Anioł wyprzedzony

Anioł wyprzedzony

1.

Od stacji metra wiał wiatr. Był tak silny, że zdmuchiwał czapki z głów chłopców, którzy przeskakiwali przez barierki, żeby nie kasować biletu; podrywał do lotu kapelusze mężczyzn w czarnych płaszczach taszczących swoje czarne walizeczki. Był tak uporczywy, że burzył fryzury eleganckich kobiet w kostiumach, nerwowo przetrząsających torebki w poszukiwaniu niebieskiej karty magnetycznej. Niektóre z nich usiłowały jednocześnie ochronić swoje głowy przed podmuchem, co dawało komiczny efekt. Tadeusz, gdy to obserwował, ubawił się nieraz przednio. Tak bywało kiedyś. Dzisiaj nie widział w tym nic śmiesznego. Nie miał czasu. Gdy szybkim krokiem przekraczał drzwi z napisem „Metro Kabaty” i czuł na swojej łysiejącej głowie zimny powiew, wyobrażał sobie, że jest postacią z obrazu Paula Klee nazwaną przez artystę tak doniośle: Angelus Novus. W rzeczywistości ów Angelus Novus bardzo przypominał Tadeuszowi jego samego, żałosną figurkę z rozpostartymi skrzydłami — połami prochowca, którą od tyłu popycha donikąd wiatr historii. Donikąd — czyli na usiany ziewającymi postaciami pas peronu, a potem do miejsca dożywotnich rozkoszy, do agencji ubezpieczeniowej przy ulicy Ciasnej, gdzie co dzień czeka na niego komputer, kubek z napisem „Święty spokój za pół ceny” i zabazgrany kalendarz otwarty na bieżącym dniu. Dniu, w którym może się zdarzyć wszystko, pod warunkiem że osiągnie wymagany poziom nudy.

Minęła ósma. Tłum płynął w obie strony, a wraz z jednym z jego nurtów płynął Tadeusz. Szczękały barierki, wymuszając na pasażerach chwilowy postój. Panie szperały w swoich torebkach, ktoś rzucał ciche przekleństwa, ktoś gderał. Do barierek zainstalowanych w warszawskim metrze parę lat temu Tadeusz żywił odrazę. Jednego poranka z impetem uderzył w nie nogami, podczas gdy blokada nie zdążyła się jeszcze zwolnić. Mięśnie bolały go przez tydzień.

A teraz, masz ci los, korek. Nerwowo spojrzał na zegarek. Tym razem się nie uda. Z dołu słyszał już świst zbliżającego się pociągu. Podjął rozpaczliwą próbę ominięcia kolejki. Zgarbił się i jak gdyby nigdy nic wyprzedził potężnego mężczyznę w kożuchu.

— Panie, co pan? — zaprotestował jegomość. Jednocześnie Tadeusz poczuł na swoim ramieniu żelazny uścisk.

— Ale ja muszę — zakwilił i zaraz się tego zawstydził.

— Musisz pan — powtórzył szyderczo mężczyzna. — No patrzcie. A jeśli ja muszę bardziej, to co? Mamy konflikt interesów, ha?! — zaśmiał się tubalnie, a Tadeusz potulnie wrócił do kolejki, która wreszcie ruszyła.

— Co się tam dzieje, że ruch tamują, psiakręć?! — usłyszał pytanie rzucone w tłum. Po chwili sam poznał odpowiedź. Tuż przy wąskim gardle wejścia na peron na pół klęcząca dziewczyna zbierała rozsypane monety. Rozpoznał młodą skrzypaczkę, która od rana do wieczora wygrywała w przejściu podziemnym fugi. Najwyraźniej ktoś ją popchnął w tym ścisku. „To się właśnie nazywa kultura”, pomyślał gorzko i trzymając się lepkiej poręczy, zjechał ruchomymi schodami na peron. Za późno. Wagoniki chowały się już za zakrętem.

2.

Starając się nie zamknąć opadających powiek, Tadeusz przyglądał się dyskretnie siedzącym naprzeciwko ludziom. Skonstatował z satysfakcją, że wszyscy stosują się do etykiety ustalonej dla tak zwanych miejsc użyteczności publicznej (z etykietami różnego rodzaju zapoznał się w idiotycznym podręczniku komunikacji interpersonalnej, obowiązkowej lekturze na kursie dla agentów ubezpieczeniowych). „Czyli — wyrecytował w myśli — w sytuacjach wymuszających zmniejszenie dystansu między obcymi sobie osobami nie zachowywać się w sposób, który może zostać odebrany jako chęć wykorzystania zaistniałej sytuacji do celów osobistych. Do czynników szczególnie groźnych dla ładu publicznego należą: a — niekontrolowane uśmiechy wysyłane w przestrzeń publiczną, be — gwałtowne ruchy ciała, i nade wszystko ce — natarczywe spojrzenia kierowane — zamiast w przepisową próżnię — w stronę osoby iks”. W jego wagoniku wodzono martwym wzrokiem po poręczach, po żółtych kartkach z ostrzeżeniem o incydencie bombowym, względnie patrzono karnie we własne zniekształcone odbicie w przeciwległym oknie. Tadeusz zapragnął nagle zrobić coś nieprzepisowego. Na dobry początek zaśmiał się pod nosem. Zadziałało. Siedząca obok pani z pieskiem nieznacznie odsunęła się od niego. Jął więc przyglądać się ostentacyjnie siedzącym naprzeciw niego pasażerom. Chudy mężczyzna mimochodem poprawił kapelusz. Kobieta o kruczoczarnych włosach wyjęła z torebki kolorowe pisemko i nerwowo zaczęła je przeglądać. Pozostali niewzruszenie tkwili w swoim letargu, bezwładnie i nierytmicznie kiwając głowami.

Patrząc na nich, Tadeusz resztką sił powstrzymywał się, żeby nie zasnąć. Po przykrym incydencie sprzed paru dni wstaje kwadrans wcześniej. Ponadto: myje zęby trzy razy szybciej, a w drodze na stację robi dwa razy więcej kroków na minutę. Dokonał też ważnego odkrycia pozwalającego zaoszczędzić dodatkowe kilka minut czasu: trzeba wsiąść do wagonu, który na stacji docelowej zatrzyma się najbliżej odpowiedniego wyjścia. Tuż przy schodach ruchomych opatrzonych niebieską tablicą „Plac Bankowy”. Tadeusz poświęcił całe niedzielne popołudnie na eksperymenty w tej dziedzinie. Narysował nawet odpowiednie plany, żeby nie pomylić się i nie zastanawiać za długo, niezależnie od tego, w którym kierunku jedzie.

Ocknął się, gdy usłyszał znajomy gong. Stacja końcowa, stacja końcowa, obwieścił senny głos. Wysiadł. Plan działał perfekcyjnie. Na schodach obejrzał się za siebie. Ha! Z drugiego końca peronu biegli ci, którym logika wsiadania była obca. I dobrze. Niech się pospóźniają, tak jak on ostatnio. Otrząsnął się na samo wspomnienie. Kiedy przedwczoraj wszedł do firmy, sekretarka, pani Marzenka, wspinając się na palce, odczepiała właśnie z korkowej tablicy kartkę z napisem „Wzorowi agenci”, na czele której widniało jego nazwisko. Gdy chrząknął, dając znać o swoim przyjściu, odwróciła się i rzuciła w jego stronę spojrzenie pełne przygany pomieszanej ze współczuciem.

— Szef czeka na pana, panie Tadziu. Oj, czeka — oznajmiła. Spojrzał na zegarek. — Przecież raptem dwadzieścia minut…

— Dlatego on czeka dopiero kwadrans. Spokojnie — dodała krzepiąco — może chodzi o odebranie panu tytułu wzorowego agenta i potrącenie premii, a nie zaraz — zwolnienie. Trzeba być pozytywnej myśli, bo inaczej nabawimy się wrzodów.

Tadeusz jęknął w duchu i skierował się w stronę obitych dermą drzwi.

— Proszę, proszę, panie kolego — głos szefa był jak zawsze uprzejmy i bezbarwny. — No słucham. Dziecko zachorowało? Korki na drodze?

— Jeżdżę metrem… — sprostował cicho. — I właśnie…

— Panie kolego — szef westchnął ciężko. — Proszę sobie darować. Ja tylko upominam, uczulam. Każde pięć minut to nowy klient, który zechce właśnie ubezpieczyć żonę, autko, pieska. W czasie, który tracił pan na guzdranie się w podziemiu, mógł pan roztaczać strategie rozwojowe firmy. Ja chcę, żeby pan sam to pojął i z własnej woli ten błąd czym prędzej naprawił. Żeby moje słowa zapadły panu w serce jako drogowskaz, a nie tylko banalna nagana zwierzchnika! Czy zna pan Gabriela Marcela, panie kolego?

— Powiedział pan: Marcela? — Tadeusz spojrzał zaskoczony na przemawiającego mężczyznę.

— No tak… — pokiwał głową tamten — skąd mógłby pan znać. Skończył pan pewnie jakąś bankowość czy inny marketing. Marcel…

— Gabriel Marcel, współtwórca egzystencjalizmu, był członkiem Akademii Nauk Moralnych i Politycznych — wpadł mu w słowo Tadeusz, lekko urażony. — Jestem z wykształcenia filozofem.

— No proszę, więc jednak pan zna. Otóż Marcel mówił, że człowiek może prześcignąć sam siebie, że potrafi przekroczyć swoją kondycję przez nieustanny, heroiczny wysiłek.

— „Być i mieć”, „Dziennik metafizyczny”, rok 1931 — wtrącił Tadeusz, ale nie zrobiło to większego wrażenia na dyrektorze. Ze zmrużonymi oczami wybijał rytm firmowym długopisem.

— To jest filozof na miarę naszych czasów — rozczulił się. — Prześcignąć siebie! Pasuje tu jak ulał słowo, którego czcigodny myśliciel zapewne nie znał, bo gdyby znał, upodobałby je sobie ponad wszelkie inne. Wie pan jakie, panie Tadziu? Nie wie pan.

E–fek–tyw–ność! Tylko człowiek e–fek–tyw–ny ma szansę na przekroczenie siebie. Rozumie pan? Heroiczny marsz ku większej efektywności. Ot co. Nie mam racji? Mam.

— Oczywiście, oczywiście — Tadeusz pospieszył z zapewnieniem.

— W takim razie cieszę się, że pan pojmuje. Filozof. Bardzo dobrze. Zabieramy się więc do pracy, panie kolego. Słowo?

— Tak… A czy pan… — zapytał jeszcze od drzwi — też jest…?

— Ja jestem hobbystą. Do widzenia, panie Tadziu.

Ta sympatyczna w gruncie rzeczy rozmowa kosztowała go jednak sporo. Pamięta, że opadł wtedy na plastikowe krzesełko przy swoim biurku i długo ocierał pot z czoła kraciastą chustką. Od tamtej pory uwija się jak niezniszczalny trybik szwajcarskiego zegarka. Oto właśnie dochodzi do budynku i — proszę — za pięć dziewiąta. Zdąży nawet wypić drugą kawę.

Efektywność! Pięknie brzmi, zaiste. Ciekawe, że dopiero jakiś amator uświadomił mu, co genialny Marcel miał na myśli.

Tadeusz nie poprzestał na tym, co najłatwiejsze. Wcześniejsze wstawanie, zwiększona liczba kroków na minutę oraz Logika Wsiadania i Wysiadania stanowiły zaledwie ogniwa potężnej machiny przyspieszenia. Najważniejszym osiągnięciem było zwiększenie liczby obsługiwanych klientów. Każdy dzień w plannerze podzielił sobie na osobokwadranse — kiedy rzecz dotyczyła zapobiegliwych ojców rodzin czy bogatych wdów chcących zabezpieczyć swoje posiadłości, oraz na firmogodziny — szczególnie obfitujące w miłą dla kieszeni prowizję. Dni upływały nadzwyczaj efektywnie, a składały się średnio z sześciu firmogodzin i dwunastu osobokwadransów. Korkowa tablica nieprzerwanie informowała już nie o „wzorowych agentach” czy „agentach miesiąca”, lecz o jednym jedynym Wzorowym Agencie — Tadeuszu Kolce. Trzeba było zobaczyć go w akcji! Niepewny i powściągliwy w lokowaniu gdziekolwiek swojej pensji klient był z miejsca zasypywany gradem wiarygodnych informacji ilustrowanych dobitnymi przykładami z dziejów ludzkości.

— Gdyby nasza firma rozpoczęła działalność parę tysięcy lat wcześniej, dajmy na to: w ziemi Us — Tadeusz wyrzucał z siebie słowa prędko, ale z dykcją — to ani Bóg, ani szatan nie byłby w stanie wystawić Hioba na tak ciężkie próby. Za kilka miedziaków, wartości nie większej niż skobek koziego mleka rocznie, ubezpieczyłby swoje stada, dom i zdrowie. I gdy tylko nadeszłyby nieszczęścia, mędrzec zapukałby do naszych drzwi, by po niedługim czasie, bez zbędnej biurokracji, wyjść z walizeczką pełną banknotów. Znaczy miedziaków.

Petent mógł jedynie przytakiwać, popijając kawę z kubka z napisem „Pali się? Śpij spokojnie!”. Potem otwierał portfel, podpisywał podsuwane kartki, wychodził zadowolony i z lekka oszołomiony.

Tadeusz wracał do domu po zmroku. W głowie wirowały mu cyferki, powtarzał machinalnie fragmenty swoich kwiecistych przemów. Jednak nie wracał zbyt chętnie. Żona Tadeusza nie potrafiła uszanować heroicznej walki z czasem, którą toczył.

Pewnego deszczowego wieczoru siedział przed telewizorem i półprzytomnie oglądał serwisy informacyjne, zerkając co chwilę na krzątającą się po kuchni Annę. Potem zaczął nerwowo chodzić po mieszkaniu.

— Co tak chodzisz — rzuciła przez ramię — nawet w domu nie możesz usiąść na miejscu chociaż na chwilę?

— Czy ty myślisz, że ja dla przyjemności tak haruję do wieczora? — rozżalił się i wyszedł do pokoju. Po paru minut weszła Anna z dymiącym talerzem zupy. Dopiero teraz przypomniał sobie, że jest głodny. Zabrał się łapczywie do jedzenia. Anna usiadła w fotelu i przyglądała mu się z dezaprobatą.

— No co jest znowu nie tak? — rzucił między jedną a drugą łyżką pomidorowej. — Co tak patrzysz?

— Tyjesz — powiedziała Anna niespodziewanie, aż się zakrztusił. — To pewnie od tych drożdżówek, którymi się zapychasz, bo na porządny obiad o normalnej porze nie masz czasu.

Zamurowało go. Chciał powiedzieć, że to się zmieni, że trochę nadgoni, zarobi więcej, żeby później mieć więcej czasu dla niej, że w lipcu weźmie urlop i zabiorą Piotrusia gdzieś nad jezioro, najlepiej pod namiot, ale nie powiedział nic. Anna również milczała przez dłuższą chwilę. Podkuliła nogi i siedziała tak, jak zasmucona dziewczynka.

— Piotruś chciał czekać, aż wrócisz, ale w końcu zasnął — odezwała się znowu. — Niedługo zapomni, jak wyglądasz.

I tym razem nic nie powiedział. — Zrobię ci herbaty — Anna poderwała się nagle. — W zwyczajnej filiżance. Piotruś stłukł ten twój idiotyczny kubek.

— Ten z napisem o powodzi? — spytał.

— Tak. Przykro mi.

— Trudno, nic się nie stało — powiedział obojętnie Tadeusz i sięgnął po gazetę.

3.

Dzień, którego Tadeusz nigdy nie zapomni, rozpoczął się całkowicie zwyczajnie. Był piątek, 13 lutego. Słońce wzeszło punktualnie o siódmej. Płatki śniegu z deszczem spadały równiutkimi rządkami z nieba na ziemię. Od stacji metra wiał wiatr. Ruchomymi schodami zjeżdżali na peron ludzie. Gdy zza zakrętu wytoczył się pociąg, błyskając oślepiającymi światłami, tłum rozproszył się równomiernie wzdłuż peronu. Do trzeciego wagonika od końca, do którego codziennie o 8.30 wsiadał Tadeusz, weszło — jak zwykle — parę osób. I nikt nie zauważył nawet, że Tadeusza wśród nich nie było.

Pech sprawił, że przez noc ulice pokryły się zdradliwą warstewką lodu. Tadeusz odczuł to boleśnie, ledwie wyszedł ze swojej kamienicy. Masując kolano, kuśtykał w stronę stacji. Nie da rady robić dwa razy więcej kroków na minutę! Spojrzał na zegarek. Cholera. Zaczął jednak biec. Noga przestała boleć. Między panią z wózkiem a dwiema dziewczynkami objuczonymi plecakami zaryzykował slalom. Pierwsze schody. Wymijał niestrudzenie wszystkich, i tych wlokących się noga za nogą, i tych raźno przeskakujących po dwa stopnie. „Trzymaj się prawej” — nakazywały plakaty przyklejone na ścianach wzdłuż schodów. Dzisiaj, jakby jemu na złość, nikt nie trzymał się prawej. Przepraszam! — powtarzał najpierw błagalnie. Potem zaniechał. Przepychał się na oślep, z determinacją i prawie ze łzami w oczach. Funkcjonująca dotąd bez szwanku machina miała za chwilę runąć. Jeśli o 8.30 nie znajdzie się na bezpiecznym krzesełku w mknącym ku stacji „Ratusz” metrze, równie dobrze może poszukać sobie miejsca w Afryce jako poganiacz słoni. Ściskało go w gardle, ale nie przestawał biec. Oczyma wyobraźni zobaczył naraz swój planner ze wszystkimi osobokwadransami i firmogodzinami wyznaczającymi rytm tego dnia. Gdyby tak już trzymać go w ręku! Zniknęła gdzieś zadyszka. Tadeusz biegł. Biegł. Biegł. Doleciały go dźwięki skrzypiec. Elektroniczny zegar wskazywał godzinę 8.27. Był bardzo blisko. Nagle jakiś nieznośny dzieciak wyskoczył tłumu wprost pod nogi Tadeusza. Ten zaś niespodziewanie zręcznym susem ominął go i — usłyszał krótki pisk. Poczuł, że gdzieś frunie. Zdołał jeszcze spojrzeć pod nogi. Zauważył mnóstwo rozsypanych monet. Dlaczego nie może się zatrzymać? Co się dzieje?! Czy przy okazji poślizgnął się na skórce od banana? — Przepraszam! Pomogę pani pozbie… — chciał krzyknąć, ale wyszedł z tego tylko dziwny bełkot. Wiatr rozwiewał mu włosy. Tadeusz unosił się nad stacją metra. Nie potrafił jednocześnie opanować przebierania nogami, tak jakby nadal znajdował się na ziemi. Musiało to wyglądać zabawnie. Spojrzał w dół. Nikt na niego nie patrzył ani się nie śmiał. Właśnie wjeżdżał pociąg. „Zdążyłem”, pomyślał automatycznie i zaraz się zreflektował, „chyba niezupełnie”.

— Masz rację, niezupełnie — usłyszał za swoimi plecami ironiczny głos. Z wysiłkiem odwrócił głowę. Dwa kroki za nim na tej samej wysokości podążał mężczyzna. Nie przebierał jednak nogami. Nieznajomy szedł pewnie, jakby spacerował po deptaku w centrum Warszawy.

— Dlaczegotyidziesznormalnieajaniemogęzatrzymaćnógtylko… — Tadeusz zadał pierwsze lepsze pytanie, które przyszło mu do głowy.

— STOP — przerwał mu mężczyzna. — Mówię „stop”, bo jeśli bym ci nie przerwał, mówiłbyś bez końca — wyjaśnił. — Słowa płynęłyby z ciebie jak wodospad, coraz szybciej, aż umarłbyś z wycieńczenia.

— Codolichamamwięcrobićicotowogólewszystko…

— STOP — zakończył przybysz. — Lepiej po prostu myśl. Myśleć możesz oddzielnie. Ja i tak słyszę twoje myśli tak samo dobrze, jakbyś krzyczał.

Tadeusz zamilkł i przyglądał się nieznajomemu, który patrzył na niego z wyraźną kpiną. Zrobiło się jaśniej. Nie zauważył nawet, kiedy wyfrunęli z podziemia i znaleźli się na drugim końcu Warszawy. Lecieli teraz nad Ogrodem Krasińskich w stronę zniszczonego budynku dawnej Biblioteki Narodowej. W jaki sposób dolecieli tu aż tak szybko? „Żeby tak dotknąć ziemi…”.

— To raczej nie będzie możliwe w najbliższym czasie — wyjaśnił uprzejmie jego towarzysz i parsknął krótkim śmiechem.

„Jeśli ma pan zamiar się ze mnie natrząsać”, nasrożył się w myśli Tadeusz, „to…”.

 — To co? — odparł ów. — Żadną miarą się nie natrząsam. Po prostu stwierdzam fakty. Zawinione notabene przez ciebie.

Po raz drugi odwrócił głowę, żeby powiedzieć mu coś do słuchu, ale zastanowiła go jedna sprawa. Mężczyzna dziwnie przypominał jego samego. Tadeusz nie potrafił jednak określić, na czym to podobieństwo polegało. Był wyższy, tęższy. Jego włosy w znacznie mniejszym stopniu były tknięte siwizną. I oczy miał dużo jaśniejsze, bardziej wyraziste. Ale…

— Tak, jestem do ciebie podobny. Albo raczej ty do mnie. Masz podobne cechy fizyczne, co ja, tylko w mniejszym natężeniu. Krótko mówiąc, jesteś trochę mniej udaną kopią mnie.

— Dosyćtegonigdyniewidziałemtakzarozumiałegokretynaniechżemniepanściągnienaziemiędośćtejgłupiej… — nie wytrzymał Tadeusz.

— STOP — dodał mężczyzna. — Proszę docenić moją uprzejmość, która nie ustaje wbrew ciskanym tu obelgom. Ostrzegam, mógłbyś się zagadać na śmierć. Co do wyglądu, to ja nie przywiązuję do tego wagi. Tam, gdzie mieszkam, nie ma on decydującego znaczenia. Wyglądam tak tymczasowo, i tylko ze względu na ciebie. Nawiasem mówiąc, wolałbym być szczuplejszy, chociaż nie narzekam, nie myśl sobie. Taki już jestem. Ogólnie pogodny anioł.

Tadeusz przeżegnał się ukradkiem i wpatrywał się w postać ze zdumieniem.

— No, tak lepiej — anioł pokiwał głową. — Chociaż nie wymagamy tego. Możesz mi nawet mówić na ty. Klękanie i inne gesty liturgiczne: w granicach zdrowego rozsądku, prosiłbym.

„Zaraz, przecież aniołowie są czystymi duchami, czy jak to się nazywało — formami. A ten tu wyskakuje z ciałem…”, pomyślał Tadeusz, gdy otrząsnął się z pierwszego szoku.

— Ejże, ja naprawdę wszystko słyszę. Co za „ten–tu”? — teraz to anioł się zdenerwował.

— Przepraszam, panie aniele…

— Jeszcze milej. Może — towarzyszu aniele? Poczułem się jak w waszym przedszkolu sprzed czterdziestu lat, gdzie na choince wisiały papierowe szóstki, a pod nią panoszył się Dziadek Mróz. Pamiętasz? Myślałem na początku, że pomyliłem lokal. Mniejsza o wspominki. Co do ciała, to nie myśl, że przechytrzyłeś samego Stwórcę. Forma czy nie forma… Powiedziałem, że ciało jest tymczasowe. Tak zresztą jak i twoje, ale moje inaczej. Nie, coś pomyliłem. Daruj. Z twoim ciałem to inna historia — anioł machnął ręką. — Zobacz, co to? Ależ piękny!

„Pałac Kultury i Nauki, zwany Pekinem”, pomyślał Tadeusz. „I wcale nie jest piękny. Jest odrażający. Zafundował go właśnie Dziadek Mróz”.

— Kwestia gustu. Te szklane wysokie domy też mi się podobają, na pewno ładnie odbija się w nich słońce — entuzjazmował się anioł.

Mijali właśnie biurowce, które zataczały coraz ciaśniejszy krąg wokół Dworca Centralnego. Sprawiał przez to wrażenie jeszcze niższego i bardziej przysadzistego.

— Nie wiem, może — Tadeusz wzruszył ramionami.

— Bardzoś spostrzegawczy w takim razie — zakpił znów anioł. — Dobra, dobra — machnął pojednawczo ręką. — Wróćmy do ciała. Szalenie lubię te wasze filozoficzne teorie. Niektóre są urocze. Posłuchaj tej: „Anioł oznacza funkcję, nie naturę. Pytasz, jak nazywa się ta natura — Duch. Pytasz o funkcję — Anioł. Przez to, czym jest, jest duchem, a przez to, co wypełnia, jest aniołem”. Czyż nie perfekcyjny chwyt retoryczny? — anioł zaśmiał się radośnie. — Wiesz, kto to wymyślił?

— Nie — odburknął Tadeusz.

— Uuuu, kiepsko. Jeden zero dla mnie. To Augustyn. Podpowiadam przecież, że mistrz retoryki, a ściślej: eks. Naprawdę nie wiedziałeś?

— Niedojasnejanielkiniemuszęznaćnapamięćwszystkiegozresztąniezajmujęsięjużfilozofiąbonie…

— STOP. Wybacz, nie chciałem cię urazić.

Tadeusz faktycznie poczuł się urażony. Marzył, by zejść na ziemię i porozmawiać z kimkolwiek, byle nie z tym podniebnym zadufkiem. Nie lubił, gdy ktoś wytykał mu braki w wiedzy filozoficznej. W takich chwilach żałował, że zrezygnował z pracy w liceum. Wtedy przynajmniej ciągle coś doczytywał, powtarzał, żeby być na bieżąco. Ale kto dzisiaj utrzyma rodzinę z pensji nauczycielskiej?!

— Ja rozumiem, stary. Nie denerwuj się — anioł zdawał się skruszony.

— Czy możesz czasem zatkać uszy, gdy myślę? — warknął Tadeusz. — Nie szukam psychoterapeuty. Powiedz, jak mam stąd zejść. I dlaczego w ogóle tu jestem.

— Pomyśl, to będziesz wiedział, dlaczego.

— Ostatnio jakoś kiepsko mi się myśli. Powyżej tysiąca nad poziomem morza mam kłopoty z koncentracją — odrzekł.

— Cóż mogę ci odpowiedzieć…? — Tadeuszowy sobowtór najwyraźniej był w szampańskim nastroju. — Aniołowie przewyższają doskonałością wszystkie stworzenia widzialne. Świadczy o tym blask ich chwały. Katechizm Kościoła Katolickiego, do usług.

Tadeusz postanowił przemilczeć kolejne uwagi i czekać na rozwój wydarzeń. Nie da się więcej sprowokować. Anioł zagadywał do niego raz po raz, lecz on nie reagował. Starał się nie myśleć o niczym. Powtarzał tabliczkę mnożenia. Pełen spokój. Lecieli nad Mostem Gdańskim, który w zapadającym zmroku błyszczał upiornie zielonymi światełkami. Która może być godzina?

— Uważaj, samolot! — usłyszał nagle przeraźliwy wrzask anioła. Tadeusz zamachał rękami, krzyknął. Wydawało mu się, że traci równowagę. Schował głowę w ramiona.

— Ale żart! Porządny kawał, niech mnie — anioł jęczał i trzymał się za brzuch. — Nabrałem cię przecież, oj. Gdzie samolot, człowieku?! Na tej wysokości?! He he, bo spadnę.

Tadeusz konsekwentnie milczał.

— Poczucie humoru jest substancją anielskiego istnienia i wzrasta wprost proporcjonalnie do malkontenctwa podopiecznego — perorował anioł. — W przeciwnym razie, mówiąc po twojemu, można by sobie w łeb strzelić. Opowiedzieć ci dowcip o pobożnym pilocie?

Odpowiedzi nie było.

— No, już widzę, jak się jeżysz. Lepiej powiem ci, jak to wszystko się stało. Po prostu, wyprzedziłeś mnie. Tak się spieszyłeś, że znalazłeś się na przedzie. Ty zamiast mnie, rozumiesz?

— Nie — Tadeusz nie rozumiał nic.

— Bardzoś… — anioł zakasłał. — To znaczy, słuchaj: „Oto ja posyłam anioła przed tobą, aby cię strzegł w czasie twej drogi i doprowadził cię do miejsca, które ci wyznaczyłem”. Księga Wyjścia, rozdział dwudziesty trzeci. Teraz jasne?

Nic nie było jasne.

— Nie udawaj Greka — anioł starał się zachować cierpliwość. — My idziemy na przedzie, wy — dwa kroki za nami. I wtedy gra. Pełna harmonia. Nagle ty — hyc! do przodu. Tak się rozpędziłeś, że sam ledwie za tobą nadążam.

— Dlaczego na przedzie? — dociekał Tadeusz. — Myślałem, że „przy”. Tak jak się mówi: „Ty zawsze przy mnie…”.

— Co za drobiazgowość! — anioł wpadł mu w słowo. — Wydaje ci się może, że „przy” zamiast „przed” poprawiłoby teraz twoje położenie? Wyobraź sobie, że „przy” obejmuje tylko najmłodsze roczniki. Od siedemdziesiątego w górę. Taka innowacja. A ty kwalifikujesz się zdecydowanie do „przed”.

„I zrobiliście to za karę?”, pomyślał Tadeusz żałośnie. „Bo niechcący wyprzedziłem, tak?”.

— Za jaką karę, nie bądźmy dziećmi. Są pewne zasady, którym my też podlegamy. Coś w rodzaju ziemskich praw fizyki. To nie lunapark.

— Co teraz będzie? — Tadeusz prawie płakał.

— Nie płacz, bo będę ci zazdrościł. Tego akurat nie umiem. Ale wy podobno uważacie płacz za niemęski — anioł jakby złagodniał. — Prosiłem, pomyśl trochę, Tadziu.

— Może powinienem się pomodlić? — spytał z nadzieją.

— Nie wiem, próbuj — anioł zrobił dziwną minę.

Tadeusz otworzył usta, żeby zmówić Ojcze nasz, ale słowa zaczęły szaleć, przeganiać jedno drugie, łączyć się w dziwaczne słowociągi, rozrywać go od wewnątrz. Spojrzał błagalnie na anioła. Miał odwróconą głowę i, jak gdyby nigdy nic, podśpiewywał basem Sen o Warszawie, podziwiając odcinające się od nieba kontury Starówki. Kiedy Tadeusz był już zmęczony, niemal jak po biegu na trzydzieste piętro, usłyszał zbawienne „STOP”.

— Oszalałeś?! Chcesz mnie zabić? — ofuknął anioła.

— Kto chciał się modlić, ja czy ty? Widzisz… to chyba nie jest najwłaściwsza forma modlitwy dla ciebie. W tej sytuacji.

Mężczyznę ogarnęła bezsilność. Lecieli dalej, nie rozmawiając. Pomarańczowa kula słońca chowała się za metaliczne drapacze chmur. Znaleźli się znów nad stacją metra „Ratusz”. Okrążyli miasto chyba dziesięć razy. Tadeusz miał ochotę na talerz gorącej zupy.

— Faktycznie, twoja żona świetnie gotuje — usłyszał. — Widzę czasem, jak się objadasz, i tonę w podziwie dla jej talentu. Spróbuję więc wybawić cię z kłopotu, bo padniesz mi tu z głodu.

Tadeusz odetchnął z ulgą. — Lądujemy, tak? Może wolisz gdzieś na uboczu? — spytał uprzejmie. — Ja się dostosuję.

Anioł pokręcił przecząco głową. — Wleć z powrotem na stację — powiedział powoli, jakby zwątpił w Tadeuszowy intelekt. — Jeśli nawiążesz z kimś kontakt wzrokowy, ale nie tak bezczelnie, jak ostatnio bawiłeś się w metrze, tylko zwyczajnie, z życzliwością — to spadniesz na ziemię. I zatrzymasz się. A ja na razie znikam. Adios.

— Nie… zaczekaj! — wołał za nim Tadeusz. Anioł naprawdę zniknął. Sytuacja przybrała groźny obrót. Jak ma skłonić któregoś z tych pędzących przed siebie ludzi, żeby spojrzał na niego — jeszcze bardziej rozpędzonego?! Nie ma rady, trzeba próbować. W najgorszym razie będzie sobie latał do końca życia albo tamten zlituje i przyjdzie po niego wcześniej. Lub chociaż przyniesie mu coś do jedzenia. Usłyszał pod sobą gardłowe śmiechy i pobekiwania. Spojrzał z nadzieją w dół. Kilku rozrośniętych chłopaków z puszkami piwa wymieniało niecenzuralne uwagi na temat Wisły Kraków. Nawet go nie zauważyli. Chciał ich zawołać, ale opamiętał się w porę. Wleciał do środka. Zabawnie było obserwować cały ten zgiełk z perspektywy nieba. „I po co się tak spieszyć?”, naszła go dziwna myśl. „A gdyby tak wszyscy się zatrzymali, żeby posłuchać muzyki? Ech, nie ma co rozmyślać, trzeba działać”. Spostrzegł mężczyznę rozglądającego się po całym peronie. Wyglądał na zdezorientowanego. „Pewnie nietutejszy. Może uda się wejść w pole jego wzroku?”, pomyślał z nadzieją. Zanim jednak doleciał do niego, ze schodów zbiegła kobieta, intensywnie machając do niedoszłego wybawiciela Tadeusza. Zrezygnowany wrócił na górę. Skrzypaczka była na swoim miejscu. Odgarniała z twarzy kasztanowe długie włosy. Obiecał rano, że jej pomoże. Taki z niego cham. Rozpędzony cham. W futerale na skrzypce leżało kilka dwuzłotówek. Moment… powinien i on mieć coś w kieszeni. Podleciał bliżej. Czy w locie zdoła wrzucić monetę do futerału?

Dziewczyna podniosła oczy i uśmiechnęła się. Musiał naprawdę wyglądać komicznie. Ale… zaraz…

??????

!!!!!!!

4.

Otwierał oczy z trudem. Powieki ciążyły mu niemiłosiernie. Z gęstej mgły wyłoniła się najpierw Anna — uśmiechała się albo płakała — nie był tego pewny. Obok niej stały dwie białe postacie. „Niebo? Nie. Może pogrzeb?”. Nic mu nie pasowało. Straszliwie bolały go plecy. „Jednak więc wylądowałem. Tylko skąd to mrowienie? I dlaczego nie mogę się ruszyć?”. Spojrzał przed siebie i w miejscu, gdzie powinny być nogi, zobaczył dwa bezkształtne walce podwieszone na temblakach. Jęknął.

— Miałeś dużo szczęścia, kochanie — wyszeptała Anna. — Najważniejsze, że będziesz chodził.

Tadeusz obejrzał się za siebie. Zobaczył tylko muchę wędrującą po białych kafelkach. Westchnął ciężko.

Aneks

Lista czynności, które Tadeusz lubił wykonywać, kiedy po dwóch miesiącach wyszedł ze szpitala:

  1. Wjeżdżanie schodami ruchomymi, stojąc bez ruchu i patrząc w chmury płynące ponad szklanym dachem stacji metra.
  2. Powolne spijanie pianki z kawy.
  3. Zabawa w stopklatkę: chodzenie krok za krokiem w tłumie szybko idących ludzi (najlepiej na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich z Nowym Światem).
  4. Dokładne suszenie rąk w automatycznej suszarce — po mokrych dłoniach, jeśli nerwowo nimi nie potrząsamy, rozchodzi się wtedy stopniowo przyjemne ciepło.
  5. Opowiadanie o polisach ubezpieczeniowych tonem refleksyjnym i niespiesznym (co o mały włos źle się dla Tadeusza nie skończyło).
Anioł wyprzedzony
Katarzyna Wiśniewska

urodzona w 1979 r. – absolwentka filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, publikowała w „Azymucie”, „Znaku”, „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”. Mieszka w Warszawie....