Staroświecka tajemnica

Staroświecka tajemnica

Jestem, bo Jesteś. Z księdzem Janem Twardowskim rozmawia Helena Zaworska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1999

„Przychodzę do zakrystii, jakaś młoda kobieta wita się ze mną poruszona, mówi: Patrzę na księdza i przechodzi mnie dreszcz od stóp do głów z przerażenia. Pytam — dlaczego. — Bo ja byłam przekonana, że ksiądz już dawno umarł”. Taką, między innymi, historyjkę przytacza ksiądz Twardowski w swoich właśnie opublikowanych rozmowach z Heleną Zaworską. Sądzę, że nie trzeba do tej książki zachęcać tych, którzy księdza znają — czy to osobiście, czy tylko z jego wierszy — z pewnością przeczytają ją chętnie, chociażby po to, aby jeszcze lepiej poznać księdza–poetę. Wspomina on swoje dzieciństwo, opowiada o „Janku Twardowskim z klasy 3b”, o swoim rodzinnym domu, w którym jego i jego trzy siostry wychowywała kochająca matka („A matkę uważam za świętą. Miała czworo dzieci, zajmowała się nimi dzień i noc, to była wówczas ciężka praca… Była pogodna. I piękna.”). Mówi o swoich młodzieńczych lekturach, o studiach polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim; wreszcie o tym, jak został księdzem („Miałem sen, przyśniło mi się, że jestem księdzem. To było w czasie okupacji. Obudziłem się bardzo przejęty, pół nocy chodziłem po mieszkaniu”. I jak tu rozstrzygnąć, czy to tylko księdza poczucie humoru, czy też prawdziwy, natchniony sen rodem z Biblii?). Te wspaniałe rozmowy, które pani Zaworska prowadziła z księdzem Twardowskim od lutego do maja zeszłego roku, podzielone są na dziewięć rozdziałów, z których każdy niejako eksploruje jakiś okres w życiu księdza albo zawiera jego przemyślenia dotyczące Boga, świata nas otaczającego, kapłańskiej posługi…

Właściwie te przemyślenia, poglądy, uwagi księdza Jana Twardowskiego, w przeciwieństwie do niektórych faktów z jego biografii, nie są czymś nowym i zaskakującym dla tych, którzy — jak już wspomniałem — księdza znają. Powtarza się tu wiele myśli, które znaleźć można w jego kazaniach i w jego poezji. Ale sądzę, że w tym także tkwi ich siła: oto w świecie, który goni za nowoczesnością, za modą (czy nawet za modami), za zmiennością, „pojawia się człowiek posłany przez Boga” (jeśli można sobie pozwolić na przywołanie fragmentu Ewangelii, mówiącego o innym Janie), który spokojnie, właśnie wbrew wszystkim światowym modom, pozostaje wierny swoim przekonaniom, swoim poglądom — i mówi o tym tak po prostu. I nie chodzi tu tylko o poglądy „teologiczne”, o dogmaty etc. Ksiądz Twardowski nie wstydzi się powiedzieć o swojej fascynacji literaturą romantyczną: „Lubiłem Mickiewicza. Za mało powiedziane. To było oczarowanie, cudowne przeżycie”. Wyznaje, że na pamięć zna Godzinę myśli Słowackiego, o której pisał pracę magisterską. W moich szkolnych czasach, nie tak znowu odległych, takie deklaracje uważano za niemodne. Być może owa cudowna staroświeckość, którą ksiądz Twardowski wręcz uosabia, powoli wraca do łask: chociaż mam wrażenie, że np. obecne zainteresowanie Mickiewiczem jest tylko przejawem hucznego obchodu 200–lecia urodzin wieszcza. Dlatego trochę sceptycznie podchodzę do słów księdza–poety: „Uważam, że wcześniej czy później nastąpi przesilenie, upadnie cały ten, modny obecnie, postmodernizm”. Z drugiej strony, niesamowity jest oddźwięk, jaki Jan Twardowski znajduje właśnie u młodych ludzi — „Kiedy jadę na spotkania z czytelnikami, patrzę zdumiony: sala jest wypełniona młodzieżą”. Więc może jednak ksiądz ma rację?

Coś, co uderza przy jakimkolwiek kontakcie z „ks. J.T.” — i to także przy lekturze omawianej książki — to pokora. Głęboka, niezwykła pokora, z jaką nigdy u nikogo innego się nie spotkałem. Owszem, znam ludzi, którzy ze wszystkich sił udają pokornych. Natomiast od księdza Jana promieniuje prawdziwa pokora. Kiedy, w odpowiedzi na pytanie Zaworskiej: „Czemu uważasz swoje życie za nieudane?”, wyznaje: „Po pierwsze, jestem grzesznikiem…” — czujemy w tym porażającą swą prostotą szczerość. Albo gdy mówi: „to, że ludzie czytają moje wiersze, uważam za łaskę Bożą, inaczej nie mogę tego zrozumieć…” Kiedy mówi on o swoim życiu, swoim kontakcie z Bogiem, pogodnym spojrzeniu na okrutny czasami świat, nie odnosimy wrażenia, że narzuca nam swoje poglądy, że do nich na siłę przekonuje. Sądzę, że ta cecha księdza opiera się na jego dziecięcej (nie mylić z dziecinną!) zdolności do dziwienia się. Jak sam wyznaje w pierwszej rozmowie: „Po dziecięcemu czułem Boga w tych wszystkich drobiazgach przyrody, które mnie pasjonowały. Ale i w wielkich drzewach, w lesie, na polu. Zdumiewałem się wszystkim, dziwiłem się, że wszystko jest, jakie jest…” To zdumienie, prowadzące do podziwu, spotykamy także na kartach Ewangelii (np. Mk 1,27; 2,12; Mt 8,27). Pojawiające się tam pytanie — Kimże On jest? — pytanie odnoszące się do Jezusa, Syna wszechmogącego Boga, wynikające właśnie ze zdumienia wobec Jego wielkości, w całej świeżości znajdujemy u ks. Twardowskiego. Niewątpliwie, zachowanie właśnie owej świeżości to wielka łaska, jak zresztą sam ksiądz pokornie (!) wyznaje. Łaska Ufności. I znowu przytoczę cytat: „Może ja jestem duchowny oszołom, ale mnie nie są potrzebne żadne dowody, ja czuję obecność Boga w moim życiu. Nikt mi tego nie wyrwie”. Szczerze mówiąc, trudno tej łaski księdzu nie zazdrościć: rzeczywiście, jest on „po prostu rozpieszczonym dzieckiem Pana Boga”.

Myliłby się jednak ten, kto uznałby Twardowskiego za nieszkodliwego wariata, nie mającego kontaktu z rzeczywistością, żyjącego sztucznym optymizmem. Bardzo realistycznie ksiądz patrzy na świat. Wie, że zło łatwiej jest ukazać niż dobro, że kontakty międzyludzkie są często przyczyną wielu cierpień. Mówi wiele o samotności. Ostrzega przed egoizmem. Nawet w mał-żeństwie ludzie mogą być sobie obcy, mogą się kaleczyć wzajemnie. Nawet „miłość jest jednym z cierpień, chociaż jest szczęściem — na ten paradoks nie ma rady”.

Właśnie: miłość. Bez wahania ksiądz przyznaje, że dla niego ludzka miłość, poszukiwania drugiej osoby, są wyrazem o wiele większej tęsknoty — za samym Bogiem. Co więcej, doświadczenie ludzkiej miłości pozwala nam lepiej rozumieć naszą miłość do Boga: „Człowiek nie jest zawsze taki sam w kontaktach z Bogiem, bywa w Nim zakochany i bywa oschły”.

Interesujące — i znowu chyba niemodne — są też poglądy „eklezjologiczne” ks. Twardowskiego. W kraju, gdzie Kościół szczyci się swą masowością, ksiądz–poeta szuka kościoła małego, niewielkiej grupy wiernych, stanowiących za to prawdziwą wspólnotę wiary i miłości. W pewien sposób, jak sądzę, udało mu się tego doświadczyć: myślę o mszach w dni powszednie w kościele SS. Wizytek przy Krakowskim Przedmieściu. Niewiele osób, msza najczęściej cicha, bardzo intymna i dyskretna. Mimo że wyraźnie widać, iż ksiądz Jan przy ołtarzu obcuje z Bogiem, do Niego mówi (a czasami szepcze), to widać też, że zauważa wiernych, dla nich uobecnia misterium naszego Pana. Szczególnym tego znakiem jest dla mnie spojrzenie księdza, skierowane na kościół, na ludzi, przy słowach: wziął chleb… łamał i rozdawał swoim uczniom, a więc w najważniejszym momencie mszy, przy Przeistoczeniu. To ci właśnie, obecni w kościele, ludzie mają stać się owymi uczniami, dla których Jezus dokonał cudu Eucharystii, którym podał swe Ciało i Krew pod postaciami chleba i wina.

W rozmowach, zawartych w omawianej książce, znaleźć też można minikomentarze do dwóch biblijnych historii: rozdział „Pokusy i ciężary poznania” zaczyna się od uwag księdza Twardowskiego na temat grzechu pierworodnego, uwag nie mających w sobie nic z nudnych i ciężkich dogmatycznych wykładów. W innym rozdziale pani Zaworska mówi księdzu o swoich problemach z historią ofiarowania Izaaka. Myślę, że szczególnie interesująca, pobudzająca do refleksji, jest konkluzja tej właśnie rozmowy: „Bóg jest Niepojęty. Dlaczego uważasz, że możesz Go zrozumieć? Bóg nie byłby Bogiem, gdybym Go rozumiał”. Niepojęty Bóg… Brzmi to wręcz porażająco i przerażająco! Na ogół chcemy wszystko wyjaśnić, wytłumaczyć, wiedzieć „na pewno”. Cierpienie, nieszczęście pobudzają nas do dociekań, do stawiania ciągłych pytań; nawet niejasne miejsca w Biblii uczeni starają się za wszelką cenę objaśnić. Tymczasem ks. Twardowski niejako kładzie palec na usta i mówi: mysterium fidei. Tajemnica! Nie przeczę, jest to bardzo trudne: wspomniane pragnienie wyjaśnienia, sklasyfikowania tego, co nas otacza, czego doświadczamy, jest w nas silnie zakorzenione. A jednak… Czy możemy wytłumaczyć w pełni zadowalająco Krzyż? Ksiądz–poeta radzi nam pogodzić się z niepojętością: mówi o bolesnej niepojętości śmierci, ale i o niepojętości narodzin. Mówi o wierze, która jest ślepym zaufaniem Bogu. Ale też niejako pociesza tych, którzy koniecznie chcą rozwikłać tajemnice: w miarę upływu czasu to, co było niejasne, co na siłę chcieliśmy (sobie przede wszystkim) wytłumaczyć, zaczyna się jawić w innym świetle. Dostrzegamy złudność naszych przemyślanych wyjaśnień, rzeczywistość przeniknięta światłem Boga staje się prostsza. Ksiądz nie ukrywa wprawdzie, że pełne zrozumienie naszych życiowych doświadczeń spotka nas dopiero po śmierci, po przejściu do prawdziwego życia, ale zachęca, aby przyjmować właśnie w posłuszeństwie wiary to, co nas spotyka na tym świecie — w posłuszeństwie wiary, która wie, że za tym wszystkim stoi sam Bóg. Niepojęty Bóg. Myślę, że takie spojrzenie jest nam wszystkim potrzebne. Popatrzmy na to, razem z księdzem Twardowskim, od drugiej strony: czyż tajemnica nie jest pociągająca? Czy nie czyni ona świata ciekawszym? Czy nie pobudza naszej nadziei na spotkanie z Bogiem po śmierci, gdy wszystko w końcu się wyjaśni? Pisząc te słowa, myślę o zdumieniu wobec Wszechmogącego, zdumieniu prowadzącym do adoracji. „Kimże On jest?” Można przed Nim tylko upaść na twarz. I chyba takie rozumienie Tajemnicy jest też, obok łaski, sekretem świeżości wiary ks. Jana Twardowskiego.

Staroświecka tajemnica
Marcin Morawski

urodzony w 1972 r. – absolwent filologii klasycznej, specjalizuje się w mediewistyce. Publikował w „Tygodniku Powszechnym” i „W drodze”. Mieszka w Warszawie....