Feminizm i czarna teologia

Feminizm i czarna teologia

Teologia kobieca nie jest tylko owocem dbania o interesy kobiet, ale odsłania także troskę o te kobiety, które widzą i mówią głośno o ucisku, o cierpieniach całej ludzkości.

Jarosław Makowski: Jest Pani pierwszą Afroamerykanką, która została przewodniczącą Stowarzyszenia Teologów Katolickich w USA. Co ten wybór oznacza dla teologii w Stanach Zjednoczonych?

M. Shawn Copeland: Trudno powiedzieć, co myśleli moi koledzy po fachu, kiedy oddawali swój głos na mnie. Prawdą jest natomiast, że jestem kobietą i że kobiety już wcześniej zajmowały to stanowisko. Staram się uprawiać teologię z perspektywy feministycznej. Choć, ponieważ jestem Afroamerykanką, wolę mówić o perspektywie kobiecej 1.

Zarówno teologia afroamerykańska, jak i teologia kobieca miały minimalny wpływ na oblicze teologii katolickiej w USA. Jednak kilku afroamerykańskich myślicieli religijnych, którzy wykładają na uniwersytetach, prowadzą badania, piszą i publikują swoje prace, robi wiele, by zwrócić uwagę naszych kolegów i szerszej opinii publicznej na zagadnienia, które podejmuje czarna teologia. Sprowadza się ona w dużej mierze do kwestii społecznych, które dostrzegamy w wymiarze politycznym, ekonomicznym i technologicznym. Chodzi nam o zwrócenie uwagi na warunki życia ludzi, szczególnie tych, którzy mają afrykańskie pochodzenie, w naszym kraju i naszym Kościele. Potrzeby biednych, pokrzywdzonych czy zepchniętych na margines życia społecznego kobiet i mężczyzn wszystkich ras powinny wpływać także na sposób uprawiania całej teologii katolickiej.

Pani Profesor nie jest siostrą zakonną, tak jak choćby znana już w Polsce siostra Elizabeth A. Johnson. Jest Pani osobą świecką. Teologia feministyczna czy — jak Pani woli — kobieca, znajdowała się w powijakach, kiedy podejmowała Pani decyzję o wyborze drogi życiowej. Co zatem o nim zdecydowało?

Już jako dwunastolatka podjęłam decyzję, że chcę się zajmować teologią. To długa historia, ale najważniejsze sprawy w tej kwestii wiążą się z siostrami felicjankami — zakonnicami, które uczyły mnie w szkole podstawowej. Zakonnice były religijnymi kobietami, wymagającymi doskonałości nie tylko od swych podopiecznych, ale przede wszystkim od samych siebie. Wtedy poznałam siostrę, która opowiadała o swej przyjaciółce studiującej teologię. Rzecz działa się około 1960 roku. Historia kobiety studiującej teologię zaintrygowała mnie.

Moja babcia ze strony mamy, która także miała duży wpływ na moje wychowanie i życiowe wybory, często powtarzała: „Jeżeli nie potrafisz leczyć ciał, możesz leczyć dusze”. Medycyna mnie nie pociągała, ale kształtowanie ludzkich wartości, formowanie sumień postrzegałam jako zajęcie godne uwagi. Długo jednak jeszcze dzieliłam moje zainteresowania między prawo a teologię. Ostatecznie jednak zwyciężyła teologia.

Jestem Afroamerykanką, co sprawia, że od lat zajmuję się propagowaniem czarnej teologii, która w Ameryce miała mocny start za sprawą czarnoskórego teologa Jamesa Cone’a 2 i ruchu kobiecego. Dzięki tym dwóm nakładającym się na siebie zjawiskom pojęcia ukute przez czarną teologię zadomowiły się w naszym języku. Stało się to także dzięki kobietom, które brały aktywny udział w życiu społecznym. Na przełomie lat 70. i 80. dla wielu ludzi był to istotny, dający się zauważyć znak czasu.

W konsekwencji już w 1977 roku, pod auspicjami TIA 3 z siedzibą w Nowym Jorku, oraz Muhammada Kenyatta, afroamerykańskiego baptysty i działacza społecznego, zorganizowaliśmy pierwsze narodowe konsultacje na temat czarnej teologii. Chciałam, aby uprawiana przeze mnie teologia zarówno na poziomie globalnym, jak i narodowym, dotyczyła przede wszystkim kwestii społecznych. Starałam się obserwować i opisywać krytycznie kilka łączących się ze sobą spraw — rasę, płeć i ekonomiczne nierówności.

Jaki wpływ na Pani rozwój miały ruchy kobiece? Na ile właśnie one zmusiły Kościół katolicki, by poważnie podszedł do kwestii kobiecej?

