecie pielgrzymkę rolkowców. Ks. Bogusław pisze książki dla dzieci, ks. Andrzej zakłada kluby sportowe. Wariaci? Boży szaleńcy? Niepoprawni entuzjaści? A może zwyczajni księża, którym się po prostu chce coś robić, którzy potrafią wykorzystać własne zainteresowania i pasje w pracy z dziećmi, młodzieżą, dorosłymi. Tylko przestrzeń kościoła jest dla nich za ciasna. Dlatego z Dobrą Nowiną postanowili iść krok dalej.

To właśnie takich pozytywnie zakręconych księży postanowiły pokazać Paulina Socha-Jakubowska i Sylwia Dąbrowa. Wymyśliły kalendarz. „Powołani. Poznaj duchownych z pasją A.D. 2011”. Dwunastu kapłanów. Dwanaście ludzkich historii.

Nim Polacy zdążyli wbić gwóźdź w ścianę, by powiesić na nim kalendarz, w mediach, a zwłaszcza w internecie rozpętała się burzliwa dyskusja: czy godzi się, by kapłani pokazywali swój wizerunek i przez 12 miesięcy uśmiechali się do nas z czarno-białych fotografii? U niektórych kalendarz wywołał nawet mdłości: do zdjęć mają bowiem prawo pozować sportowcy, znane aktorki, piękne nagie kobiety. Mogą być konie, zabytki, kwiaty, pejzaże. Może być papież. Ale zwykli księża?

Pozytywny PR

Paulina Socha-Jakubowska, warszawska dziennikarka, zobaczyła któregoś dnia w telewizji ks. Michała Misiaka, organizatora bezalkoholowych dyskotek ewangelizacyjnych, na które przychodzi po kilka tysięcy młodych ludzi. – Patrzyłam w ekran i oczy otwierałam szeroko ze zdumienia. Pomyślałam sobie: fajny młody ksiądz, który robi kawał dobrej roboty, a ludzie pewnie go nie znają. Szkoda.

Przypomniały jej się kalendarze z księżmi, które widziała we Włoszech. Od kilku lat można je kupić na każdym straganie. Nikogo to nie dziwi, nikt nie protestuje. „Calendario Romano” ze zdjęciami włoskiego fotografa Piera Pozziego świetnie się sprzedają – kupują je Włosi, kupują turyści z całego świata. Kilka lat temu ukazał się też kalendarz, do którego pozowały siostry cysterki z Vittorio Veneto – zdecydowały się na to, by zdobyć środki na ratowanie swojego klasztoru przed ruiną. Ale co wolno we Włoszech, niekoniecznie dozwolone jest w Polsce. Dlatego autorki polskiego kalendarza od początku były przygotowane na to, że nie wszystkim ich pomysł przypadnie do gustu. Mimo to zaryzykowały. – Miałam już dość negatywnych medialnych przekazów o księżach i Kościele. Nie chciało mi się wierzyć, że w tysiącach polskich parafii nie ma wartościowych, mądrych, ciekawych, oddanych swojej pracy kapłanów. Postanowiłam ich poszukać i pokazać w kalendarzu. Żeby zmienić wizerunek polskiego Kościoła, żeby zrobić pozytywny PR – tłumaczy Paulina Socha-Jakubowska. Swoim pomysłem zaraziła przyjaciółkę – fotoreporterkę Sylwię Dąbrowę.

Na wydanie kalendarza zdecydowała się Fundacja Opoka – właściciel katolickiego portalu internetowego. – Zafascynowała mnie ta propozycja i od razu uznałem, że warto w to wejść.

Każda z przedstawionych postaci niesie jakiś pozytywny komunikat, pokazuje, że w polskim Kościele dzieje się wiele dobrych rzeczy. I ten przekaz jest najważniejszy. Zdjęcie jest tylko tłem – mówi Krzysztof Piądłowski z Opoki. Umowa z autorkami kalendarza była taka, że cały dochód ze sprzedaży będzie przeznaczony na cele fundacji.

