Starcie kontynentów

Starcie kontynentów

Być może nadszedł czas, aby Europa zrozumiała, że Stany Zjednoczone to nie tylko odrębne państwo, kultura czy naród, ale w pełnym tego słowa znaczeniu odrębna cywilizacja.

Kiedy umilkły już działa w wojnie z Irakiem, warto zadać sobie pytanie o źródła i skutki odmienności amerykańskiego modelu cywilizacyjnego. Sądzę bowiem, że rozłam na linii Waszyngton — Paryż — Berlin będzie trwalszy niż tymczasowe gesty pojednawcze. Ciekawe, że Rosja została potraktowana przez amerykańską administrację w sposób o wiele bardziej pobłażliwy niż na przykład Francja, choć oba państwa występowały przeciwko zbrojnemu konfliktowi. Stało się tak chyba dlatego, że Rosja jest przez Amerykę akceptowana jako zupełnie odmienna cywilizacja. Resztki jej imperialnej dumy i gromkie niet w wielu kwestiach są traktowane jako swoisty rytuał polityczny. Tymczasem spór ze Starą Europą jest „wojną domową”, a te bywają najbardziej gwałtowne.

Cywilizacje bowiem — podobnie jak jednostki ludzkie — żyją w rodzinnych relacjach ze swoimi przodkami. Przez pewien czas pozostają pod ich opieką, następnie jednak zmuszone są ich opuścić. Konflikty między rodzicami a dziećmi stają się zaś nieuniknione wtedy, kiedy ci pierwsi nie rozumieją do końca odrębności i inności swej dojrzałej już progenitury. To porównanie dobrze chyba obrazuje stosunki między Europą a Ameryką. Dla narastającego już od paru setek lat sporu wydarzenia na arenie międzynarodowej są jedynie tłem i pretekstem.

Być może nadszedł czas, aby Europa zrozumiała, że Stany Zjednoczone to nie tylko odrębne państwo, kultura czy naród, ale w pełnym tego słowa znaczeniu odrębna cywilizacja. Wprawdzie nie tak odległa, jak modele dalekowschodnie, lecz zupełnie osobna. Początki procesu jej wyodrębniania sięgają oczywiście samego powstania Stanów Zjednoczonych. Jednak dopiero chwila obecna daje podstawy do pewnych dość radykalnych stwierdzeń. W wieku XX na tle obu wojen światowych Stany na dobre wyszły z izolacjonizmu i zaczęły brać czynny udział w polityce globalnej. Zaś u progu wieku XXI po upadku żelaznej kurtyny okazało się, że są jedynym państwem zdolnym taką politykę prowadzić. Teraz, kiedy Ameryka z całą mocą otworzyła się na świat, widzimy wyraźniej jej odrębność i nie jest już pewne, czy nadal możemy mówić „świat zachodni”, rozumiejąc pod tym pojęciem byty państwowe po obu stronach Atlantyku.

Teoria w praktyce

Amerykanie myślą po prostu inaczej niż my i nie są już od dawna izolacjonistami z epoki Jamesa Monroe’a. Ich odmienność polega jednak nie na tym, że, jak chce wielu, są prymitywnymi, konsumpcjonistycznymi barbarzyńcami. Wręcz przeciwnie, na swój sposób Amerykanie są wielkimi idealistami. Ich państwo bowiem wyrasta z mitu wielkiego American dream. Ich ideały nie są jednak europejskimi ideami platońskimi, gdyż istnieją tylko o tyle, o ile da się je sprawnie wcielić w życie i zmaterializować. Amerykańska umysłowość nie zna pojęcia teorii samej w sobie, a zna jedynie teorię zastosowaną w praktyce. Nad pojęciami demokracji, wolności, równości i prawa do szczęścia góruje przecież kult czynu, działania i pracy. Trudno opisać, używając europejskiego języka, wyjątkowe połączenie naiwnego niemal idealizmu z trzeźwym pragmatyzmem, łatwo to zrozumieć każdemu, kto choć na krótko zetknął się z Amerykanami.

