Człowiek z drzewa (2)

Człowiek z drzewa (2)

Stanisław Madej, dobiegający pięćdziesiątki kawaler, po śmierci matki, nabywa stary dom w Puszczy Noteckiej i realizuje marzenie życia – mieszka w naturze. Codziennie fotografuje ptaki w lesie. Pewnego dnia poszukując w koronie drzew wilgi odkrywa wiszącego tam od wielu miesięcy samobójcę. Wkrótce poznaje jego żonę, Krystynę, która nie chce dać wiary, że jej mąż targnął się na swe życie. Madej z ornitologa amatora przemienia się w detektywa.

Naprzeciwko mnie szedł proboszcz. Wypadało przystanąć. Spotkaliśmy się tuż przy cmentarnym murku.

– Szczęść Boże – ukłoniłem się.
– Daj Boże… – odpowiedział. Miał ciepłe, łagodne oczy. „Proszę wejść” mówiła cała jego twarz. Do tej pory byłem w tutejszym kościółku dwa razy. Dwa razy słyszałem jego proste, ale bardzo mądre kazanie.
– Staszek Madej. Jestem nowym parafianinem, no, przynajmniej półparafianinem.
– Tak, tak, wiem. Jest pan nowy, ale znany… by nie powiedzieć sławny – zażartował. – Ksiądz Melchior Górski.

Uścisnął mi dłoń. Jakby to powiedzieć, nienaskórkowo. Przytrzymał chwilę, aby mogły przejść pozytywne ładunki. „Bioenergoterapeuta”, pomyślałem.

– Piękny kościółek ma ksiądz.
– Piękny, piękny, tylko robaczywy. Dach może lada chwila runąć. Właściwie to ze względu na bezpieczeństwo powinien być zamknięty. Codziennie więc grzeszę przeciw piątemu przykazaniu. Narażam życie ludzi – stanął, zadumał się i nagle zmienił temat. – Tak, długo tu nie było samobójcy… A może i byli, ale nie znalazł się ich odkrywca. – Znów się zamyślił. – Kiedyś to tu było, że się tak wyrażę, zagłębie samobójców. Ma pan chwilę?
– Tak, tak…
– Wejdźmy, pokażę panu grób pewnego NN – wskazał ręką bramę cmentarza, to znaczy czterometrową przerwę w murze.

Zaprowadził mnie do kwatery z prostym drewnianym krzyżem, pokrytej powojem.

Przeżegnał się i zatopił w modlitwie.

– Nie wiadomo, kto to. Poza tym, że się powiesił. Nikt go nie szukał. Znalazł go jakiś grzybiarz.
– Policja nie prowadziła śledztwa?
– Prowadziła, do pewnego stopnia. Do pewnego stopnia prowadziła… – powtórzył jak refren. – To były czasy stanu wojennego. Pewnie nie mieli jeszcze takich metod jak dziś albo zadecydowały jakieś inne względy. Może i dobrze. Bóg go rozpoznał. A bliscy lepiej, że go nie widzieli.
– Ksiądz go widział?
– Pokazano mi zdjęcie. Przywieźli go w zaplombowanej cynowej trumnie.
– I ksiądz nie miał oporów, żeby pochować go w poświęconej ziemi?
– Dlaczego miałbym mieć?
– No, nie wiem, Kościół zabiega nieraz o karteczki, o pewność, że przez jego wrota nie prześlizgnie się nikt nie powołany… Są księża…
– W moim Kościele czegoś takiego nie praktykuję. NNW – Nic Nie Wiemy. – Ksiądz się uśmiechnął. – My tylko składamy człowieka w ręce Boga. A on jest Wszechwiedzący i Miłosierny. Całe nasze życie duchowe polega na zamieszkaniu w TAJEMNICY. Po to dochodzimy do prawdy, żeby ją złożyć Bogu.

Nachylił się i wyrwał z grobu jakiś chwast wybijający z powoju.

– A jak to jest, proszę księdza, no bo ksiądz nie wiedział, czy ten NN był katolikiem, chrześcijaninem czy w ogóle wierzącym. Może nie życzyłby sobie pochówku w naszym obrządku. Wyobraźmy sobie, że to był Żyd. Pamięta ksiądz, jak Żydzi protestowali przeciwko krzyżowi w Oświęcimiu?…
– Nie powierzałem Bogu katolika, ale człowieka, którego On znał. Modliłem się, aby ogarnął Jego tragiczną śmierć.
– No ale jest tu krzyż?
– Myślę, że kimkolwiek był ten człowiek, umarł pod krzyżem swego bólu. – Westchnął. – Może upadł nie pod krzyżem, ale przywalił go jakiś kamień… Może. Jeśli tak, to wierzę, że mi wybaczy. Tym krzyżem mówimy, że Bóg cię kocha i zostaniesz zbawiony. Po tamtej stronie ludzie nie protestują, że ktoś ich kocha. Tam nie ma wieży Babel.

Wykorzystałem moment i podzieliłem się refleksją na temat zagadki, jaką były niepojęte okoliczności samobójstwa Andrzeja Guzowskiego. Po co wdrapywał się na koronę drzewa, by skoczyć w otchłań?

Rozłożył tylko ręce. Nic nie powiedział. Chyba dostrzegł lekkie rozczarowanie na mojej twarzy.

– Widzę, że ma pan w sobie żyłkę detektywa.
– Chciałbym pomóc wdowie po tym nieszczęśniku.
– Jeśli pana interesują sprawy tego śledztwa, to może pan porozmawiać z panem Mizerą. Prokurator na emeryturze. Bardzo ciekawe indywiduum. Prowadził dochodzenia właściwie w sprawie wszystkich samobójstw, które tu odkryto. Ma końcówkę telefonu 13. Łatwo zapamiętać.

