Piąty element

Piąty element

Pewien znajomy zwrócił mi uwagę, że niemal całe kino hollywoodzkie jest dziś podszyte chrześcijańską symboliką. Według niego najlepszym tego przykładem może być Matrix ze swą historią zbawienia i miejscami takimi, jak Zion, czy bohaterami, jak Neo i Trinity. Twórcy dzieła, bracia Wachowscy, odwołują się jednak tylko do chrześcijańskich skojarzeń, unikając zarazem chrześcijańskiej prawdy.

Odmienne zdanie na temat innego hollywoodzkiego szlagieru ostatnich lat – Titanika – ma najbardziej znany dziś rosyjski teolog prawosławny diakon Andriej Kuriajew. Nie tylko poświęcił on Titanikowi wielki esej, udowadniając, że film w swej najgłębszej warstwie ma chrześcijańskie przesłanie, lecz również każe przygotowującym się do chrztu katechumenom obowiązkowo obejrzeć ten obraz, by lepiej zrozumieli sens wiary, którą zamierzają przyjąć.

Te dwa przykłady tak mnie zafrapowały, że postanowiłem sprawdzić, czy powyższe uwagi mogą dotyczyć także innych filmów. Kupiłem właśnie sprzęt do odtwarzania DVD i nabyłem pierwszy film na tym nośniku – okazja do przestudiowania zjawiska nadarzyła się sama. Pod lupę poszedł hit ekranowy ostatniej dekady – Piąty element Luca Bessona – opowieść science fiction, której akcja rozgrywa się w roku 2215.

Głównym tematem filmu jest kosmiczna bitwa dobra ze złem, przy czym słowo „kosmiczna” jest tu o tyle na miejscu, że zło rzeczywiście przychodzi z kosmosu. Opisywane jest ono w kategoriach chrześcijańskich – Absolutne Zło jako zarazem „najstraszniejsza inteligencja z możliwych”, która napawa się niszczeniem życia. Wszelkie militarne środki zniszczenia owego Zła kryjącego się pod postacią ognistej planety zamiast do jej unicestwienia prowadzą jedynie do jej wzrostu. Jak mówi bowiem jeden z bohaterów: „Zło rodzi zło. Przemoc je wzmacnia”.

Zło można zniszczyć tylko w jeden sposób, a jako jedyni na Ziemi wiedzą to księża, którym tajemnicę ową przekazali niegdyś goście z kosmosu. Jedyną bronią przeciwko Złu może być tytułowy Piąty element, czyli „człowiek, istota doskonała”, „zdolna obronić życie” i emanować z siebie „boską światłość”.

Cztery pozostałe elementy to kamienie symbolizujące cztery żywioły. Broń przeciwko Złu może zadziałać tylko wówczas, jeżeli zostaną one ułożone tak, by tworzyły krzyż, w którego środku znajdzie się człowiek doskonały. W filmie jest nim kobieta o imieniu Leeloo (Milla Jovovich).

Niedługo przed ułożeniem się między kamieniami Leeloo studiuje historię ludzkości. Przerażają ją dzieje wojen, które toczyli ludzie. Płacze, widząc zło, które człowiek potrafi wyrządzić człowiekowi. Ogarniają ją wątpliwości, czy jest sens ratować świat. Cała ta scena przypomina modlitwę Jezusa w Ogrójcu, gdzie – według wielu mistyków – diabeł wmawiał Chrystusowi bezsens Jego ofiary, pokazując tych wszystkich, którzy nią wzgardzą lub ją zlekceważą.

Wątpliwości zostaną przezwyciężone dopiero w chwili, gdy główny bohater Korben Dallas (Bruce Willis) wyzna Leeloo swoją miłość, a ona odpowie mu swoją miłością. Symboliczna wymowa filmu nie jest trudna do odczytania – Miłość na krzyżu zwycięża zło i śmierć. Wygląda to bardzo efektownie: z ciała Leeloo ułożonego pomiędzy czterema elementami wytryska strumień oślepiającego światła, który biegnie w stronę ognistej planety, by po chwili roztrzaskać ją na kawałki.

Kłopot z tego typu filmami polega na tym, że nie do końca wiadomo, jak traktują one chrześcijańskie przesłanie. Czy są pasożytami, które żerują na Ewangeliach i manipulują Dobrą Nowiną, by nadać jej oblicze New Age? Czy też – podobnie jak utwory C. S. Lewisa czy J. R. R. Tolkiena – zamierzają nasycić profaniczne historie ewangelicznym myśleniem i chrześcijańską wrażliwością?

Film się skończył, pytanie zostało.

Piąty element
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów. W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...