Już Alexis de Tocqueville — dziewiętnastowieczny francuski pisarz i podróżnik — dostrzegł niebywałe zamiłowanie narodu amerykańskiego do praktyki i ambiwalentny stosunek do teorii. Jednak dopiero na przełomie XIX i XX wieku przełożyło się to na jasne rozwiązania światopoglądowe, których autorami byli pierwsi rodzimi amerykańscy filozofowie Charles Sanders Peirce (1829–1914) i William James (1842–1910). Choć wiele dzieliło tych myślicieli, mimo to ich systemy zostały określone wspólnym mianem pragmatyzmu — czyli sposobu rozumowania, dla którego ostatecznym kryterium oceny prawdy różnych twierdzeń jest wynikający z nich praktyczny skutek. Nie jest to tak banalny nurt filozoficzny, jak mogłoby się zdawać; wypływa on z sięgającej XVII i XVIII wieku tradycji anglosaskiego empiryzmu, utylitaryzmu Johna Stuarta Milla oraz ekonomii politycznej Adama Smitha.

Jednak to, na co stara Anglia potrzebowała ponad tysiąca lat, w Ameryce stało się niemal natychmiast powszechnym i wszechobecnym sposobem myślenia. Z pragmatyczno–utylitarnego światopoglądu wynikają wszelkie amerykańskie prawa. Ponieważ zaś ogólny duch prawodawstwa w dużej mierze stanowi o tożsamości cywilizacji, jest on również pierwszą i najbardziej fundamentalną różnicą między cywilizacją europejską a amerykańską. Europejska myśl prawodawcza bowiem, niezależnie od systemu politycznego, wychodzi zawsze od starożytnej sentencji Pereat mundus, fiat iustitia! (Niech zginie świat, byleby stało się zadość sprawiedliwości). Z kolei amerykański odmienny punkt widzenia najlepiej streszczają następujące słowa de Tocquevilla: „Gdyby nawet prawo stało się ciemięskie, wolność przetrwałaby jeszcze w wykonywaniu prawa”.

Te dwa cytaty uwidoczniają różnicę między doktrynalnością z jednej a pragmatyzmem z drugiej strony. Zapewne to właśnie skłonność do tego drugiego pozwoliła Ameryce uniknąć dotąd zmory totalitaryzmu. Siła demokracji amerykańskiej bierze się również z decentralizacji prawa i władzy. W ramach bowiem państwa centralistycznego każdej kolejnej ekipie rządzącej łatwo jest manipulować opinią publiczną lub narzucać obywatelom złe i nieżyciowe prawo, a w ostateczności zlikwidować nawet i samą demokrację. Wierzący w prawdy uniwersalne Europejczyk ma jednak silną inklinację do centralizacji i związanej z nią biurokracji.

Praktyczna wiara

Różnice między dwoma kontynentami nie ograniczają się wyłącznie do kwestii politycznych. Tak zwany „kryzys wartości” jest na przykład pojęciem typowym dla starego kontynentu. Edmund Husserl — wybitny filozof niemiecki żyjący na przełomie XIX i XX wieku, uważał, że do kryzysu cywilizacji europejskiej przyczynia się brak obiektywnej pewności, zanikanie sensu ostatecznego i niezależnej od czynników zewnętrznych prawdy transcendentalnej. Tymczasem właśnie to zjawisko, które przez nas bywa określane jako choroba, stanowi o odmienności i sile cywilizacji amerykańskiej. Pragmatyzm definiuje wszak prawdę jako coś w danych warunkach akceptowalnego, nie zaś transcendentalnego i kategorycznego. Innymi słowy „prawda to coś, w co dobrze jest wierzyć” (W. James). W tej jakże zasadniczej kwestii epistemologicznej Europa i Ameryka zdają się wręcz swoim przeciwieństwem. Nawet amerykański konserwatyzm i tamtejszą protestancką żarliwość religijną można uzasadnić z pragmatycznego punktu widzenia. William James stwierdził na przykład, że wiary nie sposób udowodnić, natomiast często jest tak, iż człowiek wierzący jest szczęśliwszy, a co za tym idzie, radzi sobie w życiu lepiej i efektywnej. Napis In God we trust umieszczony na każdym dolarze jest właśnie wyrazem wiary w ów błogostan ludzi wierzących, nie zaś żarliwym, osobistym credo przedstawicieli administracji i banku rezerw federalnych. Ameryka jest więc religijna, ale nie uduchowiona. Podobnie jest z wartościami, takimi jak równość i sprawiedliwość, które dla Amerykanina mają sens jedynie wtedy, kiedy podlegają pragmatycznym ograniczeniom.

Zarzut umysłowego ograniczenia

Europejska filozofia i myśl społeczna mają w sobie coś z utopii, stąd naturalna niechęć do specyficznie amerykańskiej pochwały niedoskonałości. Teoretyczne myślenie wymaga oczywiście większej wiedzy niż myślenie praktyczne i przez to jest o wiele trudniejsze, dlatego pod adresem Amerykanów kieruje się często zarzut ograniczenia umysłowego. Mieszkańcy USA w swej edukacji wychodzą z jakże pragmatycznego założenia, że wiedzieć należy tylko to, co w praktyce wiedzieć należy, i dokształcać się w miarę potrzeby. Oczywiście ten sposób zdobywania wiedzy może prowadzić do pewnych wynaturzeń; niemniej jednak wobec lawinowo rosnącej ilości informacji i niezwykle szybkiego rozwoju nauk staje się on niemal koniecznością. Szkoły, jeśli chcą kształcić zdolnych absolwentów, zmuszone są uczyć raczej, jak zdobywać wiedzę, niż wbijać uczniom encyklopedię do głowy. Sądzę, że właśnie dzięki takiemu modelowi nauczania Amerykanie zdolni są do myślenia niesłychanie kreatywnego, choć nie wolnego od pomyłek. Pragmatyzm ma wszak tę wielką zaletę, że daje prawo do popełniania błędów i ich naprawiania, podczas gdy sztywna doktryna musi z góry przewidzieć wszystkie możliwe okoliczności.

Bardzo podobnie ma się rzecz z niedoskonałościami prawa, o czym była mowa we wcześniejszym cytacie. W praktyce oznacza to, że sądowe orzecznictwo oparte jest na precedensach. Taki system nie pozwala na przykład zredukować roli prawnika do swego rodzaju żywego narzędzia, jak dzieje się to w Europie, i daje przez to amerykańskiemu obywatelowi szerokie możliwości dochodzenia swych racji.

Jest problem — rozwiążmy go

Pragmatyczne myślenie Amerykanów jest jeszcze bardziej widoczne w świetle irackiego konfliktu i odmiennego stosunku, jaki miały do niego rządy i społeczności po obu stronach wielkiej wody. Kiedy dziennikarz podczas demonstracji w Warszawie zapytał młodego pacyfistę, dlaczego nie protestował przeciwko zbrodniom Saddama Husajna, odparł on, że jego reżim ma charakter lokalny (czyli lokalnie jest legalny), natomiast Stany Zjednoczone, napadając na Irak, łamią prawo międzynarodowe i próbują narzucać całemu światu swoją wolę. Należy tutaj podkreślić, że niemal wszyscy przeciwnicy wojny w Europie podobnie jak ów młody człowiek nie popierają reżimu Husajna, lecz występują przeciwko łamaniu prawa. Używają więc argumentów doktrynalnych i jest to właśnie owo charakterystyczne dla Europy stawianie prawa ponad człowiekiem. Tymczasem prezydent George Bush w swoim pierwszym po rozpoczęciu działań zbrojnych orędziu do narodu stwierdził, że zdecydował się na wojnę w Iraku, aby nie prowadzić jej w przyszłości rękami strażaków i ratowników na ulicach amerykańskich miast.

Niezależnie od tego, czy przesłanki, którymi się kierował prezydent, były prawdziwe czy też nie, natychmiast w jego wypowiedzi uwidoczniła się odmienna od europejskiej retoryka. Słowa Busha odwołują się do pragmatycznych argumentów — wizji możliwych skutków niepodjęcia działań. W swej przemowie prezydent położył również nacisk raczej na dobro obywateli niż na formuły prawne. Sama czynna metoda rozwiązania sporu z Irakiem w myśl zasady: „jeśli mamy problem, to coś z tym zróbmy”, jest również specyficznie amerykańska. Europejczycy wolą swoje konflikty rozwiązywać przez teoretyzowanie przy stole obrad. Dodajmy, że wbrew pozorom czasami skutkuje to o wiele większą liczbą ofiar. Przykład drugiej wojny światowej jest chyba najbardziej wyrazisty. Z drugiej jednak strony kult czynu może łatwo zmienić się w działanie bezmyślne lub doprowadzić do fabrykowania półprawd. Przeciwnicy wojny coraz częściej wskazują na przykład na wątpliwą wartość dowodów posiadania przez Irak broni masowego rażenia i dotychczasowe nieodnalezienie jej magazynów. Jest to temat trudny zarówno dla Tony’ego Blaira, jak i dla prezydenta Busha.