Wracając do domu, pomyślałem sobie, że ten człowiek się marnuje w puszczy. Głosi kazania do ptaszków i wiejskich babinek. Gdyby to jego, a nie tego bezlitosnego cymbała spotkała Krystyna…

Miałem nadzieję, że porozmawiam z nią następnego dnia. No i… chciałem tego. Niestety, nazajutrz, w „nasz dzień” Krystyna się nie pojawiła w Bonowniku. Ani nie zadzwoniła. Za to listonosz przywiózł mi od niej paczkę z rzeczami, które dałem jej na przebranie po burzy. Rozłożyłem je na stole i wpatrywałem się w nie, jakby miała z nich wyjść niczym z lampy Aladyna. Czy tak ma się skończyć nasza znajomość? Co się ze mną dzieje, zaczyna mi jej brakować? Uzależnienie?

Pod wieczór zadzwoniłem do Mizery. Zaproponował, abym wpadł do niego już następnego dnia, w środę.

Dom prokuratora zatopiony był w starym ogrodzie, prowadzonym przez kogoś miłosną ręką. Przed domem na podeście stał posąg Buddy.

Mizera przy powitaniu dostrzegł moje zainteresowanie obecnością wschodniego bóstwa.

– Czyżbym trafił do domu buddysty? – ni to zażartowałem, ni to wyraziłem szacunek. Na wszelki wypadek.
– Fascynat wszelkich kultur. Wierzę w to, co widzę, co spotykam. Moją pasją są podróże. A to owoc mojej wyprawy do Chin – Mizera z zadowoleniem przypatrywał się ze mną figurze. – Nie będę pana czarował, zrobił go mi już tu, na miejscu, zaprzyjaźniony artysta. Wie pan, kiedyś popiłem z Chińczykami i pytam: „Słuchajcie, czemu Budda jest taki gruby?”. Zapanowała lekka konsternacja. Zaczęli się między sobą naradzać. Po kilku minutach jeden z nich oświadczył: „Budda jest gruby, bo jest szczęśliwy”. – Mizera się zaśmiał. – Czyż nie piękna definicja szczęścia? Jak pan widzi, jestem raczej zaprzeczeniem postury Buddy, choć uważam się za człowieka szczęśliwego. – Mizera ukazał piękne białe zęby. Trudno określić, własne czy sztuczne. Wiek wskazywałby na sztuczne, ale ich posiadacz wyglądał na człowieka dbającego o kondycję. Jego szczupłość, odniosłem wrażenie, była wynikiem przekonania, że każdy gram tłuszczu szkodzi zdrowiu. Ubrany był w biały strój tenisisty. – Zapraszam do środka…

Siedliśmy w owalnym, mocno przeszklonym gabinecie Mizery zdobionym pamiątkami z podróży po świecie. Figurki, biała broń, przeróżne rodzaje piszczałek, rogów. Ściany pokrywały jego zdjęcia z tubylcami. Na stole stała karafka z nalewką.

– Proponuję dereniówkę własnej roboty. Goście są zwykle zachwyceni, ale nie zmuszam do zgodności opinii. Jako były prokurator cenię przede wszystkim rzetelność zeznań. – Zaśmiał się serdecznie.

Posmakowałem, kiwnąłem głową z uznaniem.

– Czyli ksiądz powiedział panu, że ja tym żyłem… Nie chwaląc się, powiem, że dwukrotnie prowadzone przeze mnie śledztwo wykazało, że samobójstwo było pozorowane. W istocie było skrytym morderstwem.
– Takie rzeczy się zdarzają w rzeczywistości?
– Takie jest właściwie założenie śledztwa. W każdym wypadku, gdy mamy do czynienia ze zgłoszeniem znalezienia zwłok, musimy sprawdzić, czy śmierć nie była efektem przestępstwa. Musimy wykluczyć udział osób trzecich.
– Ksiądz mówił mi, że przed laty Puszcza Notecka była swoistym zagłębiem samobójców.
– Nie odważyłbym się na sformułowanie takiej tezy. Myślę, że jeśli weźmiemy pod uwagę obszar, na którym dokonały się te historie, to jest to średnia krajowa. Razem tych samobójstw za moich czasów było dwanaście. Trzy ofiary nie zostały zidentyfikowane.

Opowiedziałem Mizerze o swojej wizycie na grobie NN.

– Tak. Znaleźliśmy go w 1985 roku. Właściwie szkielet. – Mizera spojrzał z zastanowieniem. – Chce pan zobaczyć zdjęcie nieboszczyka? Chwileczkę…

Wstał i podszedł do regału. Wyciągnął jakąś niegrubą książkę i wrócił do stołu.

– Bardzo ciekawa rzecz – rzekł, wskazując na okładkę. „Louis Vincent Thomas, Trup”, przeczytałem.
– Proszę – położył na stole dwa zdjęcia wyciągnięte z książki.

Na jednym z drzewa zwisał denat, a właściwie jego szczątki w worku ubrania. Drugie ukazujące zbliżenie twarzy, a raczej coś, co po niej pozostało, zamroczyło mnie. Czaszka oblepiona resztkami mięsa czy skóry, obsiadła przez muchy.

