Sześćdziesiąt minut
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Najniższa cena w ostatnich 30 dniach: 55,90 PLN
Wyczyść

Sportowiec chodzi na treningi, a ja chodzę do pracy. O nim się mówi ambitny, o mnie pracoholik. Bzdura. Kompletna bzdura.

Znajomi powiedzieli, że jestem pracoholikiem? To zabawne. Nigdy tak o sobie nie pomyślałem. Może mi zazdroszczą trochę? Owszem, jestem facetem, który dużo pracuje, bardzo dużo. Ale poza pracą mam też inne życie – żonę, troje dzieci, mnóstwo przyjaciół. To dla mojej rodziny tak pracuję, żeby mogli z tego życia maksymalnie skorzystać. Skoro mam taką szansę, tak się szczęśliwie moje losy potoczyły, że mogę zarabiać dużo pieniędzy, to dlaczego miałbym z tego zrezygnować?

Podchodzę do życia ewangelicznie – dostałem trzy talenty i je pomnażam, jak umiem. Pewnie, można zakopać, usiąść na kanapie i narzekać, że nam ciężko, że nie mamy co do garnka włożyć, że nie możemy na wakacje pojechać, że nie stać nas na mieszkanie. Czyli gdy ktoś jest biedny, to dobrze, a jak idzie mu lepiej, to zaraz pracoholik?

***

Bartek. Lat 42. Przystojny, dobrze zbudowany, wysoki. Ciemnogranatowy garnitur, niebieska koszula, ciemnoniebieski krawat. Tak naprawdę ma na imię inaczej, ale ten jeden raz chce być anonimowy. Na spotkanie ze mną zarezerwował godzinkę – to w ogóle cud, że znalazł czas w swoim bardzo napiętym kalendarzu. Kalendarz wyznacza rytm jego dni, tygodni, miesięcy. Nieduży, mieści się w kieszeni marynarki. Czarny, srebrne zdobienia w narożnikach. Siedzimy w hotelowej restauracji. Bartek zamawia wodę mineralną niegazowaną z cytryną.

– Piję tylko wodę – nic innego. Żadnej kawy, herbaty, nawet alkoholu niewiele pijam. Po prostu, lubię wodę. Zimną, z lodówki. W ogóle prowadzę bardzo higieniczny tryb życia.

Wstaję codziennie o 5.30. Zakładam dres i idę biegać. Godzinkę. Biegam zawsze ze słuchawkami na uszach i słucham muzyki. Różnie – czasem Mozarta, czasem Beethovena, a czasem coś lekkiego – to zależy od nastroju, pogody. Rano słucham też radia i sprawdzam, co się dzieje. Na czytanie gazet i oglądanie telewizji nie mam specjalnie czasu.

Dzwoni telefon. Bartek patrzy na mnie przepraszająco i odbiera. Rozmawia po angielsku. Spoglądam delikatnie na zegarek, bo właśnie minęło kilka minut z 60, które dla mnie ma. Kończy. – Jeszcze minutkę. Zagląda do kalendarza, przerzuca kartki. Z kieszeni marynarki wyciąga pióro i coś kreśli. Dzwoni.

– Ewa, znajdź mi, proszę, jakiś samolot we wtorek do Londynu. Nie, jestem zajęty, oddzwonię później.

Pije łyk wody, odkłada telefon.

– Mówiłem o tej muzyce. Kiedy tylko mogę, słucham muzyki, bo to mnie uspokaja, dobrze nastraja. Gdy wracam z biegania, żona czeka już ze śniadaniem, dzieci szykują się do szkoły. Córka uczy się w gimnazjum, synowie są w podstawówce. Szkoła jest prywatna i jestem zadowolony, że mogą do niej chodzić. Biorę szybki prysznic, ubieram się, jem śniadanie, zaglądam do internetu, sprawdzam pocztę.

Dzwoni telefon. Bartek spogląda na ekran komórki i rozłącza. Ktoś po drugiej stronie nie daje za wygraną. Telefon znów dzwoni. Odbiera. – Proszę zadzwonić za godzinę, jestem teraz zajęty.

– Zawożę dzieci do szkoły. Wychodzimy o 7 rano, bo mieszkamy za miastem. Tę godzinę mamy dla siebie. Czasem słuchamy jakiegoś audiobooka, czasem rozmawiamy, w zeszłym roku uczyliśmy się razem hiszpańskiego. Zaczynaliśmy wszyscy od zera, ale mojej córce szło najlepiej. Ma niezwykły talent do języków. O 8.15 jestem przed szkołą, pół godziny później w biurze. Zatrudniam kilkanaście osób, z każdym staram się codziennie zamienić kilka słów. W ciągu dnia robię sobie godzinną przerwę na lunch. Jeśli żona jest w tym czasie gdzieś w centrum, bo to ona codziennie odbiera dzieci ze szkoły, spotykamy się i jemy razem. Najczęściej jednak podczas lunchu załatwiam też sprawy biznesowe. Około 18 w firmie zostaję tylko ja. Wychodzę o 20. Do domu wracam przeważnie ok. 21, czasem trochę później. Dzieciaki zazwyczaj już śpią, my z żoną jemy kolację i mamy czas dla siebie. Obejrzymy jakiś film, poczytamy. Różnie. Pracy do domu nie przynoszę. Taką mam zasadę.

Mam silny organizm i nie potrzebuję dużo snu – śpię najwyżej sześć godzin na dobę. Nawet w weekendy nie lubię wylegiwać się w łóżku – najpóźniej o siódmej jestem już na nogach. Dzięki temu mam zawsze bardzo długi dzień i rzadko zdarza mi się narzekać, że na coś nie mam czasu. Dlatego lubię się trzymać mojego kalendarza – proszę zobaczyć – niektóre dni mam zaplanowane aż do końca tego roku.

Otwiera kalendarz, wertuje kartki. Na każdej stronie równiutkie atramentowe literki. Jak węże oplatające życie. Łyk wody.

– Znajomi się śmieją, że gdybym zgubił mój kalendarz, to nie wiedziałbym następnego dnia, co mam robić. Coś w tym jest.

Mam taki zwyczaj, że nigdy nie wyrzucam kalendarzy – zbieram je. Takie nietypowe hobby. Pierwszy kalendarz mam z czasów studiów z 1992 roku – dostałem go od mojego taty. Byliśmy umówieni na tenisa. Zapomniałem. Ojciec zarezerwował kort, czekał na mnie dwie godziny, a ja nie przyszedłem. Nic nie powiedział, tylko następnego dnia wręczył mi zielony kalendarz. Od tamtego dnia wszystko zapisuję. Lubię zaglądać do starych kalendarzy, bo są jak pamiętniki. Mogę zobaczyć, co robiłem rok temu, pięć lat temu, dziesięć.

Rzut oka na zegarek. 14.45.

***

– Zdarza się, że wcześnie rano jestem umówiony na jakieś spotkanie albo lecę gdzieś samolotem. Wówczas zostaję na noc w firmie. Wtedy wpadam wieczorem do rodziców na kolację, mieszkają blisko mojego biura.

Żona? Jesteśmy od 17 lat małżeństwem, chyba się już przyzwyczaiła, że często mnie nie ma. Kiedyś pracowała, ale gdy urodziła się córka, wspólnie zdecydowaliśmy, że zostanie w domu.

Nie chcieliśmy, by dzieci wychowywali dziadkowie czy płatne opiekunki. Dla mnie rodzina naprawdę jest ważna, najważniejsza. Dlatego zrezygnowałem z państwowej posady i poszedłem na swoje. To nie była łatwa decyzja. Zaraz po studiach zostałem na uczelni. Lubiłem to, co robiłem, studenci chwalili zajęcia, które prowadziłem. Zacząłem pisać doktorat, założyłem rodzinę. Wynajmowaliśmy z żoną kawalerkę, gdy urodziła się córka, było nam strasznie ciasno. Żona jest nauczycielką. Po urlopie macierzyńskim wzięła urlop wychowawczy. Któregoś dnia spotkałem kolegę ze studiów. Rozkręcał własny interes. Zaczął mnie namawiać, żebym rzucił uczelnię. Żona nie była tym pomysłem zachwycona, ale z drugiej strony czuła, że coś musimy zmienić. Pamiętam, jak powiedziała: „Jeśli czujesz, że masz na to siły – spróbuj”. Gdyby wtedy kategorycznie storpedowała mój pomysł, pewnie bym się nie zdecydował. Ale ona ma w sobie taki cudowny optymizm i to mi dodało skrzydeł. Zaryzykowałem, zainwestowałem. Takie były czasy – albo się uda, albo nie. Udało się. Dziesięć lat harowałem jak wół, bo miałem konkretny cel: zabezpieczyć byt mojej rodzinie. Wtedy, przyznaję, pracowałem dla pieniędzy. No bo gdy człowiek widzi, że mu się udaje, że pieniądze same do niego idą, to głupio ich nie brać, prawda?

Pazerność, mówi pani? Ale czy pazernością jest chęć, by mieć piękny dom z ogrodem, wygodny samochód, by zwiedzić świat, by zapewnić dzieciom edukację na najwyższym poziomie? To jest pazerność? Nie, to są marzenia. Jeden marzy, żeby zostać mistrzem świata w skokach narciarskich, drugi, by wygodnie żyć. Gdy ten pierwszy trenuje od rana do wieczora i większość życia spędza poza domem, to wszyscy go podziwiają i mu kibicują – że taki wytrwały, konsekwentny, że chce zdobyć upragniony medal. I gdy go zdobędzie, to noszą swojego mistrza świata na rękach, całują po stopach i mówią, że jest dumą narodową. A moim złotym medalem, moim mistrzostwem świata było marzenie o fajnej rodzinie, o domu za miastem, o luksusowym samochodzie, o podróżach. Dlaczego moje marzenia mają być gorsze? Przecież to mistrzostwo świata to nie tylko złoty krążek czy kryształowy puchar. To też pieniądze. Duże pieniądze. Tylko inaczej zarobione. Sportowiec chodzi na treningi, ja chodzę do pracy. O nim się mówi ambitny, o mnie pracoholik. Bzdura. Kompletna bzdura.

Dzwoni telefon. Bartek rozłącza. 14.57. Zostały mi jeszcze 23 minuty.

***

– Często wyjeżdżam za granicę. Wiem, że żonie może być wtedy trudno, że wszystko jest na jej głowie – dom, dzieci, szkoła, zakupy. Nie, nie skarży się. Jest bardzo dzielna i zaradna. Gdy budowaliśmy dom, sama właściwe wszystkiego doglądała. Pilnowała robotników, zamawiała kolejnych fachowców. Podziwiałem, jak potrafi ich ustawiać przez telefon, jak nie pozwala sobie wchodzi na głowę. Silna, mądra kobieta. Czasem mówi, że nie powinienem tyle pracować, ale to wynika raczej z troski o mnie, a nie z tego, że jej jest ciężko. Znajomi ją postraszyli, że o siebie nie dbam, że nie robię żadnych badań, że zawału dostanę. Pewnie, wszystko może się przytrafić, kto wie, co nam pisane. Ale ja już nie pracuję dla pieniędzy, pracuję dla przyjemności.

– Kiedy byłem w teatrze? No nie wiem, chyba dość dawno. Jakoś nie przepadam za teatrem. Wolę koncert albo kino. Nie muszę chodzić do teatru, żeby być szczęśliwym. Wystarcza mi świadomość, że gdy będę miał ochotę, to stać mnie na to, żeby kupić bilety.

Soboty, pod warunkiem że jestem w Polsce, staram się spędzać z rodziną. Są takie miesiące, kiedy we wszystkie weekendy jestem poza domem. Czasem tak ustawimy opiekę nad dziećmi, że żona jedzie ze mną. Na wakacje wybieramy się latem i zimą. Latem uciekamy gdzieś do ciepłych krajów, zimą na narty – do Włoch albo do Austrii. W tym roku byliśmy w Szwajcarii. To nie są długie wyjazdy, najwyżej na tydzień. Co jeszcze chcę osiągnąć? Nie myślę o mojej pracy w kategoriach osiągnięć. Pracuję, bo praca sprawia mi przyjemność, a oprócz tego daje mi wymierne korzyści. Myślę o przyszłości moich dzieci. Życzę im jak najlepiej, ale nie wiem, czy będą miały tyle szczęścia co ja. Dlatego chcę je zabezpieczyć finansowo. Kupić im mieszkania, samochody, każdemu dać jakąś sumę na start w dorosłość. To nie jest rozpieszczanie. To jest po prostu wyraz mojej miłości do nich. Nie lubię takich wielkich słów, bo też nie jestem specjalnie wylewny i uczuciowy, ale tak właśnie o tym myślę. Że wszystko, co robię, robię z miłości do mojej żony i dzieci. Owszem, nie chodzę na wywiadówki, nie odrabiam z dziećmi lekcji, spędzam z nimi czas głównie w weekendy i w okresie wakacji. Ale to nie znaczy, że jestem gorszym ojcem. Wiem, czym się interesują, jakiej słuchają muzyki, jakie książki czytają, znam kilku kolegów moich synów i koleżanki córki.

Czego jest mi najbardziej żal? Że kiedy syn miał cztery lata i polał się wrzątkiem, nie mogłem przy nim być, bo akurat leciałem samolotem do Chin. Miałem tam być dwa tygodnie. Skróciłem pobyt do tygodnia i wracałem, bo wiedziałem, że jestem teraz potrzebny w domu.

Żal mi też, że nie mogłem być przy porodzie naszego najmłodszego syna. Byłem wtedy przez dwa tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Żona urodziła trzy tygodnie przed terminem. Zobaczyłem małego dopiero jak miał pięć dni. Dziś ma siedem lat.

Telefon. Bartek odbiera. Chwilę rozmawia, znów zagląda do kalendarza. Spogląda na zegarek. Jest 15.15. Za chwilę skończy się moje 60 minut. Na to, że zostanie mi doliczony dodatkowy czas raczej nie liczę. Wiem, że zburzyłoby to cały harmonogram dnia. Jestem przecież tylko jednym z wielu punktów, czekają kolejne.

***

– Miło się rozmawia, ale zaraz muszę uciekać. Mam wizytę u dentysty o 16. Gdyby jeszcze chciała mnie pani o coś zapytać, proszę zadzwonić.

Podaje mi rękę, chowa telefon, płaci rachunek. Mam jeszcze tylko jedno, jedyne pytanie, muszę je zadać. O altanę w ogrodzie. Jest 15.20. Skończył się mój czas. Idziemy razem w stronę parkingu.

– Altana?

Bartek patrzy na mnie kompletnie zaskoczony.

– Altana to był prezent urodzinowy dla mojej żony. Kiedyś byliśmy we Włoszech, wynajmowaliśmy dom. W ogrodzie była nieduża altana obrośnięta dzikim winem. Lubiliśmy tam siadać i któregoś wieczoru żona powiedziała, że moglibyśmy mieć taką w ogrodzie. Pamiętałem o tym i kilka lat temu podobna stanęła w naszym ogrodzie. To był prezent urodzinowy dla mojej żony. Chyba najlepszy, jaki udało mi się jej zrobić. Bardzo się cieszyła. Wszystko odbywało się w wielkiej tajemnicy przed nią. Pomógł mi mój ojciec. Wyjechaliśmy na kilka dni, a gdy wróciliśmy altana była gotowa. Teraz wino już podrosło. Kiedy tam siedzieliśmy ostatnio? No, nie wiem, nie pamiętam…

Parking. Żegnamy się.

***

Powiem panu. Nigdy jeszcze pan nie siedział z żoną w tej altanie. 

Sześćdziesiąt minut
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Katarzyna Kolska napisała dziesiątki reportaży i te...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze