Dar i pamięć

Dar i pamięć

Wszystkich tych, których nie zniechęciły początkowe trudności przedzierania się przez tekst traktatu św. Bernarda „O miłowaniu Boga”, zapraszam do dalszej wędrówki i rozważań.

W niniejszym liście spróbujemy wziąć na warsztat część traktatu św. Bernarda O miłowaniu Boga zawartą między 11 a 16 paragrafem 1.

Na początku poczyńmy małe rozróżnienie, zachowując w pamięci naukę św. Bernarda z poprzednich listów opisującą naszą przestrzeń życiową jako przestrzeń daru. Różnica między darem a prezentem jest taka, że prezent można spokojnie odłożyć na półkę i wrócić do niego w dowolnej chwili, gdy tymczasem dar traktowany w podobny sposób wystawia nam w końcu rachunek prawdziwych strat związanych z zaprzepaszczeniem wpisanej w niego duchowej szansy. Podam bardzo prosty przykład: kiedy małe dziecko przynosi krzątającej się matce niezdarnie narysowany kwiat, a ta — zajęta swoimi myślami i troską o rodzinę — mówi do niego, nie patrząc wcale na rysunek: „Piękny, połóż go tu na stole”, dzieje się coś bardzo niedobrego — z całą pewnością wychodzimy z logiki daru, czyli pewnej czujności, stałego otwarcia na gest i głodu tego często małego gestu niosącego wielką miłość. Wiem, że brzmi to bardzo romantycznie w czasach, kiedy normą stało się grzeczne, „aksamitne” wyrachowanie: daję, żeby otrzymać, żeby o mnie pamiętano, żeby zapewnić sobie duchowy komfort (np. prowadzę interesy na granicy prawa, a czasem je przekraczam, ale daję na biednych), żeby zarzucić na drugiego siatkę powiązań i zobowiązań etc. Jednym słowem: coś za coś. Dar zaś wymaga wyjścia z układu, bo dar będzie próbował nas ośmielić do ofiary, poświęcenia, czystej gry i zrezygnowania z wszelkiej formy marnotrawstwa (zamknięci w krainie Do ut des czasami z przerażeniem dostrzegamy miłość przeciekającą nam przez palce, nasz coraz bardziej dający się we znaki brak sił do zmiany takiego stanu rzeczy, rosnącą górę złej wyobraźni: „Nie wyobrażam sobie, abym z tą osobą po tylu latach wspólnego życia mógł dojść do jakiegokolwiek porozumienia, nie mówiąc już o odnowieniu naszej miłości”).

Jak zachować wrażliwość na dar, jak uwolnić naszą percepcję od nieuchronnego przecież zmęczenia i przyzwyczajenia? Święty Bernard przywołuje tu na pomoc starą praktykę monastyczną — praktykę „pamięci o Bogu”. Nie sądźmy jednak pochopnie, że ogranicza się ona np. do przywoływania Jego imienia czy też bycia w miarę często obecnym przed Jego obliczem. To zapewne dużo, lecz co innego stanowi istotę tej praktyki, wyrastającej przecież z Biblii. Pamięć o Bogu musi być pamięcią konkretną — to znaczy mieć jako bazę konkretne wydarzenie, w którym objawiła się miłość i moc Boga wobec mnie lub mojej wspólnoty. Nazywamy to fachowo „wydarzeniem założycielskim”, „fundacyjnym”, w którym Bóg nie jest abstrakcją, ale Wyzwolicielem z bardzo konkretnych, historycznych opresji. Jeśli Bernard wzywa do pamięci o Bogu, to właśnie w taki sposób. Posłuchajmy: „Kto ma pamięć śmierci mojej i za moim przykładem umartwia na ziemi swoje ciało — ten ma życie wieczne”. Innymi słowy: jeżeli będziecie cierpieć ze Mną — ze Mną też będziecie królować. Jednak wielu, słysząc te słowa, odwraca się i ucieka z narzekaniem: „Twarda jest ta mowa i któż jej słuchać może?” (J 6,60). Mamy więc tu do czynienia z historią, faktem, który otworzył mi drogę do wolności — ze zbawczą śmiercią Chrystusa i z przykładem, który jest konkretnym przeżyciem tej śmierci przeze mnie: informacja, orędzie staje się historią, do której się przykładam, przyznaję, z którą się łączę, bo ta historia niesie dla mnie sens — dlatego ją pamiętam; to historia, która przenika mnie do szpiku kości, która przeszywa moje serce, która domaga się kontynuacji, dopisania mojej części, zaistnienia jako moja w moim życiu…

Każdy z nas może przywołać takie wydarzenie ze swojego życia. „Od tego się zaczęło… Od tego zaczął się mój powrót do Boga… Pomyślałem, że przecież musi się coś stać, nie mogę tak dalej żyć… Postanowiłem więc… Powiedziałem: dosyć… Miałem wszystko — dom, samochód, świetną posadę, ale nie potrafiłem być szczęśliwy… Pożegnałem się już z życiem i wtedy… Ukrywałem mój nałóg przed samym sobą, ale pewnego dnia, dobrze to popołudnie pamiętam… Ksiądz zbierał się już do wyjścia z konfesjonału, wtedy podszedłem… Nie wiem, dlaczego wszedłem do tego kościoła, grupka ludzi klęczała przed Najświętszym Sakramentem, choć w tym momencie nie wiedziałem, że jest to Najświętszy Sakrament, wtedy poczułem, że Ktoś mnie kocha, chciałem krzyczeć, chciałem powiedzieć o tym klęczącym ludziom… Życzę powodzenia — usłyszałem przytłumiony głos mojego szefa, tak, straciłem pracę, znalazłem się na bruku, ale zamiast czarnej fali rozpaczy podpłynęło pod moje serce ogromne ciepło i radość, »Co jest, u licha!« — zdążyłem pomyśleć. I oto po raz pierwszy w życiu przestałem się bać, przestałem się bać ludzi…”. Takie świadectwa słyszymy często, ludzie nagle zdają sobie sprawę, że Ktoś poświęcił życie dla nich, że ta ofiara wyrywa ich z kleszczy ciemności, przemocy, rozpaczy. Zaczynają przez swoje śmierci iść z niespotykaną odwagą i męstwem. Podobne rzeczy mogą się dziać z całą wspólnotą — tak, wszyscy, choć na różny sposób przypominają sobie „wydarzenie założycielskie”, które nadało wspólnocie nową dynamikę, albo jeszcze głębiej — grupa luźno powiązanych indywidualistów, leni, cwaniaków, dusz pobożnych a fałszywych, samonapędzających się męczenników domowo– –wspólnotowych, różnego rodzaju stachanowców ducha — stała się wspólnotą: opuścił ją zły duch, a narodził się w niej Chrystus.

Pamięć o Bogu utrzymuje mnie w przekonaniu, że nie tylko mam kochać, ale mogę kochać. Nade wszystko zaś, że jestem kochany. Mogę oczywiście logikę daru odrzucić, daru nie chcieć, uważać go za rzecz najoczywiściej zbędną. Bernard mówi na początku 11 paragrafu w związku z tym niebezpieczeństwem o dwojakiego rodzaju ludziach — jedni złaknieni pełni, prawdziwego szczęścia, głodni miłości odrzucają zbyt łatwe pociechy i obietnice bezpieczeństwa, nie chcą być w „układzie”, ich postawę wyraża modlitwa słowami Psalmu 76: „Nie chciała się pocieszyć dusza moja” oraz „Wspomniałem na Boga i uradowałem się”.

Drudzy to ludzie „szukający korzyści opartych na złudzie” — jak ich charakteryzuje Bernard. Nie mówi, że wybierają bezpośrednio zło, ale coś, co dobro przypomina. Ich głody i pragnienia karmione są teatralną atrapą udającą pokarm prawdziwy. Możemy się domyślać, że nie zadowolą się prywatnym smakowaniem tych erzaców dobra, ale będą je reklamować jako jedynie słuszne i bezkonkurencyjne… Erzac będzie zawsze potrzebował przemocy, bo nie jest zdolny obronić się mocą samej swojej prawdy. Jeśli powstają idee — mówił niegdyś ks. Józef Tischner — to znaczy, że były głody, było takie zapotrzebowanie. Najlepiej więc sprawdzić ideę, przepuszczając ją przez człowieka. Czy rzeczywiście dana idea potrafi go nasycić bez stosowania siłowego argumentu? Czy potrafi obdarować go życiem, a nie tylko przytłumić głód? I czy tak naprawdę spełnia ona kryterium ludzkiego szczęścia przywołanego tak celnie przez Bernarda w krótkim cytacie z Psalmu 16: „Nasycony będę, gdy ukaże się chwała Twoja”? Chwała Boża nie jest alienacją, jest gwarancją mojej wolności: Bóg nie zatrzymuje niczego dla siebie, bo w Jego naturze tkwi oddanie — tak więc zawsze chwała Boga jest chwałą człowieka — żeby strawestować starą formułę Ireneusza z Lyonu.

Jednak jakie to ma dla mnie konkretne, egzystencjalne znaczenie? Powiedzmy tak — człowieka fascynuje szczęście i siła. Szybko też jednak nudzi się i potrzebuje nowych podniet. Kaprysy człowieka, szukanie „nowego” mogą go pchnąć na drogę przemocy i perwersji. Tymczasem chwała Boża — to „mocne i onieśmielające mnie piękno” — budzi we mnie niegasnącą fascynację, staje się przedmiotem moich rozmyślań zawsze przecież dyscyplinujących moje światy i pobudzających nowy głód jeszcze pełniejszego zanurzenia się w Boga. A to zawsze będzie znów miało skutek moralny i społeczny — skorzystam ja i moi bliźni, stanę się nowym, odważnym człowiekiem (reprezentującym sobą właśnie „mocne piękno”), który nie tylko nie zadowoli się wzrastającą w nim chwałą Boga, ale zacznie troszczyć się o przywracanie piękna i godności innych, poniżonych ludzi. To bardzo eucharystyczna logika — złaknieni Boga, przyjmujemy Jego Chleb (to nie my trawimy Chleb, ale Chleb trawi nas), stajemy się coraz bardziej podobni do Niego i rzeczywiście jesteśmy prawdziwym chlebem dla innych. Mówi Bernard: „On sam świadczy: »Którzy mnie jedzą, jeszcze łaknąć będą« (Syr 24,29). A kto się już Nim nakarmił, wyznaje: »Nasycony będę, gdy się ukaże chwała Twoja« (Ps 16,15). Błogosławieni jednak, którzy już teraz łakną i pragną sprawiedliwości, bo nadejdzie czas, że nie kto inny, lecz oni zostaną nasyceni. A tobie, rodzaju zły i przewrotny, biada! Biada ci, ludu głupi i zbuntowany! O Bogu zapominasz i obecności Jego się lękasz! Nie inaczej! Wszakże nie próbujesz nawet »wyrwać się z sidła łowiących« (Ps 90,3)”.

Pamięć o Bogu zawraca mnie tak naprawdę w moją stronę, każe mi pamiętać o sobie — to znaczy zakreśla mój antropologiczny, etyczny i mistyczny horyzont. Najpierw przypomina mi moją konstrukcję: kim jestem, ale i kim mam się stać, tj. jakich wyborów dokonać (tu również obowiązuje dynamika: od poprawności do heroizmu), i wreszcie, z Kim mam się spotkać i zjednoczyć w niekończącym się poznaniu. Nie oznacza to oczywiście oddalania w nieokreśloną przyszłość zjednoczenia z Bogiem, lecz właśnie konfrontację nawiedzeń Nieskończonego i Niepojętego z wydarzeniem założycielskim przechowywanym w mojej pamięci (przypomnijmy — jest to wydarzenie wyzwolenia mnie z niewoli, zwrócenia i zadania mi wolności), tak abym nie zwodził samego siebie, biorąc za Boga moje lustrzane odbicie lub nawet przebranego Anioła Ciemności.

Spróbujmy teraz pokrótce nakreślić propozycje odpowiedzi na te trzy najważniejsze ludzkie pytania.

Horyzont antropologiczny

Człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boże. Upadek zdezintegrował, zdysharmonizował jego naturę — człowiek nie kocha już „cały” wzorem swojego Stwórcy: „Bóg kocha — pisze Bernard — a kocha cały, ponieważ kocha Trójca Święta, jeżeli »cały« można powiedzieć o Nieskończonym i Niepojętym”. Znakiem utracenia pierwotnej jedności jest zmierzanie do śmierci naszego ciała. Na pytanie, kim będziemy, kim mamy się stać, odpowiada św. Bernard dwojako: przyszłość ciała opowiedziana jest słowami św. Pawła z Listu do Filipian: „Zbawiciela oczekujemy, Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przemieni ciało naszego uniżenia i upodobni je do ciała jasności swojej” (Flp 3,20–21). To nie wszystko, bo Bernard ma swoje poetyckie i mistyczne ambicje i sam odmalowuje przyszły wizerunek duszy — Oblubienicy Chrystusa przepojonej wiarą: „Jak Oblubienica i gołąbka Chrystusowa, oczekując, spoczywa »w pośrodku działów« i czasie rozważania nadmiaru słodyczy Twojej, Panie Jezu, otrzymuje »pióra posrebrzane«, czyli znak niewinności i czystości. Wtedy też unosi ją nadzieja, że w radości stanie przed obliczem Twoim i, wprowadzona triumfalnie do krainy świętych, przeniknięta zostanie blaskiem mądrości tak, że nawet ramiona i plecy zapłoną tęczą pełną złota (por. Ps 67,14)”.

Horyzont etyczny

Bernard pisze: „I poganie uświadamiają sobie, że cały swój byt zawdzięczają Sprawcy wszystkiego. O ileż więcej zobowiązany jestem uczynić ja (…). Darmo dany i oddany, jestem dłużny podwójnie. Choćbym oddał za Niego tysiąc razy moje życie — czymże pozostanę przed Jego obliczem?”.

To napinanie przez Bernarda struny naszych etycznych zobowiązań nie jest tylko kaznodziejską retoryką próbującą nas zawstydzić i w rezultacie zmusić do działania. To nie kwieciste kaznodziejstwo, a raczej medytacja nad prawem miłości, prawem Błogosławieństw — czy jest to szlachetna utopia, czy też prawo, które możemy zachowywać? Rzeczywiście jest to prawo ogromnie wygórowane, poprzeczka umieszczona jest bardzo, bardzo wysoko. „Oblubienica biegnie śladami »wonnych olejków«, rozpala swą miłość, jakkolwiek czuje, że jest ona wciąż zbyt skąpa wobec tamtej, Bożej miłości, chociażby nawet zagłębiła się w niej zupełnie”. Możemy jednak wypełnić prawo miłości (a nie tylko być poprawni, choć to oczywiście ogromnie dużo). To obecność Ducha Bożej Miłości, który nas „poucza” i „przypomina” słowa Jezusa, miłości zawsze uprzedzającej, pierwszej w stosunku do nas — sprawia, że podejmujemy i spełniamy rzeczy niemożliwe.

Horyzont mistyczny

Propozycja Bernarda rozpięta jest między „już” a „jeszcze nie”. Spotkanie ostateczne, wieczne przygotowywane jest przez spotkania teraźniejszego czasu: Bóg w tym spotkaniu jawi się jako Oblubieniec podtrzymujący ręką głowę Oblubienicy wciąż narażonej na pokusy „tego świata”. Oblubienica zaś przygotowuje chwilę zjednoczenia przez rozważanie „niepojętego miłosierdzia”, „miłości niezwykłej, a tylekroć doświadczanej”, „łagodności zawsze zwycięskiej”, „niewypowiedzianej słodyczy serca”. Bieg duszy „śladami wonnych olejków” należy rozumieć w aspekcie „jeszcze nie” — czyli wciąż jeszcze naprzemiennego doświadczania Boga: obecność — odejście, światło — ciemność. Rozpoznanie czasu nawiedzenia zasadza się na wcześniejszym doświadczeniu Boga — a oto Jego imiona doświadczone i zebrane przez św. Bernarda: „najłaskawszy Dawca życia”, „najczulszy Opiekun”, „najlepszy Pocieszyciel”, „wspaniałomyślny Władca”, „najmiłosierniejszy Odkupiciel”.

1 Przypominam, że posługuję się poznańskim wydaniem Klubu Książki Katolickiej — Święty Bernard z Clairvaux, O  miłowaniu Boga i inne traktaty, przekład i wstęp Stanisław Kieltyka SOCist, seria: Najważniejsze książki chrześcijaństwa, Biblioteka Christianitas, t. 4, Poznań 2000.

Dar i pamięć
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...