Wybory

Jedna z ogólnopolskich stacji radiowych przeprowadziła niedawno sondę uliczną. Pytano warszawiaków o ich stosunek do protestów robotniczych w Radomiu. Redakcji chodziło o wydarzenia z roku 1976, ale nie wszyscy się zorientowali. – Ja teraz jestem chora i telewizji nie oglądam. Ale mogę powiedzieć, że popieram, bo jestem przeciwko rządowi. Tak źle, jak jest teraz, to jeszcze nigdy nie było – mówiła jedna z ankietowanych kobiet.

Jeszcze niedawno wszystko wydawało się całkiem proste. Socjalistyczna gospodarka to była codzienna bieda, szarzyzna, brak nadziei i perspektyw. Kapitalizm jawił się za to jako synonim słowa „dobrobyt”, słowa, które przez dziesięciolecia było w Polsce niemal zapomniane. Głosując w wyborach 1989 roku, opowiedzieliśmy się nie tylko za demokracją i wolnością słowa, ale wybraliśmy także nowy ustrój gospodarczy. Nikomu nie przychodziło wtedy do głowy, że wybór ten rychło przyniesie nam poważne kłopoty.

Po dekadzie gospodarki wolnorynkowej Polacy są rozgoryczeni i zawiedzeni wynikami reform. Nie ufają już politykom, którzy mówią, że wiedzą, jak usprawnić gospodarkę. Nie wierzą też ekonomistom przekonującym, że nasza gospodarka się rozwija, a społeczeństwo staje się coraz bogatsze. O naszych nastrojach dobitnie świadczą wyniki badań opinii publicznej. Za okres, w którym żyło się nam najlepiej, uważamy czas rządów Edwarda Gierka. Ten sentyment do epoki lat 70. stał się szczególnie widoczny niedawno, po śmierci byłego pierwszego sekretarza PZPR. W publicznej dyskusji nie brakowało głosów, że Gierek był wielce zasłużonym Polakiem, wybitnym mężem stanu, podkreślano nawet jego zasługi dla rozwoju polskiej gospodarki.

Wiedza ekonomiczna Polaków jest dziś — nie oszukujmy się — na bardzo niskim poziomie. Większość z nas nie rozumie podstawowych praw i zależności rządzących gospodarką, stąd dość powszechne jest przekonanie, że za bezrobocie, niskie pensje, wysokie ceny winę ponoszą rządy III RP, a zwłaszcza Leszek Balcerowicz i związani z nim liberałowie.

To nie jest prawda. Coraz częściej dziś zapominamy, że u podstaw robotniczych protestów w czasach PRL–u leżała fatalna sytuacja ekonomiczna kraju. Brak wolności słowa, obywatelskich swobód zapewne by władzy wybaczono. Permanentnego kryzysu gospodarczego — nie. Fakt, iż od ponad 10 lat wprowadzamy, tak znienawidzone już, reformy, to skutek totalnej katastrofy gospodarczej poprzedniego systemu.

Oczywiście argument, że obecnym gospodarczym kłopotom III RP winne są rządy PZPR, z każdym rokiem będzie stawał się mniej aktualny. W ostatniej dekadzie również podejmowano złe decyzje, popełniano błędy. Twierdzenie, że za obecną biedę Polaków odpowiedzialna jest wyłącznie któraś z ekip rządzących po 1989 roku, to jednak nic innego jak populizm.

Przymus decyzji

Wolny rynek zmusza nas do nieustannych wyborów. Niemal wszyscy dokonujemy ich racjonalnie, czyli kierujemy się własnym, subiektywnie postrzeganym dobrem. W zależności od swoich upodobań i dochodów podejmujemy konkretne decyzje. Wybieramy towary w sklepie i miejsce spędzenia wakacji, ale także sposób życia. Podejmując jakąkolwiek pracę, pytamy o zarobki, gdy okazują się one zbyt niskie, wolimy pozostać w domu bez pracy. Decyzja taka oznacza, że wyżej cenimy sobie nasz wolny czas niż proponowane nam wynagrodzenie. Każdy człowiek oczywiście inaczej ocenia wartość czasu wolnego i pieniędzy, co w dużej mierze zależy od wyznawanych wartości, indywidualnej hierarchii potrzeb.

Niechęć do zmian, do podejmowania słabo płatnej pracy i jakiegokolwiek ryzyka, a jednocześnie nieustanne narzekanie na brak pieniędzy to charakterystyczne dla Polaków, jednak jakże zgubne myślenie. Każdy dokonuje własnego wyboru. Można żyć w ubóstwie i poświęcać swój czas innym ludziom bądź swojej religii, ale można też być wiecznie podenerwowanym i zabieganym, a jednocześnie pełnymi garściami czerpać z uroków kapitalistycznego życia. Marzenie o bogactwie nie jest obowiązkowe, nie każdy musi do bogactwa dążyć.

Zaznaczyliśmy przed chwilą, że podejmując ekonomiczne decyzje, robimy to w sposób racjonalny, czyli kierujemy się własnym dobrem, cokolwiek ono dla nas oznacza. Kłopoty zaczynają się, gdy trzeba podejmować decyzje zbiorowe, istotne dla przyszłych pokoleń. Przecież niemal każda decyzja gospodarcza podejmowana dziś przez rząd skutkować będzie w bliższej bądź dalszej przyszłości. Tu wyjaśnia się fenomen popularności epoki Gierkowskiej. Tamte wybory były racjonalne dla tamtych ludzi, tamtych czasów, ale są katastrofalne dla nas, którzy dzisiaj musimy spłacać ówczesne rachunki. Jeżeli porównujemy czasami nasz kraj do rodzinnego domu, to zastanówmy się, czy rodzice każą dzieciom płacić za swoje rozpustne młode lata.

Od socjalistycznego planowania do wolnorynkowego zysku

Wśród wszystkich kłopotów naszej gospodarki najbardziej dokuczliwe jest bezrobocie. Do wysokich cen, braku pieniędzy wszyscy w jakimś stopniu zdążyli się już przyzwyczaić. Bezrobocie jest natomiast zjawiskiem nowym. Nie potrafimy zrozumieć, dlaczego ponad 15% dorosłych Polaków nie ma dziś gdzie pracować. Chcąc zrozumieć, skąd w naszej gospodarce pojawiło się w ogóle to zjawisko, trzeba na chwilę cofnąć się do głównych założeń ekonomii PRL–u.

Podstawową różnicą między gospodarką kapitalistyczną a centralnie sterowaną jest fakt, iż w tym drugim przypadku zysk nie jest kategorią najważniejszą. Działające w PRL–u przedsiębiorstwa nie tyle miały być rentowne, ile realizować, a najlepiej przekraczać przyjęty plan. Najczęściej plany dotyczyły wielkości produkcji. Dyrektor przedsiębiorstwa socjalistycznego musiał je realizować, by przypodobać się kierownictwu partii. Co więc robił? Po pierwsze gromadził zapasy kluczowych, brakujących materiałów i narzędzi, które stanowiły „wąskie gardła” rozwoju (np. legendarny już sznurek do snopowiązałek), po drugie stale myślał o zwiększeniu produkcji — np. poprzez zwiększanie zatrudnienia. Nie istniał mechanizm wolnorynkowy, dlatego koszty nie stanowiły żadnego ograniczenia. Liczyło się tylko wypełnienie dyrektywy decydenta.

Gospodarka kapitalistyczna przyjmuje zupełnie inne założenia. Podstawowym kryterium oceny podejmowanych działań jest ich efektywność. Przedsiębiorstwa muszą przynosić zysk, stąd bacznie patrzą na koszty i redukują wszystkie zbędne wydatki.

Porównując obydwie gospodarki, w skali makroekonomicznej zauważamy zupełnie inną strukturą zatrudnienia. W państwach wysoko rozwiniętych najmniej liczną grupę stanowią pracownicy przemysłów wydobywczych i wstępnego przetwarzania surowców, najliczniejszą — usług. W gospodarce socjalistycznej było na odwrót. Przechodząc więc z całkowicie nieefektywnego systemu do wolnego rynku, musimy dokonać restrukturyzacji zatrudnienia, czyli zredukować tysiące miejsc pracy w kopalniach, hutach, nierentownych państwowych zakładach.

