Złudny powab utopii

Złudny powab utopii

W każdej utopii tkwi pewna ambiwalencja, łączy ona bowiem wzniosłość ideałów i szlachetność dążeń z marnością osiąganych rezultatów i lichotą skutków. Dlatego ważne jest, aby te pierwsze nie przesłaniały drugich. Zwłaszcza że wiek dwudziesty przyniósł deprymujące doświadczenia, które powinny być przestrogą dla każdego, kto próbuje utopie realizować.

Ludzkie gospodarowanie dotyczy rzeczy materialnych, a te dadzą się przeliczyć według kryteriów ilościowych i jakościowych. To prawda, że mierzalne wyniki gospodarcze nie gwarantują nikomu szczęścia, a w ludzkim świecie istnieją inne dobra niż materialne. Wyrzeczenie się dóbr materialnych lub rezygnacja z gospodarczej efektywności są więc możliwe i uprawnione, lecz oznaczają wyjście poza dziedzinę ekonomii, a wkroczenie w obszar ideologii, nie są to zatem działania ekonomiczne, lecz ideologiczne. Oznaczają odrzucenie ekonomii w imię ideologii. Można wybrać ubóstwo albo nieefektywne technologie, lecz nie da się tego uzasadniać argumentacją ekonomiczną, a wyłącznie ideologiczną. Mnisi wielu zakonów ślubują ubóstwo, a wspólnoty wielu religii wyrzekają się zdobyczy nowoczesnej cywilizacji, ponieważ wyżej cenią inne wartości niż materialny dostatek i ekonomiczną efektywność. Można ich postępowanie cenić wysoko, ale nie można go oceniać według kryteriów ekonomicznych.

Wielu z nas staje przed pokusą odrzucenia tych mierzalnych kryteriów i powrotu do innych, zaginionych, utraconych, a prostych wartości. Któż nie ma pięknych wspomnień i skojarzeń związanych ze smakiem pajdy chleba wypieczonego w wiejskim piecu, kwaśnego mleka krojonego nożem w glinianym garnku, konfitur przyrządzonych z owoców zebranych w przydomowym sadzie czy choćby zapachu siana, na którym spędził letnią noc, przyglądając się gwiazdom prześwitującym przez szczeliny między dachówkami stodoły? Kto takich wspomnień i tęsknot nie ma, ten jest rzeczywiście nieszczęśliwy. Jednak każdy, kto potrafi przez powab takich sielskich wyobrażeń przebić się myślą (nie uczuciem!) ku realnym kontekstom, ten musi przyznać, że owe wspomnienia wyniósł z biednej i zacofanej wsi, na której wyczerpujące i twarde życie wiedli ciężko zapracowani, przygięci do ziemi harówką i przedwcześnie postarzali ludzie. Niekoniecznie tak szczęśliwi, jak wydawało się przyjezdnym mieszczuchom, a często godni ich litości. Czy takiego losu można pragnąć dla swoich bliźnich?

Marek Przepiórka proponuje, jak można zrozumieć, stworzenie wspólnoty opartej na gospodarce naturalnej, czyli czerpiącej wszystkie zasoby z zamkniętego cyklu uprawy i hodowli. Obecnie w Polsce z rolnictwa (wraz z łowiectwem i leśnictwem) pochodzi ok. 4% wszystkich wytworzonych zasobów. Przejście na gospodarkę naturalną oznaczałoby więc wyrzeczenie się 96% pozostałych dóbr pochodzących z innych źródeł. Owszem, część z nich można zastąpić przez dobra substytucyjne, samodzielnie wytworzone, np. łapcie z łyka, odzież z lnu i skór, lampy z łoju, energię ze słomy lub suszonego krowiego łajna itp. Wielu ludzi żyło tak przed wiekami. Animatorzy i amatorzy takiego przedsięwzięcia powinni sobie jednak z tych warunków zdawać sprawę, zanim do niego przystąpią.

Gdyby zaś chcieli mieć dostęp do innych dóbr, musieliby sprzedawać na wymianę choćby część własnych produktów, czyli prowadzić jednak w jakimś zakresie gospodarkę towarowo–rynkową, a zatem przyjąć realia ekonomiczne. W polskim rolnictwie, wytwarzającym — przypomnijmy — 4% PKB, pracuje (wyłącznie lub zatrudniając się dodatkowo poza gospodarstwem) ok. 25% ogółu zatrudnionych. Znaczy to, że zatrudnienie w tej branży wielokrotnie przekracza poziom odpowiadający przeciętnej wydajności pracy w polskiej gospodarce. Nadmiar pracujących w rolnictwie jest największym jej problemem strukturalnym. Ukryte bezrobocie (obejmujące osoby, dla których nie ma pracy nawet przy tak niskiej wydajności) wynosi ok. 1 mln osób mieszkających na wsi. Marek Przepiórka proponuje, by w warunkach tak wysokiego przeludnienia agrarnego skierować na wieś jeszcze dodatkowych bezrobotnych i w sytuacji nadprodukcji żywności podjąć dodatkowe uprawy.

Sugeruje on, że dodatkowa praca może się znaleźć dzięki rezygnacji z intensywnych metod produkcji maszynowej i przejściu na pracochłonną uprawę ręczną. To jest możliwe i stosowane bywa nawet w najbardziej rozwiniętych branżach. Ręcznie wytwarzane są np. samochody marki Rolls– –Royce czy zegarki niektórych renomowanych szwajcarskich firm. Ich ceny wyrażają się jednak liczbami wielocyfrowymi. Można wątpić, czy znalazłoby się wielu amatorów mleka, sera czy wina, których ceny wyrażałyby się w złotych polskich więcej niż dwiema cyframi.

Sytuację branży rolnej pogarsza fakt, że żywność objęta jest tzw. popytem sztywnym. O ile więc można sobie wyobrazić wzrost popytu na rolls– –royce’y czy roleksy wynikający ze wzrostu zamożności społeczeństwa, o tyle poziom dobrobytu nie przekłada się na poziom konsumpcji żywności. Nikt nie jest w stanie zjeść ponad fizjologiczne potrzeby, a w bogatych krajach coraz więcej osób stara się jeść mniej, niż byłyby w stanie. Wraz z bogaceniem się spada poziom spożycia wielu artykułów rolnych, od zbożowych do mięsnych. Ze spożyciem wina też nie należy przesadzać, a zresztą w Polsce winnice i tak nie powstaną z zupełnie innych (klimatycznych) względów.

Owszem, możliwe jest sterowanie konsumpcją produktów rolnych za pomocą haseł i motywacji ideologicznych, a nie ekonomicznych. Moda na żywność ekologiczną, fascynacja dietą antycholesterolową czy obsesyjny lęk przed modyfikacjami genetycznymi są w stanie skłonić ludzi do płacenia wysokich cen za prymitywnie wytwarzane i przetworzone produkty naturalne. Przy dobrej kampanii promocyjnej można ewentualnie namówić część konsumentów do kupowania i jadania zwykłych otrąb czy skiełkowanego ziarna. To jednak nie zwiększa ogólnej konsumpcji, a jedynie zmienia jej strukturę. W tym konkretnym przypadku nie wzrośnie produkcja i konsumpcja zboża, a jedynie zmieni się jego konsumpcyjna postać (skądinąd wymagającą mniej przetwarzania, a więc i pracy, niż chleb pieczony z drobno mielonej mąki z dodatkiem jajek, drożdży, mleka i innych składników).

Z ekonomicznego punktu widzenia zależności są proste: im wyższy poziom rozwoju gospodarczego, tym niższy udział rolnictwa w zatrudnieniu i wytworzonym PKB oraz wydatków na żywność w dochodach ludności — i na odwrót. Dlatego zwiększanie areałów upraw oraz zatrudnienia w produkcji rolnej, czyli przechodzenie na ekstensywne metody, oznacza marnowanie zasobów mogących przynosić inne efekty (w przypadku odłogów — np. rezygnację z zalesiania, pożądanego w kraju o niskiej lesistości i dla wszystkich korzystnego z ekologicznego punktu widzenia, a w przypadku siły roboczej — odrzucenie szansy wykorzystania jej w innych dziedzinach produkcji). Ekonomia jest właśnie nauką o najefektywniejszych sposobach alokacji i wykorzystania zasobów, w tym ludzkich. Przykłady francuskie nie są dobrymi ilustracjami ich stosowania. Najwyżej rozwinięta gospodarka współczesnego świata, czyli amerykańska, radzi sobie z tymi problemami o wiele lepiej. Nawet w fazie zahamowanego rozwoju pozostawia bez pracy mniej niż 5% dorosłych, zatrudniając w rolnictwie 2–3%. Niektórzy smakosze twierdzą zaś, że wina kalifornijskie nie ustępują francuskim.

Prawa ekonomii i zbudowaną w oparciu o nie cywilizację można odrzucić. Tak czynili niektórzy Europejczycy w latach 60. i 70., przenosząc się do Indii w poszukiwaniu warunków do kontemplacji i medytacji odrywających ich od materialnej rzeczywistości. W tym czasie wielu Hindusów przymierało głodem lub wręcz z głodu umierało. Dziś Indie, dzięki zastosowaniu intensywnych metod upraw, zapewniły swoim o wiele liczniejszym niż wtedy mieszkańcom wyżywienie. Europejczycy przestali tam wyjeżdżać w poszukiwaniu nirwany.

Złudny powab utopii
Janusz A. Majcherek

urodzony 27 grudnia 1955 r. w Krakowie – Janusz Andrzej Majcherek, polski filozof, socjolog, nauczyciel akademicki, publicysta, profesor nauk humanistycznych, profesor Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Publicysta "Ty...