Anglosasi patrzą z góry

Jak już nadmieniliśmy, amerykański pragmatyzm i utylitaryzm jako filozofia wyrastają z tradycji angielskiej. Stąd też silny związek między Ameryką Północną a Wielką Brytanią, będącą geograficznie i politycznie w stanie swoistego rozdarcia pomiędzy UE a USA. Oba państwa anglosaskie patrzą zresztą na Europę nieco z góry, gdyż — jak słusznie zauważyła Margaret Thatcher — za życia jej pokolenia wszystkie problemy rodziły się na kontynencie, a wszystkie rozwiązania w Anglii i Ameryce. Mierzony rozwojem ekonomicznym i stabilnością społeczną pragmatyzm ma istotnie miażdżącą przewagę nad doktrynalnością, której pozostaje już tylko arystokratyczna pogarda, tak dobrze znana politykom francuskim.

Smutna prawda jest jednak taka, że poza ową pogardą ze specyficznie europejskich wartości niewiele już zostało, być może właśnie dlatego, że nie zdały one sprawdzianu historii. Ameryka jest zaś cywilizacją, która wciąż ma swój etos, sen i ideał, choć zapewne mieszkańcy USA rozumieją te pojęcia inaczej niż my. Sami nie do końca rozumiejąc Amerykę, często mamy jej mieszkańcom za złe, że w kwestiach specyficznie europejskich są ignorantami. Być może jednak w perspektywie setek lat Ameryka stanie się najwierniejszym nośnikiem spuścizny kulturalnej starzejącego się kontynentu; podobnie jak dawne plemiona germańskie stały się z czasem nośnikami kultury rzymskiej.

Młoda, otwarta cywilizacja

Ameryka bowiem wciąż dysponuje mocą włączania do swego „narodu” nowych przybyszów z różnych stron świata, podczas gdy na starym kontynencie napływowe mniejszości zbijają się w szczelne getta, zaś przyrost naturalny wśród rdzennych mieszkańców jest od lat ujemny. Jest to oznaką europejskiej słabości i wyczerpania cywilizacyjnego. Ameryka zaś jest pełna siły i witalności — pozostaje społeczeństwem otwartym i równocześnie zachowującym swój specyficzny charakter.

Co więcej Stany Zjednoczone podjęły się w ostatnim pięćdziesięcioleciu prowadzenia polityki na skalę światową. Wydaje się, że ich młoda cywilizacja znajduje się teraz na etapie trochę podobnym do tego, w który Europa wkroczyła w roku 1492, czyli na etapie walki i ekspansji. Jest to niewątpliwie czas wielkich wyzwań dla tego jedynego dziś supermocarstwa, które może się pokusić o pewną formę ekonomicznego i militarnego dominium mundi.

Europa jednak na pewno nieprędko zrezygnuje ze swojego niepraktycznego, lecz za to na swój sposób pięknego sposobu myślenia. Ów niepraktyczny idealizm duszy europejskiej w genialny sposób uwieczniony został przez Miguela Cervantesa. Donkiszoteria z jednej strony czasami doprowadza nasz kontynent do upadku, z drugiej pozwala mu w niektórych okresach historycznych na niebywały rozkwit.

Czas pokaże, jak ułożą się losy Europy. Zaś co do obecnych stosunków z Ameryką, to o ile nie zaakceptujemy jej odmienności i nie pogodzimy się z jej potęgą, konflikt będzie się wciąż zaostrzać. By do tego nie dopuścić, państwa Europy Zachodniej muszą o swojej dawnej pozycji zapomnieć na długie dziesięciolecia i podobnie jak upokorzona powojenna Japonia skupić się raczej na rozwoju gospodarczym. Rozwojowi temu nie sprzyja niestety model państwa opiekuńczego obowiązujący w większości krajów UE. Być może wyśrubowane do granic zdrowego rozsądku świadczenia socjalne w Niemczech i we Francji są również skutkiem zbyt doktrynalnego pojmowania zasady równości społecznej. Polityka już się jednak zmienia, choć jest to zmiana bolesna. Socjalizm był wszak ostatnim wielkim, europejskim nurtem myślowym. Świat zachodni i świat w ogóle będzie się raczej amerykanizował. Europeizacja skończyła się wraz z upadkiem imperiów kolonialnych.

Starcie kontynentów
Michał Kuź

doktor nauk politycznych, ekspert ds. stosunków międzynarodowych, komentator życia politycznego. Naukowo specjalizuje się w teorii polityki, politologii porównawczej i zagadnieniach transatlantyckich. ...