Szlachetna paczka ks. Jacka

Dwa lata temu w czasie adwentu ks. Jacek Stryczek, znany duszpasterz akademicki z Krakowa usiadł w przenośnym konfesjonale przed Galerią Krakowską. Na kratkach, przez które penitenci wyznają swoje grzechy przyczepił kartkę: „Istnieje inny świat”. Nie spowiadał, bo nie o to mu chodziło. – Adwent w naszej kulturze zanika, święta ograniczają się do biegania po sklepach i kupowania prezentów. Chciałem, żeby ludzie się na chwilę zatrzymali, zastanowili nad swoim życiem – tłumaczy. – To taki kościelny marketing, który służy temu, by powiedzieć o Bogu, o Kościele – dodaje. W tych samych kategoriach ksiądz Jacek spojrzał na propozycję Pauliny i Sylwii – jako pierwszy zgodził się wesprzeć swoją osobą ich pomysł. – Polski Kościół opiera się na charyzmatycznych księżach, których na szczęście nie brakuje. Trzeba ich pokazywać, bo oni bronią dobrego imienia Kościoła. Dlatego propozycja Pauliny i Sylwii wydała mi się niezwykle trafiona.

A że kalendarz wywoła kontrowersje, dyskusje, krytykę? – Nauczyłem się już, że gdy ktoś robi coś dobrego, to natychmiast pojawiają się komentarze malkontentów.
Nawet wówczas, gdy inicjował znaną dziś w całej Polsce „Szlachetną paczkę”, nie zabrakło wrogów i oponentów. Cóż złego może być w tym, że przed świętami kilka tysięcy ludzi dostaje świąteczne paczki – nie z kawą, pomarańczami i czekoladowymi gwiazdorkami. W tych paczkach znajdują się rzeczy najpotrzebniejsze konkretnej rodzinie – czasem pieluchy, czasem buty i ciepła kurtka, czasem mąka, herbata i proszek do prania. A jednak. Byli tacy, których to kłuło w oczy. – Najlepiej nie robić nic, wtedy nie jest to kontrowersyjne – mówi z sarkazmem ks. Jacek.

Zdjęcia do kalendarza zajęły mu pół godziny. – Zawieźliśmy konfesjonał w plener. Usiadłem. Pstryk, pstryk – i po wszystkim – wspomina. Ks. Jacek przytulony do konfesjonału został twarzą kwietnia. – Te zdjęcia i towarzyszące im opisy są inspirujące, pokazują pasję dwunastu facetów. Może ktoś, patrząc na taki kalendarz, pomyśli: może ja też bym zrobił coś wartościowego? – zastanawia się ks. Jacek, który swoje powołanie kapłańskie rozumie jako powołanie pasterskie. – Pasterz ma być tam, gdzie jego owce. Nie może funkcjonować w zamkniętej przestrzeni, musi wyjść do owiec, trzeba słuchać ich głosu. To jest model kapłaństwa, z którym się najbardziej utożsamiam.

Czarno-białe

Paulina zadzwoniła też do ks. Michała Misiaka, tego od dyskotek ewangelizacyjnych, którego widziała w telewizji. To z nim dziewczyny zrobiły pierwszą sesję zdjęciową. – Zaprosił nas na koncert rockowy, który organizował. Zdjęcia nie były ustawiane, pozowane. Przyłapałyśmy go w naturalnej sytuacji, bo na tym właśnie nam zależało. Poprosiłyśmy jedynie, by miał koloratkę – przypomina sobie Paulina. Ks. Misiak został twarzą maja.

Podczas każdej sesji fotograficznej Sylwia robiła 200–300 zdjęć. – Od początku wiedziałam, że muszą to być czarno-białe fotografie, bo to najbardziej pasowało do naszej koncepcji. Nie było stylizacji, fryzjera, pudru, tuszu – całego tego studyjnego entourage’u.

Obok każdej fotografii znalazł się opis tego, czym zajmuje się dany ksiądz – tekst napisała Paulina. – Nie szukałyśmy przystojnych księży, szukałyśmy ciekawych osobowości, zapaleńców, kapłanów, którzy dla młodych ludzi są autorytetami. Dlatego te opisy są w tym kalendarzu najważniejsze, to jest wartość – przekonuje Paulina.
Żeby zrobić zdjęcie jechały nieraz kilkaset kilometrów. Szybka sesja – czasem trwająca 10 minut – i z powrotem do domu. Z każdym z bohaterów kalendarza spotykały się tylko raz – wyjątkiem był ks. Stryczek, którego zdjęcie Sylwia zdecydowała się umieścić na okładce.

Czasem było ekstremalnie, jak podczas sesji zdjęciowej z ks. Pawłem Łukaszką, byłym reprezentantem Polski w hokeju na lodzie, olimpijczykiem z Lake Placid. – Lipiec, na dworze upał 40 stopni. Ja w krótkich spodenkach. Zdjęcia robiliśmy na lodowisku w Nowym Targu, gdzie były 3 st. powyżej zera. Żeby zrobić dobre ujęcie, musiałam się kłaść na lodowisku. Cała byłam mokra, zmarzłam na kość – wspomina Sylwia Dąbrowa.

W sumie podczas pracy nad kalendarzem powstało kilka tysięcy zdjęć. – Wybranie tych dwunastu naprawdę nie było łatwe – przyznaje Sylwia.

Radio i koloniści ks. Jana

– O matko, nie miałam pojęcia, że duchowni są tak strasznie zajęci – wzdycha Paulina, opowiadając o tym, jak trudno było im umówić się z księżmi na zdjęcia. Ks. Jana Dudę dorwały nad morzem. Był właśnie z grupą dzieci na koloniach w Pogorzelicy. – Od razu mi się ten pomysł z kalendarzem spodobał – przyznaje ks. Jan. – Mamy przecież XXI wiek, pracuję w mediach i jestem przekonany, że trzeba wykorzystywać wszelkie dostępne sposoby, by z nauką Jezusa docierać do ludzi – mówi kalendarzowy czerwiec.

Ks. Duda związany jest z Polskim Radiem Lublin i Radiem Plus Kielce. W tym roku założył też diecezjalny portal społecznościowy kielcelive.pl, który docelowo ma być miejscem spotkań ludzi wierzących z całej diecezji. Media to jego wielka pasja i przygoda. Zaczynał jako 17-latek w młodzieżowej rozgłośni i tak na dobre z radiem nigdy się nie rozstał. Nawet w seminarium znajdował sposób, by usiąść przed mikrofonem. – Często słyszy się krytyczne komentarze pod adresem katolickich mediów: że trącą amatorszczyzną, że brakuje w nich profesjonalistów, że nie potrafią mówić normalnym językiem – mówi ks. Jan. Dlatego sam podszedł do sprawy bardzo poważnie i podjął studia dziennikarskie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. – Jestem pewien, że gdyby dzisiaj pojawił się wśród nas Chrystus, też korzystałby z internetu, billboardów i kampanii reklamowych. Nie można uciekać przed światem, trzeba do niego wychodzić – przekonuje.

Wykorzystując okazję, że ks. Jan był w Pogorzelicy, Sylwia wpadła na pomysł, by zdjęcia zrobić na plaży. Potrzebny był jeszcze medialny kontekst, bo przecież radio i internet to miejsce, przez które ks. Jan ewangelizuje. Dlatego jako rekwizyt zabrała ze sobą odbiornik radiowy z lat 50. XX wieku.

– Był początek lipca, straszny upał, na plaży, choć było już po osiemnastej, jeszcze pełno ludzi. Podchodzili do nas, przyglądali się. Niektórzy nawet pytali: „A ksiądz jest prawdziwym księdzem czy tylko przebierańcem?” – wspomina ks. Jan.

Sylwia pstrykała jedno zdjęcie za drugim, wszystko zajęło może kilkanaście minut.

Godzinę później ks. Jan odprawiał mszę świętą na plaży dla swoich kolonistów. Dzieciaki zbudowały ołtarz z piasku, a spacerujący brzegiem morza ludzie spontanicznie przyłączali się do modlitwy.

Kalendarz, w którym zdecydował się wystąpić, to – jego zdaniem – dobra reklama Kościoła. Choć nie ukrywa, że i jego naszły wątpliwości, czy powinien brać udział w tym przedsięwzięciu. – Trochę to krępujące pokazywać w kalendarzu swoją twarz. Ale ostatecznie pomyślałem, że nie chodzi o promowanie osoby jako osoby, tylko o pokazanie dzieła, którym wybrany kapłan się zajmuje. Dwa tysiące lat temu Jezus też robił mało popularne, a dla wielu bardzo kontrowersyjne rzeczy, które przyniosły efekt. To mi dodało ducha – mówi ks. Duda i liczy na to, że kalendarz da do myślenia osobom poszukującym, traktującym Kościół jak skostniałą instytucję, która nie ma nic ciekawego do zaproponowania.

Kapłańskie mdłości

W październiku ubiegłego roku, po konferencji prasowej, o kalendarzu zaczęło się mówić i pisać w mediach. – Spodziewałem się głosów krytycznych, bo to na naszym rynku nowatorskie przedsięwzięcie – przyznaje Krzysztof Piądłowski z Opoki. – Nie spodziewałem się natomiast tego, że swoich kolegów zaatakują księża.

Suchej nitki na „Powołanych” nie zostawił dominikanin o. Janusz Pyda. Z kalendarzem rozprawił się na swoim blogu na stronie dominikanie.pl. ”Wreszcie. Już się nie mogłem doczekać, ale udało się. Ukazał się nowy owoc »nowej ewangelizacji« – kalendarz ścienny z księżmi. Prawdziwe cudo. Wszyscy się zachwycają. Co prawda autorki nieśmiało wspominają, że pomysł może być kontrowersyjny, ale jaki tam kontrowersyjny – nowatorski po prostu. A mnie się jednak robi niedobrze, jak na to arcydzieło patrzę”.

O ile dla autorek kalendarza najważniejszy był przekaz słowny – czyli notka mówiąca o tym, czym dany ksiądz się zajmuje i jak realizuje swoje kapłaństwo, o tyle dla o. Janusza ważniejszy od przekazu słownego stał się obraz. A kalendarz z księżmi skojarzył mu się z zupełnie innym kalendarzem, w którym swoje wdzięki prezentują gołe panie. Skojarzenie było tak dalekie, że ojciec Janusz nie zawahał się nawet przed parafrazą słynnego tytułu Pirelli na Padrelli.

”Porównanie kalendarza z uśmiechniętymi, sympatycznymi buziami księży do nagich, wręcz wyuzdanych póz modelek z bananem w rozchylonych ustach, rękami w majtkach lub całujących się lesbijek z kalendarza Pirelli to chyba gruba przesada? O co ojcu tym razem chodziło? O reklamę dla Rebelya.pl czy skrytykowanie portalu Opoka? Wstyd!” – napisała w komentarzu do bloga osoba podpisująca się jako ”oburzona”.

O. Janusz zastanawia się, kto i gdzie mógłby taki kalendarz powiesić, a raczej, kto i gdzie go wieszać nie powinien. ”A może miejscem do powieszenia kalendarza z księżmi jest kancelaria parafialna? No chyba nie bardzo, bo co jeśli za biurkiem siedzi proboszcz, który nie jeździ na motorze, rolkach, nie gra w tenisa stołowego, nie ma trzydniowego sexy zarostu, tylko zaczerwienioną pucołowatą twarz barokowego cherubina, a jego świętość realizuje się po prostu w tym, że można go zastać w kancelarii, konfesjonale, że chrzci, błogosławi śluby i meczy się nad kazaniami? Rany, ale nuda. Parafianin przychodzący do kancelarii mógłby sobie jednak przynajmniej odpocząć od widoku swojego proboszcza. Bo jak dobrze, że są tacy fajowi księża, a nie jedynie ci klerykałowie – sarmaci, którzy siedzą na parafiach i na pewno słuchają moherowej rozgłośni”.

Sylwia Dąbrowa powiesiła kalendarz w kuchni. – Można go zawiesić w przedpokoju, przedsionku biura parafialnego, salce katechetycznej. W każdym miejscu, w którym zwykle ludzie wieszają kalendarze – mówi.

Motocykl na mszy ks. Sławka

Nie, nie, nie – ks. Sławek Nowak z Kalisza nie dawał się przekonać do pomysłu. – Wydawało mi się, że moja twarz w kalendarzu nie jest potrzebna. Po dwóch tygodniach się złamał. – W mediach cały czas trwa nagonka na Kościół, o księżach mówi się niemal wyłącznie w kontekście afer i skandali. A przecież są tysiące kapłanów, którzy każdego dnia sumiennie wykonują swoją pracę, dlaczego więc się tym nie podzielić – mówi ks. Sławek, który został twarzą lipca.

Jego powołanie rodziło się na festiwalu rockowym w Jarocinie. Nosił wtedy długie włosy i słuchał metalu. Tam spotkał niezwykłych kapłanów, z którymi odbył pierwsze ważne rozmowy. Po maturze poszedł do seminarium, a trzy lata później, już jako kleryk, wyjechał do Włoch. I tam pierwszy raz zobaczył harleya davidsona. Gdy usłyszał dźwięk motoru, zakochał się w nim od pierwszego wejrzenia.

Motor jest ważnym narzędziem jego pracy ewangelizacyjnej. Od ośmiu lat w lipcu organizuje Motocyklowe Spotkania z Mszą Świętą. Do wspólnych wypadów szlakiem starych drewnianych kościołów namówili go motocykliści z Ostrowa Wielkopolskiego. W pierwszym zlocie wzięło udział 250 osób – rok temu na Motocyklowym Spotkaniu z Mszą Świętą było ich już 2 tys. Zloty odbywają się na początku lipca. – Różni ludzie biorą w nich udział – wierzący i niewierzący. Ale skoro przyjeżdżają, to znaczy, że obecność księdza im nie przeszkadza. A ja wierzę w to, że Duch Święty może poruszyć serce i rozniecić iskierkę wiary – tłumaczy ks. Sławek.

Tenisowe zarażanie dobrocią ks. Andrzeja

Ks. Andrzej Łuszcz był właśnie u rodziców na wsi i pomagał przy żniwach. Gdy dziewczyny zadzwoniły, że chcą zrobić zdjęcia, nie miał sumienia im odmówić. Wziął szybki prysznic, wsiadł w samochód i pognał 130 km do Lublina. – Wkurza mnie to, że w mediach stale jesteśmy opluwani. Że stworzono nam taki oto wizerunek: homoseksualista, pedofil, aferzysta. Cieszę się, że ktoś pomyślał, by pokazać, że jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy ciężko pracują, mają swoje pasje, zainteresowania. I tylko dlatego zgodziłem się, by pokazać swoją twarz – tłumaczy lekko zdyszany, bo właśnie wrócił z kilkugodzinnego treningu tenisa stołowego z dziećmi.

W tenisa gra od kilkudziesięciu lat: najpierw w podstawówce, potem w szkole średniej. Ale jego wielką miłością jest też muzyka: sam ją komponuje, a także pisze teksty do niej, niedawno nagrał płytę. Jeszcze przed wstąpieniem do seminarium jeździł na przeglądy piosenki, startował w różnych konkursach. I wszyscy go namawiali, by swoją przyszłość związał właśnie z muzyką. Wybrał inaczej. Pomyślał: nic straconego, jeszcze kiedyś do niej wrócę.

Już w pierwszej parafii, do której trafił po święceniach kapłańskich, założył klub sportowy i uczył dzieci grać w tenisa stołowego. One chętnie to kupiły. Spędzał z nimi bardzo wiele czasu, jeździł na zawody. Potem była kolejna parafia i kolejna – tenis szedł w ślad za nim. – To nie jest amatorszczyzna, zatrudniam profesjonalnego trenera, dzieci zdobywają medale na mistrzostwach ogólnopolskich. A kiedy jesteśmy razem, zawsze jest czas na modlitwę, mszę świętą i ważne rozmowy. To jest codzienna formacja religijna – mówi ks. Andrzej. – Nie możemy załamywać rąk, że kościoły pustoszeją, że grozi nam sekularyzacja. Trzeba wyjść do ludzi, zarażać ich dobrocią, dawać im swój czas, dzielić się swoimi zainteresowaniami.
I mówić o Jezusie wszędzie, gdzie się da. Nawet w kalendarzu.

Biuro zaufania publicznego

Kalendarze świetnie się sprzedają: na pierwszy ogień Opoka przygotowała 1000 egz. Ale już po miesiącu okazało się, że to stanowczo za mało. – Sprzedaż odbywa się głównie drogą internetową. Zamawiają go osoby prywatne, księża, różne firmy – mówi Krzysztof Piądłowski z Opoki. A wśród tych ostatnich przodują biura rachunkowe. – Zastanowiło mnie to. Biuro rachunkowe traktowane jest przez wielu jako instytucja zaufania publicznego – może kalendarz z księżmi ma im dodawać wiarygodności? – zastanawia się Piądłowski.

Kalendarz oprócz kontrowersji wzbudził też wiele pozytywnych reakcji. – Ludzie do nas dzwonią i przysyłają maile, w których piszą o ciekawych księżach ze swoich parafii. Proszą, by pokazać ich za rok w kolejnym kalendarzu. O to nam właśnie chodziło, by ludzie dostrzegli wokół siebie wartościowych kapłanów, z których są dumni i chcą, by o nich głośno mówić. Ja miałem szczęście w swoim życiu spotkać wielu wspaniałych kapłanów. Ale wiem, że są ludzie, którzy nigdy takich nie spotkali. I swoje wyobrażenie o Kościele budują wyłącznie na plotkach i doniesieniach medialnych – a te, wiadomo, nie tworzą pozytywnego wizerunku polskiego księdza – mówi Krzysztof Piądłowski.

Paulina Socha Jakubowska myśli podobnie: – Jeśli choć kilka osób, które zobaczą ten kalendarz, zmieni swoje negatywne nastawienie do Kościoła i uwierzy, że wśród kapłanów jest wielu niezwykle wartościowych ludzi, którzy dla młodych są prawdziwymi autorytetami, to uznam, że warto było go wydać. Nawet za cenę miażdżącej krytyki. Ostatecznie da się z tym żyć.

Powołani do kalendarza
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze