Był u mnie Groser

Chciałbym, żeby Groser się zestarzał, żeby nabył brzucha i żeby mówili o nim złośliwie, że się spodziewa wikarego. Groser – stary, doświadczony proboszcz, który wiele już widział i niczemu się nie dziwi, chociaż…

Był. Nie wyglądał na czarną mambę polskiego Kościoła, raczej taka inteligencka ciemięga w czapeczce z pomponem, przejęty podróżą śladami Nouwena, jakby podróż wnosiła cokolwiek, a przecież „podróż nic nie zmienia. Rzeczy pozostają te same. Podróż jest tylko nauką o proporcjach i utwierdzeniem w pewności, że prawda ukryta jest w głębi”.

– W tajemnicy miłości – dodałem, bo Groser miał dość niewyraźną minę… „Tajemnica miłości – recytowałem jednego z naszych wspólnych mistrzów – ile można dać siebie, ile żądać w zamian? Rachunek nigdy nie zostanie wyrównany. A przecież nie ma miłości bez pragnienia szczęścia, które ono daje. Jedyna miłość możliwa, która ma Boga za arbitra. Bóg wyrównuje straty”.

Groser nie odpowiedział. Był jednak przejęty podróżą i nieco onieśmielony klasztorem trapistów, dlatego obchodziłem się z nim łagodnie, serwując klasykę duchowości i unikając wszelkiej indywidualnej „bebechowatości”, „osobistych doświadczeń” i „świadectwa”. Jeden jedyny raz nie wytrzymałem i wybuchnąłem szczerym śmiechem, kiedy próbując się upodobnić do mnichów, ogolił sobie na zero głowę. Tacy giną w naszej monastycznej kooperatywie najszybciej – pomyślałem nie bez lekkiej satysfakcji – brak snu, zbyt gorliwie wykonywana ciężka robota i chude posiłki doprowadzają takich romantyków do ciężkich stanów mistycznych, no a potem, potem to albo dostają niby–list od rodziny, że wuj zachorował i rodzina nakazuje wracać, albo wyjeżdżają chyłkiem przed wigilią, kiedy klasztor nie jest jeszcze na dobre rozbudzony. Jednak Groser na szczęście nie należał do tego gatunku – za dużo było w nim rasowego humoru, dobrego dystansu do samego siebie, dobrego niedowierzania samemu sobie i tego, co po prostu nazywa się kulturą. Nie był wcale słabeuszem i histerykiem – potrafił powiedzieć, co myśli, i bronić swojego zdania, było w nim coś, co nazwałbym nieodwracalnością pierwszego wezwania, nosił w sobie pieczęć Chrystusa, związanie z Nim, związanie na zawsze. A jednak irytował, wiem, że w Polsce słuchano go z niecierpliwością, ze źle skrywaną złością, i posądzano o najróżniejsze rzeczy, bo wplątywał się w najróżniejsze ludzkie historie, od których – z założenia – młody ksiądz katolicki powinien się trzymać z daleka. Miał to nieszczęście (a może był to dar), że pojawiał się w miejscu i czasie najbardziej nieodpowiednich dla księżowskiej sukienki, czasami były to miejsca przeklęte, gdzie nikt nie odważy się zaglądać, czasami miejsca tłumne, rzęsiście oświetlone reflektorami, które jednak utraciły proporcje. I wtedy zjawiał się Groser. Był świeckim księdzem, to znaczy takim księdzem, który żyje tam, gdzie świeccy. I jak go jeszcze nazwać i jak określić?

