Czy chcesz tu być?
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 54,90 PLN
Wyczyść

Najlepszy moment na założenie rodziny jest wtedy, kiedy dwoje ludzi jest w stanie przyjąć na siebie wszystkie zobowiązania i okoliczności, jakie niesie w sobie ten sakrament. Niestety, nie zawsze tak się dzieje.

Katarzyna Kolska: Jestem w stanie sobie wyobrazić pełną dezaprobaty minę niektórych osób, gdy wezmą do ręki miesięcznik i zobaczą, że na temat przygotowania do małżeństwa wypowiada się dwóch zakonników. Jak slogan przecież brzmią słowa: „Co księża mogą wiedzieć o małżeństwie?” Macie coś na swoją obronę?

Łukasz Kubiak OP: Znam ten zarzut i dlatego już podczas pierwszego spotkania lojalnie uprzedzam wszystkie pary, że nie biorę na siebie odpowiedzialności za przygotowanie ich do życia w związku, do życia w małżeństwie. Ja chcę ich przygotować do sakramentu małżeństwa, czyli otworzyć ich na duchową i teologiczną perspektywę, która wiąże się z życiem w rodzinie, w małżeństwie.

Brutalna rzeczywistość jest taka, że dla wielu osób kurs przedmałżeński, który muszą odbyć przed zawarciem sakramentu małżeństwa, jest powrotem do Kościoła po wielu latach. Dlatego niekoniecznie potrzeba im pogadanek o seksie, bo ten temat większość par uczestniczących w kursach przedmałżeńskich już dawno przerobiła teoretycznie i praktycznie, ale przede wszystkim katechez przypominających fundamentalne prawdy wiary. A tym powinien się zająć kapłan.

Maciej Soszyński OP: Niechęć do kursów przedmałżeńskich i pogadanek prowadzonych przez księży bierze się również stąd, że czasami księża mówią o rzeczach, co do których nie muszą się wypowiadać. Ale mają takie wewnętrzne przekonanie, że jeśli o czymś powiedzą, to nadadzą temu katolicką rangę. Nie chcę wcale przez to powiedzieć, że ksiądz nie może mówić np. o seksualności, tylko niech mówi o niej ze swojej perspektywy i o tym, jak on ją przeżywa jako kapłan. O seksualności w małżeństwie, o tym jak się nią ubogacać, jak sobie z nią radzić, niech lepiej mówią osoby świeckie, dając chociażby świadectwo swojego życia.

Wiem, że Ojcowie starają się unikać sformułowania „kurs przedmałżeński”. Niektórzy mówią o katechezach przed-małżeńskich czy wieczorach dla zakochanych.

Maciej Soszyński OP: Bo spotkania, na które zapraszamy i które prowadzimy, to nie jest żaden kurs. Niczego tu nie uczymy. Kurs to może być prawa jazdy, pilotażu, szycia czy gotowania, po którym osoba biorąca w nim udział podczas egzaminu potwierdza, że zdobyła konkretne umiejętności i od tej chwili może prowadzić samochód, latać szybowcem, pracować w gastronomii czy zakładzie krawieckim. Zdobyte na takich kursach umiejętności są weryfikowalne. Nie można natomiast nikomu wydać zaświadczenia czy certyfikatu, potwierdzającego, że świetnie sprawdzi się w roli współmałżonka. Jeśli więc ktoś oczekuje, że na tzw. kursie przedmałżeńskim, nawet gdyby on obejmował nie kilka, a kilkanaście spotkań, przejdzie przygotowanie do małżeństwa, to się bardzo rozczaruje.

Jeśli kursy przedmałżeńskie nie przygotowują do małżeństwa, to w jaki sposób młodzi ludzie mogą się przygotować do życia we dwoje?