Ruchy feministyczne nie miały głównego wpływu na mój intelektualny rozwój. Muszę jednak przyznać, że kobiety, które podziwiałam i które stanowiły dla mnie wzór, należały do tych, które pracowały i były niezależne — brały swój los we własne ręce.

Zgadzam się jednak, że oddziaływanie ruchów kobiecych, które zwracały i zwracają uwagę opinii publicznej na niedopuszczalne różnice społeczne między kobietami i mężczyznami, jest pożądane. Jeszcze nie tak dawno w USA kobiety miały mniejsze prawa. Nie cieszyły się, w przeciwieństwie do mężczyzn, rozmaitymi przywilejami: łatwiejszym dostępem do edukacji czy możliwością zawodowego rozwoju. Nie inaczej było w Kościele. Ruchy kobiece zapoczątkowały proces, który sprawił, że nasza sytuacja zmienia się na wszystkich poziomach: społecznym, kulturalnym i religijnym. Dziś żadna religia nie głosi otwarcie, że można bezkarnie poniżać i deptać kobiecą godność. Niebagatelną rolę w promocji kobiet odegrał także Jan Paweł II, który przekonywał, że kobiety nie mogą być pozbawione swoich praw czy szans rozwoju.

Ruchy kobiece przybrały rozmaite kształty w czasie ostatnich trzech dekad. Feminizm jest jedną z tych form. Oczywiście znajdą się krytycy, którzy będą redukować wszystkie kwestie feministyczne do seksu i wolności seksualnej. Jednakże są przecież kobiety i teolożki, które głoszą nowoczesny feminizm. Ba, działają też inne kobiety i teolożki, które postrzegają uciskanie kobiet jako jeden z wielu nakładających się na siebie przejawów ucisku, który jest rezultatem dominacji jednej grupy społecznej nad drugą. Krytyczna teologia wyzwolenia człowieka głosi, że kobiety, mężczyźni i dzieci muszą zostać wyzwoleni od wszelkich form rasizmu, seksizmu i wyzysku.

Dziś teologia feministyczna, szczególnie w Polsce, kojarzy się z ruchem na rzecz wyzwolenia kobiet i ich prawa do aborcji. Proszę powiedzieć, jakie są główne cele teologii feministycznej?

To fałszywy obraz. Teologia feministyczna czy krytyczna teologia na rzecz ludzkiego wyzwolenia jest przede wszystkim zmaganiem się ze „słowem Boga” (word of God), gdyż ma ono moc wyzwalającą. Dziś słowa Pisma Świętego trzeba rzucić jako wyzwanie tym, którzy wspierają systemy i struktury dominacji. Dla biednych, poniżonych i marginalizowanych słowa Boga mogą stanowić znak otuchy. Teologia kobieca nie jest tylko owocem dbania o interesy kobiet, ale odsłania także troskę o te kobiety, które widzą i mówią głośno o ucisku, o cierpieniach całej ludzkości.

Wreszcie teologia na rzecz ludzkiego wyzwolenia charakteryzuje się krytycznym podejściem do historii i przemian społecznych. Bije na alarm, kiedy dostrzega zjawiska marginalizowania biednych i ubogich, którzy mają czerwony, żółty, czarny, ale i biały kolor skóry. Krytyczną teologię na rzecz ludzkiego wyzwolenia uprawiają więc ci myśliciele, którzy poddają swoją świadomość poznawczą — moralną i religijną — krytycznej analizie. Innymi słowy: teologię ludzkiego wyzwolenia uprawiamy wówczas, kiedy sięgamy wprost do ludzkich doświadczeń, czyniąc je zarazem naszymi, by dopiero wtedy móc je rzetelnie opisać.

W oficjalnym nauczaniu Kościoła katolickiego wzorem kobiecości jest Maryja — pokorna, cicha, oddana i troskliwa matka. Taką też rolę w Kościele i społeczeństwie rysuje Jan Paweł II w słynnym „Liście do kobiet”. Czy akceptuje Pani taką rolę kobiety w Kościele i społeczeństwie?

To jest jeden z możliwych obrazów Maryi. W Kościele katolickim istnieje kilka jej wizerunków. Także dlatego maryjna pobożność może się przejawiać na wiele sposobów. Wystarczy przyjrzeć się Maryi z Nazaretu, by zobaczyć, że potrafiła manifestować swoją obecność w historii zbawienia na rozmaite sposoby. Stąd także wielość twarzy Matki Jezusa: Maryja z Guadalupe, Pani Afryki czy Matka Boska Częstochowska.

