Dwupłatowcem na pułap doskonałości

Dwupłatowcem na pułap doskonałości

Miał nad sobą usilnie pracować, chciał bardziej kochać Boga i ludzi, chciał osiągnąć doskonałość moralną i zawodową. Odnosi się zrazu wrażenie, że nie dano mu na to stosownego czasu.

Zginął śmiercią lotnika. To lakoniczne zdanie, które zastępuje zwyczajową formułkę nagrobną o treści: „Zginął śmiercią tragiczną”, odbiera tragicznej śmierci jej dramatyczny, szokujący wymiar. Uznano ją za powszednią, zwyczajną śmierć w środowisku lotniczym, by jej stała groźba nie była już w stanie zastraszyć tego, kto ma przed sobą wysokie loty. De Saint–Exupéry, Guillaumet, Mermoz, Amelia Earhart zginęli śmiercią lotnika. Po pracowitym życiu nasyconym sukcesami, rekordami i ludzką wdzięcznością zabrani zostali ponad pułap swych ułomnych maszyn. Istotne plany i zamiary zostały już zrealizowane. Śmierć w szczytowym momencie rozwoju nie rodzi w żywych takiego buntu, który wybucha czasem po śmierci dziecka czy młodego człowieka. W przypadku lotnika nie pytamy „dlaczego?”. Nie pytałem o to po zakończeniu lektury Mes vols Jeana Mermoza. Czytając, towarzyszyłem pilotowi podczas jego pierwszych doświadczeń, głodowałem wraz z nim pod dachami Paryża, byłem przy nim w niewoli u Maurów, pocztowym samolotem przekraczałem Andy i Atlantyk, pieściłem wzrokiem zgrabną linię latającej łodzi Latčcoére i walczyłem z żywiołami wody i powietrza. Kiedy w końcu dowiedziałem się, że Mermoz zginął nad oceanem, nie poczułem żalu. Jego życie, przez które dane mi było przedzierać się wśród gęstwiny francuskiego oryginału, w równej mierze jawi mi się jako piękne i jako kompletne. Nie brak w nim niczego. Mermoz stał się nauczycielem życia, a jego wspomnienia to swoisty podręcznik, w którym zamiast reguł i twierdzeń, znajdziemy czyny i przykłady.

Formacja lotników

Lektura wspomnień lotników przekonuje nas, szczury lądowe, że służba w lotnictwie ma równie wyrazisty rys formacyjny, co wszelkie znane procesy wychowawcze. Mówiąc banalnie a zrozumiale, jest lotnictwo szkołą charakterów. Ojciec Józef Bocheński OP (licencję pilota uzyskał w 70. roku życia) uznawał pilotów wojennych za ludzi, którzy wspięli się na szczyt moralny. Jeśli oczarował nas Witold Urbanowicz, oddamy też chwałę Pokryszkinowi. I być może nie rzucimy kamieniem w Ulricha Rudela. Biograficzne powieści lotnicze Antoine’a de Saint–Exupéry’ego przydały lotnikom miano filozofów, uczyniły z nich pasterzy trzód. Rzeczywistość lotnicza jest tam święta. Wielki, niezwyciężony Rivičre, dyrektor francuskiej sieci lotniczej w Argentynie, nie słyszy wśród nocy silnika samolotu, lecz „śpiew organów”.

Z takimi to myślami przystępowałem do głównej urlopowej lektury, którą w 2003 roku stała się książka Podniebny lot (Warszawa 1947) zawierająca — jak głosił podtytuł — życiorys, listy i pamiętniki polskiego lotnika Antoniego Scheura. O tym, że zanosi się na lekturę niepodobną do standardowych pozycji literatury lotniczej, uprzedzony zostałem przez trzy niezwykłości zapisane na stronie tytułowej. Po pierwsze: stan duchowny osoby opracowującej (ks. Stanisław Tworkowski); po drugie: niezwykła w tym przypadku instytucja wydająca (Wydawnictwo SS. Loretanek–Benedyktynek); po trzecie: nieoczekiwana tu adnotacja imprimatur. Nazwisko lotnika nie było mi znane. Nie należał ani do pionierów lotnictwa, ani do asów I wojny światowej, nie rozsławił polskich skrzydeł w świecie. Po książkę sięgnąłem, gdyż okładka w stylu art deco kusiła granatowymi kłębiastymi chmurami jako tłem dla białej łupinki dwupłatowca, a to właśnie lubię.

Podsuszone fakty

Życiorys Antoniego Scheura zapełniający karty pierwszej z czterech części, na które podzielona jest książka, w pełni odpowiada wymogom konwencji, która przez szacunek, cześć i stosowany filtr faktograficzny mimo woli narzuca się autorom Żywotów świętych. Kilka przytoczonych zdarzeń z dzieciństwa i wczesnej młodości lotnika wręcz przepowiada nadchodzącą świętość. Ucałowanie ręki ciężko chorego służącego, pogodzenie zwaśnionych i święty gniew na widok nieprzyzwoitości — znamy to z literatury hagiograficznej — a to właśnie uczynił Antoś w zaraniu swojego żywota. Ksiądz Tworkowski, który ów życiorys opracował, wypełnił go ponadto gotowymi ocenami moralnymi i katalogiem cnót (dobroć, życzliwość, radość życia, powaga, niewinność duszy, głęboka pokora itp.). W większości wynikają one z własnych słów lotnika lub z dołączonych wspomnień jego matki i przełożonych, dlatego może się zdarzyć, że czytelnik nie przyjmie ich zrazu na wiarę, pragnąc sformułować je osobiście po zakończeniu lektury. Takim też byłem czytelnikiem.

