Pracy i chleba!

Pracy i chleba!

Jest w Polsce ponad dwa miliony bezrobotnych, ponad dwa miliony ust woła: „Pracy i chleba!”. I jest między Bugiem a Odrą również ponad dwa miliony hektarów ziemi leżącej odłogiem. Dla umysłu prostaczka, nieskażonego ekonomicznymi manipulacjami, rozwiązanie narzuca się samo: pracę i chleb może zapewnić ziemia. Ot, co.

Jeszcze do niedawna, gdy rozpoczynały się winobrania we Francji, w kierunku Bordeaux i Lyonu ciągnęły gromady ludzi: bezrobotni znad Sekwany i Loary, przemierzający obce kraje za chlebem Portugalczycy, Turcy i Polacy oraz studenci o wszystkich kolorach skóry szukający środków na naukę, na książki. Pracowite ręce zrywały słodkie grona, zostawiając na krzewie cierpkie, jeszcze niedojrzałe. Gdy tamte, opóźnione, po dwóch czy trzech tygodniach osiągały swą soczystą pełnię, stawały się darem dla ubogich. Dla właściciela przeprowadzenie powtórnego zbioru byłoby już całkowicie nieopłacalne, toteż korzystali z tego biedacy, którzy po załatwieniu odpowiednich formalności w merostwie mogli legalnie sycić się owocami z winnicy. W ten sposób odwieczny zwyczaj, wpisany w ustawodawstwo francuskie, cudownie współgrał z Bożym prawem: „Nie będziesz ogołacał winnicy i nie będziesz zbierał tego, co spadło na ziemię w winnicy. Zostawisz dla ubogiego i dla przybysza. Ja jestem Pan, Bóg wasz!” (Kpł 19,10).

Tę harmonię w ostatnich latach zakłóca coraz mocniej i powszedniej kombajn, który nic nie zostawia ptakom, ubogim i włóczęgom (mnie). Z rykiem silnika wjeżdża między winne krzewy i łamiąc często gałęzie, zgarnia na oślep żelazną łapą do tłoczni wszystkie grona, dojrzałe i zielone, zdrowe i chore wraz z robakami, owadami, które się nawiną. Choć napój Bachusa, poprzez etykietkę naklejoną na butelce chełpi się, że jest tym samym słynnym od wielu pokoleń gatunkiem wina, traci swój pierwotny, szlachetny smak. Kłamie nie tylko przy ludzkim stole, kłamie również na uczcie Bożej. Przez dwa tysiące lat chrześcijaństwa wino będące dosłownie tym, czym go nazywa liturgiczna formuła tuż przed przeistoczeniem w Krew Chrystusa: „owocem winnego krzewu i pracy rąk ludzkich”, gubi tę właściwość.

 Podobne przeznaczenie czeka śliwki. One swą dojrzałość osiągają, gdy same oderwą się od gałęzi. Zbiera się je z ziemi dwa, trzy razy w tygodniu przez cały wrzesień. Ostatnimi laty w rejonie Tuluzy, gdzie sady ciągną się kilometrami, coraz częściej widywałem metalowego dziwoląga, który rozłożywszy pod konarami coś w rodzaju odwróconego parasola, obejmował stalowym uściskiem drzewo i trząsł całą mocą swego silnika, tarmosił, aż wszystko pospadało. Niezadługo pewnie ogrodowe kombajny wejdą między truskawki i pomidory.

Czy właściciel na pewno osiąga większe zyski? Czy rachunek wykazujący, że bardziej się opłaca zatrudnić jedną maszynę aniżeli dziesięciu robotników, nie jest równie podstępny jak argumenty węża pod rajskim drzewem?

Utrzymanie dziesięciu bezrobotnych i tak pośrednio spada na tego, który ich zwolnił. W Unii Europejskiej nie jest już możliwy drapieżny kapitalizm z zeszłego wieku; wygłodniały tłum bez Marksa i Engelsa wywróciłby wszystko. Państwo z podatków ściąganych od bogatych musi zapewnić podstawowe świadczenia socjalne tym, którzy nie umieją czy nie chcą się sami zatroszczyć o chleb. Do tego należy doliczyć koszty budowania więzień dla zdemoralizowanych przymusowym nicnierobieniem próżniaków, leczenia zarówno ludzi, jak i środowiska naturalnego zatruwanych, niszczonych przemysłem. W globalnym bilansie zysk finansowy, który daje mechanizacja, jest wątpliwy, oczywiste są natomiast straty, wręcz spustoszenia, na płaszczyźnie moralnej.

Gdy się chce, aby maszyna służyła ludziom, a nie odwrotnie, trzeba utrzymać równowagę, a nie zezwolić maszynie wyrzucać robotników z pól i fabryk. Tysiące bezrobotnych, znudzonych, przygniecionych swą bezsensowną egzystencją, często zrozpaczonych, wydeptuje ulice miast, a na wsi rolnik niszczy chwasty chemicznymi opryskami, w konsekwencji czego wszyscy konsumujemy podtrutą żywność. Aż by się prosiło, aby tych skazanych na strukturalne lenistwo skierować na plantacje do pielenia upraw, dzięki czemu moglibyśmy jeść zdrowe pomidory i truskawki. Jednakże wiadomo, że to, co mówi zdrowy rozsądek, jest zupełnie sprzeczne z nakazami, które narzuca gospodarce naukowa ekonomia. Nikomu z polityków nie przyjdzie nawet do głowy szalony pomysł, że aby zmniejszyć bezrobocie ludzi, należałoby może wysłać na bezrobocie maszyny.

Jezus wysławiał Ojca, że zakrył „te rzeczy” (Mt 11,25) przed uczonymi, a objawił prostaczkom. „Te rzeczy” można odnieść również do ekonomii.

W XIX wieku prości robotnicy dostrzegli w maszynie śmiertelne zagrożenie dla swego bytu i zdesperowani, uzbrojeni w młoty, niejednokrotnie atakowali, niszczyli swego metalowego wroga pozbawiającego ich stanowisk pracy. Dwa wieki mechanizacji uzależniły człowieka od urządzeń, bez których już nie potrafi żyć, toteż i nie buntuje się przeciw totalitarnej technice, która narzuca ludzkości swoje prawa, swoją żelazną mentalność. Nikt ze współczesnych bezrobotnych nie przeklina już maszyny, która zwalnia ludzi od ciężkich robót „w pocie oblicza”.

Chrześcijanie na ogół znają dekalog, ale tylko wyjątkowo w czyjejś świadomości zachowuje się to pierwsze, najpierwsze przykazanie, które Bóg dał człowiekowi tuż po jego upadku: „W pocie (…) oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie” (Rdz 3,19). Gdy wraz z wynalazkiem maszyny parowej wybuchła rewolucja przemysłowa, rozegzaltowani postępem mózgowcy (nie pasuje do nich miano myśliciele) śnili, że w przyszłym wieku wszelki trud fizyczny przejmie na swe stalowe barki maszyna i człowiek wyzwolony od łopaty, sierpa i kilofa będzie mógł oddać się bardziej wzniosłym zajęciom: filozofii i sztuce.

Ten wymarzony wiek już nastał. Traktory, buldożery, dźwigi zastąpiły ludzkie mięśnie, wyręczyły miliony robotników. W krajach bogatego Zachodu, we Francji na przykład każdy obywatel, chce mu się iść do roboty, czy nie, ma prawo do zasiłku 2400 franków (ok. 1400 zł) miesięcznie, w polskich warunkach (uwzględniając różnice cenowe) odpowiadałoby to 600–900 zł. Można z tego wyżyć i można by oddać się mądrości i muzom, czemu sprzyja nad Sekwaną bezpłatny dostęp do wielu ośrodków kulturalnych, łącznie z wyższymi uczelniami. Niestety, masy bezrobotnych, sytych, wyzwolonych od gnoju i znoju, bynajmniej nie przyjaźnią się z Platonem i Rubensem, ale gnoją się w knajpach, rozbijają się na ulicy czy flaczeją fizycznie i umysłowo przed telewizorami. Do brudnych robót, których maszyna wykonać nie potrafi, wzywane są Araby, Murzyny i Polaki.

Historia się powtarza. W starożytnym Rzymie wszelką pracę fizyczną wykonywały żywe maszyny — niewolnicy, a obywatele Wiecznego Miasta — próżniacy i darmozjady — włóczyli się po bruku i podchmieleni, całą swą filozofię i sztukę życia wyrażali we wrzaskliwym żądaniu: „Jadła i igrzysk!”. Historycy przekazują co prawda: „Chleba i igrzysk!”, ale słowo „chleb” uświęcone obecnością w modlitwie Pańskiej i w Eucharystii absolutnie nie pasuje do tamtego kontekstu, jest złym przekładem.

Trzecia Rzeczpospolita nie doszła jeszcze do takiego dobrobytu i zepsucia. W polskich miastach demonstranci kierują do ministrów, do rządu okrzyki: „Pracy i chleba!”. Zrezygnowani, których przybywa, przesiadują smętnie całe dnie — widać to wyraźnie na rynkach prowincjonalnych miejscowości — z piwem czy winem, na co zawsze jakimś cudem znajdą kilka złotych. Nędza i beznadzieja, tyleż materialna, co moralna i duchowa. Czy znikąd żadnego błysku nadziei?

Pewnego wiosennego dnia usłyszałem w radiu dwie informacje. Obie w intencji spikera tematycznie niczym niezwiązane, odrębne, obie na wskroś pesymistyczne. Jednak we mnie spotkały się i złączone zrodziły optymistyczną ofertę. Jest w Polsce ponad dwa miliony bezrobotnych, ponad dwa miliony ust woła: „Pracy i chleba!”. I jest między Bugiem a Odrą również ponad dwa miliony hektarów ziemi leżącej odłogiem. Dla umysłu prostaczka, nieskażonego ekonomicznymi manipulacjami, rozwiązanie narzuca się samo: pracę i chleb może zapewnić ziemia. Ot, co.

