O nadziei, którą odnajdujemy w Bogu

O nadziei, którą odnajdujemy w Bogu

Kataklizm wyzwala ogromne dobro, powiedziałbym lawinę wzajemnej pomocy i ofiarności ludzi oraz łajdactwo wychodzące w najgorszej postaci.

Maciej Kosiec OP: Ojcze Andrzeju, byłeś przełożonym klasztorów w miastach, które dotknęła powódź. Najpierw we Wrocławiu, gdzie wylała Odra. Gdy zostałeś przełożonym w Sandomierzu, z brzegów wystąpiła Wisła. Jakie masz w związku z tym doświadczenia duszpasterskie?

Andrzej Konopka OP: Może zacznę nie tyle od doświadczenia duszpasterskiego, ile od poczucia, że jestem jak prorok Jonasz ze Starego Testamentu. Trzeba go wyrzucić za burtę, ponieważ przynosi nieszczęście. Nie wiem, czy sandomierzanie nie zdecydują się, by mnie wyrzucić za burtę.

Mówiąc poważnie, to nie wiem, czy to zrządzenie Boże, że jestem w miejscach dotkniętych przez podobny kataklizm. Są to jednak dwa bardzo różne doświadczenia. We Wrocławiu byłem w zagrożonym klasztorze, bo stoi on 100 metrów od Odry. Trzeba było wszystko wynosić i zastanawiać się, ile może być wody w kościele. Natomiast św. Jakub w Sandomierzu to jest luksus patrzenia na wodę z góry. Nie musiałem niczego ewakuować, tylko zastanawiać się, w jaki sposób mogę pomóc innym.

Patrząc z innego punktu widzenia, trzeba zauważyć, że klasztor wrocławski był doskonale zorganizowany. Miał swoją strukturę duszpasterską i mógł od pierwszego dnia powodzi — tej, która dotknęła Kłodzko — organizować pomoc. Plac dominikański był miejscem przerzutowym, gdzie ludzie przynosili dary, gdzie zbierało się środki, które trafiały najpierw do Kotliny Kłodzkiej, a potem do samego Wrocławia. W Sandomierzu, w którym jesteśmy od dwóch miesięcy, nie ma nikogo, kto by pomagał, bo dopiero organizujemy duszpasterstwo. Pozostaje jedynie kościół, w którym klękasz przed Najświętszym Sakramentem czy przed obrazem Matki Bożej Różańcowej Sandomierskiej, opiekunki tych terenów i modlisz się za ludzi. Nie możesz im w żaden inny sposób pomóc, bo nie masz środków. Zostaje ta bierna strona, ale też bardzo potrzebna. Mam świadomość, że grupy różańcowe, które przychodzą do tego kościoła, pochodzą właśnie ze wsi, które zostały w tym roku zalane: Strachocice, Andruszkowice, Złota. To są dwa bardzo różne doświadczenia duszpasterskie: pierwsze, gdy się zakasało rękawy i przerzucało worki z piaskiem, i doświadczenie tego, że twoje ręce są do czego innego.

Czy w Twojej posłudze duszpasterskiej spotkałeś się z konsekwencjami powodzi? Czy była ona obecna w rozmowach albo spowiedziach?

Tu, w Sandomierzu woda jeszcze do końca nie zeszła. Przejezdna jest droga, natomiast w gospodarstwach stoi woda. Ludzie pewnie dzisiaj patrzą, jak woda powoli opada z ich podwórek czy schodzi z pól. Ci ludzie nie mieli jeszcze możliwości, aby tu przyjść. Zresztą to się zdarzyło tak nagle. Powódź, jak każda katastrofa, przychodzi szalenie szybko. To jest żywioł, który wdziera się z całym dramatyzmem. Nie jesteś w stanie nic zrobić. Jeszcze wczoraj słyszeliśmy, że zalewa miejscowości na Podhalu, a następnego dnia była już u nas.

Czasami pod kościołem po Mszach świętych pojawiały się pytania, jak to było we Wrocławiu, jak to wyglądało cztery lata temu. Najbardziej zapamiętałem z tamtego czasu doświadczenie walki, gdy na wałach układałem worek do worka z młodzieżą, za którą normalnie nie dałoby się pięciu groszy. Ona się angażowała na sto procent, była wyczerpana, ale pracowała dzień i noc. Podobnie zresztą było tutaj. Całe wioski, mnóstwo młodych ludzi, którzy wyrzekli się na ten czas dyskotek, czasu, gdy siedzieli w ogródkach i popijali piwo, tylko poszli i walczyli o swoje miejscowości. Młodzież jest dla mnie zawsze piękna, ma w sobie coś takiego, że tak, jak była zdolna do powstańczego zrywu w Warszawie w 1944 roku, tak dziś jest zdolna do tego, by bronić swoich miast. Widziałem to we Wrocławiu i tu w Sandomierzu.

Jeden z dominikanów mówił, że powódź, która jest zagrożeniem, ma tę dobrą stronę, że wyzwala dużo dobra w ludziach…

Dużo dobra i zła. Myślę, że jest to styk pewnych skrajności. Między ludźmi jest mnóstwo solidarności, ale pojawia się też ludzka podłość. Jest to czas, w którym ludzie bardzo się do siebie zbliżają. Płoty, które stawiali, by odgrodzić się od sąsiadów, dzisiaj mogą zniknąć nie tylko pod wodą, ale także dlatego, że oni sobie będą wzajemnie pomagać. Przynoszą do punktów zbiórki naprawdę dobre rzeczy, które mogą komuś uratować, jeżeli nie kawałek życia, to na pewno nadzieję, poczucie, że nie zostali sami. To jest ważne doświadczenie. Jednocześnie pamiętam, że we Wrocławiu po tych samych ulicach, po których pływały pontony z chlebem, wodą i ludzie sobie oddawali wszystko, ostatni kawałek jedzenia, ostatnie grosze, by komuś pomóc, po tych samych ulicach pływali nocą szabrownicy. Przychodzili również do kościoła ludzie z pytaniem, czy nie mogliby dostać lodówki, bo im się zepsuła. Mieszkali na trzecim piętrze, powodzi w swoim mieszkaniu nie widzieli, ale mieli pretensje, dlaczego nic nie dostają. Kataklizm wyzwala ogromne dobro, powiedziałbym lawinę wzajemnej pomocy i ofiarności ludzi oraz łajdactwo wychodzące w najgorszej postaci. W Ostrowcu Świętokrzyskim ludzie zadzwonili na policję, żeby przyjechała i uspokoiła straż pożarną, która wypompowywała wodę z domków jednorodzinnych. Dzwonili z bloków, w których nic nie zostało zabrane, nic nie zostało uszkodzone, że im ryk silników przeszkadza w nocnym odpoczynku. Nie miało dla nich żadnego znaczenia, że ludzie walczyli o każdy kawałek, każdy metr, o suchy pokój. Dobro i zło mają taką naturę, że bardzo blisko do siebie podchodzą. Tam gdzie jest ogromne dobro, zło podchodzi i próbuje coś rozszarpać.

Gdy niespodziewanie dotyka człowieka nieszczęście, gdy traci kogoś bliskiego, gdy traci cały dorobek swojego życia, rzadko potrafi powiedzieć hiobowe „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!”. Pojawiają się raczej pytania: „Dlaczego? Dlaczego mnie to spotkało? Co ja takiego zrobiłem?”.

Myślę, że dobrą odpowiedzią na to pytanie jest tekst, który kiedyś przeczytałem we „W drodze”. Był to komentarz dotyczący fragmentu Ewangelii opisującego, jak przyprowadzono do Pana Jezusa człowieka, który był od urodzenia niewidomy, i zadano mu pytanie: „Kto zawinił? Dlaczego tak się stało?”, szukając osób albo zdarzeń, które miały wpływ na tę losową tragedię. Pan Jezus odsuwa ten tok myślenia. Mówi, że nikt nie zawinił, ani jego rodzice, ani on sam, tylko miały się przez to objawić plany Boże. Tu wchodzimy w tajemnicę. Odpowiadając na pytanie, czy ktoś zawinił, jeżeli przychodzi jakaś tragedia, odsuwam szukanie odpowiedzialnych i zastanawiam się, jakie Pan Bóg miał w tym plany, jakie były Jego zamiary, których my nie jesteśmy w stanie przeniknąć. Chciałbym w związku z powodzią odsunąć od razu pytanie: „Czy Wrocław coś zawinił?”, „Czy ziemia sandomierska niosła w sobie coś takiego, że trzeba było ją ukarać?”. Daleki jestem od myślenia tego typu. Być może ta woda jest jakimś oczyszczeniem. Być może w planach Bożych ma to wyzwolić większą solidarność. Być może ludzie żyjący w swoich domkach, pielęgnujący ogródki, działki, sady, nie widzieli swoich sąsiadów. Warzywa i drzewa owocowe przysłaniały ludzi, pieniądze z tych plonów przysłoniły im bliźnich. Być może woda miała wskazać im na sąsiadów, bliskich. Tak chyba trzeba bardziej myśleć, niż zastanawiać się, za czyje grzechy spadły na nas nieszczęścia.

Łatwo o tych kwestiach teoretyzować. Jednak co powiesz człowiekowi, który stracił wszystko, którego spotkało nieszczęście. Kiedy woda opadnie, on zostanie z niczym. W takim człowieku często się jawi pytanie: „Dlaczego Pan Bóg o mnie zapomniał? Jak pogodzić takie nieszczęście z miłością Bożą?”.

Przypominam sobie sytuację z Wrocławia. Rzecz miała miejsce parę miesięcy po katastrofie. Odwiedzaliśmy ludzi dotkniętych powodzią w naszej parafii. Od tych, którzy starali się z tego wydobywać, nigdy nie usłyszałem zdania, że Pan Bóg o nich zapomniał. Taka myśl nigdy im nie towarzyszyła, nie narzekali, że czegoś zabrakło. Cieszyli się każdym datkiem, każdym darem, wdzięczni byli instytucjom, które pomagały. Starali się jak najszybciej odbudowywać, bo w powrocie do normalności widzieli znak solidarności oraz Bożej pomocy i opatrzności. Pamiętam natomiast mieszkanie, gdzie wszystko było zdewastowane. Po powodzi nic nie zostało sprzątnięte. Jak mi powiedzieli sąsiedzi, mieszkający tam człowiek wszystkie pieniądze, wszystkie środki, które dostawał, przepijał. W nim pojawiło się przytoczone przez Ciebie myślenie o zapomnieniu, poczucie, że został przez ludzi odsunięty, że nikt mu nie pomaga. W nim była żywa pretensja do Pana Boga. Myślę, że takie myślenie pojawia się tam, gdzie wiara jest nieugruntowana, tam gdzie kontakt z żywym Bogiem jest osłabiony ludzką słabością, bezradnością, lękiem czy — jak w opisanym przypadku — alkoholizmem.

Co ciekawe, nie spotkałem się po powodzi z żalem o niewysłuchane modlitwy, nie spotkałem nikogo skarżącego się, że modlił się o ocalenie od kataklizmu, a woda go zalała. Nie spotkałem ludzi, którzy obrazili się na Pana Boga. Raczej przyjmowali powódź jako dopust, który dotyka całą społeczność.

Można powiedzieć, że mocna wiara przez takie doświadczenia jeszcze bardziej się ugruntuje, ale słaba może się załamać i zniknąć.

To jest chyba ludzkie, że niejedno doświadczenie czy niejedno cierpienie sprawiało, iż człowiek bliżej stawał wobec bożych zamiarów, bardziej rozumiał swoje życie i swoją drogę ku zbawieniu, ku wieczności. Natomiast w człowieku, który widzi tylko koniec swoich dłoni i to, co one mogą zagarnąć, te plany umykają.

Co mamy do zaproponowania ludziom z tej drugiej grupy? Z czym wyjdziemy do takiego człowieka, który wszystko przepił i zamknął się w poczuciu krzywdy? Także do nich jesteśmy posłani?

Nie możemy się zniechęcać do takich ludzi. Pamiętam, że po rozmowie z tym alkoholikiem zaprosiłem go, by przyszedł do klasztoru, do naszego kościoła, że zastanowimy się, w jaki sposób możemy mu jeszcze pomóc. Znaleźliśmy kogoś, kto własnymi rękami doprowadził mu mieszkanie do porządku, żeby nie miał możliwości kolejnych pieniędzy przepić. Wiem, że to zaproszenie musi być zawsze aktualne. W swoim duszpasterstwie wyraźnie dostrzegam, że jestem posłany do ludzi, którzy w pewnym momencie się zagubili, stanęli gdzieś z boku, bo coś im umknęło. Zdawało im się, że są blisko Pana Boga, a jednego dnia okazało się, że są na marginesie, że nie rozumieją swojego życia, że nie rozumieją Pana Boga, że Pan Bóg dla nich jest rzeczywistością z formułki katechizmowej, a nie żywym Bogiem. Stąd takie zaproszenie zawsze istnieje chociażby w Mszach, które są krótkie i lekkie, dla takich, którzy wielkiej teologii nie zniosą. Takie zaproszenie istnieje też w każdym spotkaniu, rozmowie, braku pośpiechu, w gotowości przyjęcia człowieka, który zajrzy do kościoła czy klasztoru. Ważne, by na różne sposoby starać się pomóc, wlewając mu w serce nadzieję i trochę radości.

Wspomniał Ojciec o nadziei. Jak pracować nad nadzieją w czasie powodzi i po niej. Jakie formy może czy powinna przyjąć ta praca?

W mieście szybciej niwelowało się skutki powodzi. Po tygodniu włączyli nam prąd, po czterech tygodniach była woda w kranach, po dwóch miesiącach już działały telefony. Później już bardzo wyraźnie było widać, jak są zmieniane nawierzchnie ulic, tynkuje się fasady. Po pół roku ulica, na której były dwa metry wody, funkcjonowała już zupełnie normalnie.

Inaczej jest na wsi, gdzie woda zalewa i niszczy gospodarstwo i ziemię, która nie jest tylko chodnikiem, ale miejscem, gdzie rodzą się owoce, plony. Ziemia pokazuje, że pomoc musi być znacznie dłuższa niż moment przekazania pieniędzy. Musi się rozciągać w czasie. Myślę, że tym ludziom, którzy odremontują swoje domy i gospodarstwa, jeszcze na wiosnę trzeba będzie przychodzić z pomocą. Dla nas, dominikanów, oznacza to organizowanie spotkań czy nabożeństw, podczas których będzie się mówiło o nadziei, przypominało, że tam, na dole, nie zostali sami, a my tu, u Matki Bożej swoje gramy. To jest dłuższa praca nad ludzkim sercem. To jest każda spowiedź, każda rozmowa, a także forma naszego posługiwania słowem. Trzeba mówić o nadziei, którą odnajdujemy w Bogu, bo w sobie jej nie znajdziemy.

Wczoraj byłem w Tarnobrzegu. Prowadziłem kurs przedmałżeński i rozmawiałem z chłopakiem, który przygotowuje się do ślubu, a cały dom ma zalany. Spytałem go, jak jest, a on się uśmiechnął i mówi, że nie jest najgorzej. Usłyszałem spokój w jego słowach. Zobaczyłem w jego oczach coś, co było nieprawdopodobne, bo on nie mówił, że najgorsza rzecz go w życiu spotkała. Ludzie nawet w momentach katastrofy, kataklizmu, myślą przyszłością.

Sytuacje kataklizmu są sprawdzianem dla każdego. Są więc także sprawdzianem dla kapłana jako pasterza powierzonej mu wspólnoty. Jaka jest w takich sytuacjach rola kapłana? Jak się powinien odnaleźć w tak trudnej rzeczywistości?

Kiedy w Sandomierskiem jeszcze powodzi nie było, ale tereny były już zagrożone, biskup Wacław Świerzawski przerwał wakacje i przyjechał. Odwiedzał każdą wioskę, zaglądał do ludzi, był z nimi, mówił: „My was nie zostawimy”. To było bardzo istotne, że pasterz tego lokalnego Kościoła jest z nimi. W takiej sytuacji pierwszym powołaniem księdza jest obecność wśród ludzi. W ten sposób spełnia swoją misję, posłannictwo. Często nie musi robić nic więcej. Obecność kapłana jest dla ludzi nadzieją, wsparciem.

Drugim powołaniem jest organizowanie pomocy, jednoczenie ludzi. Ludzie z różnych stron schodzą się do jednego miejsca, którym jest kościół i kapłan. Pasterz, proboszcz łączy w sobie różne nici, różnych ludzi. On ma być elementem jednoczącym, łagodzącym różnego rodzaju napięcia, ma szanse rozładować konflikty, wyciszać żale. Ludzie mają pretensje do władz, że coś zostało nieodpowiednio zabezpieczone, że nikt nie troszczył się o wały. Nikt nie pomyśli, że to jest kataklizm. Powołaniem kapłana jest łagodzić pewne ludzkie zranienia, które się pojawiają, w momencie, gdy woda zalewa wszystko, kiedy człowiek jest bardzo rozżalony. Kapłan jest w stanie pewne rzeczy wyciszyć swoją obecnością, swoim przepowiadaniem, swoją solidarnością z ludźmi, wskazaniem, że często plebanie i kościoły także pozalewało, że woda tutaj nie wybiera.

Trzeci element posługi to umiejętność mądrego wspierania ludzi i rozdzielania darów. Ważne jest, żeby odnaleźć tego, kto nie przyjdzie, kto sam nie zapuka i nie poprosi. Trzeba do niego pójść i mu dać. Bo zawsze u bram kościoła będą tacy, którzy potrzebują, którzy będą mówili „dej”. I będą tacy, którzy nigdy nie przyjdą, do których trzeba wyjść. Ten element posługi kapłańskiej jest bardzo ważny. Często proboszcz na terenie swojej parafii wie o takich osobach. Wyższość parafii prowadzonych przez księży diecezjalnych nad zakonnymi leży w tym, że kapłan diecezjalny, będąc dwadzieścia lat na parafii, bardzo dobrze zna swoich parafian, widział, jak wzrastali, widział ich młodość i zna ich potrzeby. Księża z różnych parafii dokładnie znają historię każdej rodziny, wiedzą, kto ile potrzebuje.

Czego możemy oczekiwać od Kościoła z terenów niezalanych?

Pomocy. Wielokrotnie widziałem, jak do punktu charytatywnego przynoszono dary. To jest budujące, że nasze babcie kościelne coś wysupłały, wrzuciły jakąś ofiarę. Potem w tygodniu wyprały coś, co się przyda, wyprasowały, z miłością poskładały i przyniosły czyste rzeczy, które się komuś przydadzą w Trześni czy Zalesiu Gorzyckim, gdzie ludzie nie mają nic, gdzie żyją na dachach, gdzie chleb się jeszcze pontonami przywozi. To dobra rzecz. Widziałem, jak ci ludzie, jak mrówki, schodzili się do kościoła z różnymi tobołkami. W takich momentach praca duszpasterska przynosi swój owoc.

Pomocy i czegoś więcej. Ostatnio zadzwonili do mnie znajomi, którzy powiedzieli: „Poszukaj rodziny, przyślij nam adres domu powodzian. Znajdź kogoś, kto został rzeczywiście dotknięty kataklizmem, komu woda wszystko zabrała. Chcemy tej rodzinie pomóc, ale nie jednorazowo. Chcemy z nią nawiązać kontakt, być z nią w tym roku i przez następne lata, może zaprosić ją na święta”. Pomoc długofalowa, która nie jest akcją charytatywną, powoduje, że zawiązują się ludzkie więzi, może nawet przyjaźnie, które zostają na wiele lat. Mówię o tym, bo przypominają mi się moi znajomi z okresu stanu wojennego, którzy nawiązali kontakt z ludźmi przyjeżdżającymi do Polski z darami. Te przyjaźnie trwają do dzisiaj. Oni się wzajemnie odwiedzają, modlą się za siebie, pamiętają. Ludzie wierzący winni zadbać, by powódź nie zostawiła tylko rysy na domach, ale by zostawiła na sercach rysę solidarności, modlitwy i pamięci.

O nadziei, którą odnajdujemy w Bogu
Andrzej Konopka OP

urodzony w 1957 r. – dominikanin, przeor klasztoru i kustosz Sanktuarium w Gidlach, Diecezjalny Referent Sióstr Zakonnych w Archidiecezji Częstochowskiej. Wcześniej był kapelanem sióstr w Świętej Annie....

O nadziei, którą odnajdujemy w Bogu
Maciej Kosiec OP

urodzony 16 kwietnia 1976 r. w Warszawie – dominikanin, duszpasterz, ekonom klasztoru w Sandomierzu, wiceprezes fundacji Haereditas Sancti Iacobi....