Essentialia negotii tego życiorysu zamykają się faktem, że podchorąży pilot Antoni Scheur zginął śmiercią lotnika w wieku lat 24. Zasadnicze części książki zapisują więc myśli i czyny człowieka młodego. Młody wiek i profesja lotnicza w zestawieniu z treścią pozostawionych refleksji pozwolą wkrótce nie tyle na osąd, ile na zdumienie z powodu amplitudy myśli, w której Scheur się przemieszczał. Na kartach książki sąsiadować będą pojęcia rzadko (nawet w literaturze pięknej) powiązane: wysokościomierz — Bóg, motor — miłość bliźniego; 1100 obrotów na minutę — szczęście wieczne; beczki, spirale, epingle — doskonałość, mądrość i miłość. O tym jednak potem. Najpierw podsuszone fakty.

Antoni Scheur urodził się w 1896 roku w Gucinie, w powiecie ostrołęckim. Był synem Francuza Alzatczyka, który po klęsce w wojnie z Prusami osiadł i ożenił się w Polsce. Dwa gorące patriotyzmy, francuski i polski, nie ścierały się w domu Scheurów, lecz współbrzmiały ze sobą zgodnymi opiniami na świat, wartości i politykę. Po ukończeniu gimnazjum, a było to w 1914 roku, Antoni Scheur powołany został do wojska rosyjskiego, w którym przyszło mu odsłużyć niemal cały okres I wojny światowej. Najpierw w charakterze motocyklisty, później w oddziale wozów pancernych złożonym z żołnierzy belgijskich. Rodzice schronili się na czas wojny w Kijowie, gdzie też niebawem Scheur ojciec zmarł. Upadek morale wojsk frontowych i zamęt rewolucji bolszewickiej skłoniły żołnierzy oddziału belgijskiego do opuszczenia gościnnej uprzednio ziemi rosyjskiej. Antoni Scheur powrócił do Polski. Jako student Politechniki uczestniczył w rozbrajaniu Niemców, a po ukonstytuowaniu się pierwszych form niepodległego bytu państwowego wstąpił do Szkoły Lotniczej prowadzonej w Warszawie przez francuskich sojuszników. Latał na Nieuportach, Spadach, Moranach, Caudronach i na zdobycznym niemieckim demobilu. Awansowany w 1919 roku do stopnia podchorążego, został mianowany dowódcą I Dywizjonu Szkolno–Lotniczego w Dęblinie. Zmarł 29 września 1920 roku w wyniku urazu czaszki doznanego dzień wcześniej w kraksie, którą zakończył się lot egzaminacyjny z pilotem uczniem.

Tyle fakty. Waham się stwierdzić, czy wystarczająco wyraziście ilustrują one biblijną mądrość, którą przytaczamy dla wyjaśnienia przedwczesnych śmierci: „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele. Dusza jego podobała się Bogu, dlatego pospiesznie wyszedł spośród nieprawości” (Mdr 4,13–14). Znamy życiorysy lotnicze bardziej nasycone „czasami”, zdarzeniami i czynami, znamy lotnicze doskonałości, asów lotniczych i prawych ludzi; a przecież nadal, z całego serca, życzymy im sto lat. Czy Antoni Scheur przeżył czasów wiele? Dalsza lektura książki każe szukać odpowiedzi nie w słowach „wojna”, „samochody pancerne” czy „szkoła lotnicza”, lecz w pojęciach typu „dążenie do doskonałości” lub „praca nad charakterem”.

Nadprzyrodzony blask

Gdybym nie przyjął zawczasu na wiarę przekonania, że tylko Bóg jest w prawie wybrać czas śmierci człowieka i że zawsze jest to czas najlepszy, powiedziałbym z równym przekonaniem, że śmierć Antoniego Scheura była bez wątpliwości przedwczesna. Rozpoczynając prowadzenie pamiętnika i prowadząc go przez zaledwie czternaście miesięcy, postawił przed sobą tak szczegółowy plan moralnego udoskonalenia swego życia, że nie chce się wprost wierzyć, by mógł go w tak znikomym czasie zrealizować. Miał nad sobą usilnie pracować, chciał bardziej kochać Boga i ludzi, chciał osiągnąć doskonałość moralną i zawodową. Odnosi się zrazu wrażenie, że nie dano mu na to stosownego czasu. Jednak zaraz potem przychodzi refleksja, wynikająca z lektury, że te właśnie plany i postanowienia zrodzone zostały przez niemal doskonały ład moralny człowieka tak pokornego, że nieświadomego swego nadprzyrodzonego blasku.

Antoni Scheur rozpoczął pisanie pamiętnika 15 lipca 1919 roku. Pod datą tą czytamy: „Chcę być doskonały jako i Ojciec nasz w niebiesiech doskonały jest. Nie chcę tolerować dłużej myśli o zmęczeniu, o niezdolności do pracy, do myślenia. Wyrzekam się raz na zawsze wszelkiego związku z rzeczami lub ludźmi, z myślami złymi, niedoskonałymi. Nie chcę lubić nic złego, niedoskonałego; chcę stracić styczność ze złem. Chcę się odzwyczaić od wszelkich złych, niedoskonałych pojęć i przyzwyczajeń. Nie chcę służyć i być niewolnikiem zła, niedoskonałości i występku. Chcę służyć jedynie Bogu i żyć jedynie dla Niego”. Nasuwają się zaraz słowa zapisane przez Pascala: „Nie szukałbyś mnie, gdybyś mnie już nie znalazł” i wręcz narzuca się sposobność ich sparafrazowania: Nie pragnąłbyś być lepszym, gdybyś już nim nie był. Jeśli miałbym tym utrafić w sedno, to pod kolejnymi datami powinno było pojawić się potwierdzenie. Na to się sposobiłem, tego oczekiwałem.

Był więc rok 1919. Najmłodszy ówcześnie zawód świata, zawód lotnika, cieszył się nabożnym podziwem laików (czyli bez mała całej ludzkości) widzących w nim rodzaj najbardziej niedostępnego z ziemskich wtajemniczeń. Przed lotnikami otworem stały drzwi salonów i kobiecych serc. Nauka, praca, rozrywka — ten rozsądny skądinąd, czysto ludzki program życiowy nie zostawia zbyt wiele miejsca na postęp duchowy; a kiedy szczerze przyznamy, że pomiędzy rozrywką a pokusą grzechu często nie ma granicy, to przyznać też musimy, iż program taki nie prowadzi wprost do nieba. Kiedy mężczyzna — z racji zawodu lub sukcesu — okrzyczany zostaje jedynym prawdziwym mężczyzną w okolicy, może zrodzić się w nim pragnienie konsumpcji powabów świata. Wydaje się to wręcz nieuniknione w społeczeństwach bezpiecznych, zasobnych i beztroskich, tracących czas na tworzenie widzialnych i stale dostępnych bożków.

Ale społeczeństwo polskie z roku 1919 nie używało świata. Duch patriotyzmu i poświęcenia, łudząco podobny do tego z roku 1863, znów stał się miarą wartości człowieka. Walczyliśmy wtedy z bolszewikami — nie tylko o wolność i byt, lecz także o duszę Narodu. Matka Antoniego Scheura donosiła mu w listach o swych kolejnych społecznych zatrudnieniach w powiecie ostrołęckim: skarbniczka Związku Budowlanego do Odbudowy Ostrołęki, przewodnicząca Narodowej Organizacji Kobiet, prezeska Patronatu Poborowego, delegatka na zjazd Związku Ludowo–Narodowego, kwestarka na Dar Narodowy, i jeszcze Biały Krzyż, Czerwony Krzyż i Kółko Rolnicze. Uf! Nawet rozrywka miała wtedy naturalne znamię wielkości. Zapewne „Pod Picadorem” lała się kawa i szampan, lecz gdy popłynęły stamtąd słowa „Mochnacki jak trup blady siadł przy klawikordzie…”, zachłysnęła się nimi cała spragniona Polska.

Antoni Scheur niemal detalicznie wylicza swe rozrywki. Charakterystyczne jest, że nie rozwodzi się nad nimi; odnotowuje sam fakt. Bale, przyjęcia, wieczorki, kąpiele w jeziorze, przechadzki samotne i z „miłą panną”, jama futurystów, filharmonia („Grali Griega »Peer Gynt«. Ogromnie mi się podobał”), narty, lekcje tańca, jazda na karuzeli. Dwa, trzy zdania z dziedziny przyjemności i przyziemności, a zaraz potem znów wiele o Bogu i o pracy nad sobą. Po kilku miesiącach sam dokonuje oddzielenia tych spraw, prowadząc jednocześnie dwa bruliony: jeden staje się dzienniczkiem spraw ziemskich i bieżących, drugi jest pamiętnikiem życia duchowego.

Sprawy lotnicze zajmują w jego listach i pamiętniku znacznie więcej miejsca niż rozrywka. Awiacja, jakkolwiek nie prowadzi wprost do świętości, jest dla Scheura nie tylko godziwą treścią życia, lecz też jego radością, nadaje życiu ulubionego smaku. Poznał wiele z ówczesnych samolotów. Szczególną satysfakcję sprawiało mu opanowanie maszyn niechcianych, niestabilnych, ciężkich, które zastał na poznańskiej Ławicy. Uważał to za sposób na stanie się mistrzem pilotażu. Częstokroć dokonuje wartościowania maszyn, przyznaje się do zabobonnych uprzedzeń (samoloty niemieckie budziły w nim początkowo niechęć), zapisuje swe upodobania („Jestem obecnie zakochany w L.V.G., wielkiej majestatycznej niemieckiej maszynie i w małym drapieżnym Spadzie francuskim”). Program szkoły i nieprzewidziane wypadki na froncie wojny z bolszewikami przenoszą go z miejsca na miejsce. Zna lotnisko warszawskie, dęblińskie, poznańskie, bydgoskie. Jego zapiski stanowią wartościowy przyczynek do dziejów rodzenia się niepodległego polskiego lotnictwa i szkolnictwa lotniczego. Bez wstydu pisze o swych kapotażach.