Maciej Soszyński OP: Jednym z takich miejsc jest duszpasterstwo akademickie, które m.in. temu powinno służyć, by przygotować ludzi do życia w małżeństwie – poprzez formację duchową, spotkania, wspólne wyjazdy, wieczory dla zakochanych, rozmowy, dyskusje. Tym się nasiąka. To procentuje. Rozwój wiary jest wtedy kompatybilny z rozwojem osobowościowym i dojrzałością psychofizyczną.

To znaczy, że ci, którzy nie uczestniczą w życiu duszpasterstwa akademickiego, są bez szans na przygotowanie się do życia w małżeństwie?

Maciej Soszyński OP: Nie są bez szans, ale czymś w życiu trzeba się karmić. Duszpasterstwo jest tylko propozycją.

Łukasz Kubiak OP: Ważnym etapem przygotowania do życia w sakramentalnym związku małżeńskim jest również świadomie przeżywana niedzielna Eucharystia. Jeśli ktoś uczestniczy w niej biernie, z przyzwyczajenia, z obowiązku, nie zrozumie, czym tak naprawdę jest sakrament małżeństwa, i nie przygotuje się odpowiedzialnie do jego przyjęcia. Bo sakramenty karmią się nawzajem, dopełniają i wzmacniają nas. Podczas Eucharystii Bóg daje się nam w swoim ciele i w swojej krwi. A sakrament małżeństwa jest niczym innym, jak daniem się sobie nawzajem.

Wymaga to jednak pewnej dojrzałości chrześcijańskiej, dojrzałości w ogóle.

Maciej Soszyński OP: No ale przecież przygotowania do małżeństwa nie można oderwać od ogólnego dojrzewania. Kiedy więc jakaś para przychodzi na kurs przedmałżeński, mam prawo oczekiwać, że są to osoby dojrzałe, które odpowiedzialnie podjęły decyzję o wspólnym życiu. Że są przygotowane do życia w związku, separacji od rodziców, podejmowania decyzji, odpowiedzialności za innych. Problem po-lega na tym, że dojrzałość par, z którymi się spotykamy, i ich świadomość, że zamierzają zawrzeć sakramentalny związek małżeński, jest bardzo różna.

Niektórzy przychodzą, bo muszą mieć kartkę, że zaliczyli kurs.

Łukasz Kubiak OP: Dlatego podczas pierwszego spotkania pytam każdego: Czy chcesz tu być? Jeśli przyszedłeś, bo narzeczona naciskała, rodzice nie zgadzają się, żebyś żył na kocią łapę, to znaczy, że jesteś pod presją. I następnym razem pojawisz się w kościele prawdopodobnie z powodu chrztu dziecka, a potem jego pierwszej komunii i bierzmowania.

Mówiąc te słowa, nie oczekuję wcale, że ktoś od razu zmieni swoje nastawienie i powie: „Tak, ja chcę tu być”. Ale może przez to moje pytanie uświadomi sobie, dlaczego nie chce tu być. A to już sporo. Bo jeśli ktoś „zgadza się na coś”, „powinien” lub „musi” mieć sakrament małżeństwa, to z takiej mąki nie będzie dobrego chleba. Sytuacja, kiedy coś musimy lub powinniśmy zrobić sprawia, że zachowujemy się biernie. Ja chcę, żeby uczestnicy tych spotkań przeszli od bierności do zaangażowania. I cieszę się niezwykle, gdy po ukończonym kursie ktoś mi mówi: Szkoda, że to trwało tak krótko.

Kiedy jest ten najlepszy moment na założenie rodziny?

Maciej Soszyński OP: Wtedy, kiedy dwoje ludzi jest w stanie przyjąć na siebie wszystkie zobowiązania i okoliczności, które niesie w sobie ten sakrament. Niestety, nie zawsze tak jest.

Rozmawiałem niedawno z młodymi małżonkami, oboje mają po 22 lata, studiują. I mówią tak: „Stosujemy metody naturalne, ale tak na wszelki wypadek używamy jeszcze prezerwatywy, bo w tej chwili nie możemy mieć dziecka”. To znaczy, że decydując się na małżeństwo i podejmując współżycie, nie wzięli pod uwagę tego, że mogą powołać do istnienia życie. Więcej, oni założyli, że w tej chwili absolutnie dziecka nie mogą mieć. Wniosek z tego jest pro-sty: ich decyzja o małżeństwie była pochopna.

Ktoś inny mówi: Musimy stosować środki antykoncepcyjne, bo w tej chwili piszemy doktorat i nie mamy czasu na wychowywanie dzieci. Czyli zawierając małżeństwo, z góry zakładali, że nie są gotowi na wypełnienie wszystkich wynikających z tego zobowiązań. To tak jakby zakonnik powiedział: OK, złożę śluby zakonne, mogę być zakonnikiem, odprawiać mszę, spowiadać i żyć w celibacie. Ale nie mogę zachować ślubu posłuszeństwa. Mam swój kalendarz i sam będę o sobie decydował.

Łukasz Kubiak OP: Ja na pytanie: „Kiedy?”, odpowiedziałbym, że wtedy, kiedy dwoje ludzi może się nazywać dorosłymi, czyli kiedy potrafią funkcjonować odrębnie – nie tylko jako para, ale każdy z osobna.

Lubię czasem wsadzać kij w mrowisko i obalać pewne mity. Na przykład mit o dwóch połówkach. No bo jeśli ktoś mówi, że szuka swojej drugiej połówki, to sygnalizuje w ten sposób, że teraz jest niepełny. A nie jest dobrze, jeśli ludzie dobierają się w pary z poziomu deficytu, jeśli się łudzą, że drugi człowiek będzie plastrem na ich zranienie, trudne doświadczenia z przeszłości. Jeśli ktoś nie potrafi funkcjonować samodzielnie, to wchodząc w związek, szykuje sobie niezłe rozczarowanie.

Dorosłość to chwila, kiedy wiem, że mam dużo do dania drugiej osobie, ale też dużo do wzięcia. To również danie sobie prawa do popełniania błędów i przyjmowania za nie odpowiedzialności.

Czyli dla każdej pary to „kiedy” jest w innym momencie.

Maciej Soszyński OP: Tak. I nie ma znaczenia czy ktoś ma 20, 25 czy 30 lat. Ważna jest gotowość do życia w związku, w rodzinie, a co za tym idzie do bycia nie tylko żoną czy mężem, ale także matką czy ojcem.

Może ta refleksja, że ktoś założył rodzinę zbyt wcześnie, pojawi się dopiero po jakimś czasie. Mam znajomą, która wy-szła za mąż w wieku 18 lat. Ma troje dorosłych już dzieci, niedawno obchodziła z mężem 25-lecie ślubu. Kiedyś mi po-wiedziała: Wiem, że decyzję o ślubie podjęliśmy za wcześnie. Straciliśmy kawałek młodości, przyjmując na siebie obowiązki, które mogły poczekać jeszcze kilka lat.

Łukasz Kubiak OP: Każdy wybór wiąże się z jakąś stratą. Musimy wiedzieć, że pozytywny wybór mądrze rekompensuje nam to, czego mieć nie będziemy. Coś zostawiamy, ale jednocześnie coś innego dostajemy w zamian.

Jak długo się poznawać?

Maciej Soszyński OP: Trudno na to odpowiedzieć i ustalić, że tyle to dobrze, a tyle to za mało albo za dużo. Pewnym wyznacznikiem, bez definiowania czasowego, jest przejście kolejnych etapów w związku i nieprzeskakiwanie ich. Jest więc czas, kiedy dwoje ludzi się zauważa i coś im podpowiada, że powinni się poznać bliżej. Zaczynają się umawiać, spotykać, rozmawiać. Poświęcają sobie coraz więcej czasu, są sobą zafascynowani, angażują się uczuciowo i emocjonalnie, poznają swoje rodziny, zaczynają robić wspólne plany. I wreszcie podejmują decyzję, że chcą być razem. Zaręczają się, rozpoczynając etap narzeczeństwa, czyli przygotowania do ślubu. To nie jest już moment na zastanawianie się, czy ja chcę być z tą kobietą, czy ja chcę spędzić życie z tym mężczyzną. Ta decyzja została podjęta w momencie zaręczyn. Dlatego z mojego punktu widzenia kursy przedmałżeńskie są za późno. One powinny doprowadzać do decyzji o zaręczynach, a nie przygotowywać narzeczonych do budowania związku.

