Miasto na wzgórzu
Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 votes
Wyczyść

Jerozolima niepokoi wyobraźnię, pożąda naszej uwagi. Miasto miast – wyniesione ponad inne, nabrzmiałe od znaczeń oraz wizji i drżące w oczekiwaniu na ich spełnienie. Miasto naznaczone obecnością mityczną lub bardziej realną króla Dawida, Jezusa, Mahometa. Zatem Miasto religii, naznaczone przez sacrum, z odciśniętym znamieniem boskości jak dowodem tożsamości. Ale również Miasto zabijające w imię religii. I wreszcie, Miasto rozczarowujące, obdarzające przybyszów obłędem. Kontrast między oczekiwaniami i zastaną rzeczywistością sprawia, że każdego roku spośród odwiedzających Jerozolimę 100 osób trafia do miejskiego szpitala psychiatrycznego. Jerozolimski syndrom to szaleństwo rozczarowań i ułudy. Każdy kamień i każda ulica przemawiają tak silnie, że chwieje się w posadach tożsamość przybyszów. Oddzielają się od grupy, są podekscytowani, idą do miejsc kultu i nie chcą ich opuścić. Z hotelowych prześcieradeł robią sobie togi (zawsze białe), obsesyjnie dbają o czystość, myjąc się po wielokroć w ciągu dnia. Wykrzykują lub mechanicznie powtarzają ustępy ze świętych ksiąg, przeżywając silną identyfikację z którąś z biblijnych postaci. W natchnieniu biorą sprawy w swoje ręce, jak choćby Australijczyk Denis Michael Rohan, który w 1969 roku podpalił meczet Al-Aksa, pragnąc przyspieszyć nadejście Chrystusa. Jak Gogol, który popadł w pisarską niemoc i wyruszył do Jerozolimy, by pojednać się z Bogiem. „Dopóki nie przyjadę do Jerozolimy, nie będę umiał napisać nic pocieszającego” – zapisał. Tandetność ówczesnej Jerozolimy wpędziła go w depresję: „Nigdy nie byłem tak mało zadowolony z mego stanu ducha jak podczas bytności w Jerozolimie i po niej”.

Podczas gdy obłęd jerozolimski wznieca w duszy fałszywe ognie, zmuszając do działania, Bóg skąpi słów. Jerozolima nie daje ukojenia, nie udziela odpowiedzi. Co zatem oferuje swoim pielgrzymom? Udział w największej świętości, cząstkowe dostąpienie wejścia do Świętego Świętych: milczenie.

Miasto posiadające, Miasto posiadane

Napisać biografię Jerozolimy to rzecz bezczelna w swej odwadze. Doprawdy, byłoby to możliwe? Po Europie Normana Daviesa wydaje się, że tak. Simon Sebag Montefiore opowiada historię Miasta w sposób sprawdzony i chyba jedyny możliwy: poprzez ludzkie życiorysy. I choć wędrujemy razem z autorem po uliczkach, dotykamy murów, zaglądamy do kloak, czerpiemy wodę ze studni i przedzieramy się przez tunele, szukając wyjścia, to wciąż robimy to za pomocą zmysłów wyznawców judaizmu, chrześcijaństwa, islamu. Jerozolima Montefiorego to nie tylko przewodnik po mieście i jego najbliższych okolicach (choć jestem przekonany, że ta kilkusetstronicowa książka doskonale sprawdziłaby się w terenie). Poznajemy ulice, oglądamy zabytki, podziwiamy wschody i zachody słońca, wsłuchujemy się w gwar miasta – to wszystko byłoby jednak bez smaku i pozbawione koloru, gdybyśmy nie patrzyli na Miasto tak jak Saladyn, nie czuli go tak jak Ryszard Lwie Serce. Historia Jerozolimy jest opowiedziana w sposób chronologiczny, ale podział ten podyktowany jest posiadaniem Miasta. Rozdziały tworzą zatem solidne zakładki wyznaczone przez judaizm, chrześcijaństwo oraz islam, jak również przez krzyżowców, mameluków, Osmanów czy syjonizm. Na równych prawach oglądamy Jerozolimę oczami Rasputina, Sabataja, Henryka VIII czy Cromwella. Jerozolima staje się obsesją, jej posiadanie (bądź choćby ujrzenie) jest marzeniem. Znacznie częściej jednak to nie Jerozolimę się posiada, ale ona posiada człowieka.

Czytając niezwykłą biografię pióra Montefiorego, próbowałem policzyć, ile razy Jerozolima była niszczona. Zgubiłem się, zabrakło mi palców. Jej historia to pasmo udręk, wznoszenia i pohańbienia, przechodzenia z rąk do rąk, brutalnego wydzierania sobie i porzucania. Miasto Boga – krajobrazowo wcale nie najpiękniejsze, bez ukrytych bogactw naturalnych, z zerowym znaczeniem strategicznym. Zdaje się, że im bardziej była niszczona, im bardziej słuch miał o niej zaginąć wraz z kolejną granicą nie-do-przekroczenia (np. Turcy seldżuccy), tym jej znaczenie rosło z dala od niej samej. Jerozolima jest miastem, które często przemierza przestrzeń; miastem niezwykle ruchliwym. Przepływa morza i oceany, rozsiada się dostojnie w spokojnych dolinach lub odnajduje się w miejscach najmniej spodziewanych. Mistycy i mesjasze, uciekinierzy ze starego kontynentu, ludzie zaczytani w Piśmie, którzy wierzą, że „Bóg Izraela jest wśród nich”, budują nową Jerozolimę. Pielgrzymi, którzy zeszli na ląd z Mayflower, przywieźli ją ze sobą, w swoich pobożnych sercach i rozjątrzonych umysłach zamkniętych tygodniami pod pokładem. „W niedługim czasie – wylicza Montefiore – powstało osiemnaście miejscowości o nazwie Jordan, dwanaście o nazwie Kanaan, trzydzieści pięć Betlejem i sześćdziesiąt sześć Jerozolim lub Salem”. To miasto przywędrowało również do Polski, lokując się niemal w samym środku kraju we wsi Nowa Jerozolima w gminie Parzęczew. Ukazuje swoje oblicze na Dolnym Śląsku w Wambierzycach, czy po przeciwnej stronie, na Warmii, gdzie w Olsztynie stoi kaplica jerozolimska, lub w Głotowie, gdzie drogę krzyżową usypano z piachu i kamyczków z zamorskiego miasta.

Czego się szuka w Jerozolimie, nawet w tej usadowionej gdzieś na amerykańskiej prerii, zagubionej jak klejnot w warmińskich lasach? Ukojenia, bliższego dostępu do Boga? Pojednania – z samym sobą, życiem przeciekającym w pulsującym rytmie przez palce? Czegokolwiek by szukać, znajduje się to raczej w tej nowej, drugiej Jerozolimie. Ta prawdziwa ma dla swych wyznawców gorycz rozczarowania, udrękę popiołu.

Miasto miłości, Miasto śmierci

W okresie krucjat, czyli w czasie rozkwitu Jerozolimy w średniowiecznej wyobraźni Europy, mówiło się, że „żaden podróżny nie jest tak zły jak pielgrzym do Jerozolimy”. Koloryt przybywających tutaj przybliża Montefiore, gdy pisze: „Outremer (Zamorze, mozaika łacińskich posiadłości na Wschodzie okresu krucjatowego – przyp. M.C.) był średniowiecznym odpowiednikiem Dzikiego Zachodu: mordercy, awanturnicy i ladacznice przyjeżdżali tu w poszukiwaniu szczęścia, choć pruderyjni kronikarze mówią niewiele o nocnym życiu Jerozolimy”. Tę nocną część życia, zdominowaną przez przygody alkowy, pisarz pokazuje sumiennie, choć bez zbytniego zagłębiania się w pikantne szczegóły. Arabowie byli pod olbrzymim wrażeniem frankijskich kobiet z ich odmienną urodą, zwyczajami, śmiałością, europejscy rycerze zaś dali się oczarować zwiewności muzułmanek. Ten okres wzajemnego przenikania się trzech religii z całym bagażem kulturowym jest zapierającym dech w piersiach zapisem projektu szczęśliwości. Autor pokazuje, że pośród dorównujących sobie w okrucieństwie chrześcijan i muzułmanów były także osobowości próbujące naturalnie łączyć Wschód z Zachodem. Zatem: zapisać historię Jerozolimy poprzez miłość?

W Jerozolimie to jednak nie miłość jest wszechmogąca, ale śmierć. Dla wielu Jerozolima jest nekropolią, miastem spotkania ze śmiercią, ukrywającym swoją prawdziwą twarz pod barwnym płaszczykiem pozorów życia. Miasto otoczone cmentarzami i zbudowane na cmentarzach. Do Jerozolimy nie jedzie się po doczesność, po życie, ale idzie się na spotkanie z ostatecznością, na spotkanie ze śmiercią. Niech śmierć zastanie człowieka w Jerozolimie, tam rozpocznie się zmartwychwstanie. Mukaddasi, muzułmański pisarz, najlepiej obrazuje świadomość życia w podwójnej Jerozolimie: niebiańskiej i ziemskiej, mistycznej i realnej. „Czy to nie ona łączy zalety Tego Świata z zaletami Najwyższego? Czy nie jest to sahira – równina – zgromadzenia w Dniu Sądu Ostatecznego, kiedy nastąpi Zebranie i Naznaczenie? Zaiste, Mekka i Medyna mają swoją wyższość, ale w Dniu Sądu obie przyjdą do Jerozolimy, a ich wspaniałość zostanie tutaj połączona”. Pogrzeb w Jerozolimie oznacza, że zmarli i pochowani mogą oczekiwać pierwszeństwa w dniu Sądu Ostatecznego. Im bliżej Wzgórza Świątynnego, tym szybsze wskrzeszenie. Stworzono nawet geografię Apokalipsy wokół Jerozolimy: siły zła zostaną pokonane przed Złotą Bramą, Niebo zstąpi na Wzgórze Świątynne, piekło zejdzie w dolinę Hinom. Umarli, na dźwięk trąby Azraela, Archanioła Śmierci, powstaną – pierwsi, ci pochowani najbliżej Złotej Bramy. Przejdą przez nią, a ona stanie się drzwiami Sądu Ostatecznego. Miejscu nadano głęboką i wieloznaczną symbolikę. Złota Brama to dwie bramy, ponieważ posiada dwa łuki. To Brama oczekująca swego Mesjasza, w rzeczywistości zamurowana, mistycznie wciąż otwarta. Brama Złota, zwana w języku arabskim Bab el-Rahmeh, po hebrajsku zaś Szaar Ha-Rahamim, jako jedyna prowadzi na teren Wzgórza Świątynnego. Przechodząc przez nią, wchodzi się do Doliny Jozafata, miejsca zdarzeń ostatecznych, ale można także dojść do Góry Oliwnej. Przez nią miał wjechać Chrystus w czasie Niedzieli Palmowej, przy niej apostołowie po Jego śmierci mieli dokonać cudu. Z czasem została nazwana również Bramą Miłosierdzia lub Piękną Bramą, choć Montefiore przekonuje, że w tym wypadku doszło do błędnego utożsamienia z inną bramą. Niewłaściwie, uważa autor, wytyczono też ostatnią drogę Jezusa, Via Dolorosa. I na tym też polega siła tej brawurowej biografii: jest pisana nie tyle piórem, nie tyle życiorysami, ile również wespół z archeologami i na przekór nim. Wespół, ponieważ czerpie pełnymi garściami z najnowszych odkryć, na przekór zaś, gdyż prace naukowe nie są pozbawione nacisków ideologicznych. Czy jest w ogóle możliwe pisanie o Jerozolimie bez zachwytu lub zapalczywości? Palestyński historyk Nazmi al-Dżube mówi: „W Jerozolimie nie pytajcie mnie o fakty historyczne. Bez zmyśleń nic nie pozostanie”.

Ogień i Miasto

Pierre Marie-Delfieux w Księdze życia Jeruzalem, czyli w Regule Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich pisze: „Jeruzalem jest miejscem, gdzie trzy religie monoteistyczne gromadzą się w dramacie podziału – a że twoim powołaniem jest przeżywać ekumenizm między synami Abrahama w żywych więzach jedności – jesteś mnichem jerozolimskim, jesteś mniszką jerozolimską. (…) Oczywiście, to imię całkowicie cię przerasta, podobnie jak nazwa chrześcijanina albo syna Bożego”. Jerozolima wymyka się próbom zawładnięcia, zapewne i próbom racjonalizacji. Jerozolimą trzeba żyć tak, jak się żyje darem. To Miasto przerasta człowieka, dlatego jego historia jest historią świata. Do kogo należy Jerozolima, jeśli nie do ognia?

Czytając ten opasły przewodnik, zrozumiałem, że nie ma jednej Jerozolimy. Teddy Kollek mawiał, że „Wszyscy mają dwa miasta, swoje i Jerozolimę”. Nagle rozumiem nostalgiczną tęsknotę za średniowieczną Ultima Thule i nieoczekiwanie otwiera się przede mną wiersz Adama Zagajewskiego Jechać do Lwowa. Historia Jerozolimy to ciągłe rozdarcie między tym, co rzeczywiste, i tym, czym kieruje się serce. Ta książka jest pomyślana jako wolna od stawania po którejkolwiek ze stron toczącego się wokół Miasta konfliktu. Dla czytelnika będzie to zatem podróż bezpieczna. Jest to jednak książka bardzo osobista – autor ze wzruszeniem przyznaje, że całe życie przygotowywało go do napisania tej niezwykłej biografii. Między rozlegającymi się dzwonami, kołatkami i śpiewem wzywających na codzienne modlitwy poszukuje także swoich korzeni. I przyznaje – uważaj czytelniku – że i jego należy zaliczyć do dotkniętych obłędem jerozolimskim.

Miasto na wzgórzu
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze