Wyjście z mokrego piekła

Wyjście z mokrego piekła

Od powodzi, która zniszczyła znaczną część naszego miasta, minął ponad miesiąc. Czy tragedia może przynieść coś pozytywnego, mimo swego przerażającego i destrukcyjnego żniwa? Paradoksalnie wygląda na to, że tak się właśnie stało.

W poniedziałek 9 lipca nic w Gdańsku nie zapowiadało tragedii, która w kilka godzin zmieniła życie kilku tysięcy ludzi w prawdziwy koszmar. Po południu za oknami naszej redakcji zaczął padać deszcz. Początkowo niezbyt mocny, lecz z minuty na minutę przybierający na sile. Kiedy nawałnica trwała już niemal godzinę, postanowiliśmy sprawdzić sytuację w mieście. Im bardziej zbliżaliśmy się do Dworca Głównego PKP, tym bardziej byliśmy zaniepokojeni. W okolicach ulicy 3 Maja niepokój zamienił się w przerażenie. Nawałnica ukazała cały swój niszczycielski wymiar, kaskadami wody spadając w dół, na tory kolejowe. Nie da się zapomnieć widoku samochodów dryfujących w bystrych nurtach rzeki, która zajęła miejsce ulicy Kartuskiej. I przerażonych ludzkich twarzy w tramwajach, z których nie można było wysiąść.

Wrzeszcz walczy z wodą

Z minuty na minutę było coraz więcej przerażających relacji telefonicznych. Do redakcji dzwonili czytelnicy. „Przerwało wał na Kanale Raduni”, „Tą ulicą nie da się przejechać” — słyszeliśmy w słuchawce. Najpierw w jednym miejscu, potem w drugim, trzecim, aż w końcu okazało się, że takich wyrw było sześć. Przy nich ludzie, mieszkańcy zdani tylko na siebie, bo pomoc nie wszędzie mogła dotrzeć.

Tego wieczoru wracaliśmy do naszych domów. Jeden z nas dojechał bezpiecznie na wyżej położony Chełm, drugi chciał się dostać do Wrzeszcza. Bezskutecznie. Nie do pokonania okazała się maleńka dotychczas rzeka Strzyża, która po gwałtownych opadach zamieniła się w prawdziwy górski potok. Noc trzeba było spędzić u znajomych, tuż obok rzeczki. To była długa noc. Kilka minut przed godziną 22 pękł wał wypełnionego przez ulewę zbiornika retencyjnego. Masy burzowej wody błyskawicznie pokonały dystans dwóch kilometrów i dotarły do położonego niżej skrzyżowania Słowackiego — Grunwaldzka. Ulica zamieniła się w rwącą rzekę. Woda sięgała dorosłej osobie do pasa. Zabierała ze sobą wszystko. Przepchnęła nawet wielką ciężarówkę kilkadziesiąt metrów dalej, na sam środek skrzyżowania. Przy jednym z zalanych samochodów utonął człowiek. Na ulicy Staszica woda biła całą szerokością, na oczach ludzi, przerażonych, zaskoczonych. Tłum jednak szybko się ocknął i ludzie spontanicznie zaczęli się bronić. Tutaj można było z wodą walczyć — nie była tak potwornie silna jak na Słowackiego ani tak niszczycielska jak na Oruni. Wszyscy, tak jak stali, zabrali się do roboty. Ktoś przyniósł szpadel, ktoś łopatę, ktoś znalazł worek. Nagle tłum nieznajomych zmienił się w karną drużynę, która posłusznie wykonywała polecenia zagrożonych mieszkańców. Po kilkunastu minutach część wody z koryta Strzyży udało się skierować na ulicę Słowackiego. To był pierwszy mały sukces tego wieczoru. Sukces obcych sobie ludzi, połączonych walką z żywiołem. Część ochotników pomagała później strażakom, którzy pokonali nad ranem rzekę i zaczęli przepompowywać wodę na drugą stronę skrzyżowania.

Rano zaczęło się pierwsze szacowanie strat. Zalane piwnice, zniszczone auta. Kilkaset metrów dalej, przy głównej ulicy miasta, czternaście domów z naruszonymi fundamentami, zniszczonymi mieszkaniami, z ludźmi, którym żywioł zabrał dorobek życia i źródło utrzymania.

Pomagamy sobie

W takiej sytuacji znalazła się pani Maria Gołuńska — kioskarka z ulicy Grunwaldzkiej, głównej arterii komunikacyjnej Wrzeszcza. Panią Marię znają wszyscy mieszkańcy zniszczonych w powodzi domów. Od 15 lat sprzedaje mieszkańcom gazety, papierosy i inne drobiazgi. Wszystko zaczęło się około godziny 20. Najpierw tylko mocno padał deszcz. W kiosku przy Grunwaldzkiej 156 nikogo już nie było. Jedna z córek pani Marii (kiosk to interes rodzinny) zamknęła go godzinę wcześniej. Jak potem opowiadali sąsiedzi, woda przepływała obok kiosku na wysokości kostek. Z minuty na minutę było coraz gorzej. Gdy pękł zbiornik retencyjny, zaczęło się mokre piekło. Woda szybko zalała skrzyżowanie i otoczyła kiosk pani Marii.

— Przyszłam z córkami na most na ulicy Kościuszki — wspomina Maria Gołuńska. — Widziałam, co woda zrobiła ze skrzyżowaniem, ale najgorszym widokiem był zatopiony kiosk. Czułam się tak bezradnie. Nie mogłam nic zrobić. Woda sięgała krat w oknach. To było straszne.

Dopiero następnego dnia rano rodzina kioskarzy dostała się do swojej firmy. To, co zobaczyła w środku, przeraziło ją.

— W środku było pełno mułu i szlamu — mówi kioskarka z Wrzeszcza. — W tym szambie leżał mój towar — proszki do prania, papierosy, artykuły higieniczne i kosmetyczne. W sumie jakieś 6 tysięcy złotych, które dosłownie stało się błotem.

Przez kolejne dwa dni sześcioosobowa rodzina Gołuńskich sprzątała zalany przez wodę kiosk. Do wyrzucenia nadawał się cały towar, trzeba było zerwać wykładziny, a do naprawy trafiły dwie małe lodówki na napoje.

— Na szczęście woda nie podmyła budynku — mówi Maria Gołuńska. — To cud. Tutaj domy się prawie zawaliły, a konstrukcja mojego kiosku nie została uszkodzona.

Tydzień po powodzi kiosk pracował już normalnie. Pojawiła się nowa wykładzina, na swoje miejsce powróciły lodówki, bez problemu można kupić proszek do prania czy papier toaletowy. Na ponowne uruchomienie kiosku, jedynego źródła utrzymania dla całej rodziny, pani Maria zaciągnęła pożyczki u rodziny i znajomych. W sumie około 10 tysięcy złotych. Za to wykonała niezbędne remonty, kupiła nowy towar.

— Nie mam jednak pojęcia, w jaki sposób oddam te pieniądze — mówi kioskarka. — Najgorsze jest to, że kiosk nie był ubezpieczony. Tak chociaż miałabym jakąś szansę na odszkodowanie.

Panią Marię uderzył fakt, że kataklizm połączył sąsiadów. Już następnego dnia po powodzi kiosk pani Marii stał się punktem kontaktowym dla poszkodowanych.

— Ludzie przychodzili, pytali mnie o straty, współczuli — wspomina kioskarka. — Wysłuchiwałam ich opowieści i czułam, że robi im się lżej.

Kilka dni po powodzi do pani Marii zaczęli się zgłaszać ludzie z propozycjami pomocy. Poznańska firma kioskarska zaoferowała pomoc finansową. W swojej branżowej gazetce opisała sytuację gdańskiej kioskarki — na jej konto zaczęły płynąć pieniądze. Jednak dla pani Gołuńskiej najważniejsze było to, że mogła pomóc sąsiadom w najtrudniejszych chwilach, tuż po powodzi.

— Czułam, że wszyscy byliśmy sobie bardzo potrzebni — mówi kioskarka. — Chociaż jesteśmy niemal jak rodzina, bo znamy się od lat, to w ciągu tych kilku dni po tragedii zbliżyliśmy się do siebie jeszcze bardziej. Teraz wiemy, że zawsze możemy na sobie polegać. I że damy sobie radę, bo potrafimy sobie pomagać.

Jak jeden

Dwa dni po powodzi udało nam się dotrzeć do mieszkańców wsi Niegowo na Żuławach Gdańskich. Tam przez dwa najtrudniejsze dni nie dotarła żadna pomoc. Trzydziestu rolników musiało samodzielnie bronić swego dobytku i ziemi przed żywiołem. Wśród nich była Barbara Sielewicz, która od ponad 30 lat gospodaruje na żyznej żuławskiej ziemi.

Niegowo, mała wieś sąsiadująca z Orunią, leży w granicach administracyjnych Gdańska. Tragedia dotknęła rolników już w poniedziałkową noc. Woda płynęła przez ulice i podwórza domów w stronę pól — dlatego że leżą one najniżej, na terenie depresyjnym.

— To wyglądało dość poważnie, ale nikt nie myślał, że wały nie wytrzymają — mówi Barbara Sielewicz. — Już w nocy puścił Wał Niegowski. Woda zaczęła się wdzierać w kilku miejscach na nasze pola.

Rolnicy ruszyli do oddalonego o niemal kilometr wału. Nie mieli specjalistycznego sprzętu, nie mieli nawet worków z piaskiem, których miało nie zabraknąć dla nikogo, jak twierdzili przedstawiciele sztabu antykryzysowego. Niegowianie sami przygotowali worki i sami załatali pierwszą dziurę w wale. Potem wzięli się do reperacji pozostałych.

— Zostawili nas samych, bez jakiejkolwiek pomocy — w głosie pani Barbary słychać żal. — Gdyby choć przywieźli nam worki i piasek, to wszystko wyglądałoby inaczej.

Następnego dnia sztab antykryzysowy podjął decyzję o skierowaniu nadmiaru wody z Kanału Raduni do Starej Raduni. Ta rzeka stanowi północną granicę niegowskiego polderu. Od tego momentu producenci warzyw musieli pilnować już dwóch wałów. Przez cały dzień i noc na moście stali ludzie i sprawdzali poziom wody. Cały czas monitorowali również sytuację na wale.

— Znamy go chyba najlepiej — twierdzi Sielewicz. — To my przez lata wykonywaliśmy tutaj wszystkie prace, sami kosiliśmy trawę w kanałach szczegółowych. Dbaliśmy też o wały, jak tylko potrafiliśmy.

Jednak to nie wystarczyło, by uniknąć tragedii. Zdaniem wszystkich niegowskich rolników odpowiedzialność za tegoroczną powódź powinni ponieść administratorzy wałów — Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych Województwa Pomorskiego. Według rolników, przez kilkanaście lat nie wykonywano żadnych prac na Wale Niegowskim i Starej Raduni. Wywieziono również niezbędne, jak się okazało w poniedziałek, pompy. Dodatkowo w latach 80. przeprowadzono nową meliorację terenu.

— To było katastrofalne posunięcie — uważa Barbara Sielewicz. — Przekopano nowe kanały, przy okazji niszcząc cały system, który przez wieki służył Holendrom i Niemcom. Nową meliorację przygotowano chyba po to, żeby nas mocniej zalało.

Rolnicy gospodarują na 2300 hektarach ziemi. Ponad połowa z tego została w poniedziałek zalana. To doskonałe tereny rolnicze, dlatego ich właściciele zdecydowali się na hodowlę warzyw. Przez lata dobrze im się wiodło. Niemal każdy gospodarz ma przynajmniej pięć ciągników na swoim podwórzu.

Pieniądze ze sprzedaży warzyw rolnicy natychmiast inwestują w ponowną produkcję. W tym roku zdążyli tylko zainwestować. Poniedziałkowa powódź zabrała przyszły plon. Straty są katastrofalne.

— Oceniam je na 150 tysięcy złotych, a gospodaruję na 10 hektarach — mówi Sielewicz ze łzami w oczach. — Sąsiedzi to się chyba nie podźwigną. Stracili ze trzy razy więcej niż ja.

Barbara Sielewicz będzie teraz musiała nawozić pole zniszczone mułem z kanału i zabrudzoną fekaliami wodą. Ma nadzieję, że w przyszłym roku uda jej się zasadzić warzywa i wyprodukować trochę sadzonek. Wie także, że pomogą jej sąsiedzi.

— Teraz już na spokojnie muszę powiedzieć, że to, iż wał stoi, to tylko nasza zasługa — mówi Barbara Sielewicz. — Nie spaliśmy dwie noce, cały czas chodziliśmy po wale i pilnowaliśmy. Gdy tylko zaczynał przeciekać, natychmiast braliśmy się do pracy. Teraz wiemy, że jesteśmy jak rodzina. Jak jeden.

Nawet do Strasburga

Powódź sprawiła, że żuławscy rolnicy wpadli na pomysł utworzenia niezależnej organizacji samopomocowej.

— Działalność urzędników to nie wszystko, sami musimy się nauczyć dbać o swoje interesy — mówi Kazimierz Wrona, rolnik z Łęgowa. — Gdy woda zalała łąki, to na początku wszyscy byli bezradni. Tylko nasz ksiądz proboszcz nie stracił głowy. Szybko sprowadził z Kaszub siano, żeby nasze zwierzęta miały co jeść.

To zresztą charakterystyczne, że właśnie księża okazali się tymi, którzy najszybciej otrząsnęli się z powodziowego szoku i przystąpili do działania. Tak było m.in. w Świętym Wojciechu — peryferyjnej dzielnicy Gdańska, do której pomoc urzędników dotarła dopiero po dwóch dobach. Tam od razu największym ratownikiem — pod nieobecność proboszcza — okazał się wikary Marek Czajkowski, do niedawna misjonarz pracujący w Brazylii. Dzięki niemu błyskawiczną pomoc mieszkańcom Świętego Wojciecha przyniosła Caritas.

Wieczorem 10 sierpnia siedemdziesięciu spośród dwustu poszkodowanych żuławskich chłopów i ogrodników spotkało się w Mokrym Dworze, by uchwalić statut Stowarzyszenia Rolników Żuław Gdańskich. Rozmawiali w Dyskotece u Gacka — w budynku zabytkowej obory przerobionej na lokal rozrywkowy.

Uchwalili statut, zgodnie z którym stowarzyszenie ma się zajmować:

  • działalnością samopomocową wśród żuławskich rolników,
  • staraniami o zrekompensowanie przez skarb państwa strat powodziowych,
  • problemami odbudowy urządzeń melioracyjnych i przeciwpowodzio wych oraz ich konserwacji,
  • współpracą z dziennikarzami w celu uświadomienia społeczeństwu roli Żuław i związanych z nimi zagrożeń.

Poszkodowani uważają, że straty byłyby minimalne, gdyby urządzenia melioracyjne znajdowały się w dobrym stanie. Udowodnienie zaniedbań ze strony urzędników państwowych lub samorządowych stanie się podstawą dochodzenia odszkodowań — mimo że plantacje nie były ubezpieczone.

Zdaniem naszych rozmówców, frekwencja na spotkaniu w Dyskotece u Gacka dobrze wróży dalszym losom stowarzyszenia.

— Ludzie są nieufni, wiele razy różni polityczni cwaniacy wystawiali ich do wiatru — mówią uczestnicy spotkania. — To trochę jak z kamieniem. Póki leży w miejscu, to ciężko go ruszyć, ale jak się już zacznie toczyć, to trudno go zatrzymać. Jeśli sprawiedliwości nie znajdziemy przed polskim sądem, to pójdziemy walczyć o swoje nawet do Strasburga.

Wyjście z mokrego piekła
Roman Daszczyński

urodzony 14 stycznia 1967 r. – absolwent wydziału nauk politycznych Uniwersytetu Gdańskiego, dziennikarz prasowy, dziennikarz gdańskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej pracował w „Gazecie Gdańskiej” i „Dzienniku Bałtyckim”....

Wyjście z mokrego piekła
Piotr Piotrowski

urodzony w 1973 r. – studiuje filologię klasyczną na Uniwersytecie Gdańskim, dziennikarz gdańskiego oddziału „Gazety Wyborczej”, wcześniej pracował w „Dzienniku Bałtyckim”....