– Straszne – jęknąłem.
– Dla pana, dla nas. Dla kogoś wychowanego w naszej kulturze. Nie wyobraża pan sobie, jak różne rzeczy widzą ludzie na świecie w nieboszczyku. Nie mówiąc już o tych stworkach, owadach, wszelkich padlinożercach. Dla nich to smakołyk, tak jak dla nas wykwintnie przygotowane mięso – Mizera się uśmiechnął. – Nasze reakcje są tylko uwarunkowaniami kulturowymi. Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie jestem cynikiem. To robactwo w denacie jest oznaką, że tam dokonuje się życie, tylko nie takie, jakiego byśmy pragnęli. Robak jest uosobieniem przemiany. Dlatego tak organicznie go nienawidzimy, czujemy do niego wstręt, obrzydzenie, bo nie jesteśmy wewnętrznie przygotowani na zmiany. A na przykład według wierzeń Indian Kaszinawów ludzkość powstała po potopie z robaków, które wylęgły się z trupów olbrzymów tworzących poprzednią cywilizację.

Mizera podniósł raz jeszcze zdjęcie ukazujące nieboszczyka w oddaleniu.

– Musiał być bardzo zdeterminowany. Widzi pan tę złamaną gałąź obok wisielca? Prawdopodobnie nie wytrzymała pod ciężarem. Zwykle samobójca taki rodzaj ocalenia traktuje jako znak z góry… On jednak uwiązał się po raz drugi. Ludzie są różni. Proszę sobie wyobrazić, że jeden z samobójców uwiązał się do krzaka i udusił się, prąc z całych sił do przodu. Inna technika. Śmierć przez zadzierzgnięcie. Uduszenie następuje w wyniku zablokowania dróg oddechowych. W wypadku powieszenia samobójca traci kontakt z podłożem i następuje przerwanie rdzenia kręgowego. Powieszenie się jest, powiedziałbym, bardziej humanitarne. Są samobójstwa mniej lub bardziej humanitarne. Na przykład hipotermia. Wskakujemy do wody i doprowadzamy do wychłodzenia ciała. Wystarczy zmniejszyć jego temperaturę około dziesięciu stopni. Taka śmierć nie boli.

Mizera zatopił usta w nalewce. Błoga mina świadczyła, że rozmowa, którą toczyliśmy, nie była w stanie zachwiać jego poczuciem harmonii świata. Nawet kiedy odstawiał kieliszek na stół, miałem wrażenie, że to motyl sfruwa na srebrny podstawek.

– Nie czuł pan porażki, takiej czysto zawodowej, gdy podpisywał dokument stwierdzający niemożliwość ustalenia tożsamości denata, okoliczności jego śmierci?
– Nie… Porażkę, szanowny panie, czułbym wówczas, gdybym popełnił osobiście jakiś fatalny błąd, który skierowałby śledztwo na fałszywe tory. Natomiast nasz zespół wykorzystał wtedy wszystkie możliwe narzędzia i procedury. Dla mnie źródło spokoju było zawsze jedno. Zrobić to, co na danym etapie jest możliwe. Może kiedyś zajdą okoliczności, które wniosą do sprawy coś nowego. Na wszelki wypadek głowę naszego NN umieszczono w zakładzie medycyny sądowej, by można dokonać identyfikacji.

Zdało mi się, że przez twarz Mizery przeszedł nerwowy tik.

– Gdyby pan dziś prowadził śledztwo w sprawie Guzowskiego, jaka byłaby pana pierwsza intuicja? Dlaczego ten człowiek wszedł w koronę drzewa, by się powiesić? Po co taki wyszukany sposób?
– Rozczaruję pana. W zasadzie prowadzących śledztwo interesuje jedno: ustalenie, czy śmierć była wynikiem przestępstwa, czy aktu samobójczego. Jeśli zdobędziemy pewność, że to nie było przestępstwo z udziałem osób trzecich, to w zasadzie motywy samobójcy są dla nas nieistotne. To był jego wolny wybór. Samobójstwo nie jest karane prawem. W świetle prawa każdy może zakończyć życie w sposób, jaki uzna za stosowny. Część ludzi chce zniknąć ze świata, przestać istnieć. Nie zostawiać po sobie żadnego materialnego śladu. Szanowny panie, ja na przykład w swoim testamencie zrobiłem zapis, żeby moje ciało skremowano, a prochy wsypano do morza. Muszę do tego przygotować jeszcze rodzinę, która, mam nadzieję, mnie przeżyje… I, szanowny panie, nie mam łatwo. Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz. Nie jestem chrześcijaninem, ale wiele zdań z tej religii jest mi bliskich. Dziwi mnie, dziwi mnie, szanowny panie, że na przykład w Kościele katolickim takim kultem otacza się świętych, których ciała Bóg zachowuje po śmierci w stanie nienaruszonym. Moja żona ma nad łóżkiem powieszoną fotografię ojca Pio, który wygląda w sarkofagu jak żywy. Nie mnie oceniać, ale to jest jakaś herezja. Nie wierzę w plastikowych nieboszczyków.

Rozmawiałem z Mizerą jeszcze ze dwie godziny. Bardziej na tematy kulturoworeligijne niż o kryminalistyce. Niestety, nie bardzo, a właściwie zupełnie, nie chciał się wypowiadać na temat śledztwa w sprawie śmierci Andrzeja Guzowskiego. Powiadał, że z zasady nie ocenia pracy kolegów.

Żegnając się ze mną, wręczył mi książkę, z której wyciągnął zdjęcia NN. Trup. Podziękowałem uśmiechem.

– Ilekroć przyjdzie panu ochota na dereniówkę, proszę wpadać. Przykro mi, że niewiele panu pomogłem…

Wracając do domu, uświadomiłem sobie, że muszę zrobić sprawunki. Sklepowa zagadnęła mnie o Krystynę. Handlowała nie tylko mydłem i powidłem, ale też wszelkimi informacjami. Udałem zdziwionego pytaniem i zapłaciwszy rachunek, szybko się ewakuowałem, by przerwać przesłuchanie.

Przed sklepem zaczepił mnie mężczyzna w kraciastej flanelowej koszuli i wyślizganym od brudu berecie.