Ówczesne aparaty latające, jakkolwiek udowodniły swą skuteczność w pojedynkach powietrznych wojny światowej, pod każdym względem urągają dzisiejszym wymogom BHP. Widuje się je jeszcze na pokazach lotniczych, na których robią prawdziwą furorę; ze zrozumiałych względów cywilni pasażerowie nie pokładają w nich ufności. Wówczas uchodziły za prawdziwe cuda techniki, które wszakże mogą przecież, w końcu, kiedyś, co zrozumiałe, ulec awarii. Antoni Scheur zdawał sobie sprawę, że śmierć czyha w powietrzu, że krąży wokół niego, wypatrując okazji. Przestrzegała go przed niebezpieczeństwem matka. Przestrzegała i zapewniała o modlitwie do św. Antoniego. A syn rozważał tę myśl swym chłodnym technicznym umysłem i uspokajał matkę: „W Warszawie w szkole francuskiej, na cztery tysiące godzin latania, nie było ani jednego śmiertelnego wypadku. W Poznaniu, na cztery tysiące pięćset — jeden śmiertelny”.

Rozum mówił, że samolot (nawet „latająca trumna”) jest bezpieczniejszym pojazdem od motocykla czy automobilu. A serce i wiara karmiły się dowodami Bożej opieki: „Dziś był kawał, jaki się podobno nigdy nie zdarzył w lotnictwie. Wpadły na siebie dwa aeroplany w powietrzu, łamiąc się dosyć solidnie, ale nie straciły równowagi i nic się nikomu nie stało. Ja patrzałem na to, nie wierząc swoim oczom. Sypały się z nich drzazgi, rwało płótno, a one wylądowały spokojnie i uczniowie w nich siedzący powychodzili roześmiani i zadowoleni. Cud prawdziwy”. Zapewne owo świadectwo własnych oczu dodało mu kurażu. Nie był jednak zuchwalcem, nie poważył się na kuszenie Boga. Zapisał niebawem: „Wierzę, że zależę od Niego i jeżeli mi ześle śmierć lub kalectwo, to Jego będzie wola. Chciałbym tylko, w razie gdyby się to stało, mieć poczucie, że ginę przy obowiązku, przy pracy celowej, służąc Bogu i ludziom, a będę miał wtedy spokojne sumienie. Zresztą ufam Bogu i wierzę w Jego opiekę”.

Niecierpliwie czekał na ukończenie kursów i ugruntowanie umiejętności zawodowych. Odmówiono mu udziału w bitwach na froncie. Widziano w nim przyszłego wychowawcę polskich lotników i sugerowano to w urzędowych opiniach. Nie sprzeciwiał się realizmowi życia. Marzył jednak o dalekich podróżach. Aeroplan miał go przenieść do Indii, w Himalaje, na Grenlandię, Islandię i bieguny. Chciał poznać burzę i spokój, być tam, „gdzie jest dużo przestrzeni, i gdzie występują potężnie różne siły przyrody, i być gdzieś w osadzie, wśród gór, stad bydła i koni, wśród lasów”. Zdarzało się, że marzenia te przybierały kształt realnego planu życiowego, np.: „Uczyć się na Politechnice. Uczyć się po angielsku, ile się da. Zostać podporucznikiem. Następnie wyjechać do Paryża, do Anglii lub Ameryki. W każdym razie zacząć od Paryża”. W cztery dni później uzupełnia: „Następnie rozwiązać i załatwić sprawy sercowe”. Z wojaży po świecie miał wrócić na tyle mądrzejszy i posiadający większe możliwości, że Polska, w której przyjdzie mu pracować, stanie się potężniejsza i zasobniejsza również dzięki niemu.

Powyższe akapity nie mówią zbyt wiele o wielkości duszy Antoniego Scheura, o jego życiu duchowym. Owszem, miał wiele zalet, ale one wyszczególniane są też przecież w mowach pogrzebowych nad grobami szarych śmiertelników. Nad mogiłą milczy się o wadach. W tym duchu wypowiadał się zresztą major de Chivré, komendant szkoły lotniczej, który żegnał Antoniego w imieniu Francuzów. Jednak w swej mowie jako pierwszy z ludzi potwierdził, że Antoni Scheur wzniósł się ponad poziom swych zalet; zwrócił uwagę żałobników na „niepospolitą wielkość duszy” zmarłego, na cechę, która „od pierwszej chwili wyróżniała go spośród kolegów”. Liczne fragmenty pism lotnika zbliżają go do mistyków. Osadzone w kontekście środowiska lotniczego, czynią z nich unikatowe zjawisko w dziejach polskiej duchowości.

