„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”

„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”

W poprzednim odcinku bohater opowieści, Peter Calvay, otrzymuje list od Françoise, którą darzył uczuciem miłości. Pisała w nim, że kocha go jak siostra i że uczyniła prywatny ślub czystości na całe życie. Wyznanie uczynione przez Petera uświadomiło jej, iż nie mogą się z sobą spotykać.

Po przeczytaniu tego listu byłem oszołomiony i załamany. Poprosiłem o dzień wolnego. Znalazłem samotne miejsce wysoko w lesie, za pustelnią, gdzie wybuchnąłem niepohamowanym płaczem. Całymi godzinami siedziałem z głową ukrytą w dłoniach, nie mając nikogo, kto by mnie pocieszył. Nigdy nie sądziłem, że mogę być tak głęboko zraniony, tak załamany, jak to było tamtego dnia.

Omalże krzyknąłem z przerażenia, gdy nagle poczułem na swoim ramieniu łagodny dotyk dłoni. Odwróciłem się i ujrzałem miłą twarz brata, którego bardzo rzadko widywałem w pustelni. Czasami przychodził na mszę, czasami widziałem go z tyłu kaplicy, późnym wieczorem, zatopionego w modlitwie. Nigdy jednak nie widziałem go w refektarzu ani w salce rekreacyjnej. Tak bardzo byłem zajęty sobą w tych ostatnich miesiącach, że nikogo nie zapytałem, kim on właściwie jest. Był więcej niż średniego wzrostu, ale przez wiek wdzięcznie się pochylił, i wyglądał na niższego niż w rzeczywistości. Miał wyraziste, klasyczne rysy, które sprawiały wrażenie jakby najpierw były odlane w brązie, a potem dopiero stopione i ponownie ukształtowane w miękkość i współczucie, które zrodziły się w cierpieniu.

— Wybacz, ojcze — powiedziałem — ale tak strasznie się czuję, jakby serce miało mi pęknąć i nie wiem po prostu, co robić.
— Nie jestem ojcem — odrzekł uprzejmie. — Nazywaj mnie po prostu Antonio. Nie należę do wspólnoty, choć ojciec Angelo jest tak uprzejmy, że pozwala mi korzystać z pustelni. Żyję samotnie, trochę dalej w górę zbocza.
— To znaczy, że jesteś pustelnikiem? — spytałem.
— Tak, chyba można nazwać mnie pustelnikiem — odrzekł. — Należę do Trzeciego Zakonu Świętego Franciszka i mieszkam tu już od dziesięciu lat. Ale nie mówmy o mnie. O co chodzi? Proszę, opowiedz mi o wszystkim, ale najpierw chodźmy do mojego domku. Tu jest za zimno, żeby dłużej siedzieć.

Mieszkał w dużej chacie, wykonanej z kamienia, którą umeblował całkiem wygodnie, choć czuło się w niej pewną surowość.

Kiedy usiadłem, odezwał się tym razem w nienagannej angielszczyźnie.

— Możesz mówić do mnie w swoim języku. (…) Przez jakiś czas mieszkałem w Anglii — odparł. — Jednak to długa historia. A teraz najważniejsze jest to, co ty chcesz mi opowiedzieć. Możesz mówić zupełnie szczerze. Nikomu nie zdradzę twojej tajemnicy.

Opowiedziałem mu więc wszystko. Jakąż ulgą było zrzucenie tego ciężaru z serca, nawet jeśli nie potrafił zrozumieć bólu miłości odnalezionej, a potem na zawsze straconej, która teraz rozdzierała mnie do głębi.

— Mój drogi przyjacielu, bądź pewien, że dobrze cię rozumiem. Wierz mi. Wysłuchaj teraz mojej opowieści, ponieważ może ci ona pomóc. Tę opowieść słyszał tylko ojciec Angelo i to dziesięć lat temu. Nie zawsze byłem pustelnikiem. Kiedyś, podobnie jak ty, byłem młody i studiowałem fizykę w Mediolanie. Bóg dał mi wszystko, dobry dom, dobrych i kochających rodziców, a także niezły umysł, który zapowiadał udaną karierę akademicką. Kiedy skończyłem studia, wyjechałem do Rzymu, aby tam się doktoryzować. Zaproponowano mi katedrę fizyki ku wielkiej konsternacji innych asystentów, z których większość była dwa razy starsza ode mnie.

W drugim roku mojej pracy zakochałem się w jednej ze swoich studentek, kobiecie o niezwykłej urodzie. Była arystokratką z Florencji, w prostej linii potomkinią Medyceuszy. Fakt ten napawał ją dumą, dopóki nie zakochała się we mnie i nie podeptała swojej dumy dla syna mediolańskiego piekarza. Jej rodzina nie chciała słyszeć o naszym ślubie i — możesz w to uwierzyć — siłą wywiozła ją i zamknęła w klauzurowym klasztorze w Toskanii. Powiedzieli jej, że będzie tam przebywała tak długo, aż nie odzyska rozsądku.