Nie jestem biblistką, ale z całą pewnością mogę powiedzieć, że obraz kobiety, który daje się wyczytać na podstawie przekazów biblijnych, rysuje postać niewiasty, która jest nieśmiała, skromna, cicha. Inaczej Maryja. Ona, choćby w tradycji Janowej, jest pośrednikiem i wykonawcą Bożych tajemnic. We wszystkich przedstawieniach pasji stoi, może nawet trochę buntowniczo, przy krzyżu. Profesor Elizabeth Johnson w swojej ostatniej książce stara się pomóc nam docenić Maryję jako kobietę głębokiej wiary, jako uczennicę, jako tę, która jest „naszą siostrą” w wierze i nadziei.

Czy Pani zdaniem, głos kobiet — połowy wspólnoty Kościoła katolickiego — jest dziś dostateczne słyszalny w Kościele?

To kłopotliwe pytanie. Co to znaczy „dostatecznie słyszalny”? Czy inne wyznania chrześcijańskie wystarczająco wsłuchują się w głos kobiet?

Oczywiście poszczególne kobiety, ze względu na swoje cnoty, kompetencje i wiedzę, mają wiele do powiedzenia w Kościele. Są członkiniami rad doradczych w Kościołach regionalnych i papieskich komisjach. Jeśli jednak chce Pan uzyskać odpowiedź na pytanie, czy owe kobiety reprezentują głos wszystkich kobiet, brzmi ona — nie! Większość z tych utalentowanych kobiet, które osiągnęły sukces, reprezentuje swoje poglądy i sądy. Jest i tak, że wiele z nich nie odczuwa potrzeby reprezentowania innych kobiet. Podobnie zresztą, jak ich świeccy mężczyźni nie uważają się za reprezentantów wszystkich wierzących mężczyzn.

Kluczowe jest coś innego: wsłuchiwanie się w głos Kościoła i angażowanie się w problemy, które stawiają przed Kościołem świeccy katolicy. Nie możemy zapominać, że cały laikat jest uczestnikiem sensum fidelium — czegoś na wzór żywej rozmowy, która wciąż toczy się między nami, świeckimi i duchownymi a magisterium Kościoła. Moja i pańska obecność w tej dyskusji nie bierze się z kościelnego mianowania, ale jest owocem chrztu. To przez chrzest uczestniczymy w kapłaństwie Chrystusowym. Także przez chrzest mamy bliską łączność z apostolskim świadectwem, które było dane raz i dane wszystkim.

Świeccy katolicy nie tylko mają prawo mówić, ale jeszcze muszą zrobić wszystko, by ich głos w Kościele był słyszalny. Tchórzostwem byłaby rezygnacja z tej wewnątrzkościelnej rozmowy. Nie może nami kierować ani służalczy strach, ani arogancja. My, świeccy katolicy, także musimy zdać się na pomoc Ducha Świętego, by oddzielić to, co jest autentycznym przesłaniem Ewangelii, od tego, co jest tylko wynikiem naszej interpretacji. Innymi słowy: wciąż musimy oddzielać ziarno od plew. To, co można w Kościele zmieniać, od tego, co zmienione być nie może, gdyż jest kamieniem węgielnym naszej wiary.

Dziś wiele teolożek, na przykład Elizabeth Schussler–Fiorenza mówi, że nie ma przeszkód, by kobiety mogły pełnić posługę diakona czy być ordynowane na kapłanki. Jednak Kościół katolicki naucza, że wola Boga jest inna, gdyż pośród dwunastu uczniów Jezusa Chrystusa nie było uczennic, nie możemy też ignorować naszej Tradycji. Czy Pani zdaniem, przyjdzie moment, kiedy wzorem Kościoła np. anglikańskiego, także katolicki zdecyduje się na święcenia kobiet?

Istnieje już liczne grono teologów, którzy uważają, że nie ma żadnych przeszkód do ordynacji kobiet. Jednakże Tradycja w Kościele rzymskokatolickim odgrywa ważną rolę — a ona podpowiada nam coś innego, dlatego, może jak nigdy przedtem, musimy mocować się razem — we wspólnocie ludzi wierzących — z rozumieniem i interpretacją naszej Tradycji. Dopiero wtedy być może znajdziemy zadowalającą nas odpowiedź na tak trudne pytania. Musimy też zadać sobie pytanie, jak rozumieć samą Tradycję: czy jako łańcuch łączący nas z przeszłością, czy raczej jako korzenie, które pomagają nam zrozumieć teraźniejszość?

Czy teolożki, które domagają się dziś kapłaństwa kobiet, nie powinny się obawiać klerykalizacji kobiet? Zostając kapłanami, będą przecież musiały ślubować posłuszeństwo biskupowi, dopasować się do bardzo hierarchicznej struktury.

Podstawową kwestią jest tutaj sposób formacji duchownych. Jakiego typu księży dziś chcemy i potrzebujemy?