Dość idealistyczne jest to, co Ojciec mówi.

Maciej Soszyński OP: Wcale nie. Kościół powinien przemyśleć, kogo i do czego chce przygotowywać. I może zamiast organizować kursy przedmałżeńskie dla tych, którzy już decyzję o zawarciu małżeństwa podjęli, należałoby położyć większy nacisk na wieczory dla zakochanych, którzy dopiero budują swój związek.

Mam wrażenie, że w wielu związkach etap narzeczeństwa jest zupełnie pomijany.

Maciej Soszyński OP: Nie tyle jest pomijany, co wykrzywiany. Dla wielu par narzeczeństwo jest udawaniem małżeństwa.

Może powinniśmy nadać większą rangę obrzędowi zaręczyn?

Maciej Soszyński OP: To dobry pomysł, tym bardziej że liturgia przewiduje takie sytuacje. Miałem już dwa razy okazję odprawiać mszę świętą w intencji narzeczonych i święcić pierścionki zaręczynowe.

A gdy na etapie narzeczeństwa pojawiają się u jednej lub u drugiej osoby jakieś wątpliwości? Co z nimi zrobić? Zacząć drążyć problem i go rozkładać na czynniki pierwsze, czy też zbagatelizować – skoro już podjęliśmy decyzję, że chcemy być razem.

Maciej Soszyński OP: Takie sytuacje należy traktować jak żółte czy czerwone światełko zapalające się niespodziewanie na desce rozdzielczej w samochodzie, gdy spieszymy się na jakieś spotkanie. Można je zignorować, tłumacząc sobie: no przecież jakoś dojedziemy – i chwilę później rozbić samochód na drzewie, bo światełko, które migało, oznaczało brak płynu hamulcowego. Można też postąpić zupełnie inaczej: zatrzymać samochód na poboczu i sprawdzić, co się dzieje.

Łukasz Kubiak OP: Wobec niepokoju trzeba być rozsądnym: nie można wpadać w panikę, ale też nie można go bagatelizować. Zawarcie związku małżeńskiego to przecież niezwykle poważna decyzja życiowa, trudno się więc dziwić, że im bliżej dnia zaślubin, tym więcej w nas niepokoju i lęku. Część tych wątpliwości trzeba mądrze i spokojnie przywitać, pozwolić im się rozgościć, ale niektórym trzeba się bardzo uważnie przyjrzeć i być może nawet potraktować je jako sygnał, że lepiej z zawarciem związku małżeńskiego poczekać albo w ogóle dać sobie z nim spokój.

Maciej Soszyński OP: Warto też o swoich wątpliwościach z kimś porozmawiać – nie po to, żeby odpowiedzialność za własne decyzje zrzucić na inną osobę, ale żeby głośno nazwać problem.

Łukasz Kubiak OP: Zwróciłbym tu jednocześnie uwagę księżom, do których takie osoby przychodzą po pomoc, by nie czuli się odpowiedzialni za rozwiązywanie czyichś problemów. Są pary, które potrafią utrójkątowić swoje relacje i zrobią wszystko, by wciągnąć księdza w swój konflikt, w swoje łoże małżeńskie, w decyzję o poczęciu dziecka, o adopcji.

O czym narzeczeni powinni porozmawiać, co powinni sobie powiedzieć, co ustalić?