Rodzina utwierdzała ją w przekonaniu, że nigdy mnie nie poślubi. Ona postanowiła, że nie poślubi nikogo innego, i nie mówiąc o niczym rodzicom, podjęła sekretnie plany złożenia ślubów w tym klasztorze. Przemyciła na zewnątrz list do mnie, aby mi wyjawić, co zamierza zrobić. W liście zapewniała mnie, że choć nigdy nie wyjdzie z klasztoru, nigdy też nie przestanie mnie kochać. Możesz w to uwierzyć? — powiedział Antonio, uśmiechając się smutno. — Możesz uwierzyć, że to wydarzyło się w dwudziestym wieku? Choć co prawda jeszcze przed wojną.

— To brzmi niczym intryga z opery Verdiego — odrzekłem.
— Masz rację. Ale na tym nie koniec. Byłem młody i miałem gorącą krew, zatem z grupą przyjaciół wspiąłem się na klasztorny mur i uwolniłem ją. Zanim jej rodzice dowiedzieli się o wszystkim, my już byliśmy na pokładzie statku płynącego do Anglii. Wzięliśmy ślub jeszcze na statku, którego udzielił nam kapitan, ale po przybyciu do Londynu ślubowaliśmy powtórnie w kościele. Och, byliśmy nieprzytomnie szczęśliwi, a mnie udało się dostać wykłady na Cambridge, gdzie przez trzy lata mieszkaliśmy. Moje szczęście dosięgło szczytu, gdy moja ukochana małżonka okazała się przy nadziei. Osiem miesięcy później zmarła przy porodzie. Nie potrafię ci wyrazić tego, jak wtedy się czułem i przez co przeszedłem. Byłem zupełnie załamany. Znajdowałem się sam w obcym kraju, niemile widziany jako cudzoziemiec, gdyż wybuchła wojna, a Mussolini sprzymierzył się z Hitlerem. Z ledwością udało mi się wydostać z Anglii, gdyż w przeciwnym razie byłbym internowany.

Kiedy dotarłem do Rzymu, wpadłem w całkowitą depresję i stałem się włóczęgą, śpiącym gdzie popadnie i żebrzącym o parę groszy, aby utrzymać się przy życiu, chociaż czasami zastanawiałem się, dlaczego w ogóle jeszcze mnie to obchodzi. Odszedłem od Boga i religii. Czy mógł istnieć Bóg — kochający Bóg, który wyrządził mi to, czego nie zrobiłby najpodlejszemu psu? Staczałem się coraz niżej. Zawsze miałem rękę do rysowania, kupiłem zatem trochę kredy i zacząłem rysować obrazki na chodniku. To było lepsze od żebrania. Kiedy nadeszli żołnierze, zacząłem rysować akty i całkiem dobrze się miałem, chociaż większość z tego, co zarabiałem, szła na wódkę, tak że w końcu stałem się alkoholikiem.

Kiedy żołnierze odeszli, nastały trudne czasy, a cena alkoholu szła wciąż w górę. Usłyszałem wtedy o ojcu Pio i o San Giovanni Rotondo. Zebrałem zatem te parę rzeczy, które miałem, i wyprawiłem się na południe.

— Co doprowadziło cię do takiego nawrócenia? — spytałem.
— To nie było nawrócenie — odrzekł. — Wyruszyłem do San Giovanni Rotondo nie z powodu nawrócenia, ale dla pieniędzy. Tam, gdzie są pielgrzymi, są i pieniądze. Tak przynajmniej sądziłem. Przestałem rysować akty, a zacząłem rysować świętych, i nawet mi to wychodziło, aż ktoś zaproponował, abym narysował dobrego ojca, którego wszyscy chcieli zobaczyć. Tak też zrobiłem, ale nikomu nie podobała się moja praca. W końcu kopiowałem tylko portrety ojca, które widziałem w sklepach. Postanowiłem zatem iść zobaczyć go na własne oczy.

Wtedy po raz pierwszy, odkąd zmarła moja żona, znalazłem się na mszy i jej wpływ na mnie był przeogromny. To znaczy muszę przyznać, że nie samej mszy, ale człowieka przy ołtarzu, człowieka, który miał stać się moim modelem. O tak, rzeczywiście stał się moim modelem, choć w całkiem inny sposób, niż sądziłem, wchodząc do kościoła. Kiedy obrócił się, aby udzielić końcowego błogosławieństwa, jego oczy spotkały się z moimi, a ja wiedziałem, że to nie jest żaden przypadek — coś się we mnie stało, gdzieś głęboko w środku. Nie potrafię tego wyjaśnić do dziś. Cztery dni zbierałem się na odwagę, ale w końcu poszedłem do spowiedzi.

Kiedy wszedłem, po prostu odwrócił się do mnie i powiedział: „Antonio, mój synu, Bóg ci wybaczył, Bóg wybaczył ci wszystko”. Łzy strumieniami popłynęły po moich policzkach, a potem powiedział tylko: „Idź i zmień swoje życie”. Odtąd nie byłem już ten sam. Później załatwił mi u ojca Angelo pobyt w Monte Casale, abym przez jakiś czas mógł przebywać we wspólnocie. Po dziewięciu miesiącach opuściłem ich i przyszedłem tutaj, ale ciągle jestem w kontakcie z ojcem Pio. Przyjął mnie za jednego ze swych duchowych synów i jeżdżę do niego co dwa lata.

Na początku tego dnia nie uwierzyłbym, że mogę się jeszcze uśmiechać. Ale przezroczysta dobroć Antonia oraz historia, którą mi opowiedział, kierowany współczuciem i chęcią pomocy, dotknęły we mnie czegoś bardzo głębokiego. (…) Oto w końcu znalazłem w Monte Casale kogoś, przed kim mogłem się naprawdę otworzyć, człowieka o bratniej duszy, gdyż wiódł dokładnie takie życie, o którym i ja marzyłem, zanim inne troski przysłoniły moją wizję. Wracałem do Antonia codziennie, aby rozmawiać z nim przez resztę tygodni, jakie zostały mi przed wyjazdem do Paryża i profesją. (…)

Jednakże udawałbym twierdząc, że moja nowa przyjaźń z Antoniem i pomoc, jakiej mi udzielił, uzdrowiły ziejące rany w moim sercu — rany były głębokie, zbyt głębokie i obficie krwawiły, szczególnie wtedy, gdy zachęcony przez Antonia, szukałem samotnej modlitwy, której od tak dawna unikałem.

Jedno zdanie z listu Françoise nie dawało mi spokoju w modlitwie, jak i poza nią. Podtrzymywało we mnie jakąś nadzieję, choć nie na to, czego wcześniej pragnąłem. Zostawiało mi jednak możliwość nowego startu, opartego na poczuciu bezpieczeństwa, które bierze się z pewności, że jest się kochanym, mimo że wyższa konieczność przeniosła tę miłość w inne przestrzenie. Françoise napisała, że być może nadejdzie chwila, kiedy będziemy mogli znowu zacząć pisywać do siebie, gdy „czas ostudzi wzajemne uczucia, które powodują, że musimy podążać za swoimi różnymi powołaniami, nie kontaktując się ze sobą”. To do tego wyrażenia „wzajemne uczucia” wciąż powracałem, a moja pamięć desperacko próbowała przywołać jakiekolwiek słowo czy działanie, które mogłoby mnie utwierdzić w przekonaniu, czy dać nadzieję, że może i w niej jest maleńka iskierka miłości, jaka gorzała we mnie.

Nie mogłem do niej napisać, ponieważ mój list wróciłby nie otwarty. Nie mogłem jej także odwiedzić, ponieważ nie zechciałaby mnie widzieć. Jednak pragnienie poznania odpowiedzi na to pytanie, które bezustannie mnie prześladowało, zaprowadziło mnie w końcu do modlitwy. Modliłem się z żarliwością, jakiej nie znałem od miesięcy, o znak, który by w końcu uspokoił mój umysł. Tylko wsparty przekonaniem, że jestem kochany przez jedyną osobę, która się dla mnie liczyła, mogłem posunąć się naprzód w swej wędrówce.

Właśnie wstałem po niedzielnej sjeście, w przeddzień wyjazdu, gdy do mojego pokoju wpadł podekscytowany Antonio, przepraszając za najście.

— Mam fantastyczną wiadomość — powiedział.
— Tak? — zacząłem raczej chłodno, wiedząc, że tylko jedna wiadomość mogła być dla mnie fantastyczna, a z pewnością nie o nią chodziło. — Cóż to takiego? — spytałem.
— Jutro rano ojciec Bernardino wybiera się na ślub swojej siostry, który ma się odbyć w jego rodzinnym miasteczku San Marco in Lamis, w tę środę.

Uśmiechnąłem się.

— To dobrze, nie rozumiem jednak, dlaczego jesteś tym tak podekscytowany, ani co to ma wspólnego ze mną.
— San Marco to mała wioska w południowych Włoszech, tylko o kilka mil od San Giovanni Rotondo. Ojciec Bernardino powiedział, że możesz z nim pojechać, jeśli chcesz zobaczyć się z ojcem Pio.
— Aha, rozumiem — odrzekłem zupełnie niewzruszony. Szczerze mówiąc, gwizdałem na to, czy zobaczę ojca Pio, święty on czy nie święty. Miałem inne rzeczy na głowie, które o wiele bardziej liczyły się dla mnie w przeddzień wyjazdu z Monte Casale. (…)

Antonio tak był podniecony tą okazją, która się nieoczekiwanie nadarzyła, że nie zauważył mojego braku entuzjazmu.

— To odpowiedź na modlitwę — powiedział — ponieważ ja sam pilnie potrzebuję porady ojca Pio. Ojciec Angelo chce, abym został kierownikiem duchowym Trzeciego Zakonu tutaj, w Borgo San Sepolcro, a ja nigdy nie podjąłbym takiego kroku bez rady mojego kierownika duchowego. Czy mógłbyś oddać mu ten list i powiedzieć, że to pilne?
— Tak, oczywiście — odparłem machinalnie, a Antonio wcisnął list w moją dłoń. W tej chwili uświadomiłem sobie, że moje słowa wyprawiły mnie w podróż, pozbawiając mnie możliwości poważnego namysłu.
— Ojciec Bernardino dostał samochód do następnego piątku, zatem w drodze powrotnej będzie mógł cię podrzucić na lotnisko. Powiedział, że chce wyruszyć o świcie, ponieważ ma jeszcze coś do załatwienia w Rzymie, zanim we wtorek rano skieruje się na południe. Obiecał, że załatwi ci miejsce, gdzie będziesz się mógł na ten czas zatrzymać. On zna wszystkich w Giovanni Rotondo.