Nie był bohaterem w rozumieniu świata. Wojenna kariera motocyklisty i pancerniaka nie stworzyła mu okazji do opiewanych pieśnią czynów. Podobnie kariera lotnicza, której próg ledwie zdołał przekroczyć. Jakkolwiek wyciągi ze świadectw szkół lotniczych zgodnie stwierdzają u niego „doskonałego ducha wojskowego”, to równocześnie podkreślają jego bardziej cywilne cechy: sumienność, dokładność, systematyczność i opanowanie. Odmowa wysłania go na front, o co zabiegał, uzasadniona jest opinią, że większe usługi odda jako instruktor. Ale że niemożliwie jest, by „doskonały duch wojskowy” obył się w życiu bez walki, Antoni Scheur wydał walkę samemu sobie, a ściślej swym wadom i niedoskonałościom.

Z pism Antoniego Scheura nie wynika, by posiadł on wyraźniejszą umiejętność systematyzowania i porządkowania faktów, a co za tym idzie, i swoich postanowień moralnych. Walka, którą toczył ze słabościami ciała i ducha, nie miała precyzyjnego, klarownego planu, chociaż odnajdujemy nieliczne odstępstwa od reguły, np.: „Utrzymuję stosunki towarzyskie z ludźmi w następującym celu: 1. aby uspokajać, 2. aby dodawać chęci do życia, zdrowia, dobra i działania – pocieszać, dodawać otuchy, nadziei, 3. aby pobudzać do pogody, rozweselać”. Ale są to, jak już rzekłem, wyjątki. Pozostałe postanowienia, choć równie jednoznacznie sformułowane, wyłuskiwać trzeba spośród kontekstów, które pozornie do nich nic a nic nie przystają: z opisów lotów ćwiczebnych, potańcówek itp. Na szczęście daty zapisów pozwalają ustalić kolejność, w której Antoni Scheur stawiał wyzwania swej ludzkiej kondycji.

Wypunktowane postanowienia

Poniższemu zestawieniu, które sporządziłem za niego, starałem się nadać przejrzystość. Liczby porządkowe postanowień odpowiadają chronologicznemu położeniu danego postanowienia w pamiętniku; do wytłuszczonej skrótowej nazwy każdego postanowienia (nadanej przeze mnie) dołączam rozszerzenie w postaci odnośnego cytatu z pamiętnika. Przy doborze cytatów posłużyłem się brzytwą Ockhama, ponieważ Scheur powracał częstokroć do postanowień już raz podjętych i uzasadniał je inaczej lub głębiej. Postawiłem na te fragmenty, w których postanowienie — jasno wyrażone — pojawia się w pamiętniku po raz pierwszy. Oto więc usystematyzowana pilota Antoniego Scheura droga do doskonałości.

  1. Wyrzeczenie się złych skłonności. „Wyrzekam się wszelkich złych chęci, skłonności i instynktów, to wszystko nie jest mi potrzebne i szkodzi mi bardzo. Kocham i lubię wszystko, co jest dobre, co prowadzi mnie do Boga. Należę do Boga i nie chcę o niczym innym słyszeć. Chcę Jemu tylko służyć, dla Niego żyć i działać” (23 VII 1919).
  2. Nabycie mądrości. „Jestem głupi i zdaję sobie z tego sprawę, i to jest najgorsze. Albo będę mądry, albo zgłupieję tak, że amen… Takie życie to obraza boska i ja ani trochę nie chcę dalej tak postępować — i muszę się zmienić. Przyrzekłem Bogu, że się zmienię, że będę dążył do Niego i do doskonałości i liczę na Jego pomoc, bez której nic nie zrobię” (11 VIII 1919).
  3. Opanowanie woli. „Przede wszystkim muszę się bardziej opanować. Ciągle zapominam, gdzie żyję, co robię i na co żyję. Jestem przecież polskim lotnikiem i muszę wiedzieć, że powinienem być bezwzględnie uosobieniem punktualności. Na szczęście zrozumiałem, że lotnik musi być zdecydowany, energiczny, opanowany i mieć wolę. Obraz ten będzie mi tkwił w głowie, aż go wypełnię” (25 IX 1919).
  4. Przezwyciężenie nieśmiałości. „Dużo straciłem w życiu przez nieśmiałość — przez to, że czułem się nieswojo w różnych towarzystwach. Wobec tego na przyszłość będę się zachowywał zawsze i wobec wszystkich swobodnie, wesoło, uważnie, a zobaczę po jakimś czasie, jakie to też da wyniki” (26 IX 1919).
  5. Pocieszanie nieszczęśliwych. „Muszę więcej myśleć i poświęcać czasu ludziom nieszczęśliwym, ludziom nieświadomym i niewyzwolonym jeszcze spod panowania różnych ujemnych wpływów. Jak bardzo nieszczęśliwy czuje się chory, którego nikt nie odwiedzi. Jakie on ma wtedy czarne myśli, staje się pesymistą… Wiele wtedy znaczy odwiedzić go i skierować umysł jego do rzeczy normalnych, zdrowych, jasnych i pociągających — może to wszystko wpłynąć na jego życie. Aby dobrze spełnić rolę tego rodzaju, trzeba też przed tym namyśleć się i wiedzieć, o czym się będzie mówiło, i kierować rozmowę, aby nie wpaść pod wpływ ujemny tego, na kogo chcemy dobrze oddziałać. Trzeba zawsze starać się wynajdywać dla każdego wyjście z jego położenia, starać się udowodnić możliwości dostatku, zdrowia, pomyślności itd. Takie wyjście istnieje zawsze i w każdej sytuacji, i zawsze każdy może je odnaleźć, jeżeli zechce” (8 XI 1919).
  6. Roztropny sposób życia. „Żyć skromnie i oszczędnie, spokojnie i systematycznie” (6 XII 1919).
  7. Ostrożność w doborze towarzystwa. „Dobierać sobie towarzystwo, z którego bym korzystał umysłowo i moralnie, które by na mnie działało w sposób dodatni, podnoszący” (6 XII 1919).
  8. Pokonanie bezmyślności i małostkowości. „Chcę mieć życie pełne wrażeń i rozmaitości, pełne dobrych uczynków dla innych. Nie mam czasu na bezmyślność. Jak najwięcej poznawać, jak najwięcej uważać, jak najwięcej przyswajać, wszystko to zużywać na pożytek ludziom i na pchanie naprzód postępu wszechświata. Nie wolno mi też zawracać sobie głowy drobnymi, małymi rzeczami, zastanawiać się, czy mam do czego zdolności lub nie, czy mam dobry humor i ochotę na coś — tylko to robić, co wiem, że harmonizuje z całym moim planem życiowym, który bądź co bądź, chociaż powoli, ale jednak doprowadzam do skutku (10 XII 1919).
  9. Życzliwość dla ludzi. „O wszystkich ludziach złych i dobrych, usposobionych względem mnie przyjaźnie lub wrogo, myśleć zawsze życzliwie, tak jak o przyjacielu lub o sobie. Dobrych po prostu kochać, mieć do nich zaufanie — a niepewnym, złym i zepsutym życzyć z całego serca poprawy, odnalezienia właściwej drogi, zmiany warunków życia i w ogóle wszystkiego najlepszego. Uczucie miłości, życzliwości wytwarza pewność siebie, swobodę w obcowaniu z ludźmi, naturalność i szczerość, to wszystko, o co mi tak chodzi” (18 XII 1919).
  10. Rozwinięcie wpływu leczniczego. „Bardzo bym chciał mieć zdolności dobrego oddziaływania na innych. Bywały czasy, że umiałem bardzo prędko uspokoić kogoś cierpiącego na ból głowy lub zębów, tak że te osoby dziwiły się i mówiły mi to same. Muszę to udoskonalić i rozwinąć” (21 XII 1919).
  11. Pokonanie lenistwa. „Chcę być pracowity, to jest chcę, aby praca sprawiała mi prawdziwą przyjemność. Chcę lubić wcześnie wstawać, prędko się ubierać, prędko trzeźwieć po obudzeniu się, nie mieć uczucia ciężkości i senności. Dotąd miewałem dużo czasu, a miałem skłonność do próżniactwa, ale chcę z tym skończyć. Wszyscy ludzie, którzy zdziałali cośkolwiek w jakiejś dziedzinie, kochali swą pracę i przez to tak dużo zdziałali. Muszę się też wziąć do tego, nie tracić czasu na próżno i nie dawać się nikomu w pracy prześcignąć. Co to za przyjemność mieć zamiłowanie i rozpęd do pracy. Jest się wtedy zawsze wypoczęty, wesoły, pełen myśli jasnych, i wszelkiej inicjatywy; zadania różne rozwiązuje się z całą przyjemnością, wszystko idzie samo i przyjemnie” (24 XII 1919).