Powstanie bezrobocia było nieuniknione. Zdecydowaliśmy o tym wspólnie, opowiadając się za demokratycznymi rządami i wolnym rynkiem. Prawdopodobnie przynajmniej część z nas zrobiła to nieświadomie.

Rodzaje bezrobocia

Na liczbę bezrobotnych wpływ mają oczywiście także bieżące czynniki. Najważniejsze z nich to: rozwój demograficzny kraju, system edukacyjny, ogólny stan gospodarki. Od umiejętności polityków, ich determinacji i woli zależy, w jakim stopniu powyższe czynniki będą wpływały na liczbę dostępnych w kraju miejsc pracy.

W każdym społeczeństwie istnieje pewna grupa ludzi, która pozostaje bez zatrudnienia z własnego wyboru — bo nie chce pracować w ogóle (np. woli opiekować się dziećmi w domu), bo poszukuje właśnie lepiej płatnej pracy albo dopiero rozpoczyna poszukiwanie swego pierwszego pracodawcy po skończonej nauce. Na rynku pracy mamy także grupę osób bezrobotnych, które właśnie zostały zwolnione z upadających firm. Bezrobocie to nazywane jest naturalnym i według różnych szacunków, w różnych krajach wynosi od 3 do 5%. Taka liczba bezrobotnych nie stanowi dla gospodarki żadnego kłopotu, nie jest także postrzegana w kategoriach społecznego problemu.

Ekonomiści wyróżniają jeszcze kilka innych typów bezrobocia. Najważniejsze z nich (spośród występujących w Polsce) jest sezonowe i strukturalne. Z tym pierwszym mamy do czynienia wśród pracowników wykonujących pewne roboty sezonowe, często związane z pracami rolnymi. Dobrym przykładem są flisacy przewożący turystów spływem Dunajca. Pracują tylko latem, później zasilają szeregi bezrobotnych. Mimo to specjalnie nie narzekają, gdyż za swe usługi pobierają opłaty, które wystarczają im na życie przez pozostałą część roku.

Największym zmartwieniem jest obecnie w Polsce bezrobocie strukturalne związane z koniecznością zmian w systemie zatrudnienia, spowodowane masowymi zwolnieniami w upadających państwowych molochach. Na rynek pracy trafia wówczas w jednym momencie kilka setek albo i tysięcy osób o często dość specyficznym, niemal bezużytecznym dziś wykształceniu.

Nadmierne zatrudnienie

Prawdziwym dramatem polskiej gospodarki jest fakt, iż mimo tak wysokiej stopy bezrobocia w wielu dziedzinach zatrudnienie jest wciąż zbyt duże. Przekonać się o tym można dość łatwo, np. odwiedzając urzędy, duże państwowe zakłady pracy czy przychodnie zdrowia. W jednej z nich byłem niedawno pacjentem. Gdy chciałem się zarejestrować, musiałem skorzystać z pracy dwóch pielęgniarek — jedna odszukiwała moją kartę, druga wypełniała jakieś druki. Gdyby zatrudniona była tylko jedna z nich, niewątpliwie mogłaby dostawać wyższą pensję, co zapewne skutecznie eliminowałoby pielęgniarskie protesty płacowe.

Właściciele przedsiębiorstw wielokrotnie stają przed trudnym zadaniem. Każda redukcja zatrudnienia spotyka się bowiem z ostrymi protestami związków zawodowych, a w przypadku instytucji państwowych kończy się manifestacją pod którymś z warszawskich ministerstw. W Polsce związki zawodowe są silne i wpływowe. Mają swych przedstawicieli zarówno w rządzie, jak i opozycji. Uaktywniają się głównie wtedy, gdy ich zakład popada w finansowe tarapaty. Najczęściej ich pierwotne stanowisko to: żadnych zwolnień, żadnych obniżek i tak już głodowych pensji. A przecież gdy nic się nie zmieni, to zakład upadnie i cała załoga zostanie bez pracy i pieniędzy. Nadmierne zatrudnienie oznacza też wysokie koszty, które ostatecznie pokrywać muszą nabywcy różnych dóbr i usług, czyli my wszyscy. Wysokie koszty to wysoka cena produktu, a ta skutecznie ogranicza możliwości jego sprzedaży. Niska sprzedaż to małe zyski i potrzeba… redukcji produkcji oraz zatrudnienia.

Musimy wreszcie uświadomić sobie, że w gospodarce wolnorynkowej przedsiębiorstwa przynoszące straty po jakimś czasie zwyczajnie bankrutują. Nie redukują wówczas zatrudnienia o kilkanaście procent. Zwalniają wszystkich.

Bezrobocie może się jeszcze w Polsce zwiększyć także z innego powodu. W naszych przedsiębiorstwach mamy do czynienia z katastrofalnie niską wydajnością pracy. Firmy w Europie Zachodniej do wytworzenia określonej liczby produktów potrzebują dwa razy mniej pracowników niż nasze. Dlaczego tak się dzieje? W wielu naszych zakładach pracy jest źle zorganizowany proces produkcji. Nie bez winy są też zatrudnieni. Niekończące się przerwy na papierosa, imieninowe spotkania, urywanie się piętnaście minut przed końcem pracy. Polski etos pracy zniszczony przez socjalistyczne nawyki wciąż jest na bardzo niskim poziomie (mówi o tym biskup Piotr Jarecki w niniejszym numerze „W drodze”).

Możliwe są tylko dwa podstawowe rozwiązania, aby nasze firmy mogły skuteczniej konkurować z zachodnimi. Po pierwsze stosowanie specjalnych dopłat eksportowych, co jest rozwiązaniem kiepskim i krótkoterminowym, bo jest kosztowne dla budżetu, i w dodatku nie zachęca przedsiębiorców do zmian. Drugie rozwiązanie jest oczywiste: zwiększenie wydajności pracy w celu obniżenia kosztów. Tyle że niepotrzebni pracownicy będą musieli szukać wówczas nowego zatrudnienia.

Polski etos pracy

Polskie bezrobocie ma wiele twarzy. Jest to zjawisko czasem przerażające, czasem groteskowe. Brak znajomości swych praw prowadzi do tego, że ludzie godzą się na pracę bez stałej umowy, bez żadnych świadczeń socjalnych. W dniu wypłaty są całkowicie uzależnieni od dobrej woli swego szefa. Są też inni bezrobotni. Przychodzą do firm ze skierowaniem z Urzędu Pracy i prośbą, by ich nie zatrudniać. — To nie jest zajęcie dla mnie, a tak to przynajmniej mam zasiłek — tłumaczą. W Polsce powszechna jest niechęć do przekwalifikowania się, szkolenia, zmiany zawodu.

Przed kilkoma miesiącami „Gazeta Wyborcza” opublikowała reportaż o bezrobotnych w Grodzisku Wielkopolskim. W mieście tym kilkadziesiąt procent ludzi nie ma pracy, tymczasem jedyny duży zakład (szyjący pokrowce na fotele samochodowe) od kilku miesięcy bezskutecznie poszukuje pracowników. Pewna trzydziestoletnia kobieta tak tłumaczyła to dziennikarzom: „Tam wymagana jest obsługa komputera. Jestem za stara, by się tego nauczyć”. Komputerowe szkolenia dla przyszłych pracowników organizowane były za darmo. Gdy historię tę usłyszał pewien mój znajomy Amerykanin, omal nie spadł z krzesła. Jego 60–letnia matka kupiła bowiem niedawno swój pierwszy w życiu komputer i zapisała się na kurs obsługi Internetu tylko po to, by móc się komunikować z mieszkającym w Polsce synem.

Oczywiście bezrobocie nie zniknie tylko przez to, że Polacy zmienią swoje nastawienie do pracy. Trzeba jednak zacząć odchodzić od postaw roszczeniowych. Gospodarka wolnorynkowa to cały system wzajemnych zależności i mechanizmów. Tu nie ma prostych rozwiązań, są natomiast bardzo trudne, czasem dramatyczne wybory.

Bezrobocie i inflacja

W latach 50. XX wieku brytyjski ekonomista, William Phillips, odkrył zależność między bezrobociem a inflacją. Wniosek był raczej przygnębiający — nie da się realizować polityki, która dałaby pełne zatrudnienie i niskie ceny. Na szczęście współczesne mechanizmy gospodarcze są dużo bardziej skomplikowane. Na ruchy cen i zatrudnienie wpływa coraz więcej czynników zewnętrznych. Przykłady najbogatszych państw (USA, Japonia) udowadniają, że można dziś mieć niskie bezrobocie i niewielką inflację.

Mimo to nie da się zaprzeczyć, że istnieje pewien związek między wzrostem cen a liczbą osób pozostających bez pracy. Wynika to z logiki mechanizmów rynkowych.

W skali całej gospodarki ogólny popyt uzależniony jest od sumy wszystkich wynagrodzeń. Stąd im więcej osób pracuje, tym więcej pieniędzy wypłacanych jest robotnikom, co może prowadzić do wzrostu cen. I na odwrót. Z taką właśnie sytuacją mamy obecnie do czynienia. Poruszającym komunikatom o wzroście bezrobocia towarzyszą radosne wieści o najniższej od początku ustrojowych przemian inflacji.

Kto ile powinien zarabiać?

Na przełomie roku mieliśmy w kraju masowe protesty pielęgniarek domagających się kilkusetzłotowych podwyżek. Zyskały one poparcie większości opinii publicznej. Rząd nie ugiął się pod tą presją, ostatecznie, jak pamiętamy, zaproponował ugodę i niewielkie podwyżki. Wyobraźmy sobie jednak, że pielęgniarki dopięły swego i otrzymały 500 zł podwyżki. Prawdopodobnie już po tygodniu mielibyśmy protesty lekarzy, najpierw tych słabiej uposażonych, później także pozostałych. Trudno przecież oczekiwać, by akceptowali, że zarabiają tyle samo, co pielęgniarki. Postępując konsekwentnie, im również należałoby dać podwyżki. Czy w takiej sytuacji ktoś potrafiłby racjonalnie wytłumaczyć nauczycielom, policjantom, emerytom, że im nie należą się dodatkowe pieniądze? Taka masa uruchomionych pieniędzy szybko odbiłaby się wzrostem inflacji. Wkrótce okazałoby się, że wzrost cen „połknął” całą podwyżkę, którą siostry pierwotnie otrzymały. Protesty można by zaczynać od początku.

Powyższy scenariusz jest oczywiście przesadzony, ale pokazuje, jak działają rynkowe mechanizmy. Właśnie dlatego rządzący politycy zawsze są niechętni przyznawaniu podwyżek pod wpływem protestów. I nie ma znaczenia, czy są to rządy lewicowe, czy prawicowe. Przekonać się o tym można było właśnie na przełomie roku. Nawet solidaryzujący się z pielęgniarkami politycy opozycji ograniczali się jedynie do oskarżania rządu o doprowadzenie do dramatycznej sytuacji. Nikt z nich nie mówił, że na miejscu ministra finansów zgodziłby się na wyższe pensje dla służby zdrowia.

Można w tym miejscu postawić pytanie, czy kiedykolwiek zaistnieje dobry moment na podwyżki dla pielęgniarek. I tak znowu wracamy do kwestii wydajności pracy i reform strukturalnych. Podstawowym założeniem gospodarki kapitalistycznej jest bowiem jej dążenie do efektywności. W opisywanej powyżej przychodni zdrowia można by płacić personelowi więcej pieniędzy, gdyby był on mniej liczny.

Siostry powinny więc protestować przeciwko systemowi organizacji służby zdrowia. Domaganie się tylko podwyżek budzi niechęć. Nie przekonują nawet argumenty, że pielęgniarki rzeczywiście zarabiają zbyt mało. Jest bowiem przynajmniej kilka grup zawodowych, którym nie wolno nawet protestować, a które zarabiają równie mało. Gdyby pod ministerstwo chciały pojechać kasjerki któregoś z supermarketów, to zamiast podwyżek dostałyby natychmiastowe wypowiedzenia od swego pracodawcy.

Jedyną szansą na przetrwanie dla wielu postkomunistycznych instytucji i zakładów pracy są dziś gruntowne reformy (dla niektórych dotkliwe, bo oznaczają stratę pracy) i jakiś kompromis. Tragedią naszych krajowych negocjacji jest fakt, iż właściciele przedsiębiorstw czy ministrowie postrzegani są przez protestujących jako wrogowie, krwiopijcy, którym obojętny jest los ludzi pracy, bo „oni i tak już się dorobili”.

Myślenie takie jest dość powszechne ze względu na duże różnice w zarobkach różnych grup zawodowych. Powszechne oburzenie wzbudzają informacje o kilkudziesięciotysięcznych pensjach szefów spółek czy ministrów. Być może jest ono jednak nieuzasadnione. Wyznaczając niższą pensję szefowi Narodowego Banku Polskiego, narażamy się na ryzyko, że stanowisko zajmie człowiek mniej kompetentny, na czym mogłaby stracić cała gospodarka. Stracilibyśmy wtedy wszyscy i to znacznie więcej, niż wynosi pensja jednego człowieka. To samo rozumowanie dotyczy ministrów, a nawet posłów. Mówimy tu oczywiście o sytuacji idealnej, gdy kompetentni politycy nie oszukują, a rzetelnie pracują.

Kluczem do ustalenia płacy powinna być zawsze efektywność pracownika. W myśl zasady: im więcej produkujesz, tym więcej dostajesz, im lepiej rządzisz, tym lepiej zarabiasz. Racjonalnie myślący pracodawca zwalnia nieefektywnych pracowników. Nieefektywnych polityków powinniśmy eliminować my w kolejnych wyborach albo na bieżąco odpowiednie organy państwa.

Sposoby na bezrobocie

Bezrobocie to nie tylko pewna makroekonomiczna wielkość, to także zjawisko, które jest na co dzień obecne w naszym życiu. Spójrzmy na nie od strony przeciętnego polskiego przedsiębiorstwa. Zastanówmy się, co musi się stać, by w dobrze prosperującej firmie zdecydowano się zatrudnić dodatkowych pracowników.

Najczęściej bodźcem jest zwiększający się popyt (albo chęć zwiększenia produkcji) na produkty naszego przedsiębiorstwa. Nowego pracownika opłaca się zatrudnić wtedy, gdy dotychczasowi nie są już w stanie podołać obowiązkom lub więcej wyprodukować. Pracodawca dokonuje wówczas prostego rachunku ekonomicznego. Zatrudni nową osobę, gdy będzie miał uzasadnioną nadzieję, że ten pracownik zarobi dla niego więcej, niż będzie musiał wydać na jego wynagrodzenie. Przekładając powyższy schemat na język gospodarki, można pokusić się o próbę znalezienia skutecznego i szybkiego lekarstwa na bezrobocie (znajdą się one na pewno w programach partii przed wrześniowymi wyborami).

Zatrudnienie będzie się zwiększać, gdy na rynku będzie większy popyt. To oznacza, że rosnąć musi produkt krajowy brutto PKB (czyli suma wszystkich wynagrodzeń wypłacanych w gospodarce). Zwiększenie popytu na rynku nie jest trudne — wystarczy, że rząd bardziej zaangażuje się w gospodarkę (będzie zlecał roboty publiczne, realizował inwestycje centralne). Można też obniżyć stopy procentowe, czyli sprawić, że tańsze staną się kredyty. Wtedy będziemy mieli więcej pieniędzy, a co za tym idzie, będziemy więcej kupować, co skłoni pracodawców do zwiększania produkcji i zatrudniania dodatkowych pracowników. Rychło może się jednak okazać, że równie szybko rosną w sklepach ceny. Takie rozwiązanie zwiększyć może bowiem inflację.

Z bezrobociem można również walczyć, zmniejszając koszty pracy, czyli obniżając podatki i składki doliczane do wynagrodzeń. Niższe koszty oznaczają, że pracownik mniej będzie musiał wypracować zysku, by być opłacalnym dla pracodawcy. Pomóc może także obniżenie powszechnego podatku dochodowego. Gdy mniej pieniędzy oddajemy państwu, więcej mamy do wydania i zaoszczędzenia. Zwiększa się wówczas globalny popyt oraz przybywa inwestycji. Obniżanie podatków na razie nie jest jednak w Polsce zbyt prawdopodobne. W pierwszym okresie oznacza bowiem zmniejszenie przychodów budżetu, a ten już jest dziurawy.

Teoretycy ekonomii wskazują wprawdzie, że obniżenie podatków może przyczynić się do zwiększenia przychodów budżetu (bo więcej inwestujemy i mniej chętnie podejmujemy ryzyko oszustw podatkowych), ale nikt nie jest w stanie powiedzieć, gdzie przebiega granica opłacalności. Pewne jest tylko jedno. Zarówno przy zerowym, jak i 100–procentowym podatku dochody budżetu równe byłyby zeru.

W trosce o dobro budżetu można podatki zmniejszyć nie wszystkim, a tylko wybranym, np. tym, którzy tworzą nowe miejsca pracy. Pamiętajmy jednak, że przedsiębiorcy to racjonalnie myślący ludzie. Co zrobi pracodawca, gdy okaże się, że zatrudnienie nowego pracownika obniży koszty pracy? Zwolni innego z dłuższym stażem, a zatrudni nowego, uzyskując w ten sposób znaczną obniżkę kosztów. Liczba bezrobotnych się nie zmieni.

Obniżenie kosztów przynieść mogą także zmiany w kodeksie pracy. Wprowadzenie bardziej elastycznych przepisów pozwoli firmom szybciej podejmować decyzje, zatrudniać na krótszy okres. Przedsiębiorcy mogliby wówczas zwalniać pracowników nieefektywnych. Elastyczne przepisy dają też szansę na zwiększenie zyskowności firm — przedsiębiorcy mogą np. podjąć się wykonania jednorazowych dużych zamówień.

Takie rozwiązania budzą jednak protesty związków zawodowych i robotników. Elastyczne przepisy oznaczają bowiem brak stabilizacji. Tylko że w gospodarce wolnorynkowej nie istnieje coś takiego jak stuprocentowo pewna, bezpieczna przyszłość. Działające na rynku firmy zawsze narażone są na ryzyko bankructwa.

* * *

W dłuższej perspektywie kilku, nawet kilkunastu lat najskuteczniejszym sposobem zapobiegania bezrobociu wydaje się właściwy system edukacji. Chodzi przede wszystkim o to, by wykształcić osoby z kwalifikacjami, które będą przydatne na nowoczesnym rynku pracy, by młodzi ludzie już przy wyborze szkoły nie skazywali się na problemy z późniejszym znalezieniem pracy. Mądra edukacja powinna rozwijać także takie niezbędne cechy, jak: przedsiębiorczość, gospodarność i szacunek dla pracy.

Rząd, który inwestuje w naukę, nie tylko poprawia warunki życia naukowcom, ale daje także impuls do rozwoju technologii, które stosowane w prywatnych firmach sprawią, że przedsiębiorstwa będą bardziej konkurencyjne.

Inwestowanie w edukację jest kosztowne, a pozytywne efekty przychodzą dopiero po latach. Stąd dla bieżących, partykularnych interesów polityków działania takie nie są popularne. Zwycięstwo w wyborach przynoszą raczej obietnice poprawy bytu obecnych wyborców, a nie ich dzieci.

Podejmowanie decyzji ekonomicznych to jednak często właśnie konieczność wyboru między krótkotrwałym dobrobytem teraz a długotrwałym w przyszłości. Nam, żyjącym tu i teraz, trudno troszczyć się o wygodne życie przyszłych pokoleń. Jak mówił znany ekonomista John Keynes, „aby cieszyć się długotrwałym dobrobytem, najpierw trzeba przeżyć”.

Wybory
Tomasz Jastrzębowski

urodzony w 1976 r. – absolwent Akademii Ekonomicznej w Poznaniu, dziennikarz, twórca i redaktor naczelny magazynu sportowego Olimpik.pl, współpracuje z miesięcznikiem „W drodze”....