Był słoneczny dzień i siedzieliśmy sobie z Groserem w tej aiguebelskiej, walącej się pustelence, która od czasu jego wizyty nazywam Groserówką. Groser cały dzień pracował przy lawendzie. Sęk w tym, że to pole nie należało do opactwa, to było cudze pole. Robota gratis, zmarnowane godziny, kolejne potwierdzenie, że jest inteligencką ciemięgą. A jednak. A jednak to był znak dla niego. Piliśmy cienkie wino i wtedy się odezwałem, może nie całkiem grzecznie: „Wiesz co, Wacuś, ty to jesteś taki… taki patafizyk polskiego Kościoła”. Oczywiście, zarzuciłem wędkę i czekałem. Niech się pogłowi głowa ogolona naszego katolickiego pisarza i księdza. Głowa się głowiła i piła wino. Słówko „patafizyk” wiło się na haczyku i spławik tkwił nieruchomo w wodzie. Groserowe branie się skończyło? Ale nie, podpłynął, wziął, wyciągnąłem. Znał to słowo, był jednak kutym na cztery łapy gryzipiórkiem. Zaimponował mi, i nawet się nie obraził, zgodził się nawet ze mną! Znał ten termin, a ja teraz uściślam, przywołując Jana Gondowicza, znawcę twórczości Alfreda Jarry’ego (tego od Króla Ubu): „Patafizyka ocala świat, wyzwalając w nim pozór chaosu. Jest to, by rzec najprościej, swoista logika odrzucająca wszelkie uogólnienia, a zatem oparta na zasadzie powszechnej ekwiwalencji. Jako teoria wyjątków wiedzie do urojonych rozwiązań będących domeną wyobraźni, a prezentujących niedostrzegalne, czyli potencjalne aspekty rozważanych kwestii. Przyswajanie sobie patafizyki nie jest rzeczą łatwą, lecz dostarcza adeptom okazji, by zadziwić się światem”. By zadziwić się człowiekiem, zawsze jedynym i niepowtarzalnym, którego spotykamy najczęściej raz i po raz ostatni, i od jakości tego spotkania nierzadko zależy nasza i tego drugiego przyszłość. Chyba że znów dopadnie nas uogólnienie, klasyfikacje i podziały, polityka i odruch plemienny zasadzony na dystynkcji „swój i obcy”. Kim jest Groser?

Nie prowadziłem z nim nigdy rozmowy. Po prostu przeczytałem książkę Grzegorczyka, a to, co do tej pory napisałem, jest tylko ćwiczeniem stylistycznym: zaprzeszły czas spotkań niedokonanych. Czy jednak mogę tak brutalnie napisać?