– Szefie… – ten czuły zwrot zapowiadał petycję o dofinansowanie alkoholowe. – Na chwileczkę…
– Tak?
– Szef wie, że ja tego wisielca spotkałem, zanim sobie pętelkę uwiązał? Pytał się mnie, czy nie wiem, czy ktoś chce tu sprzedać kawałek ziemi.

Udałem zdziwionego, że zwraca się do mnie z tą sprawą.

– I co, powiedział pan to policji?
– A po kiego grzyba? Żeby mnie po sądach targali?
– To dlaczego mi pan o tym mówi?
– Bo panu dobrze z oczu patrzy, wesprze pan człowieka. Tak bym się chciał wysikać, a nie mam czym. Brak piwa w organizmie…

Szukając drobnych po kieszeniach, spytałem niby od niechcenia.

– Kiedy to było?
– A w lutym, dwudziestego szóstego. Pamiętam dobrze, bo dwa dni później miałem imieniny.

Wyciągnąłem dziesięć złotych. Był wyraźnie zadowolony.

– Jakby co, dać tylko cynka w sklepie. Danusia wie, gdzie mnie znaleźć. I panie… – podniósł palec – psom ani słowa o rozmowie.

Wiedziałem zatem więcej od policji. Nie doszli przecież, kiedy nastąpiło samobójstwo. Nie mieli też pojęcia o planach Guzowskiego dotyczących kupna ziemi. A może mój informator fantazjował? Czegóż to ludzie nie wymyślą, żeby się napić piwa.

Muszę się spotkać z Krystyną. Data… Nigdy jej nie spytałem, kiedy ostatni raz widziała męża. Wieczorem zebrałem się na odwagę i po raz pierwszy wystukałem jej numer.

– Witaj, tu Staszek z Bonownika… Nie przyjechałaś.

Najpierw zaległa cisza.

– Muszę odpocząć, uporządkować to wszystko.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Dla podtrzymania rozmowy chciałem nawet poinformować ją, że usunąłem z drzewa napis „Judasz”. W porę jednak ugryzłem się w język.

– Chciałem z tobą pogadać, pojawił się pewien nowy wątek w sprawie twojego męża…
– Staszek, przepraszam cię… To było chore… Te przyjazdy, ten wymyślony ołtarzyk pod drzewem…

Zamurowało mnie. Czy jest w tym jakaś moja wina? Chciałem już zapytać. Ubiegła mnie jednak.

– Jeśli masz ochotę, przyjedź do Torunia.
– Ja? – propozycja mnie zupełnie zaskoczyła. Serce zaczęło mi bić mocniej.
– Oczywiście, jeśli masz ochotę. Tyle razy mnie gościłeś. Chciałabym się jakoś odwdzięczyć. Przyjedziesz?
– Tak, tak… z przyjemnością.

Umówiliśmy się na piątek, za dwa dni. Nie mogłem zasnąć. Wyjazd, rozmowa z prokuratorem, po co Guzowski pytał o kawałek ziemi przed samobójstwem. Wszystko wirowało. Sięgnąłem do książki pożyczonej od Mizery.

Sęp połyka głębokie i ukryte moce wszechświata. Im bardziej odpadki te są sfermentowane i pełne robactwa, tym lepiej są widziane, albowiem to dowodzi ich witalności. Zjadając je, przyswaja sobie świat.

Śniła mi się moja matka. Była cała w motylach.

* * *

Krystyna powitała mnie w fartuchu.

– Przygotowuję niespodziankę – spojrzała z uśmiechem na swój strój. – Mam nadzieję, że przypadnie ci do gustu…
– Na pewno, byle nie była z makiem, bo mam alergię…
– Na szczęście nie.

Wchodziłem do środka, jakbym stąpał po polu minowym. Zauważyła moją niepewność.

– Syn wyjechał na wakacje. Może nie powinnam go teraz zostawiać samego, ale z drugiej strony, pomyślałam, że wśród dzieciaków szybciej zapomni… Zdejmę tylko fartuch i wstawię wodę. Kawę czy herbatę?
– Kawę. Albo nie. Herbatę.

Zachęciła mnie gestem ręki, bym wszedł do pokoju. Siadłem na kanapie i przyglądałem się grzbietom książek. Po chwili weszła z tacą.

Napełniłem filiżanki złocistym płynem. Sięgnąłem po pierniczka. Zapadła chwila milczenia. Krystyna zbierała się, by coś wyznać.

– Co się stało? – odezwałem się, by jej ułatwić.
– Nic. To znaczy nic teraz. – Bawiła się łyżeczką, przesuwając ją palcem po stole. – Odkryłam coś z przeszłości. Mój mąż mnie zdradzał…

Urwała.

– Spotkałaś się jednak z tamtą przyjaciółką? – momentalnie uświadomiłem sobie, że musi to mieć związek z koleżanką, o której mi wspominała w Bonowniku.

Zaprzeczyła ruchem głowy.

– Znalazłam kalendarzyk Andrzeja z zeszłego roku – znów urwała, jakby w tej informacji zawarta była wystarczająca wiedza. – Bez trudu pokojarzyłam pewne fakty. Spotkał ją dwa lata temu na zjeździe klasowym. Nie widzieli się prawie dwadzieścia lat. No i stare uczucie rozgorzało na powrót.
– Znałaś ją wcześniej?
– Magdę? Nie, nie…. Ja w ogóle nie znałam świata Andrzeja. Andrzej nie miał rodziców, był z domu dziecka. Nie miałam wstępu do jego przeszłości. Zresztą nigdy nie próbowałam w nią wejść. To dziwne, ale kiedy żył, nigdy nie pomyślałam, że muszę znać jego przeszłość, by go zrozumieć. Mieliśmy żyć do przodu. Poznałam go, kiedy miał 25 lat. Nie zastanawiałam się nad jego przeszłością, tak jak on nie zastanawiał się nad moją. To było normalne. Jakieś strzępy, domysły. Wiem tyle, że był ambitny, inteligentny. Wydostał się z marginesu jak Wokulski z piwnicy. Dostał się do liceum.

Wkrótce po tym zjeździe klasowym przyprowadził ją do domu. Znaczy się Magdę. „Musisz ją poznać – zakomunikował mi entuzjastycznie. – Zobaczysz, że przypadniecie sobie do gustu”. Miałam jakieś przeczucie. Ale ona potrafiła omamić każdego. Także mnie. Zaprzyjaźniła się ze mną w ciągu paru minut. Straciłam instynkt. Umiejętnie zaaplikowane komplementy. Ma sklep, handluje starzyzną sprowadzaną z Holandii. Takie rzeczy stylizowane na antyki. To, co Tulipany wyrzuciły na śmietnik, zwozi tutaj… Wydaje się jej, że ma sklep z antykami.

– Tu w Toruniu?
– Tak, przy Starówce.
– Może się mylisz?
– W czym?
– No, że oni…

Wyszła z pokoju. Po chwili wróciła z notesikiem w ręce.

– Zobacz…

Wskazała stronę, na której był zapisane inicjały MT z zaznaczoną godziną. Oraz zdanie: „Wszystko wróciło”.

– MT. Magda Taszyńska.
– Na podstawie tych inicjałów masz pewność?
– Nie tylko. Intuicja plus jego kłamstwa. Teraz rozumiem, dlaczego wyjeżdżał. Dlaczego nie odbierał komórki.

Patrzyłem przerażony na Krystynę. Była całkowicie opanowana przez swoje „odkrycie”. Nieobecna. Chłonęła jakieś obrazy, które widać przesuwały się jej przed oczami. Pożerał ją jakiś wirus.

– Może jednak powinnaś się z nią spotkać, może to wszystko da się wyjaśnić?

Zaprzeczyła energicznym ruchem głowy.

– Wiem, co ma mi do powiedzenia. Nie będę się biła o uczucia nieboszczyka.

Przeglądałem kalendarzyk Andrzeja. Niemalże same daty spotkań, dostaw. Jakieś cyfry z nieczytelnymi dla mnie skrótami. Nagle nieoczekiwany dwuwers.

Gałąź jak zmrok zapadła nade mną. Przysiadła na niej krwista wrona.

– Widziałaś ten wpis?

Spojrzała z niechęcią na stronę, którą jej podsunąłem. Kiwnęła głową.

– Próbował pisać wiersze. Notował sobie w kalendarzyku jakieś pomysły. Nie była to poezja najwyższego lotu. Zapisał tego kilka zeszytów.
– Przeglądałaś je…? – chciałem powiedzieć: po śmierci, ale się w porę powstrzymałem. Zresztą Krystyna chyba zrozumiała podtekst.
– Nie, z wielu względów nie.
– Trochę zajmuję się poezją, jestem tłumaczem. Może bym mógł je przejrzeć?
– Czemu nie? Może się mylę w ocenie. Zaraz ci je przyniosę.

Kiedy poszła na piętro, zacząłem się przyglądać rodzinnym fotografiom wiszącym na ścianie. Na jednej z nich Krystyna sprzed pewnie kilkunastu lat objęta z tyłu przez młodego mężczyznę. Nie był to raczej Andrzej, którego fotografię zamieścili w sławetnym wydaniu „Kuriera”.

Wróciła z dwoma zeszytami. Dostrzegła, co przykuło moją uwagę.

– To brat czy szkolna miłość? – spytałem.
– Nie. Mąż.
– Trochę niepodobny…
– To mój pierwszy mąż.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Andrzej był moim drugim mężem. Pierwszy zmarł po dwóch latach małżeństwa. Miałam dwadzieścia lat, gdy pierwszy raz wyszłam za mąż.

Milczałem chwilę, ale widać nie chciała rozdrapywać blizny sprzed lat. Nagle wydało mi się, że jej życie było jak półka z segregatorami, do których się nie sięga. Życie poukładane, ale rozdzielone.

– Pójdę przygotować obiad… – dawała mi czas na lekturę.

Rzeczywiście nie była to poezja najwyższych lotów. Młodopolska egzaltacja, ale tak czy owak świadczyła o wrażliwości autora. Wiersze amatorów, których się swego czasu naczytałem całe tony, pracując w wydawnictwie, działały na mnie jak wino własnej roboty. Wywoływały nadkwasotę. Te jednak z wiadomych względów chłonąłem podniecony. Przeczytałem jakieś kilkanaście. Jedna rzecz mnie uderzyła. W trzech z nich pojawił się motyw złamanej gałęzi. „Złamana gałąź nie wypuści piskląt liści”; „Gałąź wbita w oczodoły snu”; „Uczepił się gałęzi – kruchej ręki Boga”.

Nagle doznałem olśnienia. Miałem przeczucie, właściwie pewność, że istnieje związek między złamaną gałęzią ze zdjęcia NN, które pokazał mi prokurator, i wierszami Andrzeja Guzowskiego. Czyżby historia, której nie zgłębili śledczy, nie zgłębiła żona, nie zgłębił dziennikarz „Kuriera”, wzywała w tajemniczy sposób właśnie mnie? Czy jestem jakimś magicznym punktem, w którym zbiegają się rozrzucone w czasoprzestrzeni elementy TAJEMNICY? Wybrańcem?

Przerzuciłem jeszcze kilka razy wiersze. Nie mogłem jednak znaleźć żadnych dodatkowych tropów potwierdzających moją nagłą tezę, a właściwe poetyckie olśnienie, że złamana gałąź ze zdjęcia NN „należała” do Andrzeja.

– Zapraszam do stołu – dobiegł mnie nagle głos z kuchni.

Krystyna wskazała rękoma na chłodnik po litewsku i lazanie ze szpinakiem.

Voila. Chyba góra mysz urodziła…

Zasiedliśmy do stołu i jedliśmy w milczeniu. Krystyna nagle stała się nieobecna. Chciałem ją rozweselić za pomocą najprostszego komplementu, chwaląc jej kulinarny kunszt. Próbowała się odwdzięczyć uśmiechem, nagle jednak podbródek jej się zatrząsł i nie mogła przez dłuższą chwile opanować łez.

– Nie wytrzymam tego. Ile mogę unieść? Ja też mogę zwariować i sobie podciąć żyły, ale nie zrobię tego, bo jest Piotr. Za parę lat go dopadną, powiedzą mu, co zrobił jego tatuś… – Pokręciła głową. – Boże, jakim trzeba być egoistą, żeby nie wyobrazić sobie udręki bliskich. Tchórz i zdrajca.

Milczałem. Wiedziałem, że musi się wypłakać. Kiedy się uspokoiła, odezwałem się niemalże szeptem.

– Mówiłaś sama, że nie ma żadnych dowodów na to, co się z nim stało. Że to tajemnica.

Dotknąłem delikatnie palcami jej włosów.

– Po co twój mąż miałby szukać gdzieś przygody, mając ciebie? Taką piękną… – Sam się zdumiałem, że wypowiedziałem te słowa.
– Zawsze się znajdą piękniejsze.

Pokręciłem głową.

– Masz jakieś jej zdjęcie?
– Magdy? Nie…To znaczy, jest gdzieś chyba na jakimś starym zdjęciu z liceum.
– Możesz pokazać?

Wzruszyła ramionami.

– Mogę…

Wyszła do pokoju na piętro, po chwili wróciła z tekturową szarą kopertą. Odsunęła talerze, po czym wysypała na stół kilkanaście czarnobiałych zdjęć. Wydobyła jedno z nich. Dwóch chłopaków i dziewczyna, połączeni rękoma splecionymi na ramionach. Przyjaciele?

– To ona? – spytałem retorycznie. Pokiwała głową.

Zacząłem przeglądać resztę fotografii. Wszystko pozowane zdjęcia z wycieczek i zabaw szkolnych. Chyba na połowie z nich Andrzej stoi zawsze z tym samym kolegą.

– Ten gość to kto?
– Nie mam pojęcia – odpowiedziała. – Nigdy mi ich nie pokazywał.

Spróbowałem znaleźć jakieś informacje na odwrocie zdjęć.

Tylko na tym pierwszym, gdzie stali we trójkę, była data. Marzec 1983.

– Ile tu miał lat?
– Urodził się w 64. Był cztery lata starszy ode mnie.

Policzyłem szybko.

– W takim razie mają tu po dziewiętnaście lat. Pewnie tuż przed maturą. Dziwne, to musiał być jego najbliższy przyjaciel. Nigdy o nim nie wspominał?
– Nie.

Blondyn o zawadiackim, prowokacyjnym spojrzeniu.

– Słuchaj, a ta Magda była na pogrzebie Andrzeja?
– Tak, oczywiście. Zresztą wiesz, na pogrzebie było zaledwie kilka osób. Nie był nigdzie ogłaszany. Sama ją powiadomiłam.
– A ona jego nie… Pewnie mieszka gdzieś daleko? Może on by coś wiedział?
– Ale co?
– Nie wiem. Możliwe, że też był na tym zjeździe klasowym. Jeśli był jego najbliższym przyjacielem, to może wiedzieć najwięcej.

Milczała.

– Uważam, że powinnaś się spotkać z Magdą – powiedziałem zdecydowanym tonem. – Nie możesz wszystkiego oprzeć na tym najgorszym przypuszczeniu. A jeśli było inaczej?
– Nie, nie stać mnie na to… Nie mogę – Krystyna nagle znów się rozpłakała. – Może ty do niej pójdziesz?
– Ja? – spytałem oszołomiony.
– Weź zdjęcie, powiedz jej, że szukasz tego kolegi. To niedaleko…

Patrzyłem na Krystynę. Jej propozycja była tyleż nieoczekiwana, co absurdalna. Mam iść do obcej kobiety i pytać o obcego dla mnie faceta? Skoro jednak taką propozycję rzuciła, musiała tkwić w tym jakaś przyczyna. Dotarło znów do mnie, że z niezrozumiałych powodów nagle zbiegają się we mnie jakieś pogubione ścieżki.

– Mówisz serio? – upewniłem się.
– Idź… – potaknęła zdecydowanie głową.

Zabrałem zdjęcie. Krystyna poinstruowała mnie, jak dojść do „antykwariatu”.

W sklepie nie było nikogo poza sprzedawczynią. Swoim pojawieniem się wywołałem na jej twarzy uśmiech. Sądziła, że zjawił się klient. Byłem pewny, że to Magda. Niewiele się zmieniła od czasu, gdy zrobiono jej zdjęcie, które z sobą przyniosłem.

– Dzień dobry, szukam pani Magdy Taszyńskiej.
– To ja. Słucham.
– Mam nietypową sprawę. Czy pani znała Andrzeja Guzowskiego?
– Tak… A pan?… – w jej głosie było całkowite zdziwienie.
– Ja, proszę pani, znalazłem go w lesie… I próbuję rozwikłać tajemnicę jego śmierci.

Coraz większe pytanie w jej oczach.

– Pan jest z policji?
– Nie…
– To jak pan do mnie trafił?
– Przez jego żonę.

Na jej twarzy malowało się osłupienie. Wyciągnąłem zdjęcie.

– Chodzi mi o tego człowieka…

Taszyńska walczyła w sobie. Wyraźnie się zastanawiała, czy nie powinna przerwać rozmowy ze mną.

– Domyślam się, że to był jego najbliższy przyjaciel i że mógłby coś podpowiedzieć. Niestety, Krystyna nie zna nikogo z przeszłości swego męża. Oprócz pani.

Magda uśmiechnęła się. Triumfalnie? Nie, chyba nie. Może raczej z odcieniem bólu, zdziwienia.

– To jest Robert Paszkiewicz. Rzeczywiście był jego najbliższym przyjacielem. Zdjęcie jest z wycieczki, kilka tygodni przed maturą. Wkrótce potem Robert zniknął. Jak się okazało, prysnął na Zachód. Na początku przysyłał do Andrzeja kartki, najpierw z Austrii, a potem ze Stanów. A potem nagle przestał. Tak mi mówił Andrzej. Byli kumplami od czasów domu dziecka.. Później razem poszli do liceum. Bracia syjamscy. Pan wie, Andrzej nie miał rodziców

Taszyńska nagle urwała opowieść. Wiedziała, że czekam na coś więcej.

– Przysłała pana Krystyna – raczej stwierdziła, niż zapytała.

Nie zaprzeczyłem.

– Mówiła panu, że rzuciła mi słuchawką? Że wyzwała mnie od dziwki? Wybaczam jej, bo uznałam, że jest w szoku. Nie powiedziała panu.
– Konkretów nie znam. Wiem tylko, że posądza was o romans.
– Biedna kobieta. Romans… Andrzej był kupką nieszczęścia, a nie materiałem na kochanka. Był w depresji. Zawaliła mu się firma, wszystko w jego wyobrażeniu mu się zawaliło. Szukał kogoś, komu może wyjawić swój ból. I coraz bardziej się dusił. Mówił, że jestem jedyną osobą, przed którą się otwiera. Krystyna gardziła nim, gdy tylko przejawiał jakąś słabość. Całe życie grał przed nią lepszego, niż był. Był spleciony z kompleksów i ambicji.

Magda nagle urwała. Pokręciła głową.

– Co ja robię? Dlaczego panu to opowiadam? – Westchnęła. – No cóż, skoro Krystyna się wypięła… Przed maturą Andrzej był molestowany. Razem z Robertem. Zaczęło się od zabawy. Myśleli, że będą sprawować kontrolę i wyduszą z gościa pieniądze. A okazało się, że to facet pociąga sznureczki, a nie oni. Przydusił ich i szantażował. Robert uciekł na Zachód. Andrzej stchórzył… Został w kraju, zdał maturę. Zapłacił swoją cenę. Potem się jakoś wyzwolił. Parę miesięcy przed śmiercią wszystko wróciło. Mówił, że dostaje listy…
– I nie zeznała pani tego na policji?
– Nie, Andrzej zobowiązał mnie przysięgą. Po jego śmierci zamierzałem wyjawić to tylko Krystynie. Nie chciałam, żeby żyła ze świadomością, że ją zdradzał, i to ze mną. Zadzwoniłam, ale ona niczego nie słuchała. Powiedziała, że jeśli znam mordercę, to mam iść na policję. Zgłupiałam. Nie wiedziałam, co robić. Ona wierzy, że to było morderstwo. Kompletne urojenie.
– Mąż samobójca w jej mniemaniu oznacza zdrajcę – wyjaśniłem, choć myślę, że wiedziała to samo. – Mąż zamordowany daje nadzieję, że ją kochał.
– Powiedziała panu, że miała męża przed Andrzejem?
– Tak.
– A powiedziała też, że popełnił samobójstwo?

Pokręciłem głową zszokowany. Nagle dotarłem do istoty bólu Krystyny. Czuła się kobietą przeklętą.

* * *

Wróciłem do Krystyny. Powiedziałem jej, kim jest chłopak na zdjęciu.

– I nic więcej? – Sprawiała wrażenie, że to całkowicie bezużyteczna informacja. – Co to była za tajemnica, która miała wyjaśnić śmierć Andrzeja?
– Nie wiem – skłamałem. – Stwierdziła tylko, że nie łączył jej z nim absolutnie żaden romans. Krystyna, ona mówi prawdę. Spotkaj się z nią…

Tego dnia nie mieliśmy sobie już nic do powiedzenia. Limit niespodzianek się wyczerpał.

W Bonowniku powitały mnie wybite szyby w oknach przy drzwiach. Otwartych. Obszedłem dom. Pozostałe szyby były całe. O taras opierała się złamana gałąź starej jabłoni. Wszystko wskazywało, że ktoś celowo chciał mi zohydzić żywot. Nie był to raczej złodziej, tylko dewastator. Czyżby nie zauważył wiszącej w kuchni między ręcznikami lustrzanki Nikona?

Zadzwoniłem na policję. Spytali, czy zginęło coś cennego.

– Nie.
– Jutro ktoś wpadnie, to spisze protokół.

W domu były okiennice. Nie musiałem więc okien zabijać deskami czy dyktą. Mogłem przeczekać do jutra rana.

Wyciągnąłem zeszyt z notatkami. Zapiski z mojego prywatnego śledztwa.

Wpisałem kolejne, czterdzieste czwarte pytanie – czy NN, ofiara znaleziona w 1985 roku, to Robert Paszkiewicz? I czterdzieste piąte – czy miało to być samobójstwo w duecie?

Po siódmej udałem się do spożywczego w nadziei, że zasięgnę języka u sklepowej w sprawie włamania. Powiało jednak od niej chłodem. Jakby mnie pierwszy raz widziała. Miałem wrażenie, że najlepiej poinformowany człowiek we wsi coś wie, ale daje mi to odczuć w specyficzny sposób.

Po śniadaniu zadzwoniłem do księdza Melchiora z pytaniem, czy znajdzie dla mnie chwilę. „Oczywiście”.

Zastałem go w ogrodzie na drabinie przy drzewie.

– Już, już, kochany panie. Próbuję choć trochę czereśni wydrzeć szpakom. Nie rozumieją, że trzeba się dzielić z bliźnimi. – Zszedł na dół. – Mizera mówił mi, że był pan u niego na dereniówce.

Uśmiechnąłem się. Siedliśmy na tarasie.

– A jak tam pana dochodzenie? Bez efektów?
– Chyba nie. Czy ta rozmowa może zostać między nami? Jak spowiedź? – zapytałem nieco speszony, uwaga mogła urazić księdza.
– Jak panu zależy, mogę nawet nie wysłuchać, a udzielić rozgrzeszenia – zażartował.
– Nie, nie, przeciwnie, jest ksiądz właściwie jedyną osobą, której zamierzam się zwierzyć.
– No, co tam pana dręczy? – zamienił się w słuch.
– Myślę, że wiem, kim był ten NN.

Ksiądz Melchior patrzył, ale jakby ta wiadomość nie zrobiła na nim szczególnego wrażenia.

– To tylko hipoteza, ale może dość prosta do sprawdzenia – kontynuowałem. – Powiem krótko. Mizera pokazał mi zdjęcie NN wiszącego na drzewie, obok niego była złamana gałąź. On sądzi, że NN był tak zdeterminowany, że wspiął się i uwiązał po raz drugi. Według mnie się myli. Na tej gałęzi chciał się powiesić Andrzej Guzowski, ale kiedy spadł i zobaczył swego już nieżyjącego przyjaciela z liceum, Roberta, przestraszył się i uciekł. Ta gałąź, jej krwawe widmo, ścigało go jednak przez ponad dwadzieścia lat, aż wreszcie go dopadło. Kiedy był słabiutki. Andrzej postanowił wrócić na stare miejsce…
– Do swego przyjaciela, którego zdradził… – dodał proboszcz, jakby tylko potwierdzając mój scenariusz.
– Tak. Znali się z czasów domu dziecka. Byli jak bracia. Myślę, że Guzowski był człowiekiem chorym… psychicznie i w tej chorobie próbował zmyć z siebie piętno zdrajcy.

Ksiądz uśmiechał się do mnie. Nie wiem, ze smutkiem, z podziwem.

– Myślę, że jest prosty sposób, żeby to udowodnić – oznajmiłem pewnym tonem. – Mizera mówił, że przed pochowaniem do trumny odcięli głowę naszemu NN.

Proboszcz chwilę kontemplował moją opowieść.

– Taaaaak – westchnął. – Teraz ja z kolei prosiłbym o zachowanie tajemnicy. Może pan z mojej rady skorzystać albo puścić ją mimo uszu. Ja osobiście nie ruszałbym tej sprawy. Widzi pan, musiałaby nastąpić rewizja tamtego dochodzenia. Ktoś mógłby się dopatrzyć jakichś uchybień… Niektórzy wtedy powiadali, że śledztwo umorzono ze względów politycznych, rozumie pan, stan wojenny. Ta prawda nikomu już dzisiaj nie pomoże. Jeśli jest tak, jak pan przypuszcza, to możemy się o tym przekonać inaczej. Nie mówiłem panu, że raz do roku, nieraz co dwa lata, na jego grobie pojawiały się kwiaty i znicz. Może istnieje ktoś, kto ma zwyczaj zapalania zniczy na grobach NN, tak jak niektórzy zapalają znicz na grobie nieznanego żołnierza. Sądzę jednak, że ten ktoś wiedział, komu zapala znicz. Jeśli to był Guzowski, znicz na grobie naszego NN nigdy już się nie pojawi.

Przystałem na propozycję proboszcza. Powiedział to, co chciałem usłyszeć. Miałem jedynie wątpliwość natury teologicznomoralnej. Jeśli w cynowej trumnie leżał korpus Roberta Paszkiewicza, a jego głowa w lodówce albo w formalinie gdzieś w zakładzie medycyny sądowej, czy nie należałoby zrobić wszystkiego, aby zebrać w jedno jego doczesne szczątki? Skoro jednak świętych rozbierano na relikwie, to widocznie kompletne ciało nie jest warunkiem niezbędnym do funkcjonowania w zaświatach.

Tego samego dnia wieczorem zadzwoniła Krystyna.

– Przepraszam cię za wczorajszy dzień… Byłam u niej. Miałeś rację… To było morderstwo.

Nie wiedziałem już, na którą z moich wypowiedzi powołuje się Krystyna. Może usłyszała to od Magdy.

– Tak, i tym bardziej trzeba być ostrożnym. Wczoraj ktoś powybijał mi w domu szyby. Najpewniej ostrzeżenie, żebym przestał węszyć.
– Trzeba naprawdę uważać… Ja mam Piotrka, a ty… ty i tak już dosyć zrobiłeś.

Odłożyłem komórkę. I pomyślałem, że jednak czasem kłamstwo wyzwala. A może raczej to nie kłamstwo, a pragnienie ulżenia człowiekowi? Nie potrafiłem inaczej powiedzieć Krystynie, że nie jest przeklęta.

Człowiek z drzewa (2)
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...