Wielki Piątek Anno Domini 1949

Wielki Piątek Anno Domini 1949

Siedzieliśmy w Choszczówce. Dom blisko Warszawy, zatopiony cudownie w lesie. Ulubione miejsce Prymasa Wyszyńskiego. Tutaj odpoczywał i nabierał sił. Mijała czwarta godzina rozmowy z paniami z Instytutu Prymasowskiego popularnie zwanymi „Ósemkami”. „Ósemki”, bo w czasie wojny w podwarszawskim Szymanowie spotkało się osiem dziewcząt ogarniętych ideą zakładania „Miast Dziewcząt”. Nie chciały być zakonnicami, chciały żyć w świecie i wychowywać polskie dziewczyny do odrodzenia ojczyzny. Było ich tyle, co błogosławieństw. Potem każda przyłączająca się do nich dziewczyna otrzymywała jakieś błogosławieństwo, którym żyła w sposób szczególny. Jakoś tak się dziwnie złożyło, że do tej pory najwięcej jest „prześladowanych dla sprawiedliwości”, a najmniej — „pokój czyniących”. Opiekunem i współzałożycielem grupy został ks. prof. Stefan Wyszyński. Był rok 1942. Wkrótce dziewczyny nie zwracały się do niego inaczej, jak „Ojcze”. Przez trzydzieści dziewięć lat prawie były jego duchowymi córkami.

Chcieliśmy się z ojcem Janem Górą dowiedzieć, jaki był Prymas na co dzień. Przystępny, czy wyniosły? Był chodzącą powagą, czy miał poczucie humoru? Oglądaliśmy dziesiątki, setki jego zdjęć. To zadziwiające, ale prawie na każdym Prymas jest uśmiechnięty. „Prymas uśmiechu”. To dominujący wizerunek. Prawdę o uśmiechniętym Prymasie zakryły takie określenia, jak: „Książę Kościoła”, „Żelazny kardynał”, „Prymas Tysiąclecia”. Kojarzą się one raczej z majestatycznym wizerunkiem. Próbowaliśmy dotrzeć do źródeł tego uśmiechu. Bez względu na to, czy czasy były bardziej czy mniej ponure, na jego twarzy był uśmiech.

Ton rozmowie nadawała pani Maria Okońska, najważniejsza postać Instytutu Prymasowskiego. Gdy jednak na moment zawahała się we wspomnieniach lub pominęła jakiś szczegół, siedzące obok panie Jadwiga Jełowicka, Barbara Dembińska i Krystyna Szajer natychmiast interweniowały, pilnując, aby ani jota w dziejach Prymasa nie została zmieniona lub pominięta.

* * *

Zamierzałem już wyłączyć magnetofon. Nie mieliśmy serca dręczyć dłużej pani Marii. Jeszcze tylko jedno pytanie, które uzgodniliśmy w pociągu z Janem Górą.

— Proszę nam szczerze powiedzieć, czy Prymas miał jakichś wrogów albo ludzi, których nie lubił?
— Naturalnie, pewnych ludzi kochał bardziej od innych, ale do nikogo nie żywił niechęci, nikogo nie potrafił nienawidzić. O swoich przeciwnikach mówił: „Ludzie, którzy uważają się za moich wrogów”. Każde uczucie nienawiści, każdy przejaw niechęci czy pogardy uważał za przegraną człowieka.
— Jaki miał prywatnie stosunek do komunistów? Co mówiło się o nich przy stole?
— Była jedna zasada. Przy stole nie rozmawiało się ani o polityce, ani o żadnych rzeczach, które negatywnie wpływały na człowieka. Pamiętam, jak uciął kiedyś pytanie dotyczące Gomułki. To było po spotkaniu z towarzyszem Wiesławem. „Nawet o nim Ojciec nic nie powie, przecież on Ojca nienawidzi?” — zawołałyśmy. „Dlatego nie rozmawiajmy” — odpowiedział. On im współczuł. Do niektórych czuł szacunek i sympatię. Choć oni do końca nie dowierzali mu, bo przecież przy różnych okazjach gromił z ambony i w listach pasterskich ich grzechy przeciw narodowi i Bogu. Był taki okres, że cenzura za każdym razem wykreślała z tekstów Prymasa słowo „diabeł”. Biskup Bronisław Dąbrowski, który próbował kiedyś interweniować, usłyszał takie wyjaśnienie: „Proszę księdza, my już dobrze wiemy, że jak Prymas pisze »diabeł«, to myśli o nas”. Niektórzy mieli takie wyobrażenie, ale Wyszyński naprawdę traktował ich przede wszystkim jako biednych ludzi, którzy się pogubili.
— Czy udało mu się skruszyć jakiegoś znanego komunistę?
— To Pan Bóg wie najlepiej, ale jeśli macie jeszcze trochę cierpliwości, opowiem wam historię o Lunie. Wiecie, kim była słynna Luna, czyli Julia Brystygierowa?
— Szefem V Departamentu, który miał za zadanie walkę z Kościołem.
— To była szara eminencja UB. Znaczyła więcej w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego niż sam minister Radkiewicz. Córka słynnego żydowskiego adwokata ze Lwowa, była agentem NKWD i architektem programu walki z Kościołem. Marzył się jej werbunek agentów spośród duchownych. I w znacznej mierze jej się to udało. Około 1500 duchownych zostało wciągniętych do organizacji prorządowych, a więc znalazło się w bezpośrednim zasięgu oddziaływania MBP. O tym wszystkim dowiedziałam się później. Może na szczęście…
— Marysiu, księża to wszystko wiedzą… Znowu pana Janka wzięłam za księdza… Pan się nie obrazi?
— Broń Boże, to zaszczyt być księdzem.
— Będąc w więzieniu, nie wiedziałam, kim jest pani Brystygierowa.
— Pani była w więzieniu?
— Od tego się wszystko zaczęło. Dziewczęta z naszego Instytutu postanowiły pójść do różnych środowisk i w nich nawracać ludzi. Chciałyśmy być apostołkami środowisk. Jedna zamierzała na przykład pójść na Rury Jezuickie w Lublinie, gdzie była straszna nędza i gdzie się urodził Bierut. „Marysiu, a ty dokąd byś chciała iść?” — spytano mnie, gdy przyszła moja kolej. „Ja? Do UB” — odpowiedziałam. „Jak to do UB? Przecież tam cię nikt nie wpuści” — usłyszałam. Wtedy zaczęłam się modlić, żeby Pan Bóg sprawił, abym mogła tam dotrzeć. Uwięzili mnie w Zwiastowanie 1948 roku. W trakcie aresztowania usłyszałam wewnętrzny głos, że wyjdę w Nawiedzenie Matki Bożej, czyli 2 lipca. Postanowiłam nie marnować czasu i na wszystkich śledztwach kogo się da nawracać. Minęło parę miesięcy mojego pobytu w więzieniu. Warunki były straszne. Przebywałam w celi, w której mieściła się tylko prycza.
— I była w niej Pani sama?
— Ależ skąd. Zwykle pięć, sześć dziewczyn. To było słynne więzienie śledcze na rogu ulicy Koszykowej i Alei Ujazdowskich, w którym przesłuchiwano akowców. Stamtąd dopiero trafiali na Rakowiecką czy do innego więzienia. Ja spędziłam tam trzy miesiące i 10 dni. Pewnej nocy przyszedł do celi sam pułkownik, w mundurze oficerskim. Muszę zaznaczyć, że mnie nigdy nie wzywali w nocy ze względu na to, co im powiedziałam na pierwszym przesłuchaniu. Miałam je w Wielki Czwartek 1948 roku. Trwało 13 godzin z przerwami na posiłki. „Niech podejrzana wie, że to śledztwo to była kanapka z szynką, teraz się dopiero zacznie…” „Proszę mi powiedzieć, co będzie?” „Przede wszystkim rozpoczną się nocne śledztwa”. Słyszałam, że śledztwa w nocy są straszne, połączone z biciem. Stwierdziłam więc: „Bardzo się cieszę. W nocy jestem bardzo inteligentna i trzeźwa”. W rezultacie nigdy mnie w nocy nie zawezwali. Po paru miesiącach przyszedł ten pułkownik i kazał mi iść z sobą. Byłam tak słaba, że pojechaliśmy windą. Weszliśmy do jakiegoś przedpokoju. Wtedy on powiedział: „ Za tymi drzwiami jest pokój pani pułkownik Brystygierowej”. Weszliśmy. Zobaczyłam kobietę ubraną w piękną czarną suknię. Twarz miała bardzo miłą, tylko była nieco zbyt krępa. Po paru miesiącach aresztu wynędzniałam i schudłam. Byłam w fioletowej sukience z paczki. Kolor mojej twarzy też był podobno fioletowy, prawie wzdrygnęła się na mój widok.

„Jestem szefem urzędu, który panią więzi — zaczęła. — Chciałam panią poznać”.

„Dla pani to spotkanie nie jest korzystne, bo pani mnie więzi” — odparłam.

„Jestem doktorem filozofii” — wyznała, chcąc podreperować swój wizerunek w moich oczach.

„Ja też byłabym doktorem — robię doktorat z psychologii, ale pani mi ten doktorat przerwała”.

Tak rozpoczęła się dwugodzinna rozmowa. Nie wiedziałam, dlaczego poświęca mi tyle czasu i tak się mną interesuje. Później okazało się, że ksiądz Prymas napisał do ministra Radkiewicza potężny list w mojej sprawie, w którym wyjaśniał mu, co to jest „Ósemka”. Ten list prawdopodobnie wpłynął na moje uwolnienie.

— Marysiu, opowiedz panom, to znaczy księdzu i panu, o czym rozmawiałyście przez te dwie godziny — pilnowała pani Basia.
— Pani Brystygierowa kazała mi usiąść. Zwracała się do mnie często: „Moje dziecko”. A raz nawet: „Moje kochane dziecko”. Pomyślałam: muszę zacząć ją nawracać, jest szefem strasznego urzędu, musi być straszna.

„Czy pani jest osobą wierzącą?” — spytałam.

„Jak to wierzącą? Co pani opowiada?”.

„Ja nie mówię, tylko pytam. Czy pani wierzy w Boga?”.

„To oczywiste moje dziecko, że ja nie wierzę”.

„Jak to? Doktor filozofii i nie wierzy w Boga? Jeśli się ma doktorat, to znaczy, że się myśli, a jak się myśli, to musi się dojść do prawdy, że jest Bóg”.

Trochę się speszyła i mówi:

„Moje dziecko, jak ja mam wierzyć? Jestem ateistką”.

„Nie rozumiem”.

— I ona pozwoliła na taki ton? — spytałem ze zdumieniem, choć po dłuższej obserwacji i słuchaniu pani Marii wiedziałem, że w jej przypadku wszystko jest możliwe.
— Pani Brystygierowa była bardzo miła. To w ogóle jedna z najmilszych rozmów, które w życiu przeprowadziłam. Nadałam taki ton rozmowie i ona go przyjęła.
— Na przesłuchaniach ona była przecież potworem. Podobno księża, których przesłuchiwała, byli rozbierani do naga. Po takich bezczelnych pytaniach z Pani strony mogła zrobić wszystko.
— Ona chciała się ze mną spotkać, a nie przesłuchiwać. Te moje głupie, dziecinne pytania chyba ją rozbrajały.
— Myślę, że się godziła na nie, bo miała jakiś ukryty cel. Nieważne, nie przeszkadzam już, Pani Mario.
— W pewnym momencie zapytałam ją:

„Czy pani ma zamiar zawsze nie wierzyć?”.

„Czy ja zamierzam zawsze nie wierzyć? Chyba tak”.

„To nie jest możliwe, nie tylko ze względu na pani doktorat, ale i dlatego, że wygląda pani na osobę myślącą i inteligentną”.

Zamyśliła się chwilę, a potem powiedziała z wahaniem: „Może jak będę w chorobie…”.

Pani Brystygierowa wreszcie mnie zapytała: „Co pani o nas myśli?”.

„O komunistach, zwłaszcza o Urzędzie Bezpieczeństwa, myślę bardzo źle, tak jak większość Polaków. Siedząc w więzieniu już kilka tygodni, sądziłam jednak, że jestem w Polsce. Tymczasem teraz mam wrażenie, że jestem w Związku Sowieckim”.

„Dlaczego? Co też pani mówi?”.

„Ilekroć prowadzono mnie na śledztwo, korytarze pełne były sowieckich oficerów, w ich charakterystycznych mundurach. Co oni u nas robią?”.

„To w ramach przyjaźni polsko–radzieckiej”.

„Mnie jako Polkę bardzo to boli. Mój Ojciec zginął w obronie Ojczyzny w wojnie z bolszewikami”. Nie odpowiedziała mi. Pomyślałam sobie: „Dostanę 20 lat bez wyroku”.

Po chwili zaczęła się ze mną żegnać. Na koniec rzekła: „Daję pani mój zastrzeżony telefon, najbardziej osobisty. Zna go niewiele osób. Niech się go pani nauczy na pamięć. Nie wolno go zapisać”.

„Dlaczego mi go pani daje?”.

„Może będzie pani kiedyś czegoś potrzebować. Proszę do mnie przyjść, a przedtem zadzwonić na ten numer”.

— Marysiu, zapomniałaś dodać, że kiedy wychodziłaś z więzienia, to powiedziałaś, że będziesz się za nią modlić. — wtrąciła pani Jadwiga.
— Tak, powiedziałam, że będę się za nią modlić, a ona spytała, co to znaczy.

„To znaczy, że codziennie wieczorem będę o Pani myśleć w najpiękniejszy sposób, w jaki człowiek o człowieku może myśleć. Proszę mi obiecać, że Pani codziennie to sobie przypomni”.

„Obiecuję…”

— Otoczyła mnie ramieniem, a ja ją serdecznie pocałowałam, modląc się w duchu, by ją Bóg kiedyś doprowadził do Siebie.

* * *

Tydzień po tej rozmowie wyszłam na wolność. Minęło parę miesięcy. Była Wielka Środa 1949 roku. Rocznica mojego aresztowania. Pomyślałam: „Muszę iść do pani Brystygierowej. Może coś się w tej duszy odezwało”. Jednak uważałam, że nie mogę tego zrobić bez wiedzy Ojca — Prymasa. W czwartek idę do niego i mówię:

„Ojcze, mam do Ojca wielką prośbę”.

„A ja, Marysiu, też mam wielką prośbę”.

„Słucham”.

„Czy ty wiesz, że dziś jest rocznica twojego aresztowania?”.

„Wiem”.

„Chcę cię prosić, żebyś poszła do pani Brystygierowej”.

Myślałam, że zwariuję ze szczęścia.

„Ja w tej sprawie do Ojca przyszłam! To mam placet?”.

„Całkowity. Pójdziesz do pani Brystygierowej, ale ode mnie. Zaniesiesz jej Nowy Testament. Powiesz, że to dla niej od Prymasa i że codziennie się za nią modlę”.

„A jak ona zapyta, o co Ojciec się dla niej modli, to powiedzieć, że o nawrócenie, prawda?”.

„Broń Boże, powiesz, że modlę się o jej szczęście”.

Udałam się natychmiast na ul. Koszykową. Zadzwoniłam pod numer, który mi dała. Zgłosił się jakiś pułkownik. Zaprowadził mnie na górę — pani Brystygierowa znowu była ładnie ubrana.

„Czym mogę służyć, pani Mario?”.

„Przysyła mnie ksiądz Prymas”.

Ona na to takie oczy.

„Ksiądz Prymas, Wyszyński?”.

„Tak. Jest jeden Prymas — Wyszyński”.

„W jakim celu panią przysyła?”.

Ja buch do torebki.

„Pragnie przesłać pani dar, Ewangelię świętą”.

Wzięła do ręki, trzęsła się ze wzruszenia.

„Ksiądz Prymas mnie osobiście przysyła Ewangelię?”.

„Tak”.

„Wie pani, ja najbardziej kocham Mateusza”.

„A ja najbardziej Jana”.

„Jan jest dla mnie za bardzo mistyczny. Położę sobie tę Ewangelię na stoliku nocnym i będę czytała”.

Potem dowiedziałam się, że Mateusz pisał dla Żydów.

„Ksiądz Prymas prosił, abym jeszcze powiedziała, że codziennie się za panią modli”.

„Pewnie o mojej nawrócenie?”.

„Też tak myślałam, ale on mi kazał powiedzieć, że modli się o pani szczęście”.

W jej oczach zabłysły łzy. Naprawdę łzy! Powiedziałam potem o tym Ojcu, a on nie mógł uwierzyć.

„Cóż to za cudowny człowiek! To jest najpiękniejszy człowiek, jakiego znam” — powiedziała po chwili.

„I pani to mówi szczerze?”.

„Tak, mówię to szczerze”.

„Czy pani chciałaby się z nim widzieć?”. Nie wiem, co mi przyszło do głowy, że ją o to zapytałam.

„Widzieć się z nim? Co pani mówi? Jak najbardziej, ale to jest niemożliwe”.

„Dlaczego? Ma pani jakieś przeszkody?”.

„Żadnych, ale Prymas mnie nie przyjmie. To przecież przeciwnik ideologiczny”.

„Czy pani chce się naprawdę z nim widzieć?”.

„Tak”.

„To ja za chwilę wrócę i powiem pani, co na ten temat myśli ksiądz Prymas”.

„Będę czekać, aż pani przyjdzie”.

Wzięłam taksówkę. Wpadam do Ojca jak bomba.

„Ojcze, Brystygierowa chce Ojca widzieć. Chyba, Ojcze, nie odmówisz?”.

„Absolutnie, nikomu nie odmawiam, i jej także nie odmówię”.

„Ojcze, to kiedy może przyjść? Ona teraz czeka w UB na odpowiedź. Specjalnie tam została”.

„Jutro, w Wielki Piątek o godzinie trzeciej”.

Boże, w Wielki Piątek, w godzinę śmierci Pana Jezusa na krzyżu. (Widzę, że pan Jan zaraz zemdleje).

Lecę z powrotem. Pułkownik był w pogotowiu. Pobiegłam do niej na górę. Widziałam, że czekała w napięciu. Patrzyła badawczo.

„Proszę pani, ksiądz Prymas czeka na panią w domu prymasowskim przy ul. Szucha. Jutro, o godzinie trzeciej. Proszę pamiętać, że to jest godzina śmierci pana Jezusa”.

„Wiem, moje dziecko. Naprawdę Prymas będzie ze mną rozmawiał?”.

Znowu miała łzy w oczach. Uważam, że szczere, bardzo szczere.

Nazajutrz przyjechała autem, a my pobiegłyśmy szybko do kaplicy, padłyśmy krzyżem i żebrałyśmy, żeby Brystygierowa choć trochę się nawróciła przy zetknięciu z tak świętym człowiekiem.

Rozmowa trwała dwie godziny. Po niej nie wchodziłyśmy do Ojca. Odważyłyśmy się dopiero po pewnym czasie. Zapytałam: „I co, Ojcze?”.

„Marysiu, ona ma wiele istnień ludzkich na sumieniu. Módlcie się za nią”.

— Nie wiedziałam, że w tym czasie wysyłała akowców na śmierć.
— Podobno też niektórych ratowała.
— Dziwny człowiek…
— Marysiu, o tym nożu powiedz.
— Brystygierowa w pewnej chwili powiedziała: „Księże Prymasie, wy jesteście nasi przeciwnicy ideologiczni, trzymacie za plecami nóż w ręku i tylko czekacie, kiedy my się obrócimy, żeby nam go wbić”. „I co Ojciec na to?” — zapytałyśmy. „Zacząłem się tak serdecznie śmiać, że ona aż się zdumiała. Powiedziałem: Pani nie ma pojęcia, co to jest Kościół i ludzie Kościoła. Pani o nim tyle wie, co mówi”.
— Tak, i po tych rozmowach, po łzach, po słowach o najpiękniejszym człowieku, brała czynny udział w uwięzieniu Prymasa we wrześniu 1953 roku. To ona pojechała do biskupa Klepacza i podyktowała haniebne warunki Episkopatowi…. Pani Mario, czy pani jeszcze się kiedyś z nią spotkała, zwłaszcza po aresztowaniu Prymasa?
— Tak. Poszłam do niej w grudniu 1953 roku. Ojciec był w Stoczku. Dany mi telefon nadal działał. Przyjęła mnie natychmiast. Ale już nie była taka serdeczna jak przedtem.

„Pewnie pani przychodzi w związku z aresztowaniem?” — powitała mnie.

„Nie, na ten temat nie chcę z panią rozmawiać. Mam tylko prośbę, żeby pani spowodowała, aby ta mała paczuszka dotarła do księdza Prymasa na wigilię”.

„A co by było w tej paczuszce?”.

„Żłóbek gipsowy z Dzieciątkiem Jezus, ziarna pszenicy, hostia do Mszy świętej i list”.

„Wszystko pójdzie. Nie wiem tylko, czy będę mogła posłać list”.

„Przecież pani jest szefem”.

„Tak, ale nie w tej sprawie. Zresztą proszę napisać, zorientujemy się”.

Napisałam oględnie, ale bardzo serdecznie. List nie doszedł. Panu Jezusowi na sznureczku powiesiłyśmy medalik z Matką Boską. Mogłyśmy włożyć tylko to, co zadeklarowałam. Myśleli, że tak musi być, że Pan Jezus nosi medalik. W każdym razie paczuszka dotarła na czas. Komendant wszedł do pokoju uwięzionego Ojca i położył ją na stole.

Ojciec zapytał, co to jest, a on: „Paczuszka od panny Okońskiej”. Powiedział to bardzo niemiłym tonem. Z ironią. Ojciec ją otworzył dopiero po jego wyjściu.

— Marysiu, to już jest wszystko w Zapiskach…
— Może byśmy przeczytali ten fragment — zaproponowałem. — Na pewno Zapiski są na podorędziu.
— Oczywiście, przynieście kochane.

24 XII 1953, czwartek.

Wigilia Bożego Narodzenia. W naszej rodzinie domowej — pogodnie i świątecznie. Wzmacniamy się modlitwą i staramy się o to, by nie pokazywać Ojcu Niebieskiemu i Matce Bożej smutnych twarzy. Tyle dziś radości w niebie i na ziemi: czyż można zmącać tę harmonię naszą sprawą? Nasi opiekunowie są poważni, zachowują się bardzo grzecznie i cicho. Wszedł na chwilę pan komendant ze swoimi pytaniami. „Prośby?” — „Nowych nie mam, stare Pan zna”.

Ksiądz Stanisław zajął się przygotowaniem żłóbka w kaplicy. Ale cóż!? Brak mu Dzieciątka Bożego. Ja pracuję przy stole jak zwykle. Około południa zjawia się pan komendant — ponownie. Jest to niezwykłe w naszych stosunkach. „Przepraszam, paczuszka przyszła, zdaje się od panny Okońskiej”. Wyszedł, zostawiając na stole małe pudełko, odpakowane. Wiedziałem, co jest wewnątrz. To żłóbek do naszej kaplicy. Miałem dziwne przeczucie, że Dzieciątko Boże trafi do nas jakąś drogą. Trafiło! I radość, i wdzięczność za tę delikatną pociechę.

* * *

— To było wasze ostatnie spotkanie?
— Tak. Po wyjściu Ojca z więzienia nasze drogi z panią Julią już się nie przecinały. Jej kariera polityczna się skończyła. Nie miała już władzy. Nie wiem dokładnie, co się z nią działo. Słyszałam tylko, że podobno pod koniec życia się nawróciła. W jakiś sposób spotkała się z cudowną franciszkanką z Lasek, siostrą Katarzyną, która miała niesamowity charyzmat, jeśli chodzi o jednanie ludzi z Bogiem. Nazywano ją: „Doktorem Duszy”.
— Przypuszczam, że już nie żyje?
— Tak, zmarła bodajże w 1977 roku.
— I to wszystko wie Pani od niej?
— Już nie pamiętam, ale pisał chyba o tym w swojej książce Stefan Budzyński. Ukazała się w wydawnictwie Adam.

* * *

Po powrocie z Choszczówki zadzwoniłem do różnych znajomych mogących coś dodać do sprawy. Nikt nic nie wiedział. Z trudem zdobyłem książkę Stefana Budzyńskiego Między wiarą a zwątpieniem. Jest w niej część zatytułowana Psychologia wielkich nawróceń, a tajemnica łaski. Otworzyłem na stronie poświęconej Julii Brystygierowej. Przeczytałem krótki biogram:

(…) Urodziła się w 1902 roku w rodzinie żydowskiej. Początkowo fanatycznie oddana komunizmowi w wersji stalinowskiej. Wybitnie uzdolniona i wykształcona. Ukończyła studia na uniwersytecie we Lwowie (wydział historyczny), studiowała także na Sorbonie, miała tytuł doktora, znała kilka języków. Była członkiem kolejno KPZR, PPR i PZPR. Zaufana towarzyszka B. Bieruta, J. Bermana, H. Minca, a przede wszystkim szefa NKWD — generała Sierowa. Miała stopień pułkownika. (…) Po dojściu Wł. Gomułki do władzy w październiku 1956 r. Brystygier została zwolniona z UB. (…) Dzięki wstawiennictwu żony Wł. Gomułki, Zofii — uniknęła więzienia. Otrzymała pracę na stanowisku redaktora w PIW. (…) Jej wiara w komunizm zaczęła się załamywać w 1970 r., po interwencji wojska i MO na Wybrzeżu. (…)

Dziwnym zrządzeniem Opatrzności w Laskach, w zakładzie dla dzieci niewidomych prowadzonym przez siostry franciszkanki Służebnice Krzyża, Brystygier poznaje s. dr med. Katarzynę Steinberg, niewiastę również niezwykłą. Pod jej wpływem przyjmuje chrzest i nawraca się na łono Kościoła katolickiego. Jak dowiedziałem się od sióstr franciszkanek, pod koniec życia Brystygier codziennie przystępowała do Komunii św. Przekazywała dla dzieci niewidomych pieniądze, dużo się modliła. Umarła całkowicie pojednana z Bogiem…

Suchy lakoniczny tekst. Próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej w Laskach. Niestety, siostry nie pamiętają tej sprawy. Minęło prawie trzydzieści lat. Może takich historii było wiele, może ta nie wydawała się niczym nadzwyczajnym. W tamtych czasach cała rzecz ze zrozumiałych względów była spowita ciszą. Wysłałem listy do osób znających Julię Brystygierową. Także do jej syna. Czekam na odpowiedzi.

Może nigdy się już nie uda dowiedzieć więcej, ale i z tym lakonicznym zakończeniem opowieść pani Marii jest dla mnie wstrząsająca — spotkania Prymasa Polski i szarej eminencji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Jedno broniło tego, co drugie miało za zadanie zniszczyć. To delikatne określenie. Co w zachowaniach Julii Brystygierowej było prawdą, a co kłamstwem? Co autentycznym wzruszeniem, a co zwykłą grą polityczną? Czy jej łzy były tylko teatralnym gestem? W jednym ze źródeł przeczytałem, że na naradzie w październiku 1949 roku — a więc już po spotkaniu z Prymasem — Luna z dumą zakomunikowała: „Najpoważniejszy krok naprzód dokonano na odcinku kleru, mamy poważną agenturę wśród wyższej hierarchii”. Prymas musiał doskonale zdawać sobie sprawę, o co toczy się gra. Mimo to spotkał się z Julią Brystygierową. A może Luna była na swój sposób idealistką i chciała nawrócić Prymasa na swoją „wiarę”? Podobno kiedyś Bierut zwierzył się Stalinowi, że chce wsadzić Prymasa do więzienia. Stalin miał mu odpowiedzieć: „Wot, ty durak. Co za sztuka wsadzić Prymasa do więzienia, to każdy dureń potrafi. Ty zrób z Prymasa Wyszyńskiego komunistę. To dopiero będzie sztuka!”. Może tej sztuki chciała dokonać pani Julia? Chociaż wątpię.

W człowieku historia Boża i ludzka splata się w nierozłączny sposób. Szczere i nieszczere zachowania człowieka. Może ważniejsze to, jaką rolę pełnią w Bożym scenariuszu. Nawet nie do końca szczere zachowania człowieka może opromieniać uśmiech Boga, który zna chwalebne zakończenie.

Co połączyło tych ludzi? Mówi się, że nie ma przypadkowych spotkań. Wielcy grzesznicy bardzo często pojawiają się na drodze świętych, i to nie tylko po, by jeszcze bardziej uświęcić świętego.

Czy kiedy Prymas pisał „diabeł”, zawsze myślał komunista? Sądzę, że było inaczej. Widząc komunistę — fanatycznego komunistę — myślał o bezgranicznej biedzie i nędzy tego człowieka. I modlił się za niego, a modlitwy świętych często mają moc przemieniającą.

PS. Już po zamknięciu numeru miesięcznika, po jego złamaniu i wszystkich korektach, dokładnie w dniu wysyłania do drukarni zadzwonił do mnie pan Michał Brystygier, syn Julii. Opowiedziałem mu pokrótce przytoczoną historię. Stwierdził, że nie potrafi jej skomentować. Nigdy z matką nie rozmawiał o jej spotkaniu z Prymasem Wyszyńskim. Nie wie, czy czytała otrzymaną od niego Ewangelię. Ale wydaje mu się to bardzo prawdopodobne. Nie mógł też potwierdzić ani zaprzeczyć faktu przyjęcia przez matkę chrztu. Prosił by się nie dziwić, ale w pewnym momencie jego kontakty z matką bardzo się rozluźniły.

— Wie pan nie napisałem tego w tekście, bo bez kontaktu z panem byłoby to nie fair — powiedziałem — ale słyszałem, że nie zgodził się pan na katolicki pogrzeb matki…
— Nie, to nieprawda. Pogrzeb miał świecki charakter, ale to nie dlatego, że ja tak chciałem… Może byli na nim księża, ale nie odprawiali liturgii.

Obiecałem mu wysłać numer „W drodze” z tekstem o matce. Może dokładniejsza lektura rozbudzi pamięć. Może przypomni jakiś szczegół.

Wielki Piątek Anno Domini 1949
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...