Myślę, że istnieje matka

Myślę, że istnieje matka

Starzy ludzie powinni przygotowywać się na śmierć. Co jednak należy zrobić, żeby przygotować się dobrze? Dla mnie podstawowym zadaniem jest stać się na nowo dzieckiem – na nowo powrócić do dzieciństwa.

Przeczytałem, że człowiek czuje się młody, albo raczej nie jest stary, dopóki potrafi sobie wyobrazić, że przeżyje co najmniej jeszcze raz tyle lat, ile ma. Kiedy ma się lat dwadzieścia, łatwo sobie wyobrazić, że będzie się miało czterdzieści, kiedy kończy się trzydzieści, wierzy się, że będzie się obchodziło swoje sześćdziesiąte urodziny. Kiedy mamy czterdzieści lat, ufamy, że dożyjemy osiemdziesiątki. Kiedy mamy czterdzieści pięć lat…

Dokładnie w czterdzieste piąte urodziny znalazłem się na oddziale intensywnej terapii. To miało niewątpliwy plus. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów miałem świadomość, że tak naprawdę nic jutro NIE MUSZĘ. Po raz pierwszy słowo „jutro” nie oznaczało „muszę”. Mogłem wyłączyć komórkę i nie tłumaczyć się z zawalonych terminów.

Od dawna nie miałem złudzeń co do tego, że jestem młodzieniaszkiem. Już dziesięć lat temu usłyszałem od pewnej dziewczyny w duszpasterstwie ojca Jana Góry: „Cieszymy się, że pan Jasiu przychodzi do nas w ramach integracji pokoleń”.

Minęło dziesięć lat i wypisująca mnie ze szpitala lekarka, udzielając mi porad, jak żyć, kilka razy użyła sformułowania: „W pana wieku”. Nie powiem, ubawiło mnie to. „No nie ma się co śmiać, nie jest pan człowiekiem starym, ale jest pan w wieku poborowym”.

No tak, tylu ludzi wokół już odeszło, a byli młodsi… Powiada się, że starość oznacza zbliżanie się do śmierci. A ja mam wrażenie, jakby śmierć równo wyłuskiwała z mojego otoczenia tyle samo osób starych, ile młodych. Ona nie kieruje się wiekiem.

Za płotem mojego ogrodu ma działkę pan Stasiu, którego widuję od wiosny do jesieni. To znaczy wówczas, kiedy się rośliny sieje, wysadza, uprawia i zbiera owoce. Pan Stasiu ma 97 lat. Co roku przy pierwszym spotkaniu padają te same słowa.

— Jak się pan czuje?

— Eee, jak to mówią, Baranku Boży, co dziń to gorzy. Sadze te sałate, ale już, panie Jasiu, jeść ji nie byde.

Mój ojciec, który był młodszy od pana Stasia, nie żyje od dziesięciu lat, za to jego siostra, czyli moja ciocia, ma sto trzy lata i cieszy się w miarę dobrym zdrowiem. Właściwie niewiele już kojarzy. Niewiele mówi, ale zawsze się uśmiecha. Jedyne, czego w życiu nie zapomniała, to uśmiech. Nawet nie rozpoznaje już swego męża w pięknym mundurze wojskowym na portrecie wiszącym w jej pokoju. Właściwie nikogo już nie poznaje. Siedzimy na jej imieninach i mówię do niej, wskazując na mojego szwagra, który nosi potężnego wąsa: „Ciociu, niech ciocia zobaczy — Piłsudski”. A ona śmieje się i mówi: „Łee, to nie jest Piłsudski”. Jakie to dziwne, nie pamięta swojego męża, ale wie, jak wyglądał Piłsudski.

* * *

Moi dwaj mistrzowie duchowi Roman Brandstaetter i Henri Nouwen bezustannie oswajali się ze starzeniem i medytowali nad śmiercią. To oswajanie i medytacje były pełne sprzeczności, ale i wytrwałości w wędrówce.