  12. Odstawienie używek. „Będę musiał zupełnie przestać pić, tak jak zrobiłem z paleniem, bo to nie ma sensu, to narkotyzowanie się i nie pasuje zupełnie do mnie; nie będzie to dla mnie wielka ofiara. Tak samo będę musiał »nie lubić« czarnej kawy” (26 XII 1919).
  13. Wiara we własne siły. „Ufać własnym siłom. Człowiek posiada wszelkie środki i narzędzia niezbędne do osiągnięcia tego wszystkiego, czego chce i czego potrzebuje. Chodzi tylko o śmiałość w posługiwaniu się nimi i o niezapominanie o ich istnieniu. Wszystkie przedsięwzięcia, do których trzeba się zabrać, nie są wcale trudne, jak się zwykle na pierwszy rzut oka wydaje, trzeba tylko umieć do nich się zabrać swobodnie, z pewnością siebie i z wolnym umysłem” (26 XII 1919).
  14. Rozwijanie odwagi. „Jako lotnik i jako człowiek dążący wszelkimi siłami do dobra, muszę być przede wszystkim odważny wobec wszystkiego i zawsze. Odwaga w życiu lotnika, człowieka dążącego do dobra i ładu, jest czymś nieodzownym, koniecznym, wypływa wprost z jego dążeń i założeń; im bardziej się w nim rozwija, tym bardziej staje się on doskonalszym i wspanialszym typem” (31 XII 1919).
  15. Serdeczność wobec matki. „Chcę koniecznie na tyle się zmienić i na tyle nad sobą panować, żebym mógł być wobec kochanej mojej matki zawsze serdeczny, wesoły, i zawsze dobrze na nią oddziałujący. Uważam to za swój najpierwszy i największy obowiązek, i nie uspokoję się, dopóki go nie wykonam. Zresztą nie jest to przecież żadne bohaterstwo być dobrym dla tak kochanej i drogiej istoty, jaką jest moja matka. Jak będę szczęśliwy, gdy już odnajdę nieustającą harmonię z matką i będę mógł zawsze swoją osobą wywołać w niej wesołość, zadowolenie, miłość, i te wszystkie uczucia, które jej przedłużą życie, przysporzą zdrowia, jasności umysłu i wszelkiej szczęśliwości” (1 I 1920).
  16. Poszerzenie horyzontów. „Powinienem koniecznie powłóczyć się po świecie i zwiedzić coś, a nie wyobrażać sobie, że cały świat to Warszawa i Polska. W ogóle zdaje mi się, że ludzie za mało myślą o innych ludziach i innych środowiskach, pojęciach, obyczajach itd. Zanadto żyją ciasno i jednostronnie” (6 I 1920).
  17. Rozumne wykonywanie pracy. „Robić wszystko świadomie, spokojnie, trzeźwo, z uwagą, swobodnie, bez żadnego napięcia i wysiłku. Starać się robić wszystko doskonale, myśleć o udoskonaleniu, uproszczeniu i ułatwieniu każdej czynności. Skupić całą uwagę i myśl na tym, co się robi. Pamiętać: 1. Co robię? 2. W jakim celu? 3. Dlaczego? Mieć w umyśle najdoskonalszy ideał — plan tego, co się robi, całokształt i wszystkie jego właściwości” (8 I 1920).
  18. Troska o własną godność. „Każdy musi się szanować i dbać o własną godność. Mam pamiętać o tym, że służę Bogu, że Go kocham i jestem Mu oddany, i postępować w odpowiedni sposób. Nie pozwalać pod żadnym pozorem wpływać na siebie ludziom, nieświadomym swego celu istnienia” (13 I 1920).
  19. Dążenie do doskonałości. „Życie człowieka doskonałego powinno być jedną miłością Boga, źródła doskonałości, życia, potęgi, miłości. Kochając prawdziwie Boga, niepodobna żyć w sposób niedoskonały, niepodobna wtedy robić coś złego lub też na próżno czas tracić. Dla Boga powinno się żyć i postępować doskonale, ciągle dążyć do doskonałości. A więc, o ile się jeszcze nie jest zupełnie na drodze do doskonałości, to trzeba zacząć od najłatwiejszej rzeczy, od doskonałego myślenia. Nigdy przede wszystkim nie zapominać o Bogu, doskonałości i o swej roli — reszta sama już przyjdzie” (4 III 1920).
  20. Roztropny wybór żony. „Czuję początek wiosny i w sercu czuję niepokój i chęć miłości. Z pewnością łatwo mógłbym się teraz zakochać, więc trzeba uważać, żeby jakiego głupstwa nie zrobić. Bardzo bym chciał zresztą zakochać się już naprawdę solidnie, na amen, ale w kimś odpowiednim, żebym później nie żałował. Od tego kogoś wymagam, żebym mógł go kochać nie za piękność, wytworność czy sposób bycia, następnie — żeby miłość była prawdziwa z obu stron, żebym wiedział, że naprawdę kocham i jestem kochany; pomimo możności wyboru — aby ta, którą pokochałbym, dążyła do Boga, doskonałości, jasności, żeby była prawdziwym człowiekiem” (6 III 1920).
  21. Cierpliwe znoszenie przykrości. „Miałem sporo przykrości, ale ja przykrości życiowe traktuję zawsze albo przynajmniej staram się traktować jako nauki, jako narzędzia udoskonalenia, jako próby i egzaminy. Bez tego nie wiadomo by było, co sądzić o sobie, i nie widziałbym postępu. Każdą też przykrość można uważać jako zadatek szczęścia, a każdą klęskę zamienić we wspaniałe zwycięstwo. Główna rzecz, nie poddawać się złym myślom i nie tracić humoru” (5 IV 1920).