„Kultura klerykalizmu”, szczególnie w USA, została poddana ostrej krytyce. Oskarżenia o seksualne wykorzystywanie nieletnich, które padły pod adresem księży w Ameryce, zmusiły nasz Kościół do przemyślenia wielu aspektów klerykalnej kultury — szczególnie tych kwestii, które doprowadziły do nadużyć seksualnych i sprzyjały im. Nawet wtedy, kiedy dokonamy weryfikacji tej kultury i zmienimy jej najbardziej groźne przejawy, ciągle pozostanie pytanie, jak powinna wyglądać formacja przyszłych księży.

Jednak zadając to pytanie, wcześniej musimy zapytać, co się dzieje z życiem sakramentalnym naszego Kościoła cierpiącego na brak nowych powołań w wielu częściach Europy i Ameryki. Jeśli mamy zamiar pozostać Kościołem sakramentalnym, który jest pośrednikiem boskiego dobra i łaski, musimy się dokładnie zastanowić, jakich metod użyć, by zmienić obecną, niekorzystną sytuację.

Jako Kościół musimy dokładnie raz jeszcze przemyśleć, jaki jest cel kapłaństwa. Może wtedy okaże się, że już na etapie formacji seminaryjnej będziemy musieli bardziej skupić się na intelektualnym, duchowym i kulturalnym rozwoju kandydatów do kapłaństwa. Może powinniśmy kłaść większy nacisk no to, aby rozwijali oni zdrowe relacje z kobietami i mężczyznami, a więc z ludźmi, którzy będą potem ich współpracownikami.

Kapłaństwo jest służbą w imię boskiej chwały. Żaden mężczyzna ani żadna kobieta nie ma prawa do ordynacji, jeśli jej lub jego powołanie nie jest owocem Ducha Świętego. Ci zaś, którzy takie powołanie odczuwają, muszą wciąż je weryfikować. Ich przydatność do służby musi też potwierdzić wspólnota.

Proszę powiedzieć, jak Pani rozumie swoje powołanie w Kościele — powołanie kobiety zajmującej się teologią?

Teologiczne powołanie każdego z nas kształtowane jest przez Kościół i społeczeństwo. Teolog, jak nikt inny, powołany jest więc do mówienia prawdy, bez względu na to, jak ona może być przerażająca. Dla mnie, afroamerykańskiej teolożki mówienie prawdy o białej, rasistowskiej supremacji, jest właśnie takim obowiązkiem.

Ponadto wysiłek teologiczny polega na wprowadzeniu innego świata w naszą rzeczywistość — tutaj i teraz. Oto owoc tego, że teologia myśli o świecie przez pryzmat eschatologicznej przyszłości, którą tylko Bóg może nam ofiarować. Jesteśmy zatem adwokatami panowania królestwa Bożego na ziemi. Stąd celem naszej pracy nigdy nie może być system ani struktury, osoby ani grupy, Kościół czy uniwersytet, ale więź z osobą Jezusa Chrystusa.

Jego profetyczna działalność w obliczu śmierci pokazuje, co znaczy życie przeżyte w pełnej modlitwie nadziei. Amerykański teolog William Hill, dominikanin, powiedział w homilii do teologów: „Człowiek, który nie chce się już modlić, umiera jako chrześcijanin”. Tym bardziej teolog.

1 Womanist theology to określenie teologii, którą uprawiają Afroamerykanki. Twierdzą one, że ich doświadczenie społeczne, jak i doświadczenie czarnej kobiety w Kościele jest inne niż białych kobiet. Te ostatnie swoją teologię określają mianem feministycznej (feminist theology).
2 Jeams Cone to jeden z wybitniejszych czarnoskórych teologów. Niektóre jego wypowiedzi, jak ta, że „Jezus jest czarny”, szokowały amerykańską opinię publiczną. Jest jednym z pierwszych propagatorów tzw. czarnej teologii. Wydał m.in.: God of the Oppressed, A Black Theology of Liberation. Przez wiele lat wykładał w Union Theological Seminary w Nowym Jorku.
3 Organizacja założona przez Sergio Torres i Virginię Fabella. Jej działalność wiązała się z propagowaniem w Ameryce Północnej teologii wyzwolenia, uprawianej w Ameryce Łacińskiej. TIA chciała w ten sposób pokazać północnoamerykańskim teologom związek, który zachodzi między rozwojem ekonomicznym w USA a zacofaniem państw Ameryki Łacińskiej, nazywanych przecież w większości krajami Trzeciego Świata.

Feminizm i czarna teologia
M. Shawn Copeland

urodzona 24 sierpnia 1947 r. – Mary Shawn Copeland, afroamerykanka, emerytowana profesor teologii na jezuickim uniwersytecie Boston College, w 2003 roku została wybrana na prezesa Amerykańskiego Stowarzyszenia Teologów Katolickich (The Catholic Theological Society of America...

Feminizm i czarna teologia
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...