Z bardzo ciężkim i smutnym sercem wyruszyłem z pierwszymi promieniami słońca w dół wąską, górską drogą do Borgo San Sepolcro, gdzie wpadliśmy na główną autostradę. Dino pędził niesiony wiadomością, że w Rzymie czeka na niego bilet na półfinałowy mecz o Puchar Europy między Romą a Realem Madryt.

Kiedy minęliśmy Trevi i coraz bardziej zbliżaliśmy się do Clitunno, moje serce zaczęło walić niczym młot. Desperacko pragnąłem się tam zatrzymać, choćby na kilka minut, żeby być bliżej osoby, którą kochałem bardziej niż kogokolwiek na świecie — tylko po to, by pooddychać tym samym powietrzem co ona.

— Czy mógłbyś zatrzymać się na kilka minut w Fonti del Clitunno? — spytałem. — Kilka razy tędy przejeżdżałem, ale nigdy nie widziałem tego miejsca.
— Pewnie — odparł Dino. — Przynajmniej sobie zapalę i rozprostuję nogi.

Kiedy wysiedliśmy z samochodu rozgadał się i zaczął mi objaśniać, dlaczego źródła Clitunnusa tak wiele znaczyły dla jego przodków, rzymskich żołnierzy, którzy podbili starożytny świat.

— Widzisz, oni wierzyli, że Clitunnus jest dla nich tym samym, czym mityczna rzeka Styks dla Greków. Uważali, że kiedy wykąpią się w jej wodach, będą odporni na rany w bitwie. (…)

Dino wskazywał na wznoszące się nad nami góry, a ja byłem szczęśliwy, że mogę popatrzeć nie tyle na szczyty, ile na małą wieżyczkę z cegły — najwyższy punkt Ermo — gdzie z całych sił pragnąłem się znaleźć. (…)

— Właśnie patrzyłem na Ermo — powiedziałem. — Widać, jak wybija się ponad drzewami.
— Och, to przeklęte miejsce! — zawołał. — Nie wiem, komu do głowy przyszło stawiać klasztor w tak dziwacznym miejscu. To okropna pomyłka. W drodze powrotnej będę musiał się tam wdrapać tylko po to, żeby zabrać książkę z kazaniami ojca Angelo, którą zostawił tam podczas swej ostatniej bytności.
— Naprawdę? — rzekłem, próbując zachować spokój przynajmniej na zewnątrz, podczas gdy mój umysł gorączkowo szukał sposobu, jak tu wykorzystać tę niespodziewaną okazję. Była to bardzo znikoma szansa, ale taka szansa jest lepsza od żadnej.
— A może byśmy poszli po nią teraz — powiedziałem bardzo ostrożnie — a będziesz to miał z głowy. Jesteśmy do przodu z czasem, a ja poszedłbym z tobą. Mógłbym pożegnać się z siostrami. Były dla mnie takie dobre. (…)
— No dobra — westchnął, spoglądając na zegarek. — Mamy dość czasu, więc jeśli naprawdę zależy ci na tym pożegnaniu, możemy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. (…)

Przełożona była wobec nas obu wyraźnie chłodna. Oddała Dino książkę ojca Angelo, ale kiedy poprosiłem o widzenie z siostrą Françoise, odparła stanowczo, że siostra zajęta jest pracą w ogrodzie.

— Chodzi tylko o kilka minut — nie poddawałem się.
— Przykro mi — odparła. — Być może byłoby to możliwe po kolacji w przeznaczonym do tego czasie, ale nie w ciągu dnia.

Dino już jej powiedział, że spieszymy się do Rzymu, zatem stała na bezpiecznym gruncie.

— Siostro, to ważne, bardzo ważne — jęknąłem błagalnie. Wyjąłem list z kieszeni — właśnie dwie godziny temu otrzymałem list od jej matki z wiadomością dla niej. To ważne.

Niechętnie odwróciła się i zniknęła w korytarzu. Wróciła po kilku minutach.

— Siostra Françoise powiedziała, że niestety nie może przyjść. Ale jeśli to coś ważnego, prosi, by mi pan to przekazał.

Byłem zdruzgotany, ale musiałem przynajmniej zachować pozory opanowania, chociaż wiadomość, którą chciałem przekazać, nie zasługiwała w ogóle na miano pilnej, jak o tym zapewniałem.

— Chodzi o to, że moja profesja odbędzie się we wtorek wielkanocny o dwunastej — powiedziałem niepewnie, choć starałem się nadać moim słowom wagę, na którą ta wiadomość zasługiwała, przynajmniej dla mnie.

— Rozumiem — rzekła przełożona. Uśmiechnęła się, ale tylko ustami. Jej oczy były poważne. — Z pewnością wszystkie będziemy pamiętać o panu w swoich modlitwach.
— No no, Peter. Ale z ciebie cicha woda — zaczął sobie ze mnie kpić Dino w drodze powrotnej. A więc to naszą Afrodytę chciałeś zobaczyć.

