Czy powinno się uczyć Biblii w szkołach publicznych?

Czy powinno się uczyć Biblii w szkołach publicznych?

Myślę, że to, co napisał Mark P. Shea („W drodze” 9/2004) nie jest takie jednoznaczne. Owszem, nie można „rzucać pereł przed wieprze”, bo tym byłoby prowadzenie zajęć o Biblii przez ludzi, którzy nie potrafią oddać jej całego sensu, lecz jedynie traktują ją jako „tekst historyczny o istotnym znaczeniu dla kultury zachodniej”. Uznanie tego za istotę nauczania Biblii na pewno nie mogłoby mieć miejsca i tutaj zgadzam się z autorem. Nie zgadzam się jednak z tym, że nauczanie Biblii powinno odbywać się jedynie w kościele. Wszak ludzie, którzy potrafią nadać słowom Pisma Świętego wymiar transcendentny, to nie tylko księża lub teologowie świeccy. Takich ludzi jest znacznie więcej – oni są wokół nas, choć wcale nie muszą być nauczycielami. Sam problem nauczania jest sztuczny. Obrazowo rzecz ujmując – nauczyciel jest jedynie narzędziem. Miejsce nauczania też nie gra żadnej roli. Najważniejsze są intencje, chęć i aprobata społeczna. To ludzie wszak mają wolną wolę i nikt ich nie zmusza do niczego. Sam jestem rodzicem i tak naprawdę nie ma dla mnie znaczenia, gdzie moje dzieci będą się uczyć religii, Biblii czy też przedmiotów świeckich. Najważniejsza jest intencja nauczyciela, jego dobra wola, a jego wiedza w dalszej kolejności. Zastanawiające jest tylko jedno, że o ile na temat uczenia Biblii w szkole takie pytania często są zadawane, szczególnie podczas programów publicystycznych, o tyle nikt nie pyta np. rodziców, czy zgadzają się, aby ich córka pisała w szkole publicznej referat na temat: „Jak poderwać chłopaka?”.

Myślę, że przeciwstawienie sobie tych dwóch tematów jest dobrą odpowiedzią na pytanie zawarte w artykule. Musimy pamiętać, że najważniejsze są te wartości, które ubogacają duchowo człowieka, a jednocześnie są uniwersalne i szerzą cywilizację życia. Większość tzw. wartości świeckich sprowadza się jedynie do pełnej kieszeni i pełnego brzucha i nawet obecny program nauczania w większości szkół publicznych zmierza do tego, by nauczyć młode pokolenie „techniki życia”, a w zasadzie egzystencji. Biblia jest czymś innym. Wartości w niej zawarte to przeciwstawny biegun dla materializmu tego świata i chodzi tu nie tylko o wartości chrześcijańskie. Są to wrażliwość, dobroć, miłość – czyli wartości ogólnoludzkie, od których zależy przetrwanie społeczeństwa i jego prawidłowy rozwój.

Jacek Jabczyński

* * *

Nie zgadzam się z negatywną odpowiedzią na tytułowe pytanie ani z argumentacją autora (nieco sofistyczną) rzekomo uzasadniającą taki wniosek. Oczywiście mam na myśli – w rozpatrywaniu tego zagadnienia – sytuację zaistniałą obecnie w Polsce, gdzie przeszło 90% ludności to chrześcijanie.

Autor wyraźnie rozgranicza dwa elementy, które należy wziąć pod uwagę, tj. wiedzę i wiarę. Tymczasem nie muszą one być sobie przeciwstawione, ale logicznie powinny się uzupełniać jako dwa kolejne etapy w zbliżaniu młodych do Boga – a o to przecież nam wszystkim chodzi! W naszym państwie o cennych tradycjach patriotycznych i fundamentach cywilizacji europejskiej znajomość Biblii świadczy o poziomie kultury obywateli, bez względu na ich przekonania religijne. Niestety, w wielu kręgach naszego społeczeństwa panuje zastraszająca ignorancja na tym polu. Autentyczne przykłady z publicznych konkursów na żywo lub w mediach: „Jonasz – to jeden z czterech ewangelistów”, „Św. Józef z zawodu był szewcem”, „Trójca Święta to nazwa Trzech Króli”. Jeśli pokolenie wyrosłe w PRL daje dowody podobnego nieuctwa, to chyba należy wszelkimi sposobami wpoić w dzisiejsze dzieci i młodzież podstawowe wiadomości w tym zakresie, by nie musiały być pośmiewiskiem otoczenia.

