Nowe szaty królowej

Nowe szaty królowej

Sztuka nieprzeciętna zawsze z trudem toruje sobie drogę w przestrzeni publicznej, nie tylko sakralnej. Tym bardziej sztuka nowoczesna w tradycyjnej przestrzeni kościoła.

Od wielu lat zajmuję się współczesną sztuką sakralną, sztuką w Kościele. Dziś, pisząc o tym, przyznaję, walczę ze znużeniem i bezradnością. Sytuacja przypomina kwadraturę koła; wciąż padają te same argumenty i narzekania: na poziom księży i cynizm artystów, na złą formację seminaryjną i układy w kuriach, na promowanie przez Kościół fatalnego gustu.

Tropienie śladów sacrum w sztuce pozakościelnej jest fascynujące, dokumentacja współczesnej sztuki liturgicznej przygnębia. Lament wydaje się równie bezskuteczny i jałowy, jak narzekanie na szpetotę kraju o niskiej kulturze wizualnej. Kościół, niestety, nie wyrasta — choć powinien — ponad przeciętność. Wnętrza świątyń są takie, jak nasze zagracone mieszkania, chaotyczne osiedla, zaśmiecone szyldami ulice. Nawet enklawy bogactwa powstają bez zmysłu urbanistycznego, bez umiaru. Przestrzeń publiczna — a z nią współczesny kościół — tonie w estetycznym morzu bezguścia i bałaganu, dryfując między niechlujną prowizorką a nowobogacką pychą.

Ucieczka z parafii

Jako badacz mogę się czuć zniechęcona, jako katolik — chcąc uczestniczyć w pięknej liturgii — od problemu nie ucieknę. Mieszkanie w Krakowie upraszcza problem: tyle kościołów do wyboru! Można grymasić, iść do konkurencji. Odkąd pamiętam, uciekałam z parafii do innych świątyń: w poszukiwaniu nastroju, lepszej muzyki i mądrzejszych kazań. W dzieciństwie od pobliskiego św. Szczepana rodzice woleli oddaloną św. Annę — kościół inteligencji, perłę polskiego baroku. Na studiach wybrałam dominikanów, tam było duszpasterstwo akademickie i staranna liturgia. Z własnymi dziećmi chodziłam do gotyckiej św. Katarzyny na Kazimierzu, ich szkolnego kościoła. Żadne z tych miejsc — przykładów wspaniałej architektury i wybitnej sztuki — nie było moją parafią. Po takim zadomowieniu w pięknie, mało co może nas później zadowolić, jesteśmy na swój sposób zepsuci, mamy na zawsze zawyżone wymagania.

Dzisiaj, od prawie dwóch lat, mieszkam w małej podkrakowskiej wsi, która nie ma nawet własnego kościoła. W okolicy mam trzy świątynie do wyboru. Najłatwiejszym rozwiązaniem wydaje się Tyniec po drugiej stronie Wisły. Architektura nie potrzebuje rekomendacji, parafianie pod przewodnictwem organisty pięknie śpiewają gregoriańskie psalmy. Moja parafia jest jednak w sąsiedniej wsi. To parafia uboga: mały, zbudowany przed kilkunasty laty kościół, jeden kapłan i 800 dusz. Kościół jest brzydki, w ołtarzu wisi nędzna kopia Jezu, ufam Tobie!, stacje Drogi krzyżowej to paskudne, gipsowe odlewy. Jednak parafianie tego nie widzą, są do świątyni szczerze przywiązani. Przy ołtarzu towarzyszy księdzu kilkudziesięciu ministrantów, pełen kościół przystępuje do komunii św. Udział w liturgii jest żywy, kolędy śpiewa się tu pełną piersią — nie pod nosem, jak w elitarnych, miejskich kościołach. Nie ośmieliłabym się sugerować zacnemu proboszczowi artystycznej rewolucji. Ledwo uzbierał niedawno na odnowienie łuszczącego się dachu.

Trzeci kościół w okolicy to imponujące rozmachem Centrum Edukacyjne „Radosna Nowina” oo. Misjonarzy w Piekarach. Kościół i cały kompleks zabudowań: nowoczesne liceum, internat, pływalnia — jak średniowieczne miasteczko na wzgórzu, otoczone murem. Piękny projekt Piotra Bielańskiego, Anny i Krzysztofa Filusiów: prosta, jednonawowa przestrzeń z załamanym dachem, świetne proporcje wnętrza, rozkład ołtarza. Tę nieprzeciętną architekturę psuje jednak wystrój: złote pseudogotyckie świeczniki z aniołkami, do których pozowały podobno wiejskie dzieci z Piekar; w ołtarzu nieudana rzeźba św. Rodziny w mandorli z migających świateł. „Ukryty system kolorystycznych światłowodów czaruje dodatkową atmosferą” — czytamy w komentarzu 1. Nie dodano natomiast, że ten pretensjonalny efekt nie sprzyja skupieniu. W Piekarach były pieniądze i dobra wola — zawiódł gust.

Bywa odwrotnie: udany wystrój wnętrza może obronić nie najlepszą architekturę. Nie lubię bryły krakowskiego kościoła św. Jadwigi — ale mimo wszystko lubię tam chodzić: dla ciekawej Drogi krzyżowej, witraży Jerzego Skąpskiego, a przede wszystkim dla Jadwigi Macieja Zychowicza. Postać klęczącej z nami pod krzyżem świętej królowej zawsze mnie wzrusza, to jedna z najlepszych spośród znanych mi rzeźb religijnych. Jej wspaniałe osadzenie w nieprzyjaznym, chłodnym wnętrzu zmienia całkowicie przestrzeń kościoła.

Podobnie stało się w warszawskim kościele oo. Dominikanów na Służewie. W listopadzie 2003 roku uczestniczyłam tam w poświęceniu krzyża Jerzego Nowosielskiego. Kościół Władysława Pieńkowskiego — ciężka, ceglano–betonowa hala z konstrukcyjnymi żebrami — po powieszeniu krzyża ukazał się odmieniony, wspaniały. Ogromny, mierzący ponad trzy i pół metra krzyż z lipowej deski, wzorowany na włosko–bizantyńskich krzyżach franciszkańskich — zawieszony wysoko nad ołtarzem, spiął przestrzeń jak zwornik, ocieplił. Powstało jedno z ciekawszych współczesnych wnętrz sakralnych. Jednak i tu nie obyło się bez perypetii. Służewski krzyż: ostatnie, właściwie niedokończone dzieło sakralne Nowosielskiego, namalowany był już w 2000 roku, ale zawisnął w kościele dopiero trzy lata później. Dlaczego? Religijna sztuka Nowosielskiego, monumentalna i efektowna, w rzeczywistości nie jest łatwa. Bogaty program teologiczny, nowoczesne uproszczenie formy burzą tradycyjne katolickie przyzwyczajenia. Artysta, póki był w dobrym zdrowiu, nigdy się nie uchylał od pytań. Wokół najwybitniejszych realizacji (w podwarszawskiej Wesołej, Nowych Tychach i Białym Borze) toczyły się dyskusje, w których autor tłumaczył swoje artystyczne racje w sposób porywający. Dziś jego sztuka stanowi chlubę tych parafii, przedmiot dumy. Choć w podkrakowskich Jerzmanowicach przy ostatnim remoncie parafianie chcieli zamalować „ruskie ikony”. Polichromię Nowosielskiego z lat 50. uratowali konserwatorzy z krakowskiej ASP, przenosząc ją do przydrożnej kaplicy.

To tylko przykład kłopotów artysty wybitnego, autora wystroju blisko 30 świątyń katolickich i prawosławnych. Przykład tego, że sztuka nieprzeciętna zawsze z trudem toruje sobie drogę w przestrzeni publicznej, nie tylko sakralnej. Tym bardziej sztuka nowoczesna w tradycyjnej przestrzeni kościoła.

„Oda na śmierć królowej”

W dziejach sztuki Kościół bywał najlepszym mecenasem. Po powstaniu zakonów żebraczych i epoce krucjat narodził się strzelisty gotyk. Sobór trydencki zaowocował teatralnym, kwiecistym barokiem kontrreformacji. Współczesność nie przyniosła równie wyrazistego stylu, choć II sobór watykański dokonał prawdziwej rewolucji w liturgii. Odmienił ją, uprościł, ale w warstwie wizualnej także zubożył. Na Zachodzie, w zapale oczyszczania, w imię stylistycznej jedności zaczęto wyrzucać z kościołów zabytki sztuki starej i nienowoczesnej. Pojawiła się groźba „nowego ikonoklazmu”.

Ksiądz Janusz Pasierb chciał kiedyś napisać Odę na śmierć królowej dedykowaną przedsoborowej liturgii. Rzecz jasna, był zwolennikiem soboru, doceniał prostotę i przystępność odnowionych rytów, jednak przyznawał, że jego serce pozostaje po stronie dawnych, rozbudowanych ceremonii, liturgii ministranckiego dzieciństwa i kleryckiej młodości. „Ministrantem zostałem podczas okupacji niemieckiej: w bezdomności i biedzie, w ówczesnym upokorzeniu i szarości ona jedna wśród rzeczy polskich błyszczała publicznie, ona, królowa”. Liturgia to prawdziwy Gesamtkunstwerk, zbiorowe dzieło sztuki — przypomina Pasierb. Jest w niej teatr, pantomima, balet i opera. „Jak żyć w tym nowym ubóstwie, zwłaszcza że i świat robi się coraz bardziej płaski, szary i smutny? — pyta z nostalgią. — Czy jednak ów swoisty »kryzys liturgii« nie jest zjawiskiem symetrycznym w stosunku do kryzysu kultury, kryzysu sztuki, kryzysu formy w ogóle? A może sztuka współczesna, mówiąc nam, że nie mamy już prawa do piękności, robiona ze strzępów przedmiotów, ze złomu, z łachmanów, jest wobec nas uczciwsza, bo nie łudzi nas niedostępną ładnością, nieosiągalną naturalnymi środkami harmonią? Czy drastyczna redukcja zewnętrznej oprawy liturgii nie odpowiada potrzebie obnażenia się nie tylko z nazbyt świetnych strojów i nastrojów, ale i z przebrań w historyczne kostiumy? (…) Prawda jest naga i prosta. (…) Odprawiając mszę św. twarzą do ludzi, trzeba mieć tę twarz i coś z nią robić, coś wyrażać spojrzeniem, mimiką. Uczymy się patrzeć sobie w oczy” 2.

Zmierzenie się z tradycyjną religijną ikonografią u progu XXI wieku wymaga od artystów odwagi. Wyobraźnia wydaje się sparaliżowana, środki, którymi dysponujemy, niewspółmierne. Postulat „nawrócenia wyobraźni” i tworzenia nowych symboli brzmi zuchwale, stąd tak chętnie chronimy się — i artyści, i wierni — w bezpieczny kostium neostylów. Boimy się własnego głosu, boimy się milczenia. Sztuka kościelna uczy się nowych form nieśmiało i powoli. Jedną z dróg i odtrutką na historyczny eklektyzm, może stać się ikona, inną — tradycja ludowa. Odwołania do sztuki pierwotnej, ludowej, to przecież motto całej, odcinającej się od historyzmów, sztuki XX wieku. „Dla polskiego artysty nie widzę innych tradycji, tradycji, z której można by czerpać, którą można by żyć, jak tylko tradycja ludowa — mówi z właściwą sobie radykalnością Jacek Sempoliński. — Uważam za szczyt twórczości w Polsce: szałas, chałupę, narzędzie, tkaninę (…) dlatego, że w nich jest najwyraźniej widoczne to połączenie piękna ze służbą. (…) Tkwienie przy chałupie, ścianie, narzędziu, jest tkwieniem przy źródle” 3.

Dla sztuki w Kościele wciąż najważniejszą estetyczną kategorią powinno być decorum — rodzaj stosowności, umiaru. Tymczasem w ludzkiej naturze drzemie skłonność do dekoracyjnej ozdobności, zagłaskiwania, zagadywania pustki. Czasem niełatwo dostrzec różnicę. Cóż ma zrobić kapłan–inwestor, nawet pełen dobrej woli, wobec tak jaskrawego rozbicia gustów, także wśród autorytetów? Choćby ostatni głośny spór o Mitoraja: z jednej strony doktorat honoris causa ASP, z drugiej oskarżenia o dworskość i monstrualny kicz. Nie ma zgody na jeden wspólny gust, nawet wysoki. Nie ma jednego stylu współczesności, jest wybór — a często wybieramy źle, z błogosławieństwem Kościoła. Surowość zwykle przegrywa ze „ślicznością”, synteza z rozgadaniem, szorstka prostota — z przesadną dekoracyjnością. Tak się stało choćby w przypadku kanonicznego wizerunku Bożego Miłosierdzia 4. Pierwotny, wileński obraz Eugeniusza Kazimirowskiego, malowany pod dyktando św. Faustyny w 1934 roku — dzieło akademickie, ale powściągliwe i surowe — został niemal całkowicie wyparty przez późniejszą wersję łagiewnicką, dużo gorszą pod względem artystycznym, przesłodzoną. Nadmiar sentymentalizmu działa zresztą podobnie jak nadmiar ekspresji. Patrząc na fotosy i sceny z filmu Pasja Mela Gibsona, miałam w oczach wizerunek Ecce homo Adama Chmielowskiego. Ten sam człowieczy, krwawy strzęp — a jaka różnica klasy, pokory wobec tajemnicy cierpienia. Obraz św. Alberta nie jest zuchwały, film Pasja w pewnym sensie tak.

„Nie w piękności farby…”

Uczestniczyłam kiedyś w zażartej, parafialnej dyskusji wokół ciekawej, choć przyjętej nieufnie współczesnej rzeźby. Ktoś z zapałem broniący artysty próbował w desperacji zamknąć usta zgorszonym parafianom argumentem ostatecznym: „W końcu o co wam chodzi? Kiedy chcę się modlić i naprawdę skupić, to i tak przecież zamykam oczy!”. Gdyby to było takie proste! Tamto zdanie uparcie jednak mi się przypomina, kiedy sakralne wnętrze mnie razi, gdy nagromadzenie szpetoty przeszkadza w modlitwie. To samo miał zapewne na myśli Jacek Woźniakowski, głosząc przekornie „pochwałę brzydkich kościołów”, wypełnionych „nagromadzoną przez pokolenia ludzką rupieciarnią”. Pisząc o ultranowoczesnej kaplicy pielgrzymkowej Le Corbusiera w Ronchamp, przyznawał: „W takim kościele pewno dobrze się modlić. A także w wielu starych, brzydkich kościołach. Bo w Ronchamp człowiek wyzwala się przez twórczą swobodę, choćby sam nie był twórcą (…), a w brzydkim kościele wyzwala się przez pokorę, choćby jej nie miał dosyć w sobie. Wyzwala się od czego? Bodaj od tego, co udaje, co się puszy (…), co każe zapomnieć, po co i do kogo przyszliśmy do kościoła. Dlatego chwalę Ronchamp i chwalę brzydkie kościoły” 5.

Profesor pisał o „starych, brzydkich kościołach”. W porównaniu z dawną sztuką i architekturą współczesna brzydota zawsze przegra. Zabytek, nawet niezgrabny, jest mocny siłą tradycji, energii płynącej z przemodlonych ścian. Wobec historycznych, także nieudolnych, kościelnych pamiątek, mamy poczucie szczególnej wspólnoty: świętych obcowania. W takim miejscu, nawet gdy sztuka nie staje się pomostem do nieba, niosą nas tam modlitwy innych, minionych pokoleń.

„Sztuka nie jest drogą do podświadomości, ale do większej jeszcze świadomości — przypomniał artystom Jan Paweł II na spotkaniu w Wenecji w 1985 roku. — Sztuka otwiera człowieka na samego siebie i czyni go bardziej człowiekiem”. W wydanym właśnie przez Miejską Galerię Sztuki w Częstochowie imponującym tomie Sacrum w sztuce współczesnej przewija się pytanie: „Kto potrzebuje sztuki religijnej?”. Czy potrzebują jej wierni, księża, czy może artyści? Odpowiedź jest jedna: sztuki, w tym sztuki religijnej, potrzebujemy my, ludzie. My, wierni, my, artyści, my — Kościół. Pan Bóg świetnie poradzi sobie bez niej, zawsze znajdzie drogę do człowieka. W historii objawień znany jest tylko jeden przypadek, kiedy Jezus poleca namalować swój wizerunek, by przezeń wkroczyć w życie ludzi — właśnie przypadek obrazu Jezu, ufam Tobie!. A kiedy św. Faustyna płacze w kaplicy z powodu niedoskonałej wizji malarza — pociesza ją wewnętrzny głos: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej”.

Te słowa są dla ludzi sztuki prawdziwą lekcją pokory. Warto pamiętać i o nich, kiedy grymasząc, mnożąc estetyczne zastrzeżenia, wydymamy pogardliwie wargi nad plebejskim gustem Kościoła. Może naszym grzechem głównym jest pycha? Przekonanie, że jesteśmy w stanie własnym językiem wyrazić Tajemnicę, odsłonić Boga? Jak w wypadku Mela Gibsona, który łudzi się, powtarzając, że w Pasji pokazał „całą prawdę o męce”? Bolesny fałsz podobnego złudzenia zrozumiał Albert Chmielowski i odszedł od sztalug, chcąc być bliżej Chrystusa. Dla takiej konsekwencji jednak potrzeba być nie artystą, a świętym.

Haute couture

W artykule Kunszt i kult Jacek Woźniakowski przypomina 6, że objawieniem i hierofanią może stać się wszystko — np. grecki ksoanon, pobożnie czczony koślawy kawałek drewna, jak relikwia: klasyczny przykład partycypacji w sacrum, gdy estetyka przestaje mieć znaczenie. Przedmiot kultu bywa czasem tylko czcigodnym fetyszem, a szkoda. Dobra sztuka bowiem nie tylko pomaga skupieniu — ale rozszerza pole widzenia, otwiera na inną rzeczywistość. Forma jest ważna. W klasycznym, podwójnym rozróżnieniu Platona forma to przedmiot widzenia (to, co się dostrzega), ale i przedmiot wiedzy (to, co się wie). Sztuka zjawia się tam, gdzie z jednego wynika drugie, gdzie widząc, zaczynamy wiedzieć więcej, zbliżamy się do prawdy. To bardzo wiele, dlatego żal, gdy przedmiot kultu jest o tę warstwę uboższy.

W 1984 roku profesor Woźniakowski zastanawiał się, dlaczego w Kościele posoborowym „nie widać nawet zarzewia nowego języka, nowego stylu, nowego kształtu dla współczesnego pojmowania i wcielania pradawnych treści? Trzeba sztuce dać trochę czasu — uspokajał — i artystom, i księżom, i wiernym doradzać by można w tej sytuacji to samo: pracowitą cierpliwość, skromność i bezpretensjonalność (…). Mówiąc o cierpliwości pracowitej, mam na myśli nie tylko solidne działania każdego w zakresie własnej specjalności i nie tylko jakże cenną wymianę usług: głębsze zainteresowanie duchowieństwa sztuką, artystów — teologią. Mam na myśli pracę jeszcze bardziej fundamentalną. Nikomu w rozwoju jego smaku nie pomogą najświetniejsze nawet wykłady z dziejów sztuki, jeśli jego charakter oraz ogólny poziom jego kultury wewnętrznej i wykształcenia utkną na poziomie kamienia łupanego” 7.

Po dwudziestu latach rzuconą przez Profesora rękawicę podjęło środowisko poznańskie, organizując Ogólnopolski konkurs na ornat paschalny, a także wystawę Ornat paschalny — prezentacja historyczna oraz nowa wizja artystyczna ornatu. „Coraz częściej godzimy się na sztuczność, kicz i szmirę w przestrzeniach naszych kościołów — ubolewa ks. Jerzy Stranz, współorganizator konkursu — taka zgoda i przyzwolenie na nijakość i bylejakość estetyczną przekłada się również na jakość i formę sprawowanej liturgii”. Organizatorom udało się skupić wokół projektu lokalny Kościół, uczelnie artystyczne, władze samorządowe. W planach jest też kontynuacja pomysłu w zakresie witraży, rzeźby sakralnej, sprzętów liturgicznych. „Piękno w liturgii — wspólna odpowiedzialność” — to hasło dyskusji będącej podsumowaniem poznańskiej inicjatywy.

Wystawa jak w pigułce skupia problemy współczesnej sztuki w Kościele. Zestawienie starych szat liturgicznych z nowymi pokazuje cały ciężar wyzwania, przed którym stają dzisiaj artyści. Średniowieczne, misternie haftowane ornaty wydają nam się przepiękne, bogate. Barwne jedwabie i lamy, złote galony, perły, szlachetne kamienie. Już same nazwy tkanin budzą respekt: adamaszek i atłas, altembas, aksamit, brokat. Na krzyżowych pretekstach ornatów — prawdziwe obrazy i płaskorzeźby „igłą malowane”, arcydzieła acupictury i acusculptury. Ich rozbudowana ikonografia powtarza sceny z rzeźbionych ołtarzy, malarskich miniatur. Kunsztowne aplikacje, precyzyjnie odrobiona architektura: gotyckie łuki, maswerki. W najlepszych przykładach: choćby w słynnym wawelskim ornacie Kmity, nie brak nawet pierścieni na palcach biskupów, w sadzawce pływa ryba, a w złote, wyszywane wzory wpleciono miniaturowe, kute ze srebra korony, kielichy i miecze.

Trochę żal, ale to nie jest przecież język współczesności. Dziś jego imitacja zabrzmiałaby nieautentycznie i fałszywie. Dziś nie nosimy krynolin, ozdobnych kontuszy; także współczesna architektura działa bryłą, proporcją, materiałem — bardziej niż finezją detali czy bogactwem ornamentu. Wzory nowych ornatów mają prostotę, dar syntezy, znaku. Artyści operują kolorem, geometrią, posługują się cytatami z dawnych dzieł, mozaik, wykorzystują dekoracyjność liter i inicjałów, nawet fotografię — w kilku projektach pojawia się motyw Całunu Turyńskiego. To pierwsze, mniej lub bardziej udane próby — kilka bardzo interesujących. Oda na śmierć królowej czy tylko próba zmiany królewskich szat na inne jest bardziej stosowna dla Trzeciego Tysiąclecia?

Alternatywa jest zresztą trochę fałszywa. Miejscem tamtych, wspaniałych zabytków są dzisiaj muzealne gabloty. Codzienność — to estetyczna rutyna, sztampowa produkcja Ars Christiana. Nie zmienimy zawartości garderoby w każdej zakrystii, nie wyposażymy od razu wszystkich kościołów. Ale to dobry początek; taka jest właśnie rola artystycznego designu i każdego projektanta — mody z wybiegów haute couture, prostych mebli czy sprzętów codziennego użytku. Tworzy styl i nowe wzorce, wytycza trendy, nawet kreuje zdrowy snobizm. Za nim w końcu pójdą inni, może nawet ruszy jakaś produkcja…

Tylko tak można zmienić coś na lepsze: cenna jest każda podobna inicjatywa, każdy konkurs, wystawa. To niełatwe, brakuje nam owej „pracowitej cierpliwości”, którą postulował profesor Woźniakowski, brakuje samozaparcia, zrozumienia, pieniędzy. Od lat zabiegam o sponsora, który mógłby sfinansować fotograficzną dokumentację sakralnych polichromii Eugeniusza Muchy — jednego z najciekawszych malarzy współczesnych. Bez skutku, zdjęcia we wnętrzach architektonicznych są bardzo drogie. Można próbować działać skromniej, małymi krokami. Wielokrotnie namawiałam różne wydawnictwa do zorganizowania konkursu na współczesną kartkę świąteczną — bezskutecznie, na tym się nie da zarobić. Jest coraz większy wybór starych wzorów, ale tak by się chciało choć raz nie iść na łatwiznę. Rola pism w kreowaniu nowych, dobrych wzorów jest ogromna. Przygotowanie pracy na papierze jest prostsze, wymaga mniej nakładu, dodatkowo zachęca możliwość reprodukcji. Przed laty „Tygodnik Powszechny” zaprosił współczesnych artystów do zilustrowania Drogi krzyżowej, drukując kolejne stacje wraz z medytacjami. Całość wydano w osobnej książeczce — pewnie nie była dochodowa, lecz przecież i nie taka znów kosztowna.

Powrót do domu

O sztuce w naszym kraju mówi się przy okazji sztuki złej, na marginesie głośnych skandali. Nic tak nie łączy jak wspólne narzekanie, nie umiemy dzielić się dobrem. Zresztą nie tylko my. Dnia 16 stycznia 2004 roku prasę obiegła wiadomość o skandalu dyplomatycznym w Szwecji. Na otwarciu wystawy w Sztokholmie ambasador Izraela chciał zniszczyć dzieło żydowskiego emigranta Drora Feilera. W instalacji Królewna Śnieżka i szaleństwo prawdy w basenie wypełnionym czerwoną cieczą pływała łódka z fotografią Palestynki, która w terrorystycznym zamachu w Hajfie zabiła 22 osoby. Instalacja była prowokacją, zraniła uczucia wielu; zdjęcia z incydentu drukowały wszystkie gazety. Dziwnym zbiegiem okoliczności, dokładnie w przeddzień szwedzkiego skandalu, 15 stycznia, na innym europejskim basenie pokazano inną instalację. W budynku dawnej poznańskiej synagogi przy ul. Stawnej, gdzie dziś mieści się Pływalnia Miejska, zapłonęła na wodzie sześcioramienna Gwiazda Dawida ułożona z kilkuset niebieskich zniczy. Przejmującą instalację Atlantyda Janusza Marciniaka włączono do obchodów Ogólnopolskiego Dnia Dialogu Chrześcijańsko– –Żydowskiego. Zdjęć Atlantydy nie widziałam w żadnej ogólnopolskiej gazecie. Nikt nie poczuł się obrażony, zabrakło skandalu — nie było newsa. Taka jest, niestety, natura goniących za sensacją mediów. Mam wrażenie, że podobnie dzieje się ze sztuką sakralną: głośno jest o monstrualnej bazylice w Licheniu, która obraża poczucie piękna i przyzwoitości, głośno też o skandalu wokół warszawskiej Świątyni Opatrzności. Może warto więc dzielić się dobrymi przykładami. A one są! Z tych, które widziałam ostatnio: polichromia i Droga krzyżowa Mateusza Środonia w warszawskim kościele Najświętszej Maryi Panny w Międzylesiu; kościoły Stanisława Niemczyka: w Czechowicach–Dziedzicach i w Krakowie przy ulicy Brodowskiego, Kaplica Miłosierdzia Macieja Zychowicza i Adama Brinckena przy świątyni w Jarosławiu; witraże Światło Dnia Pierwszego Adama Brinckena w Wejherowie, kilka wersji obrazu Jezu, ufam Tobie! Danuty Waberskiej.

No dobrze, ale co z parafią? Ideałem byłoby traktować swoją parafię jak własną rodzinę. Tej nie odrzuca się przecież ze względów estetycznych, tylko dlatego, że ciocia niemodnie się ubiera, matka nie jest przystojna, a wujek nie błyszczy intelektem. W rodzinie kryteria są inne, trzeba się wspierać, by wszystkim żyło się lepiej. W Kościele, gdy tylko mamy większe ambicje, bez skrupułów wybieramy „rodzinę zastępczą” — a tabernakulum jest przecież wszędzie to samo. Tak po prostu się dzieje, choć trudno myśleć o tym bez niepokoju, jak o ucieczce od odpowiedzialności. Nie chcemy się szarpać w radach parafialnych, nie chcemy nikogo wychowywać, niczego bronić. Uciekamy, chowamy się w naszych kulturalnych, elitarnych enklawach, gdzie nikt nie zmusza nas do kompromisu, gdzie czujemy się „u siebie”. Jesteśmy za wygodni, do parafii przychodzimy jak konsumenci. Zawsze możemy przecież zamknąć oczy. Czy ten mechanizm przypadkiem nie pokazuje szerzej problemu całego naszego kraju?

* * *

W mojej małej, wiejskiej parafii rok temu były prymicje — pierwsze powołanie w tej wsi, duże wydarzenie. Cały kościół utonął w kwiatach: piękne, białe girlandy i bukiety zasłoniły przykurzone ściany, nieładne obrazki. Wszyscy byli pod wrażeniem, mówiono o tym więcej niż o wszystkich przemowach i kazaniach. Jeszcze po roku z całych prymicji najbardziej wspomina się te kwiaty — układane na chwałę Bogu, ale i dla radości oczu. Jednak więc forma ma znaczenie. Byle nie tracić równocześnie z oczu słów: „Nie w piękności farby ani pędzla jest wielkość tego obrazu, ale w łasce mojej”.

1 Por. Krystyna Styrna–Bartkowicz, Magdalena Musialik, Niebo schodzi na ziemię. Realizacje Karola Badyny, „Sztuka sakralna”, 5/2003, s. 6–11.
2 Janusz St. Pasierb, Liturgia jako dzieło sztuki, w: Pionowy wymiar kultury, Znak, Kraków 1983, s. 52–61.
3 Por. Zbigniew Benedyktynowicz, O „Epitafium i siedmiu przestrzeniach” — rozmowa z Jackiem Sempolińskim, w: Sacrum w sztuce współczesnej, red. Barbara Major, Miejska Galeria Sztuki w Częstochowie, 2003, s. 157–165.
4 Por. Teresa Labuda, „Wymaluj obraz…”, „W drodze”, 7/1993, s. 10–14.
5 Jacek Woźniakowski, Pochwała brzydkich kościołów, w: Czy kultura jest do zbawienia koniecznie potrzebna?, Znak, Kraków 1988, s. 211– –214.
6 Jacek Woźniakowski, Kunszt i kult, „W drodze”, 3/1989, s. 47–53.
7 Jacek Woźniakowski, Pochwała prostoty, w: Czy kultura…, s. 201–205.

Nowe szaty królowej
Krystyna Czerni

urodzona 14 grudnia 1957 r. w Gliwicach – polska krytyk i historyk sztuki, doktor nauk humanistycznych, pracownik naukowy katedry Historii Sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim.Publikuje w „Tygodniku Powszechnym”, „Res Pu...