Roman Brandstaetter, mędrzec, który wielokrotnie przyznawał się do fiaska w swoim dążeniu do zdobycia wiedzy, jak żyć, jak kochać, jak przebaczać, pisał w wierszu Biblio, ojczyzno moja:

Już ma się ku zachodowi,
Z lipy przed moim domem opadają liście.
Ludzie z mojego życia bezpowrotnie odchodzą,
Grobów jest więcej niż żywych przyjaciół,
Nawet spłowiał atrament na matczynych listach,
Pisanych do mnie nocą z dzielnicy pogromu.
A ja siedzę nad Tobą,
Biblio,
I uczę się śmierci.
oże tego jednego w końcu się nauczę.

* * *

Henri Nouwen często w swoim życiu jeździł do pustelni, by przygotować się do czasu, „gdy świat się od człowieka oddala, jak na emeryturze”. Robił to, będąc w „wieku poborowym”.

Tutaj — pisał — mam możliwość zarówno pozostania samemu, jak i zrozumienia z czasem, że jest to okazja do spotkania z Bogiem, który będzie wierny nawet wtedy, gdy nikogo nie będę już obchodzić. (…) Gdybym w duchowym sensie mógł przejść na emeryturę obecnie, to znaczy gdybym się uniezależnił od sukcesów mojej pracy, wtedy zapewne mógłbym żyć znacznie bardziej twórczo i nie byłbym nadmiernie wrażliwy.

Dziennik z klasztoru trapistów

Cała ironia, wyznawał często, polegała na tym, że gdy wreszcie zdobywał upragnioną samotność, często czuł się odrzucony, był „zły, zgorzkniały i narzekający”.

* * *

Czytam jedną z jego ostatnich książek, niewydanych jeszcze po polsku: Our Greatest Gift (Największy dar). Rzecz o starzeniu się i towarzyszeniu w umieraniu.

Kiedy skończyłem sześćdziesiąt lat, wspólnota Daybreak wydała na moją cześć wielkie przyjęcie. Ponad sto osób zebrało się, żeby świętować. Był tam też John Bloss, jak zawsze chętny, żeby odgrywać aktywną rolę. John jest pełen dobrych myśli, ale jego niepełnosprawność powoduje, że z trudem wyraża te myśli słowami. A jednak uwielbia przemawiać, zwłaszcza gdy ma chłonną publiczność.

Wszyscy usiedliśmy w wielkim kręgu, a Joe, mistrz ceremonii, zapytał: „John, co masz dzisiaj do powiedzenia Henriemu?”. John, który lubi teatralne zachowania, wstał, stanął w środku kręgu, wskazał na mnie i zaczął szukać słów. „Ty… ty… jesteś… — powiedział z szerokim uśmiechem na twarzy. — Ty… ty… jesteś…”. Wszyscy patrzyli z wielkim oczekiwaniem, podczas gdy on próbował wydobyć z siebie słowa, coraz usilniej wskazując na mnie. „Ty… ty… jesteś… — i nagle niczym bomba pojawiły się słowa — …starym człowiekiem!”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a John rozkoszował się sukcesem swego przedstawienia.

To mówiło samo za siebie. Stałem się „starym człowiekiem”. Niewielu ludzi wyraziłoby to tak bezpośrednio, a większość zapewniałaby mnie, że ciągle wyglądam młodo, nadal jestem pełen energii i tak dalej, i tak dalej. John powiedział po prostu i szczerze: „Ty jesteś starym człowiekiem”.

Słuszne wydaje się mówienie o ludziach przed trzydziestką, że są młodzi; o tych między trzydziestym a sześćdziesiątym rokiem życia, że są w średnim wieku; a o tych po sześćdziesiątce, że są starsi. Kiedy jednak nagle sam kończysz sześćdziesiąt lat, wcale nie czujesz się staro. A przynajmniej ja się tak nie czuję. Wydaje mi się, że tak niedawno byłem nastolatkiem, lata studiów i nauczania były jakby wczoraj, a siedem lat w Daybreak minęło jak siedem dni. Myślenie o sobie jak o starym człowieku nie przyszło spontanicznie. Musiałem usłyszeć te słowa wypowiedziane głośno i wyraźnie.

Kilka lat temu pewien student rozmawiał ze mną o swoim ojcu. „Mój tato mnie nie rozumie — powiedział. — Jest taki apodyktyczny i zawsze chce mieć rację; nigdy nie zostawia miejsca na moje ideały. Przebywanie z nim jest trudne”. Starając się go pocieszyć, odparłem: „Mój tato nie bardzo różni się od twojego, ale wiesz, przecież to jest starsze pokolenie!”. Chłopak z westchnieniem dodał: „Tak, mój tato ma już czterdziestkę!”. Nagle uświadomiłem sobie, że rozmawiam z kimś, kto mógłby być moim wnukiem.

W istocie jakoś zapomniałem, że się starzeję i że młodzi uważają mnie za staruszka. Jego słowa kazały mi przyjrzeć się sobie w lustrze. Oglądając swoją twarz, zobaczyłem zarówno swoją matkę, jak i ojca, gdy byli po sześćdziesiątce, i przypomniałem sobie, że sam pomyślałem wtedy o nich jak o starych ludziach. (…) Teraz, gdy mam już lat sześćdziesiąt, jestem pewien, że dawno przekroczyłem połowę życia i stoję bliżej śmierci niż narodzin.

Starzy ludzie powinni przygotowywać się na śmierć. Co jednak należy zrobić, żeby przygotować się dobrze? Dla mnie podstawowym zadaniem jest stać się na nowo dzieckiem — na nowo powrócić do dzieciństwa. Być może będzie to w sprzeczności z naszą naturalną potrzebą zachowania maksimum niezależności. Mimo to ponowne stanie się dzieckiem — wejście w drugie dzieciństwo — jest istotne, aby umrzeć dobrą śmiercią. O tym drugim dzieciństwie właśnie mówił Jezus: „Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 18,3). Co charakteryzuje to drugie dzieciństwo? Dotyczy ono nowego uzależnienia od innych. Przez pierwsze dwadzieścia lat życia jesteśmy zależni od swoich rodziców, nauczycieli, przyjaciół. Czterdzieści lat później znowu stajemy się coraz bardziej zależni. Jako małe dzieci potrzebujemy wielu ludzi, aby przeżyć; gdy stajemy się coraz starsi, znowu, by przetrwać, potrzebujemy innych. Nasze życie przebiega od zależności do zależności.

Właśnie tę tajemnicę Bóg objawił nam przez Jezusa, którego życie było wędrówką od żłóbka do krzyża. Jezus zrodzony w całkowitej zależności od tych, którzy Go otaczali, umarł jako bierna ofiara działań i decyzji innych. On także odbył wędrówkę od pierwszego do drugiego dzieciństwa. Przyszedł jako dziecko i umarł jako dziecko. Przeżył swoje życie tak, byśmy my mogli odzyskać swoje dzieciństwo i w ten sposób zmienić swoją śmierć — tak jak On — w nowe narodziny.

Zostałem pobłogosławiony doświadczeniem, które tę prawdę ukazało mi w niezwykle jasnym świetle. Kilka lat temu, gdy szedłem poboczem drogi, potrącił mnie samochód i zostałem zawieziony do szpitala z pękniętą śledzioną. Lekarka zapewniła, że operacja się powiedzie. I rzeczywiście się powiodła, ale godziny przed zabiegiem i po nim pozwoliły mi nawiązać taki kontakt z dzieciństwem jak nigdy dotąd. Przywiązany pasami do stołu, który wyglądał jak krzyż, otoczony przez postacie w maskach, doświadczyłem całkowitej zależności. Uświadomiłem sobie w pełni nie tylko to, że w całości zależę od umiejętności nieznanego mi zespołu medycznego, ale też i to, że mój najgłębszy byt jest bytem zależnym. Wiedziałem z całkowitą pewnością, która nie miała nic wspólnego z żadną konkretną ludzką intuicją, że bez względu na to, czy przeżyję operację czy nie, jestem bezpiecznie trzymany w boskich objęciach i z pewnością nie zginę.

Ten dziwny wypadek zaprowadził mnie do stanu dziecięctwa, w którym potrzebowałem opieki niczym bezradne niemowlę. Doświadczenie to dało mi potężne poczucie bezpieczeństwa — pewność, że jestem dzieckiem Bożym. Zdałem sobie sprawę, że wszystkie ludzkie zależności są osadzone w boskiej zależności i że ta boska zależność czyni z umierania największą i najprzestronniejszą drogę życia. Doświadczenie to było tak żywe, tak podstawowe i tak wszechogarniające, że radykalnie zmieniło moje odczuwanie siebie i głęboko wpłynęło na świadomość. Jest w tym dziwny paradoks: zależność od ludzi prowadzi często do niewolnictwa, lecz zależność od Boga prowadzi do wolności. Wiedząc, że Bóg bezpiecznie nas obejmuje — bez względu na to, co się stanie — nie musimy nikogo ani niczego się obawiać, lecz możemy iść przez życie z wielką ufnością.

Zenek Laskowik mówi mi, że ludzie boją się śmierci, a on podejrzewa, że to jest najpiękniejszy moment życia. Gdyby o tym wiedzieli… Spotkałem w życiu wielu ludzi, którzy zdawali się znać tę prawdę. Przed laty przyszedł do naszej redakcji „W drodze” pewien zakonnik, który przyniósł tekst zatytułowany Prośba o szybką śmierć. Miał on już swoje lata, które przeżył tak, że z pewnością mógłby powtórzyć za św. Pawłem: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem”. Nie minął jednak miesiąc, jak ów zakonnik, gnębiony wyrzutami i lękiem, przyniósł do redakcji nowy tekst — wiersz zatytułowany Modlitwa o przedłużenie życia. Bo w człowieku jest dwoistość, jak w tej opowieści Henriego Nouwena:

Ostatnio pewien przyjaciel opowiedział mi historię bliźniaków rozmawiających ze sobą w łonie matki. Siostra mówi do brata: „Wierzę, że jest życie po urodzeniu”. Brat gwałtownie zaprotestował: „Nie, nie, wszystko kończy się tutaj. Tu jest ciemno i przytulnie i nie mamy nic innego do roboty, jak tylko trzymać się pępowiny, która nas karmi”. Dziewczynka upierała się: „Musi być coś więcej niż tylko to ciemne miejsce. Musi być coś jeszcze, miejsce, w którym jest światło i wolność poruszania się”. Jednak nie potrafiła przekonać brata bliźniaka.

Po chwili milczenia siostra powiedziała z wahaniem: „Mam ci jeszcze coś do powiedzenia, ale boję się, że w to także nie uwierzysz. Myślę, że istnieje matka”. Brat wściekł się. „Matka? — zawołał. — O czym ty mówisz? Nigdy nie widziałem matki, podobnie jak ty. Kto wbił ci taki pomysł do głowy? Powiedziałem ci, to miejsce jest wszystkim, co mamy. Dlaczego ty zawsze chcesz czegoś więcej? W końcu tu nie jest tak źle. Niczego nam nie brakuje, więc bądź zadowolona”.

Siostrę przytłoczyła odpowiedź brata i przez chwilę nie śmiała się odezwać. Jednak nie potrafiła pozbyć się swoich myśli, a ponieważ mogła rozmawiać tylko z bratem bliźniakiem, w końcu powiedziała: „Czujesz te skurcze powtarzające się co jakiś czas? To dość nieprzyjemne, a nawet bolesne”. „Tak — odparł. — I co z tego?”. „No cóż — rzekła siostra — myślę, że te skurcze są po to, by nas przenieść w inne miejsce, o wiele piękniejsze niż to, w którym jesteśmy, takie miejsce, gdzie zobaczymy naszą matkę twarzą w twarz. Nie uważasz, że to ekscytujące?”.

Brat nie odpowiedział. Miał dość głupiego gadania siostry i stwierdził, że najlepiej ją ignorować i mieć nadzieję, że zostawi go w spokoju.

Ta historia może nam pomóc w nowy sposób pomyśleć o śmierci. Możemy żyć tak, jakby to życie było wszystkim, co mamy, jakby śmierć była absurdem, i w ogóle o niej nie mówić; albo możemy uznać własne Boże dziecięctwo i uwierzyć, że śmierć jest bolesnym, ale błogosławionym przejściem, które postawi nas twarzą w twarz z naszym Bogiem.

* * *

Tak, ta historia mogłaby nam pomóc. Ale w świecie reklamy starość raczej nigdy nie będzie ukazana jako próg nowych narodzin. Starość to „młodość inaczej”: lekko zmarszczona, oszroniona siwizną, ale czerstwa. Ułuda nieśmiertelności.

Wystarczy wykupić odpowiednie ubezpieczenie, zażywać biovitale… I prowadzić higieniczny tryb życia.

Myślę, że istnieje matka
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...