Można by – dla ogólnej kultury – przy okazji przeznaczyć kilka godzin w roku na szersze religioznawstwo, tzn. przekazać uczniom rudymenty innych ważnych wyznań na świecie, takich jak islam, buddyzm, hinduizm, sygnalizując ich istnienie na przestrzeni dziejów. Tyle o kwestii wiedzy.

Kwestia wiary zależy już tylko od odbiorcy, w wypadku gdy np. uczeń zainteresowany i pociągnięty do refleksji wykładem biblijnym będzie chciał bliżej poznać i zagłębić się w słowa Pisma Świętego, zwróci się pewnie do nauczyciela o radę. Droga przed nim otwarta. Wolno przypuszczać, że bez wspomnianych lekcji impuls u ucznia nigdy by się nie pojawił.

Z własnego doświadczenia nauczyciela akademickiego śmiem twierdzić, że mam rację. Przez wiele lat prowadziłam zajęcia z literatury starogreckiej na Uniwersytecie Łódzkim. Raz w formie eksperymentu zaproponowałam studentom IV i V roku seminarium z fragmentów Ewangelii św. Łukasza przez jeden semestr. Wszyscy studenci mieli obowiązek przeczytać ustalony fragment, a jeden z nich opracowywał go szczegółowo (przekład, analiza językowa, gramatyka, składnia, cechy stylistyczne, figury poetyckie itp.) i przedstawiał do ogólnej dyskusji w ciągu 90 minut. Pamiętam – zaczęliśmy od sceny zwiastowania, potem były gody w Kanie Galilejskiej, wizyta Jezusa u Marty i Marii itd. Reakcja młodych była zdumiewająca. Studenci byli zafascynowani. Łatwy język i prosty styl Łukasza nie nastręczały wielu trudności w rozumieniu tekstu, więc lektura sprawiała im satysfakcję, że tak dobrze radzą sobie z greką. Treść zaś dla wszystkich była porywająca. Niektórzy znali poszczególne wątki z mszy niedzielnych, ale byli i tacy, dla których był absolutną rewelacją, powiedziałabym nieoczekiwanym, uskrzydlającym myśl i wyobraźnię wydarzeniem. Do dziś pamiętam wspaniałą interpretację i komentarz do przypowieści o synu marnotrawnym opracowany przez chłopca, który po raz pierwszy zetknął się ze słowem Bożym. Jego długiego wykładu i bardzo osobistych refleksji nie powstydziłby się wytrawny kaznodzieja, prawiący cotygodniowe homilie! Uprosili u mnie pod koniec semestru, by kontynuować przerabianie ewangelii, wybranych partii ze wszystkich ewangelistów. Jezus w rozmowie z Samarytanką, epizody męki Pańskiej, uczniowie idący do Emaus itd. Wszystkie teksty były przedmiotem wymiany myśli, budziły wiele pytań na temat sensu życia, cierpienia, miłości, wzajemnej relacji Bóg–człowiek. Dyskusjom nie było końca.

Ironią losu sekretarz PZPR UŁ, przyjmując mnie do kadry profesorskiej, oznajmiła: „Musi pani wiedzieć, że nasz uniwersytet jest najbardziej czerwoną wyższą uczelnią w Polsce Ludowej”. Gdyby wiedziała o tematyce naszych seminariów na tej czerwonej uczelni!

Wracając do artykułu „W drodze”, chciałabym zwrócić autorowi uwagę na fakt, który on pomija, że wszystko zależy od tego, kto i jak tę lekcję biblijną prowadzi. Powinien nim być doskonały znawca przedmiotu, światły pedagog i psycholog, ale przede wszystkim autentyczny chrześcijanin, który swą postawą i przykładem będzie świadczył i o swojej wiedzy, i o swej wierze. Taka nauka i taki nauczyciel to dużo więcej niż „zrazu żarzący się”, ale „potem martwy węgielek”. Przeciwnie, można się spodziewać, że będzie to iskra, która rozdmucha ogień w sercach i umysłach słuchaczy.

Czy powinno się uczyć Biblii w szkołach publicznych?
Anna M. Komornicka

(ur. 27 września 1920 r. we Lwowie – zm. 17 grudnia 2018 r. w Warszawie) – z d. Wolańska, polska filolog klasyczna i nauczycielka akademicka. Jej zainteresowania naukowe obejmowały teorię literatury, filologię klasyczną,...