Czy był święty?

Nie dane nam jest rzetelnie zweryfikować efektów tych postanowień, stopnia ich realizacji. Przedwczesna (po ludzku) śmierć Antoniego Scheura wkroczyła w tę bezpardonową walkę ducha z ciałem; nie wiemy, na jakim etapie. Jednak zakończenie całej tej historii wyraźnie chce nas przekonać, że został cel osiągnięty. Zmarły lotnik świadczy o tym zza grobu, jakże spektakularnie. Ostatnia kartka pamiętnika nosi datę 28 września 1920 roku i nosi znamię niedokończenia: zapis przerwany został nagłym wezwaniem do lotu z pilotem uczniem. Zwróciłem uwagę na użycie w tym zapisku czasu teraźniejszego. Jak gdyby w owym ostatnim słowie lotnik stwierdzał: Teraz już jestem, kim chciałem być. Kartkę wyjęto z kieszeni jego lotniczej kurtki po śmiertelnym wypadku. Odczytano więc: „Zawsze mam serce czyste. Zawsze mam myśli czyste. Jestem wesoły. Jestem pogodny. Jestem pełen życia, młodości, radości. Idę śmiało, lekko, starając się uosobić dzielność, odwagę, spokój, szczerość, prostotę i naturalność. Dla każdego mam życzliwość, staram się wywołać uśmiech u ludzi ponurych, smutnych rozweselać, rozpraszać ciężką atmosferę. Mam dużo przyjaciół, wszyscy mi się zwierzają. Mam dużo przyjaciółek, którymi się opiekuję, daję im rady, uspokajam i strzegę od złego…”.

Podczas tej urlopowej lektury miałem świadomość obcowania z czymś niezwykłym. Jak już wspomniałem, przeczytane wcześniej wspomnienia pilotów wojennych i pocztowych nie były w stanie przygotować mnie do tej książki, uprzedzić o jej zawartości. Nie uczynił też tego zawczasu Microsoft Flight Simulator 2002, który nauczył mnie latać na Cessnie 172 i pozwolił dosiąść rozbrojonego dwupłata Sopwith Camel, tak podobnego do maszyn, których dosiadał Scheur. Odwiedziłem w ten wirtualny sposób m.in. polskie karmelitanki z Hofnarfjördur (Islandia) i z Tromsř (Norwegia). I kluczyłem wśród nocy polarnej nad Igloo Chrystusa Króla na Ziemi Wiktorii. Były to niezapomniane loty, lecz jeśli przyszło mi wówczas na myśl postanowienie poprawy, to dotyczyło ono wyłącznie sprawniejszego zgrania czynności w temacie „kąt natarcia, moc i trymer” oraz nabycia umiejętności korzystania z radiolatarni VOR i nadajników bezkierunkowych NDB. Urlop oderwał mnie od symulatora i posadził wśród zieleni przy przenośnym pulpicie z książką Podniebny lot jako lekturą dla mnie obowiązkową. Z położonego o miedzę lotniska w Chrcynnie kilka razy na dzień startował ciężki dwupłatowiec An–2 i zataczał powolne kręgi nad moją głową. Bocian szedł z nim w zawody. Książka tylko w części współbrzmiała z tymi podniebnymi wakacyjnymi obrazami, których zresztą nie zamawiałem.

Tak poznałem Antoniego Scheura. Czy było to obcowanie ze świętością? Broniłem się przed taką myślą, lecz ona narzucała się natrętnie i nie pomagała w uważnym czytaniu. Po lekturze myślę, że to rzeczywiście mogła być świętość. Taka zwyczajna, cicha świętość — w niezwyczajnym zawodzie lotniczym, przy głośnej melodii motoru. Jeśli nawet niedostatecznie wynika to z cytatów, które zdołałem tu pomieścić (wybrałem zresztą tylko te tyczące się dróg postępu moralnego), to zaręczam, że inne fragmenty pamiętnika pilota mogą jedynie dać więcej powodów do opinii, którą wyraziłem. Ja w każdym razie przestałem się dziwić, że książkę opracował kapłan, że wydały ją siostry loretanki, a imprimatur zaopatrzone jest w podpis wikariusza generalnego archidiecezji warszawskiej.

Antoni Scheur zginął śmiercią lotnika. Jak liczni przed nim i po nim. Ojciec Bocheński, którego macierzyste lotnisko znajdowało się w Ecuvillens (Szwajcaria), widział w tych ryzykantach ludzi, którzy osiągnęli szczyt moralny. Jednak mimo wszelkich podobieństw podchorąży pilot Antoni Scheur był inny. Jeśli więc prawdą jest, jak twierdzimy na pocieszenie, że Bóg odwołuje ludzi z ziemskiej tułaczki w chwili dla nich najkorzystniejszej, to i tu znajdziemy przecież dowód na to, że młody lotnik zbliżył się do założonych przez siebie celów najbardziej, jak można było, czyli że chwalebny plan rzeczywiście został zrealizowany.

Rzekłbym nawet, że to właśnie ten dwupłatowiec szkolny, w którym zginął, wyniósł go na upragniony pułap doskonałości.

Dwupłatowcem na pułap doskonałości
Jacek Okoń

urodzony w 1960 r. w Zabrzu – poeta, pisarz, magister teologii, absolwent KUL, członek Koła Młodych przy katowickim oddziale Związku Literatów Polskich (1979-1982). Autor tomików wierszy: Sen w kolorze (...