Maciej Soszyński OP: O wszystkim, co będzie dotyczyło ich przyszłego życia. O swojej wierze, o wychowywaniu dzieci, o stosunku do rodziców i opiece nad nimi, gdy będą już starzy i tej opieki będą wymagali, o obowiązkach, o pracy, karierze, pieniądzach, o spędzaniu wolnego czasu – razem i osobno, o swoich pasjach, o swoich wcześniejszych przyjaźniach, o tym, co w sobie lubią, a co ich drażni. Im więcej sobie powiedzą i wyjaśnią, tym lepiej. Ale same rozmowy nie wystarczą. Potrzebna jest codzienność, bycie razem, czyli kolejne etapy budowania związku, o których wspominałem.

Czy rodzice powinni mieć jakikolwiek wpływ na decyzję swoich dzieci dotyczącą małżeństwa?

Maciej Soszyński OP: Adekwatny do tego, jaki mieli w całym procesie ich dojrzewania i rozwoju. Jeśli rodzice towarzyszyli swoim dzieciom, byli dla nich wzorem i ich relacje przez te dwadzieścia kilka lat harmonijnie się rozwijały, to rozmowa o przyszłej żonie czy mężu będzie czymś zupełnie naturalnym.

Jeśli natomiast rodzice nie uczestniczyli w życiu swojego dorastającego dziecka, nigdy z nim nie rozmawiali, nie wspierali go, to rzeczą zupełnie niewyobrażalną jest sytuacja, kiedy nagle zaczną zgłaszać pretensje w rodzaju: Co ty sobie wyobrażasz, za kogo ty wychodzisz za mąż, z kim ty się chcesz żenić?

Łukasz Kubiak OP: Rodzice mogą, a nawet powinni ingerować tylko w jednej sytuacji: kiedy widzą, że święci się coś złego. Na przykład narzeczony córki jest uzależniony albo agresywny, nawet jeśli jest to tylko agresja słowna. Wtedy powinni zrobić wszystko, by uchronić swoje dziecko.

Czy dobrze przygotowując się do zawarcia sakramentu małżeństwa i traktując te przygotowania jako pewien fundament, na którym buduje się związek, młodzi ludzie mogą mieć choć cień pewności, że przetrwa on i nie rozpadnie się po kilku pierwszych nieporozumieniach, kłopotach czy trudnych małżeńskich problemach?

Łukasz Kubiak OP: Jeżeli dojrzali ludzie uczciwie przygotowywali się do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego, mają duże szanse, że stworzą dobrą i trwałą rodzinę. Dojrzali to nie znaczy oczywiście doskonali. Dojrzali, czyli przede wszystkim świadomi swoich realnych możliwości i ograniczeń.

Maciej Soszyński OP: Nie wolno zapominać, że to jest związek sakramentalny, czyli widzialny znak niewidzialnej łaski. Pan Bóg, obecny w tym sakramencie, nie jest ani czarodziejem, ani wentylem bezpieczeństwa. Jest natomiast naszym najlepszym przyjacielem i sprzymierzeńcem, który wie, co się dzieje w naszym życiu, i zawsze będzie wspierał nasze nawet najdrobniejsze gesty budujące jedność małżeńską. W sakramencie małżeństwa Pan Bóg zawsze jest po naszej stronie.

Czy chcesz tu być?
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Czy chcesz tu być?
Łukasz Kubiak OP

urodzony w 1975 r. – dominikanin, absolwent teologii na Papieskiej Akademii Teologicznej, duszpasterz akademicki, psychoterapeuta, szkolił się w zakresie terapii indywidualnej, grupowej, rodzin i par w Laboratorium Psychoedukacji, ukończył dwuletni kurs wstępny ISTDP oraz 3-...

Czy chcesz tu być?
Maciej Soszyński OP

urodzony w 1972 r. w Krakowie – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, przez lata duszpasterz narzeczonych. Od młodości związany z krakowskimi dominikanami: jako licealista należał do duszpasterstwa młodzieży Przystań,...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze