Każdy dostrzega to, co dla niego ważne

Każdy dostrzega to, co dla niego ważne

Ciotka poszła do spowiedzi.

Pana pisanie jest kontrowersyjne i niejednemu spędza sen z powiek, świadczy o tym nieprawdopodobna historyjka z moją ciotką, która po przeczytaniu Grosera poszła do spowiedzi, aby się upewnić, czy aby nie popełniła grzechu, czytając Pana książkę.

W miesięczniku chyba jeszcze katolickim.

Czy naprawdę wszystko, co napisze jakiś redaktor trzeba publikować w miesięczniku „W drodze”? Kiedyś byłem Waszym czytelnikiem. Czasami przez sentyment zaglądam jeszcze na Waszą stronę internetową. Właśnie przeczytałem Przypadki księdza Grosera i zastanawiam się, po co w miesięczniku, chyba jednak jeszcze katolickim, publikować takie teksty. Czy nie wystarczy, że robią to np. „Gazeta Wyborcza”, „Rzeczpospolita”, „Wprost”, „Polityka”, „Newsweek”, „Nie” lub inny „otwarty” organ? „W drodze” powinno się jednak czymś wyróżniać – chociażby językiem.

Moc i kruchość.

Bardzo dziękuję za umieszczenie w miesięczniku „W drodze” opowiadań z cyklu „Przypadki księdza Grosera”. Pokazują one prawdziwy obraz kapłaństwa, jego Boską moc, a jednocześnie ludzką kruchość, za tę fikcję, która stoi tak blisko rzeczywistości.

Kamień młyński?

Nie uważam pana książki za hit wydawniczy, jaki pan próbuje lansować w telewizji. Uważam natomiast, że książka ta, jeśli może być dla kogoś przeznaczona, to tylko dla kapłanów. Próbuje pan, jak to się pisze, mówić o tabu Kościoła. Robi pan to w sposób może i nowatorski, ale też nieudany. Nie chcę tutaj pisać jakichś obrażających tekstów. Chcę zadać panu jedno pytanie: czy nawet jeśli pan pisał ten tekst szczerze, nie dla rozgłosu (w co wątpię), to czy uważa pan, że zbudowało to ludzi? Pamięta pan jeszcze Ewangelię? Kamień młyński? Piszę to szczerze, nie z poczucia urażonej dumy… Bóg pana rozliczy. Z Bogiem.

Książka dla niewierzących.

Chcę Panu podziękować za to, że wreszcie mam książkę, którą mogę dać ludziom „niewierzącym”. Pomoże im zrozumieć, że księża to też ludzie i nie należy „organizować” swojej wiary według tego, jak zachowuje się i postępuje widywany na co dzień lub od święta duchowny.

Robi to samo co ksiądz Groser.

Powiem Panu w tajemnicy, że nasz Wikariusz… robi to samo co ksiądz Groser! I nawet fajkę sobie kupił. Dusi się, kaszle, ale zachowuje symbolikę. Mój Ksiądz Grzesio pojechał w nasze polskie Tatry i wszedł jedynie na Czerwone Wierchy, ale zapalił fajkę i łączył się z księdzem Groserem…

Niech Pan się nie przejmuje.

Muszę przyznać, że jeden z przyjaciół zaskoczył mnie pytaniem, dlaczego w tej książce tak wiele seksu – czyżby księża naprawdę zupełnie sobie z celibatem nie radzili? Zaskoczył mnie, bo ja tego jakoś wcale nie zauważyłem. Ale każdy czyta przecież na swój własny użytek i dostrzega przede wszystkim to, co dla niego ważne. Odparłem mu więc, że przecież Pan powieść napisał, a nie kronikę księżowskiego życia i tak też Pana tekst czytać należy. Cybula wprawdzie nawraca się na widok ukrzyżowanego przyjaciela – czy miał Pan nadzieję, że Tomasz W. się nawróci? Z serdecznościami i słonecznym uśmiechem.

Zobaczyłam, ile kosztuje wierność.

Jestem siostrą zakonną. Skończyłam czytać. Po prostu nie mogłam się oderwać! Gdybyś tej książki nie napisał, świat byłby uboższy! Dzięki! Końcówka zaskakująca… ale tak zaskakujące jest życie… Moje pierwsze odczucie po lekturze: cieszę się, że dane mi jest żyć w Kościele, w takim właśnie grzesznym, słabym i kulawym… ale prawdziwym, Chrystusowym. Zobaczyłam, ile kosztuje wierność, jak łatwo zdradzić i jak bardzo chcę to zmaganie dalej podejmować. Módlmy się o tę wierność dla siebie nawzajem… bo nie wiemy, co z nami jutro się stanie.

Lektura obowiązkowa.

Właśnie skończyłem lekturę Pana trzeciego tomu Groserowej trylogii i choć w kilku słowach chciałbym Panu podziękować za chwile głębokiego wzruszenia, bo tak o księżach i Kościele jeszcze nikt nigdy u nas nie pisał. Zresztą nie tylko u nas, bo tych kilka pozycji literatury światowej, które popełnili Bernanos, Greene, Montagner czy McInnerny, to jednak nie to samo. Poradziłem mojemu przyjacielowi, by wprowadził Pana powieść jako lekturę obowiązkową dla swoich studentów w seminarium.

Czym „karmi” pan Polaków.

Każdy poważnie myślący katolik ma swojego Mistrza i Nauczyciela. Powiedział On: „Jestem Prawdą, Drogą i Życiem”. Wyłącznie u Niego należy szukać opinii o tym, czym „karmi” pan Polaków. Im szybciej pan rozpocznie poszukiwania, tym lepiej dla pana.

Widziałem siebie.

Przeczytałem Adieu. Zadziałało na mnie trochę jak modlitwa słowem Bożym, która pomaga mi poznać siebie. W bohaterach Pana książki odkrywałem siebie czy też odwrotnie – odkrywałem tych bohaterów w sobie. Nie było to trudne, gdyż od 15 lat jestem zakonnikiem, a od 7 lat kapłanem. Namiar na Adieu dostałem od kobiety (od takiej książkowej Magdy). Od lat walczymy o wolność naszych serc, więc bardzo rzadko mamy jakikolwiek kontakt z sobą. Tydzień temu dostałem od niej esemesa: „W podróży do Niemiec. Adieu Grzegorczyka i różaniec”.

Uważam się za niewierzącego.

Dziękuję za kolejną część Trylogii o Groserze. Pierwszą przeczytałem namówiony przez kolegę, a czytać uwielbiam, więc bez problemu sięgnąłem po Trufle, a Cudzego pola nie mogłem się wręcz doczekać. Mam 28 lat i uważam się za niewierzącego, jeśli ma to tu jakieś znaczenie. Obawiałem się, że temat Kościoła, kleru będzie mnie drażnił, jednak doskonale Pan manewruje wydarzeniami i uczuciami ludzi w każdej z części. Proszę nas – czytelników – nie pozostawić z potłuczonym Groserem w szpitalu…