Kochany Janie,
domagamy się Trylogii! A teraz podziękowania. Bo jest za co. Jesteś pierwszym autorem, który wprowadził taki język do spraw kościelnych i jest to język prawdziwy, a nie teatralna zszywanka, w której każdy szkaplerz z innego zgromadzenia… Chcę przez to powiedzieć, że język współczesnej powieści dotarł wreszcie do sfery, która miała oczywiście swoją poezję, eseje, traktaty i polemiki, ale nie miała powieści. I ten fakt jest przełomowy w historii naszej literatury. Cieszę się ogromnie, że to Ty.
Powieść ogromnie wciąga, bohaterowie zagnieżdżają się w świadomości (i pewnie tuż pod nią) i odkładając książkę, czekamy na powrót do niej. Ja byłem taki chciwy na nią, że przeczytałem ją w dwa dni, co w systemie trapistów nazywa się „przez noc”.
Turnau napisał, że jest to „samo życie kościelne”, zgoda, ale ja znajduję przede wszystkim rzeczywistość ludzką, nie zdzieranie masek i fasad kościelnych, lecz jakąś czułość i chęć zrozumienia bohatera bez łatwych osądów lub wylewnych sympatii.
Widząc monotonię i „wykapywanie” księżowskiego życia, nigdy nie myślałem, że może to być dobry temat dla powieści. Oczywiście czytałem różne pisanie o tym, ale to było zbyt dowcipne, zbyt filmowe, zbyt „świeckie”. Zawsze myślałem: „Nie, tak ksiądz nie reaguje”. Tobie udało się ominąć „krwistość” i „papierowość”. To jest duży sukces, bo przecież tajemnica takiego życia leży gdzieś otulona w sercu, żyje, pięknieje, ale coraz bardziej przestaje być ewidentna. Wrasta w nas, przenika nas, robi się okrutnie osobista, ale coraz trudniej ją wytłumaczyć. Merton mówił, że jak mnich umie wytłumaczyć swoje powołanie, to jest najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem pod słońcem. Bo to jest… dar i tajemnica. Brawo za ten tytuł dla Papieża, ma rację, że zawsze oddzielnie i razem trzeba je kłaść na papierze, właśnie tak: dar i tajemnica.
Kochany Janie, zapewne spotkasz się z ogromnymi pochwałami, ale i reakcjami (zmodyfikowanymi interpretacyjnie) plemienia posługującego się językiem bamba. Przyjmij je jako błogosławieństwo. Domagam się ciągu dalszego i zapewne jestem jednym z wielu. Weź więc to pod uwagę. Groser ma jeszcze kawał życia przed sobą. Już sobie go wyobraziłem (z pewną złośliwą satysfakcją, przyznaję, ale nie trwała ona długo…) we wspólnocie, obcej, choć upragnionej. To Groser musi przeżyć, tego nie zaznał w Polsce, gdzie był zaorywaczem ludzkich sumień, księdzem kontrowersyjnym, piszącym telewizyjnym. Księdzem dorosłym, partnerem. Teraz nadszedł czas powrotu do szkoły… Ferdydurke. To, co heroicznie spalił w piecu Gołąbka, on będzie musiał nie tyle palić w sobie (bo to łatwe), co przyjąć jako dar najzupełniej zbędny dla wspólnoty i zobaczyć, że wciąż i do końca życia będzie się z tego daru składał. Niech zobaczy, że jest obcy, mały i niesie garb stereotypów o Polsce (a te nie wyparowują tak łatwo), że imiona ks. Dyrektora, Leszka, Piotra, Krystiana nic tu nie znaczą. Nic. Nie są gorące ani zimne. Życie wspólnotowe to jest to, ogromnie ważny i nieruszony wciąż temat. Francja jest dla Grosera cudownym poligonem, bo i Le Pen, Ameryka, księża z 68, wspólnoty „nowe” i fundamentalistyczne, cały Bobkowski, który jest świeży dziś i prawdziwy. A także buńczuczność polskich księży, którzy przyjeżdżają tu… na misje. Piszę to, Janie, żeby Cię zachęcić, sprowokować. No i jeszcze wygnanie Grosera. Wygnanie pozbawione heroizmu i tajemniczości, bo Europa dostępna, ale wygnanie prawdziwe – czyli takie, w którym nagle pojawia się świadomość, że nie ma miejsc, do których można wrócić. Obcość w obcych, obcość wśród swoich, bo swojacy mają swoje problemy, świat gna do przodu, zmieniają się układy, konstelacje, Groser zaczyna się dziwić, czym oni się tak podniecają. Śmieszne to wygnanie – powtarzam, to taki Wargin wsiada w samochód i za parę godzin pije dobre wino na Lazurowym… Bardzo mnie też ciekawi, jak Groser sobie poradzi ze starzeniem się, ubytkiem sił, może nawet brzuszkiem… jak zobaczy, że umarł w Polsce, nie ma go, już się z nikim i z niczym nowemu pokoleniu nie kojarzy. Chodzi mi o społeczną osobowość. Kiedy zobaczy, że kiedyś był jeden Groser, a teraz jest ich naprawdę kilku, bo przyszli nowi, sprawniejsi, inteligenci w przeważającej części, a nie chłopcy ze wsi. Kończę, Janie, bo się strasznie rozpisałem, ale to dziękczynnie. Więc wybacz. Raz jeszcze dziękuję za książkę, pamięć i dedykację. Przesyłam ukłony Twojej Żonie Justynie, może mnie jakoś kojarzy. Wiele zawdzięczam jej talentowi translatorskiemu. Ściskam Cię mocno, życząc sił i pomysłów.
Z modlitwy pamięcią
Michał

Nie tylko pisałem listy o Groserze. Od kiedy zaplątałem się w Grosera, znajdowałem w mojej poczcie listy mnie i jemu poświęcone: „No i gdzie ksiądz Zioło widzi tę prawdę o polskich księżach?! W Groserze?!!!”. Potem następowały akapity wzywające mnie do nawrócenia. Były i listy świadczące, że Groser doprowadził kogoś do konfesjonału, po wielu latach. I jedne, i drugie przyjmowałem z wdzięcznością. Historia kogoś, kto po latach przełamał strach przed spowiedzią, przed kapłanem, ogromnie cieszyła. Listy wzywające do nawrócenia sprawiały, że zadawałem sobie pytania, czy rzeczywiście mogę coś o losie polskiego księdza powiedzieć po tylu latach na obczyźnie, a metanoja jest przecież wpisana w Regułę św. Benedykta. Zanim zostałem mnichem, uczyłem w szkole religii, prowadziłem duszpasterstwo akademickie, spotykałem biednych, spowiadałem, zastępowałem kapelana w szpitalu, chodziłem po kolędzie; nie są to przecież tak odległe czasy. Siedziałem w księżowskim życiu po uszy, dużo jeździłem z rekolekcjami, gościłem na plebaniach, a raz nawet głosiłem kazanie u prałata Jankowskiego, odwiedziłem z rekolekcjami seminaria w Pelplinie i Tarnowie. Oglądałem „czarnych” z bliska, wielu jest moimi przyjaciółmi. I w Groserze odnalazłem ich twarze. Ich plany, radości, załamania, codzienność. Idą do szkoły, a tam młodzi chrześcijanie już podzieleni na tapeciarzy, konfidentów i żołnierzy, potem powrót z bolącą głową, obiad – suche zbrylone ziemniaki i zimny kotlet, nie ma czasu na odgrzanie, połykanie grud na stojąco i już kolęda, stres, bo źle rozplanowali czas wizyty, powrót, zaległy brewiarz, ale nic się nie chce tak naprawdę, jutro zebranie w kurii zorganizowane przez wydział katechetyczny, potem trzeba poprowadzić pogrzeb, wieczorem grupa biblijna z młodzieżą, ktoś puka, prosi o wsparcie, ktoś dzwoni, mówi, że się zabije, a czasami nikt nie dzwoni, nikt niczego nie chce, jest czas wolny, który przecieka przez palce, nie, dzwoni telefon, kobiecy głos mówi, że kazania są świetne, że jeszcze nikt tak nie mówił, że w osobie kaznodziei kobiecy głos kocha samego Chrystusa i oczywiście w homiliach są fragmenty niejasne dla głosu w słuchawce i że przy najbliższej okazji warto je wyjaśnić etc., etc.

Nic szczególnego, po prostu powołanie „czarnych”. Przyjęli wezwanie z całym dobrodziejstwem. Żeby jeszcze Bóg dał trochę tego i tamtego: więcej cierpliwości, możliwości skupienia, odwagi, dystansu do samego siebie, sprawniejszy umysł, większą odporność na ciosy, prostą życzliwość, mniej kłopotów z czystością, z posłuszeństwem, z ubóstwem. Po prostu więcej miłości do siebie i innych. A z tym jest kłopot, wystarczy kilka lat, by poznać dziwne gusta Pana Boga. Zdaje się, że do swojej służby lubi wybierać ludzi z drugiej ligi. Nikt nie lubi być z drugiej ligi, stąd budowanie pozycji, żeby udowodnić samemu sobie, innym, Panu Bogu, że potrafię, że jestem godzien… A jednak druga liga – uczciwszy uszy kilku wybitnych – szara piechota, kościelny robociąg. No, może jest lepiej, mniej dramatycznie, ale to nic nie zmienia w nauce Bożego prowadzenia – wszystko pochodzi od Niego i gdyby miało być inaczej, byłoby inaczej. A Bóg w kapłaństwie tak prowadzi, że trzeba zrezygnować z własnych planów życiowych i poświęcić się służbie, i to ze świadomością, że niekoniecznie wszystkie moje talenty i półtalenty zostaną w niej wykorzystane, bo „zawsze jest inaczej”, zawsze, bo to On przez swój Kościół prowadzi.

Święty Bernard miał zwyczaj mówić, że w klasztorze to najpierw mnich jest niewolnikiem, potem podciąga się na poziom najemnika i wreszcie zostaje synem. Słusznie i naukowo, ale wystarczy sięgnąć do naszych kapłańskich historii, żeby stwierdzić, że u nas to jakoś odwrotnie się odbywa – zaraz po prymicjach człowiek czuje się synem, od którego wszystko zależy, nawet własna świętość, która dobrze buduje na własnej świeżości, zapale i trochę koguciej odwadze, którą myli się z darem męstwa. Daje z siebie wszystko, a może i więcej. Powołanie jednak nie jest takie proste – przychodzą pierwsze ciosy, upokorzenia, niezrozumienie, które – zbyt zajęci podpatrywaniem efektów naszej pracy – zaczynamy wyolbrzymiać. Modlitwa przestaje smakować, prośby nasze nie zostają wysłuchane, zaczynamy porównywać się z kolegami, którzy zdają się nam lizusami spadającymi zawsze na cztery łapy. Jeszcze tli się w nas zapał, jeszcze wiele pięknych rzeczy robimy z dozą trochę złowrogiego heroizmu, który oskarża nieczuły Kościół, ale już jesteśmy w skórze najemnika, potem – kiedy rozwieją się złudzenia, nie możemy skończyć doktoratu, widzimy, jak nasze budowanie zamieniane jest w ruinę przez radosnego kościelnego rozbiórkowego – przystajemy na status niewolnika, który co jak co, ale naiwny nie jest.

Nie musi tak być, ale często jest, kiedy człowiek czeka, że to ktoś inny podejmie za niego decyzję przylgnięcia do Chrystusa, tak, podprowadzić mnie do Niego mogą inni ludzie, ale przylgnąć muszę sam, muszę dokonać wyboru, tak jak Groser, kiedy przeczytał testament ojca Christiana z Tibhirine. Pasjonujące jest to dojrzewanie księżowskiego serca, które na początku – jak pisał ks. Twardowski – jest zielone jak niedojrzałe jabłko, a potem daje się prowadzić tam, gdzie wprzódy iść nie chciało. To już jest serce skruszone, potrafiące wlać siłę w inne serca, które nie chcą żyć. Ile w takim biednym księdzu jest siły, nawet jeśli jego ręce zdają się puste albo przybite do krzyża. I wtedy ksiądz jest jak chleb, z którego biorą wszyscy, wszyscy i ile kto chce. Pasjonujące jest to dojrzewanie księżowskiego serca, kiedy ksiądz dźwiga się i idzie, na łokciach, pazurami próbując skały, na kolanach, żeby się nie zatracić, żeby nie zatracić powierzonych mu ludzi. Przyszły ksiądz Twardowski widział raz w kościele księdza klęczącego przed Najświętszym Sakramentem. Ksiądz płakał. I to też jest dojrzewanie. A może już wtedy serce jest gotowe?

Grzegorczyk nie stworzył Grosera, on go tylko wypchnął na scenę, pokazał „od środka”. Nie jest to księżowska wersja Katonieli Ewy Madeyskiej, której – zgadzam się – „bliżej do bieguna kreacji niż bieguna świadectwa”. Tylko gdy się nagnie przesłanie Grzegorczyka, będzie można napisać rozprawkę pt. „Kapłaństwo jako źródło cierpień”. Grzegorczyk jest nie tylko wspaniałym obserwatorem życia, ale pisarzem łaknącym człowieka, łakomym jego historii, upadków, zwycięstw, chce dosięgnąć „tego czegoś”, tej podszewki świata, zrozumieć intencje, czyny drugiego, zestawia ze sobą losy ludzi, próbuje je rozplątać, jest w nim jakaś ogromna pracowitość i pośpiech, jakby przyjął za swoje zdanie jednego z bohaterów Nieba dla akrobaty, że „życia nie da się zmieścić w życiu”. A ja dodam: „kapłaństwa nie da się zmieścić w kapłaństwie” przeżywanym tu, na ziemi. Ale jest też Grzegorczyk pisarzem z tezą, a może będzie to lepiej nazwać: z wiarą. Z wiarą w Boże miłosierdzie. Jeśli nawet obedrzemy Grzegorczykowego Grosera z całej literackości, skrytykujemy to i owo, cofniemy mu literacką nagrodę kawalerów mieczowych lub joannitów, okrzykniemy powieść telenowelą, idąc za głosem krytyki czerpiącej pełnymi garściami z papieża Ranickiego (w jego pierwszym, policyjnym wcieleniu), wytkniemy jej „mizerną, wręcz śladową w ilościach obecność seksu” – patrz Tomasz Pawłowski OP, to i tak zostanie w niej przesłanie Bożego miłosierdzia. Przesłanie o Bogu, który szuka człowieka cały czas i kocha do końca, do końca każdego z nas: do sfer cienia i mroku, które nosimy w sobie. Boga, który potrafi odrodzić z popiołów życie.

Chciałbym, żeby Groser się zestarzał, żeby nabył brzucha i żeby mówili o nim złośliwie, że się spodziewa wikarego. Groser – stary, doświadczony proboszcz, który wiele już widział i niczemu się nie dziwi, chociaż… Na przykład ten młody ksiądz, którego z polecenia biskupa przyjął na parafię kilka tygodni temu, ciekawe, gdzie on się podziewa wieczorami, rano wpada na ostatnią chwilę do zakrystii, „z piernata do ornata”, spóźnia się na obiad i kolację, je na stojąco, choć to jedyny wolny czas, żeby porozmawiać. No i skrytykował na wstępie wystrój kościoła, bez zgody Grosera przygarnął jakieś podejrzane ruchy, nie, oczywiście, nosi koloratkę, ale chyba przesadza z tym dbaniem o swój wygląd. A kazania? Hm, dziwne, za czasów Grosera nie tak się głosiło, on mówi jakoś tak, jakoś tak przez gardło i brak temu ikry, zacięcia, nie, w sumie to dobry chłopak, żeby tylko szefowa tej grupy nie zawróciła mu w głowie, chyba jest jednak zbyt wrażliwy, jakby od niego zależało zbawienie świata, i te jego wiersze, oczywiście okładka tomiku bardzo dopracowana, ale czy to jest poezja? Groser pociągnął dłonią po swojej wypielęgnowanej łysinie z pożyczką i wrócił do książki kardynała Hume’a, w której szukał odpowiedzi na te i inne pytania:

Kiedy mój poprzednik opat zmarł w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat, mnich, który pisał wspomnienie pośmiertne, zamieścił w nim uderzającą obserwację: „Człowiek, który dźwiga wielki ciężar, jak czynił to zmarły przez tak długi czas, musi żyć etyką odpowiedzialności. Jest raczej królem, który musi dbać o całość królestwa, niż prorokiem, który musi myśleć w sposób nieskrępowany, wyrażać swoje myśli, i nie dbać o konsekwencje”.

Kim jest ten młody wikary? Kim jestem ja – głośno zadał sobie pytanie – królem czy prorokiem? Kim jest Wacław Groser?

Chciałbym, żeby Groser się zestarzał i przyjechał do mnie.

Był u mnie Groser
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...