Tę prawdę mieli we krwi chłopi jeszcze przed wojną i strzegli każdej swej piędzi ziemi przed obcym czy przed zachłannym sąsiadem, który przeorywał miedzę, aby choć o kilka centymetrów poszerzyć swój areał pod zasiew. Nieuprawione pole wołało o pomstę do nieba, było grzechem, zniewagą wobec Boga i głodujących ludzi. I dziś są ludzie, którzy wzdragają się przed wyrzuceniem chleba do zsypu. Tak, gdy ma się ziemię i ręce chętne do pracy, nie może być mowy o bezrobociu, o nędzy.

Nie jest to teoria, którą opracowałem sobie zza biurka. Sądzę zresztą, że nie byłbym w stanie wyłamać się z powszechnie obowiązującego myślenia ekonomicznego, które pomyślności bądź zagrożeń dla polskiej gospodarki, dostatku bądź nędzy ludności, każe wypatrywać nie w niebie, w deszczu czy w suszy, ale w hazardowych grach toczonych na giełdach Londynu, Nowego Jorku czy Tokio. Doświadczyłem jednak innej ekonomii, innego myślenia. Trzy lata żyłem we Francji, w założonej przez Lanzę del Vasto wspólnocie Arche, której jedną z zasad jest, aby to, co potrzebne do życia, wytworzyć własnymi rękoma. Z ziemi, którą posiadaliśmy, potrafiliśmy się utrzymać. Z zebranego zboża piekliśmy we własnym piecu chleb, z mleka od naszych krów wytwarzaliśmy masło i sery, nasz stolarz wykonywał potrzebne nam meble z drzewa ciętego we własnym lesie. Rzadko udawaliśmy się po zakupy do sklepów, staraliśmy się zresztą, w miarę możliwości, odzwyczajać się od potrzeb sztucznie wytworzonych przez cywilizację.

Czy to, co proponuje Arche, nie może być jakimś światłem dla bezrobotnych w Polsce? Uczeni w prawie ekonomicznym, ministrowie w gabinetach rządowych, wiadomo, są ślepi na takie światło. Jednak na dole niektórzy gospodarze gmin poszli po omacku w tym kierunku. Zamiast zasiłkiem pieniężnym, obdarowali swych bezrobotnych kozą, kurami czy krową, co z pobłażliwym uśmieszkiem, jako ciekawostkę, przekazywali telewizyjni reporterzy. Poza nielicznymi prostaczkami, wszyscy, łącznie z zainteresowanymi, rozwiązania problemu bezrobocia oczekują z Warszawy, od parlamentu, od premiera i tam adresowane są coraz bardziej natarczywe wołania: „Pracy i chleba!”.

Czy jednak, zamiast wydeptywać płyty na Wiejskiej bądź deski w urzędzie zatrudnienia, nie należałoby zwrócić się z tym pragnieniem ku ziemi, godnej większego zaufania? W niej złożyć swą nadzieję i ziarno. Czy to możliwe?

Jest grupka osób, która wierzy, że tak. I jest na skraju Puszczy Noteckiej 30–hektarowa posiadłość ofiarowana na wykiełkowanie tej zbożnej nadziei, na tworzenie wspólnoty wieśniaczej * (opartej na założeniach francuskiej Arche), która żyć będzie z pracy własnych rąk. Chcąc, aby przedsięwzięcie miało szansę powodzenia, należy je ochrzcić i proletariackie żądanie „Pracy i chleba!” zastąpić wołaniem do Ojca: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj”.

Siedzę w izbie tegoż starego zrujnowanego domostwa, piszę mój artykuł o pracy i niepracy i spoglądając na rozciągający się wokół zdziczały sad, z niepokojem myślę, czy owe idee, które tak pięknie się przedstawiają na papierze, zrodzą owoc na tej ziemi, dziś doszczętnie zachwaszczonej. Czy nie są to mrzonki, które prysną jak bańki mydlane wobec wymogów życia, wobec kapitalistycznej ekonomii rządzonej pieniądzem?

Jeżeli tu zamiast ostów i pokrzyw wyrosną w ogrodzie pomidory i ogórki, na polach owies i pszenica, jeżeli w oborze (której jeszcze nie ma) zaryczy przy wieczornym udoju krasula, będzie to znakiem, że za rozwiązaniem problemu bezrobocia, który tu przedstawiłem, stoi sam Bóg.

* Fraternia Nazaret „Na Hubach”, Dębe 103, 64–720 Lubasz, tel. (067) 255–56–79, email: fraternia@wp.pl.

Pracy i chleba!
Marek Przepiórka

urodzony w 1945 r. – włóczęga, przebywa w różnych wspólnotach i pustelniach, zimą zwykle wraca do kraju, tłumacz, współpracownik „Gwiazdy Morza”....