Byłem wściekły, nie dlatego, że porównał Françoise do pięknej bogini miłości, ale że był na tyle impertynencki, aby nazwać ją „naszą”, jak gdyby miał do niej jakieś prawo. (…)

Poczułem ulgę, gdy znalazłem się sam w swoim pokoju w klasztorze, chociaż nie miałem co robić. Dino poszedł na swój upragniony mecz. Siedziałem w pokoju niczym masochista, trwoniąc czas na rozpamiętywaniu nowych ran, choć moje serce było już i tak wystarczająco poranione. Płakałem nad straconą miłością, która nie miała być nigdy odzyskana. (…)

Pięć mil za Rzymem Dino zatrzymał samochód. Zdjął habit, aby założyć strój bikiniarza, który zwykle rezerwował na swe potajemne wyprawy do Perugii.

— Tak lepiej — rzekł, siadając z powrotem za kierownicą i zapalając papierosa, by ukoić nerwy przed długą jazdą.

Dzięki Bogu Roma wygrała w dogrywce 3:2. Była to drobna łaska, która uczyniła długą podróż na południe znośniejszą.

Dino wyrwał miasteczko ze zwykłego odrętwienia, bez przerwy trąbiąc klaksonem w wąskich uliczkach. Ludzie pozdrawiali go i kiwali do niego, autentycznie uradowani widokiem marnotrawnego syna. Nie zatrzymał się jednak, ale pojechał dalej do San Giovanni Rotondo, gdzie, prawdę mówiąc, ,nie załatwił mi żadnego miejsca w klasztorze ani gdzie indziej. Udało mu się z ledwością znaleźć dla mnie łóżko na noc, ponieważ jakiś jego kuzyn nie śmiał odmówić swemu słynnemu krewnemu z Rzymu. Zdążył mi tylko powiedzieć, że podjedzie po mnie o siódmej trzydzieści w czwartek rano, by zabrać mnie z powrotem do Rzymu. Miałem zatem przed sobą cały dzień, który trzeba było jakoś zabić w tej małej prowincjonalnej dziurze.

— Nie — powiedziałem do siebie. — Nie będę się zrywał o piątej rano, żeby iść na mszę ojca Pio. Nie wiem, co bym potem robił z czasem.

Stwierdziłem, że należy mi się odpoczynek i nie będę wstawać w środku nocy. W końcu msza jest zawsze mszą, bez względu na to, kto ją odprawia.

Tak jak sobie powiedziałem, tak zrobiłem. Poszedłem na mszę o dziesiątej po długim spaniu i zjedzeniu wspaniałego włoskiego śniadania, które dało mi siły na cały dzień. Po mszy zostałem w kościele. Modliłem się żarliwie, unosząc swe serce do Boga, którego desperacko prosiłem o jakiś znak, o jakikolwiek znak — mimo tego, co zdarzyło się poprzedniego ranka — że Françoise żywi w swym sercu choć cień miłości do człowieka, który czuł, że bez niej jego życie nie ma sensu.

Bezustannie przeszkadzali mi jacyś ludzie, którzy kręcili się po kościele, aż w końcu jeden z nich wszedł do zakrystii, prawdopodobnie wyspowiadać się u ojca, z którym kazał mi się zobaczyć Antonio. Szczerze mówiąc, nie chciałem się z nim widzieć, gdyż poza wszystkim nie miałem ochoty ponownie wyjawiać swojej historii. W każdym razie i tak nikomu nie opowiem — z całą pewnością nie opowiem — o moim uczuciu do ukochanej Françoise. To była moja sprawa i tylko moja.

Zbierało mi się prawie na płacz, tak byłem zatracony w litowaniu się nad sobą. Nagle po ramieniu poklepał mnie jakiś mocno zbudowany mężczyzna w ciemnych okularach. Wyglądał jak prawa ręka ojca chrzestnego.

— Padre chce się z tobą widzieć — powiedział.
— Jaki Padre? — spytałem.
— Padre Pio, oczywiście — odrzekł. — Chodź szybko.
— Chwileczkę — powiedziałem, wyrywając swoją rękę z jego uścisku. — To chyba jakaś pomyłka. Nie umawiałem się z nim na spotkanie.
— Ale on chce się z tobą zobaczyć — nastąpiła odpowiedź. — Chodź.

I znowu wyrwałem swoją rękę.

— Skąd pan wie, że to o mnie chodzi?
— Powiedział: Idź i powiedz młodemu Anglikowi z laską i w ortopedycznym bucie, że chcę się z nim zobaczyć.

Rozejrzałem się szybko wokoło, nie bardzo spodziewając się znaleźć w kościele kogoś, kto odpowiadałby temu opisowi. Zanim zdążyłem jeszcze o coś zapytać, stałem już na nogach dzięki posłańcowi światła, który wyglądał, jakby właśnie wrócił z najgłębszych ciemności. Wprowadził mnie do zakrystii i zamknął za mną drzwi. To tu najwyraźniej Padre miał zwyczaj słuchać spowiedzi.

Potrzebowałem później miesięcy, żeby ująć w słowa ten natychmiastowy wstrząs, jaki poczułem, ujrzawszy po raz pierwszy człowieka, o którym teraz wiem, że był żyjącym świętym. Zaaferowanie własnymi sprawami spowodowało, że byłem zupełnie nieprzygotowany na to krótkie spotkanie, które na moje życie miało wywrzeć tak głęboki wpływ.

Kiedy po raz pierwszy ujrzałem Françoise, natychmiast poczułem się swojsko, ponieważ instynktownie wiedziałem, że oboje podzielamy te same ideały, mamy te same nadzieje i aspiracje. Podobne wrażenie odniosłem, napotkawszy na wzrok Padre Pio. Tym razem jednak poczułem, że ideały, nadzieje i aspiracje, do których wspólnie z Françoise dążyliśmy, w nim osiągnęły już całkowite spełnienie. Jego twarz była przyjaznym połączeniem rzadkich darów i cnót. Lata cierpienia wyryły głębokie uczucie pokoju i radości, które widać było w jego zachowaniu. Jego oczy natomiast odbijały głębokie współczucie. Była w nich niewinna i szczera dobroć, która wyrażała się w pokornym, dziecięcym uśmiechu igrającym wokół ust, nadającym oczom jasności, dopełniającej współczucie nadzieją, którą musiał dawać tak wielu, zalewającym się łzami w trudzie i znoju aż do dnia, kiedy będą żąć w radości. Powitał mnie jak starszy brat, a nie jak ojciec. Wziął moje dłonie w swoje ręce i pomógł usiąść naprzeciw siebie. Instynktownie poczułem, że nie muszę opowiadać mu swojej historii, ponieważ on już ją zna dzięki miłości, która widzi wszystko w jednym spojrzeniu, czego inni nie dostrzegliby przez całe życie.

— Twoja modlitwa została wysłuchana — powiedział po prostu — a znak, którego pragniesz, będzie ci dany jako wsparcie w twojej wędrówce, którą jesteś gotów podjąć. Bóg powołał cię, abyś został prorokiem, Peter. To wielki dar, wielki przywilej, ale wiąże się z poważną odpowiedzialnością. Prorok musi przemawiać do świata, który raczej wolałby nie słuchać wieści, jakie on przynosi. Wszyscy prorocy musieli najpierw sami się oczyścić, zanim mogli oczyszczać innych.

Jak Ten, którego pragniesz naśladować, musisz spędzić wiele ukrytych lat z dala od oczu człowieka, wiele lat na pustyni, gdzie wszyscy prorocy przygotowują się, by wrócić do ludzi z wieścią od Boga. Pewnego dnia, w czasie wyznaczonym przez Boga, nie przez ciebie, kiedy On uzna cię za gotowego, a nie kiedy ty to uznasz, będziesz miał do wykonania zadanie w świecie ludzi, które będzie znakiem, że świat Boga jest blisko. Bóg spełni swoją część, jeśli ty wykonasz swoją, zaufaj i nie martw się.

Powiedział jeszcze wiele innych rzeczy, które są zbyt osobiste, żeby o nich mówić, chociaż nie byłem u niego dłużej niż dwadzieścia minut. Błagałem go o wsparcie, a on obiecał, że będzie się zawsze za mnie modlił tak, jak za wszystkich tych, których adoptował na swych duchowych synów.

Kiedy odwróciłem się, żeby odejść, rzekł:

— Nie masz czegoś dla mnie?

Spojrzałem zaskoczony.

— List od Antonia — powiedział z szerokim uśmiechem.
— Ach tak, rzeczywiście — odrzekłem. Włożyłem rękę do wewnętrznej kieszeni mojej marynarki i podałem mu list, którego nie mógł u mnie widzieć.

Znałem powiedzenie „czuć się wniebowziętym”, ale wcześniej nigdy tego nie doświadczyłem aż do tego dnia. Miałem wrażenie, jakbym unosił się kilka centymetrów nad podłogą, kiedy wracałem na swoje miejsce w kościele. Oprócz kilku spraw odnoszących się do mojej przyszłości, prywatnych i osobistych, nie powiedział niczego, czego bym wcześniej nie wiedział albo nie miał usłyszeć w przyszłości. Właściwie słyszałem i miałem usłyszeć o wiele głębsze prawdy o życiu duchowym, ale nigdy później nie otrzymałem podobnego daru do tego, który on mi dał. Był prawdziwym apostołem, zatem kiedy mówił, przemawiał z głęboką siłą, która pochodziła z wnętrza, i nie tylko nadawała wypowiadanym przez niego słowom głębokie znaczenie, o wiele głębsze niż może dać sam tylko umysł, ale także moc dodającą sił do wypełnienia słów, które przekazał.

W tej samej chwili, gdy uklęknąłem do modlitwy, zostałem całkowicie pochłonięty przez Boga, tak że nie miałem w ogóle żadnych rozproszeń. Wtedy nagle uniosła mnie ta sama modlitwa, co w Notre Dame.

Podobnie jak wcześniej doświadczenie to nie budziło we mnie dumy, lecz pokorę, świadomość własnej małości i wielkości Boga. Wiedziałem, że kiedy już owładnie mną Jego moc, nic dla mnie nie będzie niemożliwe, czy raczej dla mojego nowego ja, w części ludzkiego, w części boskiego.

Niewiele pamiętam z tego, co działo się jeszcze tego dnia. Spacerowałem po ulicach San Giovanni Rotondo jakby we mgle, jakbym śnił, ciągle zanurzony w Bogu, ale nie przeszkadzało mi to poruszać się, nie tak jak w koś-ciele, gdzie nie mogłem wykonać ruchu. Następnego dnia rano czekałem godzinę na Dina, po czym poszedłem do kościoła się pomodlić, zostawiwszy mu wiadomość, gdzie może mnie znaleźć. Ciągle doświadczałem tego zanurzenia w Bogu, które kazało mi być świadomym Jego trwającej obecności we mnie i wokół mnie.

Było około dziewiątej, kiedy obróciwszy się, dostrzegłem jakiś ruch z tyłu kościoła. To wrócił Dino i witał się z wieśniakami, którzy najwyraźniej rozpoznali w nim miejscowego łobuziaka, który — jak sądzili — poprawił się. Wstałem, by przyłączyć się do wesołej kompanii. Kiedy dochodziłem do nich, z bocznych drzwi wyszedł młody brat i powiedział:

— Bernardino, jesteś potrzebny na chwilę w zakrystii.

— OK, chłopcze — odpowiedział protekcjonalnie młodzieńcowi i ruszył boczną nawą tym swoim nieprzyzwoitym chodem, z wystającymi spod habitu spodniami bikiniarza. Przyklęknął niedbale i tanecznym krokiem ruszył do zakrystii, nie mając pojęcia, co, a raczej kto tam na niego czeka. Najzabawniejsze, że dokładnie wiedziałem, co ma się zdarzyć, choć nie wiedziałem, jak długo to potrwa. W końcu nigdy wcześniej nie byłem świadkiem cudu. Stosunkowo łatwo jest uzdrowić kalekę; niezbyt dużo czasu potrzeba, by przywrócić słuch głuchym czy wzrok ślepym, to znaczy, jeśli jest się ojcem Pio, ale nawet jak na niego uzdrowienie marnotrawnego syna musiało trwać trochę dłużej, jeśli tym synem miał być Bernardino z Perugii.

Minęło pół godziny, zanim drzwi zakrystii znowu się otworzyły i wyłonił się Dino. Nie zobaczyłem nowego człowieka. Wielu lat potrzeba, aby uczynić nowego człowieka, ale ujrzałem kogoś odmienionego, bardzo odmienionego. Człowiek, który tam wszedł, był pewny siebie, upojony swoją ważnością, głodny żądz i potrzeb, którym nie potrafił się oprzeć. Wyszedł jednak człowiek otrzeźwiony, który już nigdy nie chciał być tym, kim był przedtem, chociaż wtedy prawie w ogóle siebie nie znał. Nie miał czasu, aby uporządkować to, co się stało. Nie miał czasu określić nowego kierunku, jaki powinno obrać jego życie. Próbował zatem działać najostrożniej, jak potrafił, aby zyskać na czasie. Musiał zastanowić się nad tą nagłą i niespodziewaną rozmową i nad tym, jak uporządkować swe życie. W końcu ta rozmowa miała zmienić człowieka, którego nikomu innemu nie udało się zmienić.

Rzucił tylko, że musi zawieźć list od Padre Pio dla Antonia, ale nie powiedział nic więcej. Ja zresztą nie naciskałem. Nie miałem bowiem prawa wścibiać nosa w jego prywatność, tak jak on w moją. Dino nie wyjawił, czy podczas jego spotkania z Padre Pio zaszło coś niezwykłego lub nadzwyczajnego. Następnego dnia, wczesnym rankiem podrzucił mnie na lotnisko. Chciał wejść ze mną do środka, ale nalegałem, żeby jechał dalej, gdyż miał jeszcze przed sobą długą podróż.

— Przed tobą jeszcze co najmniej pięć godzin drogi do Perugii — powiedziałem.
— Nie pojadę do Perugii — odparł — ani teraz, ani nigdy.

Nagle wyskoczył z samochodu i uściskał mnie we włoskim stylu.

— Wybacz mi, Peter — powiedział. — Musiałem być dla ciebie źródłem wielkiego zgorszenia. Wybacz mi, proszę, i módl się za mnie. Nadszedł czas, abym dorósł. Wracam do Monte Casale i tam zostanę, ponieważ chcę wszystko zacząć od nowa. Chcę zacząć życie od nowa.

Nie potrzebowałem martwić się tym, co powiedzieć ani jak się zachować, ponieważ zanim się zorientowałem, wskoczył z powrotem do samochodu i odjechał. Odjechał, aby zacząć nowe życie. Powinien się na to zdobyć już kilka lat wcześniej, ale stało się to możliwe dopiero dzięki człowiekowi, który to, co zrobił dla nas obu, codziennie czynił dla tylu innych.

Dziesięć lat później dowiedziałem się, że ojciec Bernardino został mistrzem nowicjatu i okazał się najlepszym, jakiego mieli od lat.

Wielki Tydzień spędziłem w Citeaux, przygotowując się do profesji we wtorek wielkanocny. W poniedziałek wróciłem na Rue de Magdebourge. Tam powiadomiono mnie, że jutro na moją profesję przyjeżdżają ojciec Le Bec, Anton i mój brat David. Następnego ranka, tuż po śniadaniu, do moich drzwi zapukał Robert, przynosząc stosik listów. Czytałem długi list od Antonia, kiedy Robert zapukał po raz wtóry.

— O, Monsieur Pierre, proszę mi wybaczyć, zapomniałem dać panu jeszcze to. Przyszło w zeszłą sobotę.

Wręczył mi małą paczkę. Dziwne, ale nie rozpoznałem pisma, chociaż powinienem. Odwróciłem ją i na spodzie ujrzałem dwa słowa: „Ermo Clitunno”. Niczym głodny zwierzak zacząłem rozdzierać papier, a potem kopertę, która była w środku.

Proszę, proszę, wybacz mi — przeczytałem pierwsze słowa. — Proszę wybacz mi, że nie spotkałam się z tobą w zeszłym tygodniu, ale po prostu nie mogłam. Przed twoim przyjazdem z Montefalco napisała do mnie matka, by mnie powiadomić, że bez cienia wątpliwości zakochałeś się we mnie. Błagała mnie, abym uszanowała twoje powołanie, o którym jest całkowicie przekonana. Trudno mi było uwierzyć, że naprawdę się we mnie zakochałeś. Mimo to obiecałam jej, że nie zrobię niczego, co w jakikolwiek sposób miałoby cię pchnąć do porzucenia twego szczególnego powołania, o którym i ja jestem głęboko przekonana. Napisałam jej, że aby zniszczyć wszelkie twoje iluzje co do mojej osoby, jestem gotowa, gdyby zaszła taka potrzeba, opowiedzieć ci nawet o mojej haniebnej przeszłości i o tym, kim byłam i nadal jestem.

Tydzień po tym, jak ostatni raz napisałam do ciebie, otrzymałam od matki kolejny list, w którym mnie informowała, że ty już wiesz o mojej przeszłości i znałeś ją, zanim jeszcze mnie spotkałeś. Ta wieść mnie zdruzgotała. Nie chciało mi się wprost uwierzyć, że mimo pełnej wiedzy o tym, kim byłam i kim jestem, ty nie tylko mnie kochasz, ale chcesz spędzić ze mną całe życie. Nie mogłam sobie z tym wszystkim poradzić, więc opowiedziałam o tym przełożonej. Gdyby nie ona, prawdopodobnie odeszłabym, aby dzielić z tobą swe życie i abyśmy razem mogli szukać Boga tak, jak to chciałeś mi zaproponować, gdyby sprawy nie przybrały innego obrotu.

Jestem pewna, że gdybym się z tobą wtedy zobaczyła, to mimo jej wsparcia i dobrych rad i tak bym spakowała walizki i wyjechała z tobą, bez względu na konsekwencje. Jestem teraz głęboko przekonana, że z pewnością postąpiłam właściwie, choć ilekroć o tym pomyślę, mam rozdarte serce. Proszę, przyjmij ten mały podarunek, który dla ciebie załączam. Może to niewiele, ale dla mnie jest on bardzo drogi. Chciałabym, abyś nosił go na znak wzajemnej miłości, która nigdy nie zginie, bo prawdziwa miłość pokona każdą odległość.

Niechaj Bóg ci błogosławi, Peter,

z całą moją miłością na zawsze, a nawet dłużej.

Françoise

Odłożyłem list i otworzyłem podarunek, który był zawinięty w bibułkę. Ku mojemu zdziwieniu był to kawałek sznura czy raczej sznurka z zawiązanymi trzema węzłami. Potem nagle zrozumiałem, co to jest i dlaczego ma takie znaczenie dla Françoise. Był to sznur podarowany jej przez tę świętą niewiastę, która odmieniła jej życie. A teraz ona dawała go mi! Wiedziałem, jak wiele ten sznur dla niej znaczy, a dzięki niemu poznałem, jak wiele znaczy miłość, którą on symbolizował. Założyłem go na swoją profesję i nosiłem zawsze, aby mi przypominał więź, która nas jednoczy. Podobnie jak jednoczyła nas wspólna droga życia, której oboje się poświęciliśmy.

Padre Pio miał rację. Moja modlitwa została wysłuchana. List mówił o wiele więcej, niż kiedykolwiek bym się spodziewał. Teraz w końcu byłem gotów do mojej profesji, jak i do wędrówki, którą miałem zacząć. Czułem się otoczony i wspierany przez miłość, o jakiej w ogóle nie marzyłem, miłość rodziny, przyjaciół, miłość tych wszystkich dobrych ludzi, którzy pomagali mi w ostatnich kilku latach. A przede wszystkim przez miłość mojej drogiej Françoise, która zawsze będzie w moim sercu, tak jak ja będę w jej. Teraz razem mogliśmy otwierać swe serca na Jedynego, dla którego oboje żyjemy i któremu oboje poświęciliśmy swe życie.

tłum. Justyna Grzegorczyk

„Jak połączyć teologię ze śmieciami?”
David Torkington

urodzony 27 stycznia 1938 r. w Manchesterze – pisarz, wykładowca, rekolekcjonista dla świeckich i duchownych, były franciszkanin, publikuje felietony w „Catholic Herald”, najważniejszej gazecie katolickiej w Anglii. Kształ...